Strona:Lew Tołstoj - Wojna i pokój 03.djvu/18

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

Pochylił się nad stoliczkiem, aby wziąć w rękę tabakierkę. Nudna rozmowa z ciocią, nie przeszkadzała mu wcale wytężać słuch, aby pochwycić cośkolwiek z rozprawy dyplomatyczno-politycznej, prowadzonej w głównem kole. Chciał właśnie powstać, gdy ciocia podała mu tabakierkę po nad głową Heleny. Ta pochyliła się, zawsze z tym samym czarownym uśmieszkiem. Miała na sobie według mody ówczesnej, staniczek mocno wycięty, na piersiach i na plecach. Jej gors prześliczny, pełny białości olśniewającej, zdał się Piotrowi wykutym z marmuru. Był tak blisko niego, że pomimo krótkiego wzroku mógł dopatrzeć żyłek najdrobniejszych na tej cudnej szyjce łabędziej, mógł podziwiać biustu linje klasyczne. Potrzebował tylko schylić się cokolwiek, aby dotknąć się ustami tych pulchnych ramion. Odczuwał instynktowo ciepło bijące od jej ciała, zmięszane z wonią perfum paryskich, któremi była zlana obficie. Podniecony nerwowo, słyszał trzeszczenie rogów w sznurówce, za każdem Heleny poruszeniem. Tym razem atoli nie uderzało go głównie piękno tego posągu marmurowego. Odgadywał on wdzięki rozkoszne ciała smukłego, giętkiego, które okrywała lekka gaza. Gwałtowność żądz czysto zmysłowych, które w tej chwili przeniknęły i wstrząsnęły nim do głębi, zatarła na zawsze pierwsze, mniej namiętne wrażenia. Nie mógł już wrócić do nich, tak samo jak nikt z nas nie może odszukać ułud wieku młodzieńczego, gdy raz je utraci.
— Nie uważałeś więc dotąd, jak jestem piękną? — zdawała się przemawiać do niego Helena. — Nie przyszło