Strona:Lew Tołstoj - Wojna i pokój 03.djvu/142

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

— Pikieta jest dotąd na wzgórzu, wasza ekscellencjo, w tem samem miejscu, co wczoraj — zaraportował Rostow, nie mogąc wstrzymać się od błogiego uśmiechu, że spisał się tak gracko i nie przestraszył się wcale kul przelatujących niby rój os koło ucha.
— Dobrze, dziękuję ci panie poruczniku.
— Ekscellencjo — odezwał się Rostow — chciałbym prosić...
— O cóż takiego?
— Mój szwadron zostanie w rezerwie... Błagam o łaskę przydzielenia mnie do szwadronu pierwszego.
— Nazwisko?
— Hrabia Rostow.
— Ah! i owszem! bardzo chętnie! Zatrzymam cię przy sobie poruczniku, jako ordynansa.
— Jesteś synem Stefana Andrzejewicza, nieprawdaż? — spytał Dołgorukow. — Tylko że...
Rostow, nie odpowiadając tamtemu, zwrócił się do Bagrationa:
— Mogę zatem mieć nadzieję, wasza ekscellencjo?
— Ależ na pewno! Wydam rozkaz odpowiedni natychmiast!...
— A zatem jutro! już jutro, mogą mnie posłać do cara z jakiemkolwiek poleceniem. Dzięki niebu! — rzekł sobie w duchu, nie posiadając się z radości.
Krzyki i ognie w obozie nieprzyjacielskim, spowodowało odczytanie odezwy Napoleona. W czasie odczytu tejże cesarz objeżdżał konno cały obóz. Żołnierze skoro go spostrzegli, zapalali pochodnie ze słomy na prędce skręcane i szli za nim z okrzykami radośnemi. — „Niech