Strona:Lew Tołstoj - Wojna i pokój 03.djvu/104

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    skrawej tureckiej materji, pisał obok drzwi wchodowych, siedząc przed biurkiem. Drugi, znany nam piękny i rosły jak dąb Neświcki, leżał rozciągnięty na łóżku, z ramionami pod głową zamiast poduszki, śmiejąc się i żartując z kolegą, który usiadł w nogach jego łóżka. Inny znowu brzdąkał na fortepianie walca wiedeńskiego. Bołkońskiego nie było w sali. Nikt się nawet nie ruszył zobaczywszy wchodzącego Borysa. Jedynie ów adjutant piszący, odburknął szorstko na jego zapytanie, że Bołkoński jest dziś na służbie, i że znajdzie go w sali audjencjonalnej. Borys podziękował mu grzecznie, udał się według wskazówki korytarzem na lewo, i ujrzał się nagle pomiędzy kilkunastu oficerami i kilku jenerałami.
    W chwili gdy wchodził, książę Andrzej rozmawiał właśnie z rosyjskim jenerałem, który miał pełno krzyżów na piersiach. Książę mówił grzecznie, ale z miną kwaśną, znużonego i znudzonego śmiertelnie, który słucha bo musi, długich wywodów, lecz radby od nich uciec jak najprędzej. Jenerał, czerwony niby piwonja, nie młody, z włosami siwemi, wykładał mu swoją sprawę nieśmiało i z pewną trudnością w wyrażaniu się, zwykłą u ludzi wojskowych.
    — Dobrze, dobrze, chciej panie jenerale, zaczekać chwilę — bąknął Andrzej po rosyjsku wprawdzie, ale akcentem czysto francuzkim, którego zawsze używał, gdy był w złym humorze, i lekceważył tego z kim rozmawiał.
    Skoro spostrzegł Borysa, porzucił natychmiast owego jenerała, mimo że ten biegł za nim, tłumacząc, iż jeszcze ani połowy prośby swojej nie wypowiedział. Andrzej