Strona:Lew Tołstoj - Wojna i pokój 03.djvu/176

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

co ma dalej robić i do kogo ma się udać? Car ranny! Bitwa przegrana na głowę!... Jadąc w kierunku wskazanym, widział w oddaleniu wieżę jakąś i dzwonnicę kościelną. Do czegóż miał się spieszyć? O cóżby już pytał, czy cara, czy Kotuzowa, choćby ich znalazł całych i zdrowych zupełnie.
— Niech wasza miłość skręci w lewo. Jadąc prosto, zabiją was na pewno!
Rostow zastanowił się przez chwilę i pojechał właśnie tą drogą, którą ów żołnierz wskazał mu jako niebezpieczną.
— Wszystko mi jedno! — pomyślał. — Skoro raniono mego pana najmiłościwszego, po cóż miałbym siebie oszczędzać?
I wjechał w przestrzeń, na której było najwięcej trupów i którędy uciekało najwięcej żywych. Francuzów tam jeszcze nie było, a nieliczna garstka wojska rosyjskiego, która przeżyła straszną katastrofę, opuściła to miejsce fatalne. Na tem polu leżały pokotem, niby grube snopy na ściernisku, stosy trupów, po dziesięciu i piętnastu razem. Ranni wlekli się na czworaku, zbierając się po kilku i wydawali krzyki i jęki tak bolesne i na wskroś przenikające, że Rostow drętwiał cały, słysząc takowe. Puścił się znowu galopem, aby uniknąć widoku tak strasznych cierpień ludzkich. Lękał się nie o własne życie, ale chodziło mu o to, żeby nie stracić krwi zimnej i odwagi, tak mu w tej chwili niezbędnej, a która go zaczynała opuszczać, gdy patrzał na tych nieszczęśliwych.
Francuzi przestali nareszcie strzelać do przestrzeni, którą żywi byli opuścili. Skoro jednak spostrzegli czyjegoś adjutanta galopującego po tem polu umarłych, wy-