Strona:Lew Tołstoj - Wojna i pokój 03.djvu/178

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

oddzielonego od gościńca rowem. W tej chwili spostrzegł nieopodal dwóch jeźdźców. Zdało mu się, że zna obydwóch, a szczególniej pierwszego z białym pióropuszem na kapeluszu. Ten drugi, na pysznym koniu bułanym, spiął ostrogą swego rumaka i popuściwszy mu cugli, przesadził przez rów z największą łatwością. Kilka tylko grudek ziemi wyskoczyło w górę z pod kopyt końskich. Zawrócił konia w miejscu, i przeskoczył rów powtórnie. Wtedy zbliżył się z najwyższem uszanowaniem do swojego towarzysza, jakby go chciał zachęcić do tego samego. Ten do którego przemawiał, potrząsł głową i ręką przecząco, a Rostow poznał w nim natychmiast cara, swego cara ubóstwionego, nad którego fatalną porażką, o mało że nie zapłakał!
— Ależ on nie może zostać tu sam jeden, wśród tego pola pustego! — pomyślał. Aleksander zwrócił twarz ku niemu, i mógł przypatrzeć się dobrze tym rysom, tak głęboko wyrytym w jego sercu. Car był bardzo blady; policzki zapadły mu się, oczy miały sine obwódki. Dobroć atoli i łagodność, malująca się w tych ślicznych rysach, teraz uderzała może jeszcze więcej niż kiedy indziej. Rostow był uszczęśliwiony że go widzi, uszczęśliwiony przekonawszy się naocznie, że owa rana była tylko kłamliwym wymysłem. Powiedział sobie w duchu, że powinien natychmiast spełnić polecenie Bagrationa.
Tak samo jednak, jak młodzieniaszek rozkochany, a trwożliwy, i cały drżący, nie może odważyć się na wprowadzenie w czyn, namiętnych marzeń nocnych; szuka rozmaitych wymówek i wykrętów, byle opóźnić chwilę schadzki, choć jej pragnął gorąco; tak i Rostow w obec