Strona:Lew Tołstoj - Wojna i pokój 03.djvu/144

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

które tworzą się obecnie po całym kraju. Wtedy pokój który zawrę, będzie godnym mego narodu, was i mnie“.

„Napoleon“.






XIV.

Była piąta godzina z rana. Panowała jeszcze ciemność zupełna. Oddziały z centrum, rezerwa i prawe skrzydło Bagrationa, stały dotąd nieporuszone. Za to na skrzydle lewem, szeregi piechoty, konnicy i artylerja budziły się ze snu i zaczynały się ruszać pospiesznie. Im to bowiem wydano rozkaz zaatakowania prawego skrzydła Francuzów i wyparcia z zajętego stanowiska, według planu wypracowanego tak mozolnie przez Weirothera. Mieli oni zapędzić nazad Francuzów w niedostępne góry czeskie. Było bardzo zimno, ciemno i ponuro. Oficerowie kończyli na prędce śniadanie i połykali parząc podniebienie gorącą herbatę. Żołnierze gryźli na umor swoje suchary, uderzając nogą o nogę aby rozgrzać trochę członki skostniałe. Kto mógł cisnął się do ognisk, w które wrzucano z kolei krzesła połamane, stoły, części kół, beczki próżne, słowem: to wszystko, czego zabrać nie było można, lub co już żadnej wartości nie przedstawiało. Z ognisk wydobywały się kłęby dymu czarnego i w oczy gryzącego. Przybycie do obozu przewodników austrjackich, dało hasło do wymarszu. Ruszały się całe pułki. Żołnierze porzucali ogniska, chowali fajki na krótkich cybuszkach