Strona:Lew Tołstoj - Wojna i pokój 03.djvu/42

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

Po objedzie książę poszedł odwiedzić synowę. Zastał ją przy małym stoliczku gawędzącą najweselej ze swoją garderobianą Maszą. Pobladła na widok teścia. Źle wyglądała. Można było nazwać ją raczej brzydką, niż piękną. Twarz przeciągnęła się nad miarę, oczy były podkrojone sinemi obwódkami, a warga górna, odsłaniała jeszcze bardziej zęby, niż dawniej.
— Nic mi nie jest właściwie, tylko czuję się coraz cięższą — odpowiedziała wymijająco na teścia pytanie, tyczące się jej zdrowia.
— Potrzeba czego?...
— Dziękuję ojcu... nie potrzebuję niczego.
— Skoro tak to dobrze, dobrze!...
Odszedł. Zastąpił mu drogę Alpatycz, gdy przechodził przez przedpokój.
— Zasypana droga?...
— Tak jest, Wasza Ekscellencjo! błagam o przebaczenie... zrobiłem to przez głupotę! i...
Książę przerwał mu z uśmiechem sarkastycznym:
— No! no!... rzecz skończona!...
Raczył wyciągnąć do niego rękę, którą Alpatycz z pokorą ucałował, po czem książę wrócił do swojej pracowni.
Tego samego dnia przybył wieczorem książę Bazyli. Zastał na głównej drodze swoich ludzi, którym udało się nareszcie, wśród krzyków, złorzeczeń i nawoływań, przeprowadzić szczęśliwie przez zaspy śniegowe, umyślnie przygotowane na środku drogi, księcia sanie półkryte.
Dla każdego z gości przygotowano pokój osobny.
Anatol, zrzuciwszy z siebie ubranie, wziął się pod