Strona:Lew Tołstoj - Wojna i pokój 03.djvu/167

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
XVII.

O dziewiątej rano, na skrzydle prawem, którem dowodził Bagration, jeszcze bić się nie rozpoczęto. Mimo nalegań Dołgorukowa, nie chcąc brać na siebie całej odpowiedzialności, zadecydował Bagration, że wprzód zanim pójdzie do ataku, poszle po rozkazy do głównego wodza. Wyrachował to dobrze, że zanim ów ktoś przez niego wysłany, zdąży przebyć tam i nazad, co najmniej dziesięć wiorst przestrzeni, dzielącej jedno skrzydło armji od drugiego; jeżeli go po drodze nie zabiją (co nie było trudnem do przypuszczenia), jeżeli ostatecznie potrafi odszukać wodza naczelnego, co było również zadaniem nie lada!... nie wróci aż gdzieś pod wieczór.
Powiódł wrrokiem apatycznym, i jakby wiecznie zaspanym po swojej świcie. Uderzyła go twarz Rostowa, o rysach i wyrazie prawie dziecięcym. On mu jakoś najlepiej przypadł do gustu. Jemu więc powierzył odszukanie Kotuzowa i przywiezienie mu tegoż rozkazów, co do dalszego planu działania.
— A jeżeli bym spotkał się wpierw z carem, wasza ekscellencjo? — spytał Rostow niespokojnie.
— Możesz tem bardziej, Mikołaju Stefanowiczu, prosić o rozkazy najjaśniejszego pana, że na jego skinienie i Kotuzow musi być posłuszym. — Wtrącił Dołgorukow od niechcenia.
Gdy go uwolniono z posterunku, Rostow spał twardo przez kilka godzin. Zbudził się wypoczęty, pełen siły młodzieńczej, energii, sprężystości i ufności w siebie, jak i w swoją gwiazdę szczęśliwą. Był gotów do wszystkiego, do czynów bohaterskich jednem słowem.