Strona:Lew Tołstoj - Wojna i pokój 03.djvu/19

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

ci zatem nigdy na myśl, żem kobietą, — kobietą, którą każdy może posiąść, a ty jeszcze łatwiej od innych?
Piotr zrozumiał nareszcie mowę tajemną tych oczów fiołkowych, tego uśmiechu rozkosznego, tego ciała wyginającego się z gracją niezrównaną. Powiedział sobie w tej chwili, że nie tylko Helena mogłaby zostać jego żoną, ale będzie nią najniezawodniej. Tak był tego pewnym, jakby już odchodzili od ołtarza, przez księdza złączeni nierozerwalnym węzłem małżeńskim. Jak to się stanie, dla czego? Tego jeszcze nie pojmował. Czy będzie z nią szczęśliwy? I z tego nie zdawał sobie sprawy. Przeczuwał raczej, że to będzie nieszczęściem dla niego, ale nie mniej wiedział z góry, że stać się to musi.
Spuścił oczy i podniósł je na nowo, starając się widzieć w niej znowu ową piękność lodowatą, imponującą, pełną dystynkcji, która do dziś dnia, zostawiała go tak spokojnym i najzupełniej obojętnym. Nie mógł odszukać owych wrażeń pierwotnych. Poddawał się bez oporu wpływowi magnetycznemu tej czarodziejki, czując, że jedyną zaporę między nim, a piękną księżniczką Heleną, mogłaby stanowić chyba jego własna wola.
— Zostawiam cię nadal, hrabio kochany, w twoim kąciku... Widzę, że ci tam bardzo dobrze — rzuciła mu w przelocie panna Scherer tonem żartobliwym.
Piotr przerażony, pytał się w duchu, czy nie popełnił jakiej nieprzyzwoitości, czy nie zdradził się przypadkiem z namiętnym niepokojem, który go na wskroś przenikał? Wstał natychmiast, i złączył się z głównem kółkiem, w którem punktem dośrodkowym był młody dyplomata.