Colas Breugnon (Rolland, 1923)/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Romain Rolland
Tytuł Colas Breugnon
Wydawca Wydawnictwo Polskie
Data wydania 1923
Druk Poznańska Druk. i Zakład Nakładowy T. A.
Miejsce wyd. Lwów – Poznań
Tłumacz Franciszek Mirandola
Tytuł orygin. Colas Breugnon
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
ROMAIN ROLLAND
COLAS BREUGNON
POWIEŚĆ
WYDANIE DRUGIE
Z UPOWAŻNIENIA AUTORA PRZEŁOŻYŁ
F. MIRANDOLA.
Logo - Wydawnictwo Polskie - Antychryst.Tragedja w trzech aktach 1925.png
LWÓW — POZNAŃ 1923
NAKŁADEM WYDAWNICTWA POLSKIEGO



BIBLJOTEKA
LAUREATÓW NOBLA
POD REDAKCJĄ
Dra STANISŁAWA LAMA
TOM I.
ROMAIN ROLLAND
COLAS BREUGNON
Logo - Wydawnictwo Polskie - Antychryst.Tragedja w trzech aktach 1925.png
LWÓW — POZNAŃ 1923
NAKŁADEM WYDAWNICTWA POLSKIEGO





ODBITO NA PAPIERZE BEZDRZEWNYM
POZNAŃSKA DRUKARNIA I ZAKŁAD NAKŁADOWY T.A., POZNAŃ




ŚWIĘTEMU MARCINOWI GALICKIEMU
PATRONOWI CLAMECY
POŚWIĘCAM
ŚWIĘTY MARCIN SIADŁ PRZY WINIE,
WODA W MŁYNIE NIECHAJ PŁYNIE!
(Przysłowie z XVI wieku).



PRZEDMOWA Z POWOJENNYCH CZASÓW.

Książka ta była wydrukowana i zupełnie gotowa do wydania przed wojną jeszcze. Nie czynię w niej zmian żadnych. Krwawa epopeja, której bohaterami i ofiarami zostali wnukowie Colasa Breugnon, wzięła na się przeprowadzenie dowodu że „poczciwy szaraczek żywie jeszcze.“
Sądzę, że okryte sławą i wyciśnięte do cna ludy Europy, rozcierające sobie teraz potłuczone żebra, odnajdą niejaki zdrowy sens w refleksjach jakie czyni sobie „nasz baranek swojski, żyjący pomiędzy wilkiem a pasterzem.“

R. R.


PRZESTROGA CZYTELNIKOWI.

Czytelnicy „Jana Krzysztofa“ nie spodziewali się pewnie takiej, nowej książki. Zdziwiła ona w równej mierze i mnie samego.
Pracowałem nad innymi utworami, dramatem i powieścią na tematy współczesne, w tejżesamej co „Jan Krzysztof”, nieco tragicznej atmosferze wyrosłe. Nagle musiałem rzucić w kąt wszystkie notatki i przygotowane sceny i jąłem się tej niewinnej książki, o której nie myślałem jeszcze dnia poprzedniego.
Jest to reakcja przeciw dziesięcioletniemu przymusowi trwania w rynsztunku „Jana Krzysztofa”, która to zbroja, zrazu wygodna i na moją zrobiona miarę stała mi się z czasem przyciasna. Uczułem nieprzezwyciężone pragnienie swobodnej wesołości galickiej, posuniętej aż do niemożliwości... do impertynencji. Jednocześnie powrót do ziemi ojczystej, nie oglądanej od lat młodocianych, pozwolił mi wznowić kontakt z ojczystą moją Burgundją niwernejską. przywiódł mi przed oczy przeszłość zaśnioną, zdawało się, na zawsze, oraz zbudził wszystkich Colasów Breugnonów jakich noszę w zanadrzu. Musiałem zabrać głos ich imieniem. Te siarczyste gaduły nie wygadały się dostatecznie za życia. Skorzystali z okoliczności, iż jeden z wnuków dostąpił zaszczytnego przywileju zostania pisarzem (zawsze tego zazdrościli) i uczynili mnie swym sekretarzem. Daremnie się broniłem:
— Dziadziu, zważ proszę, że miałeś dość czasu na gadanie, dajże mi się teraz wyjęzyczyć. Każdy winien mieć swą kolej!
Odparli:
— Słuchaj smarkaczu! Powiesz swoje gdy ja skończę. Zresztą wiedz, że bajanie twe mojego nie warto. Siadaj, i słuchaj, nie tracąc jednego słowa... Chłopcze drogi, uczyń to dla twego dziadzi. Przekonasz się, gdy znajdziesz się na naszem miejscu... Wierzaj, najgorszym w śmierci jest przymus milczenia.
Cóż było robić? Musiałem ustąpić i pisać pod dyktandem.
Nareszcie skończyłem i odzyskałem swobodę — (tak mi się przynajmniej wydaje). Podejmę tedy wątek myśli własnych, oile któryś z mych starych gadułów nie nabierze ochoty wychylenia się z grobu, by mi dyktować listy do potomności skierowane.
Nie mam śmiałości przypuszczać, by mój Colas zainteresował do tego stopnia czytelników co samego autora. Niechże przynajmniej przyjmą tę książkę taką jaką jest, z całą tchnącą z niej szczerością, prostotą, bez pretensji ulepszania świata, ni wyjaśniania go, wolną od polityki, metafizyki, książkę „w dobrym francuskim guście“, która śmieje się życiu w twarz, bowiem uważa je za dobre, a zdrowie posiada jak należy. Krótko i węzłowato, jak powiada dziewica Joanna 4wezwać wszak należy jej imienia poczynając rzec zgoła galicką) „przyjmijcież to miłościwie...“

Romain Rolland.


I.
SKOWRONEK MATKI BOSKIEJ GROMNICZNEJ
2. lutego.

Chwała bądź wielka Świętemu Marcinowi... zupełny zastój w interesach! Niema zresztą za czem karku kręcić, dosyć się napracowałem w życiu, odpocząć pora. Siedzę sobie tedy spokojnie przy stole... kubek wina po prawej, kałamarz po lewej ręce, przede mną zaś, rozwarłszy ramiona, jakby do uścisku, spoczywa nowiutki, czyściutki zeszycik. Zdrowie twoje, synku... teraz pogadajmy! Z dołu dochodzi rumor jakowyś,... to baba moja hałasuje, jak zwykle. Wichr skowycze za oknami, znowu coś się chmurzy horyzont polityczny... mniejsza z tem! O, co za radość, co za wielka radość znaleźć się tak sam na sam z sobą. Do ciebie się zwracam, uważasz, gębo pijacka, okraszona pięknym karmazynem, gębo ciekawa, roześmiana, przystrojona trąbiastym, burgundzie im w każdym calu nosem, siedzącym na bakier między oczami, coś niby kapelusz z fantazją na ucho zadziany.
Do licha, sam nie wiem, czemu lubuję się w sobie, czemu mnie ciągnie do wpatrywania się w twarz własną, liczenia z wesołym uśmiechem zmarszczek, do grzebania w głębi serca, niby w piwniczym lochu za flaszczyną starych, mocnych, odleżałych wspomnień.
Mniejsza zresztą, gdy idzie o marzenie, ale rozkoszą jest pisać co się marzy? Zresztą... czyż to marzenia? Oczy, szeroko otwarte, widzą jasno... snuje się coprawda sieć zmarszczek na skroniach, ale spojrzenie mam pogodne, przekorne. Ludzie twierdzą, że oczy me są zapadłe, ale co mi tam ludzie? Tedy nie marzę, ni spisuję marzeń. Opowiadam poprostu £om widział, mówił, czynił. A może to głupstwa... bo dla kogóż u licha piszę?
Dla sławy... o o o... nie! Nie jestem naiwny, znam swą wartość, Bogu dzięka! Dla wnuków? Phii! I cóż zostanie z papierzysków mych za jakieś lat dziesięć? Moja baba jest zazdrosna, jak sam djabeł, i rzuca do pieca, co jej tylko pisanego wpadnie w szpony. Dla kogóż tedy piszę?
Dla... siebie!.. — Dla własnej uciechy pisze... dlatego, że gdybym nie pisał... szlagby mnie poprostu trafił! Ho! ho! Trzeba wiedzieć, że to żyłka dziedziczna. Ś. p. dziad mój nie byłby za nic w świecie zasnął, nie zanotowawszy bodaj, leżąc w łóżku, liczby wypitych i... oddanych z powrotem kubków wina... Musiał zapisać wszystko w porządku i basta.
Otóż sprawa tak stoi. Muszę się wygadać, a w mojem Clamecy, trudno mi wyzwać kogoś na języki, skoro jestem sam! Muszę się odszpuntować, inaczej na nic wszystko. Przytem, język mam nieco za długi... gdyby mnie tak przypadkiem ktoś usłyszał... dostałbym po czerepie! Trudno, już jestem taki! Zresztą gdyby człowiek czegoś nie zaryzykował, zdechłby chyba z nudów.
Lubię, jak nasze wielkie cisawe woły, przeżuwać wieczór strawę połkniętą zrana. O jakże miło oglądać, przewracać, mieszać to wszystko co się myślało, obserwowało, zbierało, jakże przyjemnie rozdziobywać, kosztować, smakować, pozwalać, by się rozpływało na języku i pomału... pomału połykać. Tych rozkoszy doznaje człowiek, opowiadając sobie od początku wszystko, co się pospiesznie chwyciło w przelocie, nie mając czasu na należytą, spokojną ocenę.
Jakże miło przechadzać się po... swoim własnym wszechświecie, powtarzając sobie po sto razy: to moje, to wszystko moje, jestem tu panem i władcą. Ni grad i ni mróz, ni susza nie mają nad tem żadnej mocy. Ni papież sam, ni król... ba, nawet moja sekutnica... nie dadzą temu rady!
Muszę was, drodzy państwo, oprowadzić po moim skarbcu!


∗             ∗

Przedewszystkiem zwróćcie uwagę na klejnot najdrogocenniejszy. Mam tutaj oto — siebie, Colasa Breugnon! Chłop to, że przyłóż do rany, Burgund rzetelny, okrągławy nieco, ale mu się oczy świecą, już nie pierwszej młodości, bo choć są w kupie kości, zęby zdrowe, gęsta mina, toć przyprószona czupryna... ha, trudno... pięćdziesiątka z okładem!
No, nie będę przeczył, że wolałbym, by klejnot mój był... blondynem. Tak samo, zgodziłbym się ostatecznie zrzucić z ramion jakieś dwadzieścia, czy trzydzieści lat... interes taki mogę zrobić każdej chwili. Zważcież, moi państwo, że pięćdziesiątka, to wcale ładny wiek. Śmiejecie się, młodziki? Ha? Sądzicie, że to nic, tłuc się po tym świecie, a choćby po całej Francji... i to w czasach, jak nasze, przez lat pięćdziesiąt? Mój Boże! Ileż to deszczu spadło człowiekowi na plecy, ile się nasmażył skóry na słońcu! Można powiedzieć, że człowieka przez ten czas gotowano niby mięso, przygrzewano, przysmażano, a potem dla odmiany moczono w wodzie. Twardy jestem skoro się nie rozlazłem do tej pory... co? Jako wór jestem zblakły po wierzchu, ale ileż w tym worku zbytków, facecyj, doświadczeń, szaleństw, ileż słomy i siana, fig i winogron, niedojrzałych i słodkich owoców, ileż głogu i róż, ile rzeczy widzianych, czytanych, wyuczonych, posiadanych i przeżytych! Wszystko to pomieszane, jak groch z kapustą. Co za radość, dobrać się do tego śmietnika i grzebać... grzebać...
Dość, mój Colasie! Jutro rozpoczniemy grzebaninę. Gdybym się wziął do niej dzisiaj... nie skończyłbym nawet pobieżnego inwentarza towarów, jakie mam na składzie.
A więc: posiadam dom, żonę, czterech synów, córkę wydaną za mąż, (dzięki Bogu!) zięcia, (ha... trudno, bez tego się nie obejdzie) ośmnaścioro wnucząt, szarego osła, psa, sześć kur i prosię. Jakżem bogaty!
Poprawiwszy okulary, przystępuję do bardziej szczegółowej analizy skarbów.
O tych ostatnich, prawdę powiedziawszy, wspominam jeno... dla pamięci. Bo oto przeszła po was wszystkich wojna... żołnierze, wrogowie,... a także przyjaciele... Oczywiście prosię nasolone i zjedzone, osieł ochwacony, piwniczka do dna wypita, kury dawno oskubane...
Co do żony... to... do stutysięcy starych djabłów... posiadam ją dotąd... Oo, słyszycie, jak wrzeszczy? Nie sposób zapomnieć o tem szczęściu... Poczciwa ptaszynka... mam ją, mam, jestem jej niezaprzeczalnym właścicielem! Ha, Breugnon, nielada z ciebie ziółko... wszyscy ci zazdroszczą. Panowie... proszę uprzejmie... nie jestem samolubem — porozumiejmy się! Kto ma ochotę wziąć sobie moją turkaweczkę? Posiada mnóstwo zalet, jest oszczędna, czynna, trzeźwa do szaleństwa, uczciwa do niemożliwości... itd. itd Coprawda, nie utyła z tych cnót. Jako grzesznik zatwardziały, wyznaję, że wolę jeden tłusty grzeszek od siedmiu cnót chudych... (ale dość tego, trzeba uszanować cnotę, skoro inaczej być już... z woli bożej, nie może!).
Hej, hej, jak się ta czarownica rozbija po całej chałupie! Pełno jej wszędzie, choć taka szczypa. Przewraca graty do góry nogami, burczy, beszta, klnie, drepci ciągle ze strychu do piwnicy i z powrotem, tępiąc kurz i ciszę z zaciekłością niepojętą.
Już trzydzieści lat minęło od ślubu naszego. Djabli wiedzą, (oraz Opatrzność) poco ją brałem? Kochałem się w innej, ale drwiła ze mnie, a ta znowu uparła się wyjść za mnie, chociaż jej nie chciałem. Wówczas była bladolicą brunetką i wierciła we mnie błyszczącemi ślepiami. Byłaby mnie chciała pożreć, przegryźć, jak woda stal przeżera. Kochała mnie do szaleństwa... na śmierć! Prześladowała mnie, ścigała, tropiła (o, jakże głupi są mężczyźni), a więc potrochu z litości, a także skutkiem tego, że pochlebiła mej próżności, wreszcie ze znużenia (ładny sposób odpoczynku), nakoniec, w chęci pozbycia się napaści — zostałem (Jan de Vrie zanurza się do wody, aby nie przemoknąć na deszczu)... zostałem jej mężem! Od tego czasu posiadłem skarb cnoty wcielonej, a ona, poczciwa gołąbeczka... mści się... mści, od lat trzydziestu. Jakiż powód zemsty? Oto mści się za to, że mie kochała. Doprowadza mnie do wściekłości, a raczej pragnie to uczynić, ale... niedoczekanie! Ho, ho, zanadto miłuję spokój i nie głupim wpadać w melancholję z powodu jakichśtam głupich kilku słów. Deszcz dudni po szybach? Niechże sobie pada do woli... Gdy ona grzmi... mnie się ani śni... gdy ona gniewa się... to mnie się śpiewać chce! I czemuż u djaska mam jej bronić wrzeszczeć skądże prawo? Wszakże tak być musi... nie życzę jej przecież nagłej, a niespodziewanej śmierci! Baba w progi... cisza w nogi! Stara bajka! Każdy sobie nuci własną piosenkę. Niech tylko nie ośmiela się zamykać mi gęby, (o... wie dobrze, coby ją to kosztowało), a chętnie godzę się, by rozdziawiała swoją od ucha do ucha... Każdy pon ma swój ton!
Zresztą, mimo, że instrumenty nasze niebardzo są dostrojone do siebie, odegraliśmy wcale, wcale ładne kawałki: córkę i czterech synów. Wszystkie sztuki zrobione na urząd, wykończone, jak się należy. Nie szczędziłem materjału, ani pracy. Najlepiej mi się udała dziewczyna i w tym plonie odnajduję własne nasienie... Bestyjka bo ta Martynka, kochana odrobinka! Miałem krzyż pański, zanim dożeglowałem z nią do małżeńskiego portu. No! Nareszcie stoi na kotwicy, nie nadwerężona po drodze! Ha... i tak przecie, trudno dowierzać kobiecie... ale to już nie moja sprawa! Dosyć miałem czuwania, dreptania... teraz kolej na drogiego zięciaszka mego... Florymonda... Dostał ciasto, jak się patrzy... niechże baczy, by się nie przypaliło w piecu.
Dysputujemy z Martynka za każdem widzeniem i rozumiemy się doskonale. Dzielna dziewczyna, wie co robi, nawet robiąc głupstwa i uczciwa... z warunkiem, by uczciwość miała uśmiech na twarzy. Wadą najwyższą jest dla niej nuda. Nic lęka się trosk. Troska to walka, a walka, to przyjemność! Kocha życie i wie co dobre, zupełnie jak ja. To moja krew! Tylko... pracując nad nią... byłem może trochę przesadnie wspaniałomyślny... tak mi się coś zdaje.
Gorzej wypadli chłopcy. Matka wtrąciła swoje trzy grosze i ciasto dostało zakalca. Dwu z nich, to bigo ty zatracone, a w dodatku każdy siedzi w innej kruchcie. Jeden nie wyłazi z pod księżej kapoty i obraca się wśród dewotek i innych obłudników, drugi jest hugenotem. Wysiedziałem kukułcze jaja! Trzeci jest żołnierzem, wojuje, włóczy się i nie wiem doprawdy, gdzie się obraca. Czwarty nakoniec jest poprostu niczem... jakimś przekupniem znikomym, cichym, rozlazłym. Ziewam ile razy o nim wspomnę! Rasa wyłazi z wszystkich dopiero, gdy siedzimy pospołu przy stole nad pełną misą. Żadne z sześciorga nie śpi wówczas i wszyscy żywią jedne przekonania. Cudne to widowisko. Sześć par szczęk pracuje dzielnie, gęby pochłaniają kromy chleba, a wino spuszcza każdy do piwnicy brzucha bez pomocy bloku i sznura.
Ruchomości spisane, teraz kolej na dom. Podobny jest do córki mojej. Budowałem go zwolna, rozważnie, gruntownie, wprost rozrzutnie szafując materjałem, a w dodatku budowałem nie raz, ale kilka razy. Stoi na brzegu Beuwionu, nieforemny, przysadkowaty, tonąc w zieloności, otoczony gnojówkami, u krańców przedmieścia, po drugiej stronie niskiego, zapadłego napoły mostu, moczącego nogi w wodzie.
Wprost domu wznosi się dumna, strzelista wieża Św. Marcina, o haftowanym rzeźbą cokole i rozkwieconym sztukaterją portalu, do którego niby do raju wiodą czarne, starorzymskie, strome schody. Moje penaty i lary znajdują się już za murami miasta. To też ile razy dostrzeże warta nieprzyjaciela z wieży, zamyka bramy, a nieprzyjaciel zachodzi prosto do mnie w gościnę. Lubię wprawdzie pogadankę, ale obszedłbym się zupełnie bez takich wizyt. Zazwyczaj odchodzę, zostawiając klucz w drzwiach. Za powrotem nie zastaję ani klucza, ani drzwi, tylko gole ściany bez dachu. Zaczynam wówczas budować na nowo. Mówią mi ludzie:
— Ośle, pracujesz dla wroga! Porzuć to kretowisko i przeprowadź się do miasta, będziesz bezpieczny!
Odpowiadam:
— Mój drogi Landeri! W kretowisku dobrze mi. Wiem naturalnie, że co mur, to mur. Ale cóżbym widział ukryty za wysokim murem? Szlagby mnie trafił z nudów. Tymczasem nad brzegiem mego Beuwronu widzę mnóstwo rzeczy i mam gdzie się rozeprzeć swobodnie. W wolnych od pracy chwilach widzę wprost z ogródka refleksy na wolno płynącej wodzie, koła zataczane za każdem pluśnięciem ryby, nawet włochate porosty na dnie. Mogę tam zarzucać wędkę, moczyć nogi, wylewać nocnik... słowem, czynić, czego dusza zapragnie. A zresztą, widzisz, bracie, siedzę tam od lat i już nie pora mi przenosić się na inne miejsce. Chyba nie spotka mnie nic gorszego, niż dotąd. Powiadasz, że raz jeszcze dom zostanie zniszczony? Być może... Przecież nie mam pretensji, by przetrwał wieki. Ale niełatwo przyjdzie wydrzeć mnie z miejsca, gdzie się zakorzeniłem... niełatwo, do stu djabłów... powiadam! Odbudowywałem już dwa, czy trzy, odbuduję jeszcze dziesięć razy! Coprawda nie zaliczam tego do przyjemności, ale przenosiny sprawiłyby mi wielką przykrość. Czułbym, się, jakby odarty ze skóry. Proponujesz mi inny, nowszy, piękniejszy, bielszy? Nie... nie, spaczyłby mi się nad głową dach, musiałbym uciekać... nie nie... wolę swoją chałupę!
A więc streśćmy się. Opisałem żonę, dzieci, dom... czyż to już wszystko, co posiadam?
Nie, zachowałem na koniec najlepszą rzecz... mianowicie moje rzemiosło. Jestem członkiem cechu stolarzy pod wezwaniem Św. Anny. Noszę podczas pochodów i procesyj godło nasze, wyobrażające lirę z cyrklem u góry. Na lirze tej uczy grać Bóg Ojciec córkę swą, maleńką, niewiększą od pantofla, N. P. Marję. Uzbrojony heblem, dłutem i piłą króluję w warsztacie, władając żylastym dębem, czy połyskliwym orzechem. Co z nich wytworzę, to rzecz mojej fantazji i pieniędzy klienta. Ileż form drzemie przedziwnych, zakopanych w każdym z onych kloców. Wystarczy jedynie wnijść... do pałacu zaczarowanego, by zbudzić śpiącą królewnę. Ale piękna dama, którą chcę przywrócić do życia, to nic jakiś frymuśny koczkodonik. Nie lubię także owej damy chudej, bez piersi ni... pośladków. Miast włoskich form wolę kształty nasze, burgundzkie, połyskujące patyną bronzu, pełne siły, dostatnie, obciążone owocami niby winnica... Cieszę się, robiąc brzuchaty kufer, czy sepet, lub szafę rzeźbioną podług zdrowych, mocnych wzorów takiego n. p. mistrza, jak nasz Hugues Sambin. Przystrajam ściany domów boazerją, roztaczam spiralne skręty schodów. Za mojem czarodziejskiem dotknięciem, niby jabłka wśród szpaleru jabłoni wybłyskują z murów meble szerokie, wygodne, silne, dostosowane do miejsca i użytku.
Ale największa to dla mnie uciecha, kiedy mogę zanotować na papierze to, co tętni w mej fantazji,... ruch, gest... jakiś pochylony grzbiet, gardło rozdęte, rozkwieconą wolutę, girlandę, karykaturę, a wkońcu gębę przypadkowo zaobserwowanego przechodnia. Wszystko to potem przygważdżam do deski i jestem szczęśliwy. Wszakżem to rzeźbił sam, (same arcydzieła, oczywiście) dla własnej przyjemności i uciechy proboszcza. W stallach kościoła w Montreal widnieją moje rzeczy. Są tam mieszczuchy, opowiadający sobie facecje i popijający zdrowo z ogromnego dzbana, a także dwa lwy bijące się o kość.
Popić przed pracą, popić po pracy... hej, to radość nielada! Warto żyć. Widzę wokoło siebie ludzi gniewnych i słyszę wyrzekania. Wypominają mi, żem się nie w porę wybrał z śpiewaniem w tak smutny czas... Nieprawda! Niema smutnych czasów, są tylko smutni ludzie. Nie zaliczam się do tej bandy... Bogu dzięki!
Urywają sobie wzajem głowy... biją się? Oczywiście, tak było zawsze i zawsze będzie! Dam sobie uciąć tekę, jeśli się mylę, ale twierdzę, że za jakieś czterysta lat, wnuki i prawnuki nasze z takiem samem upodobaniem co dziś będą sobie zdzierać skórę z grzbietu, wyrywać włosy, wykluwać oczy i obcinać nosy. Myślę nawet, że dojdą do większej doskonałości i wynajdą co najmniej czterdzieści nowych, genialnych wprost sposobów przenoszenia się wzajem na tamten świat.
Ale wiem i twierdze stanowczo, że nikt nie wynajdzie nowej, lepszej metody picia i nie wierzę, by ci następcy nasi umieli to uczynić lepiej ode mnie.
Licho wie zresztą, do czego doprowadzą idjoci za lat czterysta! Może, dzięki cudotwórczemu zielu proboszcza z Meudon, zwanemu Pantagruelionem, będą mogli podróżować na księżyc, może udadzą się jeszcze dalej, do owej fabryki, skąd lecą pioruny i deszcz, może zamieszkają w niebie i nawiążą stosunki handlowe z bogami...
A niech tam! Ale tu, gdzie siedzę, tu dużo bezpieczniej. Przytem, któż mi zaręczy, że za lat czterysta wino będzie jeszcze tak dobre, jak dzisiaj?
Moja sekutnica zarzuca mi, że nadmiernie lubuję się w pohulankach. Nie pogardzam niczem. Lubię wszystko, co dobre, więc dobre mięso, wino, pełne ciałko i skórkę mięciuteńką, puszystą, o czem śni się tak słodko, dalej boskie próżniactwo, kiedy to robi się tyle różnych rzeczy (leżąc na brzuchu, wiadomo, jest się panem świata, młodym, pięknym, zdobywczym, przewraca się świat do góry nogami, słyszy się, jak trawa rośnie, gada się z drzewami, zwierzętami i bogami).
I ciebie kocham, stary towarzyszu, wierny, pewny, skarbie mój, praco moja! O jakże przyjemnie wziąć w rękę narzędzie i stanąć przy warsztacie. Robisz, co chcesz z onym opornym mat er jąłem, który wreszcie poddaje się, drży pod ręką i oto, jakby czarem wywołane wybłyskują cudne zjawy form. Co za radość, gdy z grubych palców wychodzą te misterne dzieła sztuki. Czuje się monarchą królestwa złud. Pole moje daje mi ciało swe, winnica krew swoją. Moje ręce, to pracownicy posłuszni, któremi kieruje stary mózg mój. Mózgiem znowu władam ja sam, tak. że musi spełnić każdy kaprys, czy marzenie. Któż był kiedy lepiej obsłużony? Czyż nie jestem osobą dostojną? Któż mi śmie zabronić wypić za własne zdrowie — oraz, nie wolno być niewdzięcznym — za zdrowie mych poddanych?
Błogosławiony dzień mego przyjścia na świat! Mój Boże, jakżeż dobrą rzeczą jest życie! Choćbym się niewiedzieć jak napchał, głodny jestem, zawsze mi idzie ślinka, muszę być chyba chory, bo niema takiej chwili przez cały boży dzień, bym nie pragnął zasiąść do stołu zastawionego darami ziemi i słońca...


∗             ∗

Ale, zdaje mi się, sąsiedzie, żem przeholował trochę z tem słońcem, niebardzo grzeje, a w wszechświecie moim panuje mróz. Ta szelma zima wcisnęła się do mego pokoju. Chwieje się pióro w skostniałych palcach.
Na miłość Boga — kryształ} — lodu w szklance z winem! I nos mi pobladł... Ohydna ta barwa, przypomina liberję cmentarza. Nienawidzę bladości.
Hej... trzeba przyjść do siebie! Dzwony św. Marcina biją i śpiewają. To dziś akuratnie M. Boskiej Gromnicznej. Dziś się zima traci, albo się bogaci...
Niechże djabli wezmą ten mróz, ściska coraz lepiej! Trudno, trzeba wyjść i stanąć z wrogiem twarzą w twarz. Może mu dam rady!
Siarczysty mrozik. Tysiące szpilek kłuje mnie po policzkach. Z za rogu ulicy wypada wiatr i porywa mnie za brodę. Uuu! Ale Bogu dzięki, wracają mi rumieńce na twarz. Lubię bardzo chrzęst śniegu pod nogami i tętnienie zmarzłej ziemi. Czuję się młodym... Ha... cóż za miny kwaśne i wstrętne mają ci wszyscy ludzie?
— No, cóż wam to, sąsiadeczko? Czemu nos na kwintę? Oho! Wiatr podwiewa spódniczkę... oo, jak wysoko? Ma rację, jest młody... szkoda, że ja nie taki... Wie dobrze szelma, gdzie dobre miejsce... to smakosz... zna się na tem! Nic nie szkodzi, sąsiadeczko... nic nie szkodzi i wiatr musi mieć swe przyjemności... A gdzież to tak spieszycie, matusiu? Djabeł wam wygląda z za kołnierza. Na mszę? Laus Deo! Odniesie on zawsze zwycięstwo nad złością. Będzie się śmiał ten, który płacze, a smażył się będzie ten, który kostnieje na tym świecie! Śmiejecie się... ano to dobrze! Tak... tak i ja spieszę także... idę jak wy na mszę, ale nie tę, którą odprawia proboszcz w kościele. Idę w pole... tam sam Bóg celebruje...
Wstępuję naprzód do córki, by zabrać swoją małą Glodzię. Codziennie odbywamy wspólne przechadzki. Toż moja najlepsza przyjaciółka ta żabusia, ten skrzacik maleńki. Minęło jej dopiero pięć lat, ale ma rozum... ho... ho! Sprytna, jak mały szczurek, a uprzykrzona, jak musztarda na języku. Biegnie, gdy mnie tylko zobaczy. Wie dobrze, że mam zawsze pełne kieszenie różnych historyjek, lubi je podobnie jak ja. Biorę ją za rączkę.
— Chodź, dziecino! Pójdziemy na spotkanie skowronka, może już przyleciał?
— Skowronka?
— Tak... dziś Gromnicznej. Czyż nie wiesz, że dziś właśnie wraca z nieba?
— A co on tam robił?
— Poleciał po ogień.
— Ogień?
— Tak... po ogień, który sprawia, że słońce grzeje i gotuje potrawy na ziemi.
— Więc go nie było?
— Naturalnie! Odleciał jeszcze na Wszystkich świętych. Co roku odlatuje w jesieni do nieba, by rozgrzewać gwiazdy.
— A czemu wróci?
— Trzy ptaszki poleciały powiedzieć mu, że już czas....
— Opowiadaj...
Drepci po drodze. Nie boi się zimna. Zresztą ciepło ubrana w biały trykot i błękitną kapuzę. Wygląda jak sikorka. Tłuste policzki przybrały barwę karmazynu, z małego, zadartego noska kapie obficie.
— Ano... raz... dwa... siąkaj! Mocno! Już dobrze... idziemy.
— Opowiadaj... opowiadaj, dziadziu... Trzy ptaszki...
Lubię, by mnie proszono.
Trzy ptaszki wybrały się w drogę, trzy śmiał ki co się zowie: mysikrólik, gil i skowronek. Mysikrólik żywy i ruchliwy, jak Tomcio Paluch, a dumny jak nie wiem co, pierwszy spostrzegł w powietrzu ogień, podobny do fruwającego, świecącego ziarnka pszenicy. Rzuca się tedy na owo ziarnko i krzyczy:
— Mam!... Chwyciłem ogień... Ja pierwszy!
— I ja... i ja... — wołają inne, ale mysikrólik już pochwycił ogniste ziarnko i leci w dół, ku ziemi.
— Ratunku... ratunku! Pali mnie! — Krzyczy biedak i przesuwa ogień w te i w tę stronę dzióbka. Ale nie może wytrzymać, bo piecze go w język, tedy wypluwa ziarnko i chowa je pod skrzydełko.
— Ojej! Ratunku! Skrzydło mi się pali! — woła, (widziałaś przecież plamy opalenizny pod skrzydełkami mysikrólika i skręcone od gorąca piórka).
Gil pospiesza mu z pomocą. Chwyta ziarnko i kładzie je na podgardlu, na kamizelce puchowej.
Naraz śliczna kamizelka zaczyna czerwienieć... coraz czerwieńsza.
— Mam dość tej zabawy! — krzyczy gil Spaliło mi się ubranie... cóż teraz pocznę?
Ale wtem poczciwy skowronek przyleciał i chwycił prędko w dzióbek ziarnko ognia, które, upuszczone przez gila; wracało już do nieba. Potem bez namysłu, z szybkością strzały spada prosto na ziemię i zakopuje ziarnko starannie w stężałym od mrozu zagonie, a zagon od gorąca rozmarza... pulchnieje...
Skończyłem swoją historyjkę. Teraz zaczyna Glodzia skrzeczyć, jak sroczka. Za miastem, chcąc dostać się na wzgórze, wziąłem ją na plecy. Niebo szare, śnieg chrzęści pod nogami, krzaki i wychudłe, jakby szkieletowate drzewa, pootulane białemi materacami. Dym wznosi się z kominów prosto w górę i ma szafirowy kolor. Nie słychać nic, prócz rechotania mojej małej żabki. Jesteśmy na szczycie.
U stóp mam miasto przepasane, niby dwiema wstęgami, leniwym nurtem Jonny i krętym Beuwronem. Wszystko ma czapki z śniegu. Mimo, że przemarzłe jest do szpiku kości, skulone i drżące, miasto rozgrzewa mi serce ile razy obejmę je spojrzeniem.
Miasto otaczają piękne wzgórza, wyglądają tak, jak brzeg gniazda słomianego, pośrodku którego spoczywają pisklęta ludzkie. Za wzgórzami garbią się góry, zataczają wielokrotne szeregi, falują wokół przebłękitnione oddalą, niby morze. Ale niema w nich nic z owego chytrego żywiołu, który zagrażał Ulisesowi i jego okrętom. Niema burz ni przepaści. Wszystko trwa w pokoju. Załedwo tu i owdzie łono wzgórza rozpiera coś jakby wnętrzna siła, pragnąca się wyładować. Drogi ścielą się prosto z jednego garbu fali na drugi garb, płyną zwolna, bez pospiechu, zostawiając pas biały, niby ślad łodzi na morzu.
W dali dominuje nad tą rozchwieją, niby maszt okrętu, katedra Św. Magdaleny w Vezelay, gdzie w r. 1147 św. Bernard głosił drugą wyprawę krzyżową.
A bliżej na skręcie Jonny szczerzą swe kły skaliste zbocza Bassewillu.
Pośrodku za toczą wzgórz, w niedbałej pozie, zwieszone nad wodą, przybrane w ogrody, kępy drzew, różne błyskotki i łachmanki spoczywa miasto, uwieńczone koronkową, cudną wieżą.
Podziwiam ślimaczą skorupę, w której sam siedzę. Dzwony biją uroczyście. Krystaliczny rozdźwięk wypełnia całą kotlinę, rozlewając się falą nieuchwytną dla zamrozu. Wsłuchuję się w tę muzykę, a wtem promień słońca, przebiwszy oponę chmur, rozbłyska na ziemi, oblewając nas światłem.
Moja mała Glodzia zaczyna klaskać w rączęta i woła:
— Dziadziu... dziadziu! Słyszę.. słyszę... to skowronek!
Roześmiałem się radośnie, zdejmuję moją drogą żabusię z pleców, całuję serdecznie i zapewniam:

— I ja go słyszę i ja... to skowronek, co głosi wiosnę...


II.
OBLĘŻENIE
CZYLI PASTERZ, WILK I JAGNIĘ

„Starczy naszych owieczek kilka,
By zgładzić wilka.“

Połowa lutego.

Smutno! Piwniczka moja niebawem pokaże dno. Zacne żołnierzyki, przysłane nam ku obronie przez Jaśnie Oświeconego Księcia naszego Jmć. Pana de Nevers, wybili szpunt ostatniej beczki. Dalejże... pić wraz z nimi, nie tracąc ani sekundy! Ruina?... I owszem, niech będzie! Ale musi się to odbyć wesoło. Zresztą nie pierwszy to raz i z pomocą boską... nie ostatni!
Dobrzy z nich chłopcy! Zasmucili się bardziej niż ja posłyszawszy, że płyn wysycha. Mówili mi to sąsiedzi, którzy zresztą wszystko biorą tragicznie. Ja nic mogę, jestem na tym punkcie, zblazowany. Zbyt często bywałem w teatrze i dlatego byle głupstwa traktować serjo nie umiem.
Ileż przesunęło mi się od urodzenia przed oczyma tych... masek! Byli Szwajcarzy, Niemcy, Gaskończycy, Lotaryngowie, cała menażerja wojenna z tornistrem na plecach, bronią w ręku. Znam tych pożeraczy grochu o brzuchach bez dna, zawsze gotowych połknąć każdego poczciwca cywila razem z butami. Któż zgadnąć zdoła za co i o co się biją? Wczoraj pono za króla, dziś za Ligę. Czasem są papistami, czasem hugenotami. Wszystkie stronnictwa djabla warte, w każdym zaś razie szkoda porządnego postronka, by tych hyclów wywieszać po kolei. Drań w drania, niema gadania!
A zwykle mieszają w swe głupie sprawy Pana Boga! Kroćset starych chodaków! Zostawcie Stworzyciela w spokoju, smarkacze! To osobistość w poważnym wieku. Jeśli was skóra swędzi, skrobcie się wzajem do woli... pan poskrobie się sam, jeśli taka będzie jego wola... psiakrew sobacza!
A najgorsze to to, że chcą mnie zmusić do tego niecnego procederu. Panie Boże, szanuję się i sądzę bez przechwałek, iż spotykamy się nieraz po kilkakroć na dzień, jeśli prawdą jest, co mówi przysłowie galickie: Kto dobre wino pije, za pan brat z Bogiem żyje!“ Ale u djaska, przecież nie przyjdzie mi nigdy do głowy twierdzić, jak powiadają ci obwiesie, że cię znam na wylot, że jesteś moim krewniakiem, że dałeś mi do dyspozycji całą swą potęgę i trzydzieści sześć twych doskonałości... Musisz przyznać, Panie Boże, że ci pokoju nijak nie zakłócam i proszę tylko, byś mi tą samą miarką odpłacił. Mamy obaj po uszy roboty z trzymaniem w ryzach naszych domów, ty się borykasz z wielkim wszechświatem twoim, ja z moim małym.
A nicponie z menażerji wojennej każą mi się mieszać w twoje sprawy... Nic z tego! Chcą, bym przemawiał w twem imieniu i decydował, która partja ma się obżerać i wypijać twe piwnice? Nic z tego!... Oświadczam: wrogowie twoi są mymi wrogami!
Przesadziłem trochę, ja bowiem nie mam wrogów. Wszyscy ludzie są mymi przyjaciółmi. Biją się... ot tak... dla rozrywki... a że ja się tem nie zajmuję, przeto chowam do kieszeni stawkę... i wstaję od stołu. Ba... nic pozwalają mi odejść, powiadają: nie chcesz być jego wrogiem, to masz nas dwu przeciw sobie! Tak, więc muszę oberwać po łbie od tego, lub od tego? Co? A no to dobrze, będę prał także... i owszem! Mam być kowadłem? Niedoczekanie wasze pośmidrągi, hetki — pętelki... będę miotem, a wy kowadłem!
A kto mi u stu djabłów powie, poco świat wydał wszystkich tych cymbałów, tych gentlełajdaków, polityków, tych wielmożów, którzy są wielnożami Francji? Opiewają nieustannie jej sławę, a opróżniają jej kieszeń. Pożerają nasze własne denary, twierdząc, że niszczą wrogie mocarstwa. Napastują Niemcy, wciskają się do Włoch, wtykają nos do haremu Turka, chcieliby zagarnąć pól świata, a nie potrafiliby nawet obsadzić go kapustą!
Basta, drogi przyjacielu... płać rachunek i ruszaj do domu! Wszystko jest wyśmienicie, a przyjdzie czas, że się to jeszcze ulepszy (weźmiemy się do poprawy świata przy pierwszej sposobności). Niema tak głupiego osła, któryby nie nosił worków do młyna.
Słyszałem raz, że pewnego dnia pan Bóg (o... Stworzycielu, ciągle dziś gadam o Tobie...), przechadzając się ze Św. Piotrem po Betlejem (to przedmieście Clamecy), zobaczył siedzącą na progu domu kobietę, która była wielce znudzona i smutna. Dobry Stwórca, współczuciem tknięty, sięgnął do kieszeni, wyjął całą garść (około stu) wszy, rzucił jej na kolana i powiedział: „oto zabawka dla ciebie, droga córko moja!“ Kobiecina ocknęła się z odrętwienia i zaczęła polowanie. Ile razy udało jej się chwycić i zamordować zwierzątko, wybuchała wesołym śmiechem.
Widać, że wojna to taki sam dowód współczucia boskiego. Chrąc nam dać rozrywkę, niebiosa zesłały nam na kark dwunożne wszy, byśmy się mogli czochrać i oganiać, śmiejmyż się tedy wesoło. Robactwo jest, jak mówią, znakiem świętości (robaki, to nasi ostatni władcy). Radujmyż się. tedy w Panu, bracia moi, bo nikt pod tym względem nie jest lepiej od nas zaprowiantowanym.
A teraz powiem wam (na ucho): — cierpliwości! Jesteśmy na dobrej drodze. Mrozy, śniegi, kanalje wojenne i dworskie nie trwają długo... pójdą sobie precz! Zostanie poczciwa ziemia i my zostaniemy... a to grunt... Będzie rodziła dalej, po staremu. Tymczasem pijmy, pijmy póki starczy ostatniej beczki, trzeba zrobić miejsce na przyszłe winobranie.


∗             ∗

Moja córka, Martynka, rzekła mi pewnego dnia:
— Jesteś blagier, papo drogi! Słuchając cię, każdyby myślał, że nic nie robisz, a tylko leżysz pod beczką. Gadasz o tem ciągle, dzwonisz na wszystkie strony, jakby ci wszystkiem były pohulanki i pijatyka, jakbyś chciał przepić ostatnią koszulę. A przecież nie możesz jednego dnia wytrzymać bez pracy. Udajesz lekkoducha, rozrzutnika, wartogłowa, nie wiedzącego co wpada do kieszeni i co z niej ucieka, a rozchorowałbyś się, gdyby cały dzień, godzina po godzinie nie był najskrupulatniej uregulowany, gdyby wszystko nie szło, jak w zegarku. Masz zapisany każdy grosz, wydany od zeszłorocznej Wielkiej Nocy i nie znajdzie się spryciarz, któryby cię wziął na kawał. Jesteś szalona pałka, baranek w wilczej skórze. Dobrze mówi nasze przysłowie: „starczy takich owieczek kilka, by zgładzić wilka!”
Roześmiałem się wesoło i nie odpowiedziałem nic weredyczce. Ma rację to dziecko, zupełną rację... tylko nie powinna mówić głośno takich rzeczy. Ale prawda, kobieta i sroka zataja tylko to, czego nie potrafi wyskrzeczyć. Zna mnie... o, zna! Cóż dziwnego, wszakże to mój produkt! Tedy przyznaj się, Colasie, możesz czynić głupstwa do woli, głupcem nigdy nie zostaniesz. Masz szaleństwo w rękawie a pokazujesz je, gdy ci przyjdzie ochota. Ale chowasz je, gdy trzeba mieć obie ręce i trzeźwą głowę do pracy. Podobnie jak wszyscy Francuzi masz w zanadrzu nieomylny instynkt porządku i tak dobrze jesteś osadzony na kotwicy rozsądku, że możesz sobie pozwolić udawać warjata. Niema ryzyka, chyba dla durniów, którzy patrzą na ciebie z otwartą gębą i próbują cię naśladować.
Mowy patetyczne, wiersze na poczekaniu, pomysły karkołomne, oto co ci do smaku! To ludzi rozpłomienia i palą się, na obu końcach. Ale my... my... kładziemy na stos tylko suche konary, zaś grube, dobre drzewo mamy w porządku poskładane na zimę pod dachem... tak... tak! Fantazja daje ucieszne widowisko rozumowi, który siedzi sobie w wygodnym fotelu i kiwa uprzejmie głową. Wszystko mnie bawi. Teatr mój, to świat cały. Z fotelu śledzę przebieg komedji, oklaskując ludzi i krzycząc bis tym, którzy karki kręcą na scenie. Czasem, dla zwiększenia przyjemności udaję, że biorę to wszystko na serjo i staję się na chwilę aktorem. Ale nie tracę nigdy świadomości, iż to tylko farsa... W takim samym nastroju słucham opowieści o boginkach... i nietylko o boginkach. To samo dzieje się, gdy idzie o owego wielkiego Jegomości, który żywię na niebie. Gdy patrzymy, jak kroczy w procesji, wśród pomruków oremusów, przybieramy w biel ołtarze i stroimy ściany domów. Ale prawdę mówiąc... cicho bądź, gaduło... to pachnie konfiskatą!... Panie, nie rzekłem nic złego... zdejmuję kapelusz... cicho, sza!


∗             ∗
Koniec lutego.

Osieł, wyskubawszy wszystką trawę na lace, oświadczył, że niema tu co robić i poszedł sobie na łąkę sąsiada. Garnizon księcia de Nevers odmaszerował dziś rano. Radość była patrzyć na tych draniów; każdy spaśny, ciężki, tłusty i czerwony. Byłem dumny z mojej kuchni. Ucałowaliśmy się z dubeltówki na pożegnanie. Życzyli nam gorącem sercem, by nam się darzyło zboże, by winnice nasze nie doznały szkody od mrozu.
— Weź się ostro do pracy, wujaszku! — radził mi specjalnie gość mój, sierżant, który najdłużej stal kwaterą (zasłużyłem na to zaszczytne miano, chociaż nie przyznaję się do pokrewieństwa z tą kanalją) — Weź sic do pracy i fatygi i nie żałuj, zwłaszcza w winnicy. Na św. Marcina przyjdziemy z powrotem i popijemy wesoło!
Poczciwi to ludzie, gotowi zawsze przyjść z pomocą człowiekowi, który wiedzie zacięty bój z dzbanem.
Jakoś mi się ulżyło, gdy sobie poszli. Sąsiedzi otwierają pomału skrytki swoje. Ci, którzy wczoraj jeszcze wyglądali jak po Wielkim Poście, jęcząc z głodu i wyrzekając na nędzę, odnajdują dziś, tu i owdzie pod słomą w spichrzu, lub też pod ziemią w piwnicy, a wreszcie pod warstwą cegieł w ścianie, różne, przedziwne różności arcyprzyjemne dla ciała i ducha. Jakoś każdemu udało się, przy pomocy doskonale wyuczonych żalów na głód i pragnienie, utrzymać w całości baryłki najlepszego wina.
Ja sam (doprawdy nie wiem, jak się to mogło stać), gdy tylko rozstałem się z moim sierżantem (odprowadziłem go aż za miasto), nagle palnąłem się pięścią w czoło i przypomniałem sobie, że została w stajni, postawiona tam umyślnie w cieple, spora baryłka doskonałego, wytrawnego Chablis. Jak sobie każdy może wystawić, byłem w pierwszej chwili ogromnie zasmucony. Ale skoro zło się już stało, trzeba się zgodzić z koniecznością i przyznać, że ostatecznie stało się dobrze. Jestem zgodliwy. Sierżancie, siostrzeńcze drogi... ach... nie wiesz coś stracił! Co za nektar... jak to pachnie! Ale nie poniesiesz straty, chłopcze... zaręczam ci słowem, bo tę beczułkę wypiję wyłącznie za twoje zdrowie!
Sąsiedzi odwiedzają się wzajem. Jeden pokazuje drugiemu, co znalazł w piwnicy, wszyscy mrugają oczyma, niby augurowie starożytni i składają sobie gratulacje. Oczywiście jeden opowiada drugiemu, jakie poniósł straty, jakich doznał gwałtów (w tej materji rozmowy toczą się często na ucho). Wszyscy często pytają z współczuciem Wincentego Pluviaut o stan zdrowia jego małżonki. Jest to dzielna kobiecina, a posiada też tę właściwość, że po każdym pobycie wojsk musi przydłużać pasek, gdyż staje się dziwnie krótki.
Składamy życzenia szczęśliwemu małżonkowi i ojcu, podziwiamy jego ochotność w służbie ojczystej sprawy, a ja żartem, bez zlej myśli klepię go po brzuchu, pełnym, nieposzkodowanym, podobnie, jak gospodarstwo tego spryciarza, które wśród ogólnej katastrofy jakoś nic a nic nie ucierpiało.
Wszyscy śmieją się wesoło, a dyskretnie, nie czyniąc przykrych aluzyj. Ale Pluviaut czuje się urażonym moim żarcikiem i udziela mi rady, bym lepiej pilnował własnej żony. Odpowiadam, że szczęśliwy posiadacz tego skarbu może spokojnie chrapać całą noc, nie obawiając się złodzieja. Naturalnie wszyscy mi przyznają słuszność.


∗             ∗

Ale zbliżają się dni sytości. Chociaż obecnie nie bardzo obfite, to jednak: zastaw się a postaw się! Idzie o reputację obywateli i całego miasta! Cóżby powiedziano o Clamecy, słynącem ze smakoszostwa, gdyby Mięsopust zastał je bez frykasów. W każdym domu skwierczą rondle a cudny zapach przyrumienionego tłuszczu napełnia wszystkie ulice.
A moja Glodzia... moja maleńka, też musi mieć swe ulubione ciasteczka!
Nagle... ra ta ta... ra ta ta! Słychać bębny, flety, trąbki, śmiechy, wykrzyki. To goście z Judei przybywają do Rzymu. (Judeą nazywamy przedmieście Clamecy Betlejem, a miasto Rzymem, nawiązując do staro-rzymskich schodów wieży św. Marcina).
Na czele pochodu kroczy muzyka, a za nią halabardnicy, rozdziobując tłum nosami. Mówiłem już jakie nosy posiadamy my, Burgundowie. Są tu wszelkie kształty, a więc: trąba słonia, coś w rodzaju lancy, dalej nos... róg myśliwski, nos-dmuchawka, nos najeżony cierniami, nos inkrustowany kasztanami, z małemi jakby ptaszętami na końcu.
Nochale rozpychają gapiów, pchają ręce, gdzie nie potrzeba, i klepią kobiety po pośladkach, aż piszczą. Ale wszystko zmyka przed królem nosów, który niby taran, niby kusza potężna toczy się na wyniosłej lawecie z rozpędem, na złamanie... nosa.
Pośrodku tłumu na wysokim wozie widnieje Wielki Post, król rybkojadów. Otaczają go postacie wybladłe, zielone, wychudłe, wypatroszone, oblazłe, dygocące, zawinięte w peleryny. Na kapeluszach i czapkach odznaki w kształcie ryb. A ileż ryb wokoło, tu kilka osób trzyma śledzie za ogon, tam jakiś oberwaniec potrząsa głową szczupaka, słowem wystawa całej fauny wodnej. Naturalnie pochód otacza nieprzejrzany tłum łobuzów, a na końcu pląsa djabeł w fartuchu kucharza z patelnią w jednej, a chochlą w drugiej ręce.
Ale oto triumfatorowie dnia. Jawi się Królowa Kiełbas, siedzi na wysokim tronie szynek, otoczona wieżami ozorów. Na głowie ma salceson, na szyi długi różaniec serdelków, którym bawi się z gracją. Z prawej i lewej strony królowej maszerują kiszki krwawe i pasztetowe, specjalność Clamecy, a prowadzi je na pole chwały pułkownik Smakowęch. Przyozdobione frykasami z ciasta i arabeskami z sadła, wyglądają wspaniale, potężnie, połyskliwie, świetnie.
Przy dźwiękach rondli, cymbałów, przetaków, patelni, oraz wrzasków nieludzkich nadjeżdża wierzchem na ośle król rogali, nasz Wincenty Phmaut we własnej osobie. Został wybrany jednogłośnie i mandat przyjął z powagą. Siedzi na swym kłapouchu twarzą do ogona w wysokim turbanie na głowie, a w ręku trzyma kubek i przysłuchuje się wrzaskliwej owacji swej świty, która prozą, wierszem i pieśnią opiewa jego historję i sławi go wymownie. Jako wytrawny mędrzec nie okazuje pychy. Zachowując równowagę umysłu, popija raz po raz. A tylko, gdy pochód mija jakiś dom, wsławiony podobną przygodą, wznosi puhar i woła: He, he... kolego, za twoje zdrowie!
Pochód zamyka „Wiosna“. Jest to śliczna, świeża dziewczyna, rumiana i rozśmiana. Jasne włosy, gładko zaczesane, zdobią pęki żółtych pierwiosnków. Taki sam wianuszek spływa jej z szyi ku zielonemu staniczkowi, w którym, niby jajka w gniazdku, kryją się krągłe piersiątka. W ręku trzyma koszyczek pełen kwiecia. Śpiewa, wznosząc w górę brwi, wytrzeszczając swe modre, wielkie ślepki i robiąc — o — z usteczek. Nieco piskliwym głosikiem zapowiada wszystkim, że jaskółki wnet nadlecą.
Za nią duży wóz, zaprzężony w cztery siwe woły, pełen młodych, pulchnych, kształtnych, wesołych, nawet za wesołych dziewcząt. Jest tam też kilkanaście podlotków w przejściowym wieku, które tkwią po kątach przyćmione zupełnie, niby młode, wątłe drzewiny, wtulone pomiędzy wyrosłe należycie siostry. Tej i owej brakuje jakiegoś kawałka, trafi się maszkara, ale wszystko młode i ochotne, przeto wilk nie będzie narzekał na te owieczki. Trzymają klatki z ptakami przelotnemi, a sięgając często gęsto do koszyka królowej Wiosny, rzucają chłopcom, tłoczącym się wokoło wozu, ciastka, pakieciki i zawiniątka, w których szczęśliwcy znajdują szlafmyce, pończochy, czekoladki, wróżby losu, wiersze miłosne, a czasem... rogi.
Wóz przybył do stóp wieży i zatrzymał się u schodów. Dziewczęta zeskakują i zaczynają tańczyć na placu katedralnym z chłopcami.
Ale Królowa Kiełbas, Wielki Post i król Rogali odbywają dalej swój marsz triumfalny. Zatrzymują się co chwila, by objawić tłumowi jakąś wzniosłą prawdę, albo poszukać jej na dnie szklanki.

Pijmy wino! Pijmy wino!
Nie odjedziem z kwaśną miną...
Żaden Burgund się nie zbłaźni,
By nie wypić po przyjaźni!


∗             ∗

Gdy się pije nad miarę, język kołczeje i werwa roztapia się na nic. Zostawiam tedy zacnego Wincentego wraz z jego eskortą na najbliższej stacji pijackiej w cieniu beczki i idę sobie. Dzień jest zbyt piękny, by go spędzić w ścisku. Trzeba odetchnąć świeżem powietrzem pól.
Dawny przyjaciel mój, proboszcz Chamaille, przyjechał do swej wioski na przyjęcie do kanonika katedry Św. Marcina i zaprasza mnie, bym go odprowadził kawałek drogi. Zabieram moją Glodzię i pakujemy się do małej, trzęsącej biedki, zaprzągniętej w osła. Ośliczka jest tak maleńka, że możnaby ją pomieścić w biedzie pomiędzy mną a Glodzią. Przed nami ściele się biała, równa droga.
Słońce drzemie. Samo się grzeje u własnego kominka, dla nas nie pozostaje dużo ciepła. Ośliczka także zapada co krok w drzemkę, czy zadumę. Proboszcz przywołuje ją do porządku głosem oburzonym, podobnym do brzęku dużego trzmiela:
— Madelon! A to co?
Ośliczka wzdryga się, strzyże uszami w odpowiedzi, potem wlecze się zygzakiem od rowu do rowu. Ale po chwili staje i duma, nie zważając na wymyślanie.
— Niechże cię! — woła proboszcz, okładając jej zad laską — Gdybyś nie miała krzyża na grzbiecie, dalibóg połamałbym ci kości!
Zatrzymujemy się na odpoczynek w pierwszej napotkanej oberży na skręcie drogi, która stąd stacza się lekkim spadkiem ku bielejącej w dali wiosce Armes, która przegląda się w krystalicznych nurtach rzeki. Pośrodku pobliskiego pola stoi wielki orzech i wznosi ku niebu sękate, nagie, czarne ramiona. Łysy jest jeszcze zupełnie. Wokoło drzewa tańczą dziewczęta. Chodźmy do nich. Dzisiaj właśnie zaniosły, wedle obyczaju, kumoszce sroce ciastko świętalne.
— Glodziu... patrzno! Tam na drzewie siedzi sroczka, sroczka-plotkarka, sroczka-złodziej... Widzisz? Ma białą kamizelkę i wychyla się, by nas zobaczyć. Straszna z niej ciekawska. Wszystko musi wiedzieć. Jej gniazdko nie ma drzwi, ni okien, trzyma się ledwo gałęzi i wiatr hula po niem jak chce. To umyślnie, gdyż boi się, że coś ujdzie jej krągłym, ciekawym ślepiom i nie będzie mogła wypaplać. Bardzo często przemarznie do kości, lub przemoknie do nitki... ale nic sobie z tego nie robi. Główna rzecz, to zaspokoić ciekawość. Strasznie zła. Wydaje się, jakby mówiła: Cóż mi tam po darach waszych? Zabierzcie je sobie z powrotem. Czy myślicie, że gdybym miała ochotę na te wasze głupie ciastka, nie umiałabym sobie poradzić? Ha... ha... ukradłabym i basta! Nie sprawia mi przyjemności jeść rzeczy, które mi ktoś pod nos podsunie. Smakuje mi tylko kradzione!
— Więc pocóż, dziadziu, dawać tej głupiej złodziejce ciasteczko, przystrojone w śliczne wstążeczki... Pocóż jej życzyć wszystkiego dobrego?
— Bo widzisz, moja dziecinko, lepiej i mądrzej żyć ze złymi w przyjaźni, niż w nieprzyjaźni!
— Ładnych ją uczysz rzeczy! — oburzał się proboszcz.
— Nie mówię, że to dobrze, powiadam tylko, że tak każdy czyni, a ty sam pierwszy, drogi księże, nie zawracaj tak oczyma. Powiedz, czy nie zatkałbyś ciastkiem gęby dewotce, która przychodzi cię dręczyć, klekotać, która wie wszystko, wszystko słyszy, wtyka nos wszędzie?
— O Boże, byle tylko chciała poprzestać na ciastku! — wykrzyknął proboszcz.
— Ale sroka i tak więcej warta od kobiety. Język jej czasem przydaje się na coś!
— A na co, dziadziu? — spytała Glodzia.
— Gdy się wilk pokaże, sroczka krzyczy na całe gardło.
Ledwo padły te słowa, ptaszysko zaczęło się drzeć w niebogłosy. Biła skrzydłami, piszczała, miotała klątwy, podlatywała i widocznem było, że złości się na kogoś, będącego w dolinie wioski Annes. Żerujący na skraju lasu towarzysze sroki, kawka (Kubuś) i kruk (Kolas), odpowiadały tym samym wrzaskiem niecierpliwym i poirytowanym. A ludzie śmiali się i wołali:
— Wilk... wilk? Ha... ha... ha, omyłka, nigdzie nie widać wilka!
Nie widziano nic. Ale pokazało się, że sroka widziała... bo nagle... do kroćset starych djabłów...
Kupa uzbrojonych ludzi ukazała się na wzgórzu. Posuwają się biegiem. Poznajemy ich. To te łajdaki, żołnierze z Vezeley. Wiedząc, że miasto nasze nie ma załogi postanowili widocznie zaprowiantować się u nas. Mogę zaręczyć, że nie marnowaliśmy czasu na podziwianie ich. Rozległ się krzyk:
— W nogi! W nogi!
Uczyniło się kotłowisko, ludzie zaczęli się pchać, popychać. Wszyscy uciekali, co sił drogą, naprzełaj przez pola, jedni dotykając brzuchem ziemi, inni dotykając jej odwrotną stroną swego ciała.
Wskakujemy do biedki. Jakby zrozumiała, o co idzie, Madelon rusza galopem i pędzi, niby strzała, a poczciwy proboszcz okłada jej boki laską, zupełnie zapominając o respekcie dla istoty, mającej wyobrażenie krzyża na grzbiecie.
Jedziemy otoczeni tłumem uciekających, wydających przeraźliwe okrzyki i dopadamy Clamecy okryci kurzem i słomą jedni z pierwszych, a za nami cisną się spóźnieni. W pełnym galopiena bryczce podskakującej co chwila przebiegamy przedmieście. Madelon unosi się w powietrzu, proboszcz nie przestaje bić, a wszyscy wołają na całe gardło:
— Nieprzyjaciel nadchodzi!
Ludzie, patrząc na nas, śmiali się zpoczątku, ale wnet zmiarkowali, o co idzie. Zaroiło się niby w mrowisku, gdy wetknąć w nie kij. Rej wach powstał, każdy zjawiał się, znikał, wracał, wychodził. Mężczyźni uzbrajali się, kobiety zwijały, składały, wiązały rzeczy, a cała ludność przedmieścia, opuszczając domy, ciągnęła w stronę miasta, pragnąc co prędzej dostać się za mury.Szli, jak kto stał, w kostjumach, w maskach, w dziwacznych czapach, anioł, djabeł, Gargantua, wszyscy biegli do bastjonów zbrojni w proce i harpuny.
Gdy awangarda wojsk z Vezeley znalazła się pod murami, mosty zwodzone były już podniesione, a po drugiej stronie rowu znalazło się ledwo kilku biedaków, którzy, nie mając nic do stracenia, nie spieszyli się ukrywać, oraz nasz przezacny król Rogali Pluviaut, opuszczony przez eskortę, pełny wina aż po dziurki w nosie i napęczniały jak beczka, chrapiący na swym ośle, którego ogon ściskał oburącz.
I oto zaraz okazało się, jak to dobrze mieć za nieprzyjaciół ziomków swych, Francuzów. Inni, są to krasę byki, Niemiec, Szwajcar, czy..Anglik, pojmie dopiero na Wilję to, co słyszy na Wszystkich Świętych i oczywiście, wziąłby za oczywiste kpiny ową awanturę z zacnym Pluviaut. Ale Francuzi rozumieją się bez słowa. Czyś z Lotaryngji, czy z Tours, czy Szampanji, czy Bretanji, czyś gęś z Beauce, czy osioł z Beaune, czy zając z Vezelay, wszystko jedno! Możemy się między sobą bić, kraść, rabować, to inna sprawa, gdy jednak trafi się dobry żart, wszyscy się zaraz na tem poznają.
Ujrzawszy tedy naszego Sylena, cala armja nieprzyjacielska wybuchła szczerym, głośnym, wesołym śmiechem. Śmiali się czysto po francusku a więc oczyma, ustami, nosem, gardłem, twarzą, sercem, brzuchem, a nawet nogami, drgającemi w takt śmiechu.
Na Św. Rigoberta! Widząc jak się śmieją, ryknęliśmy w odpowiedzi i śmiech zahuczał wzdłuż murów.
Potem wymieniliśmy poprzez bastjony połajanki, trzymane w tonie żartobliwym, wzorowane na klasycznych enuncjacjach Ajaksa i Hektora. Tylko nasze były pulchniejsze i więcej... tłuste. Kadbym je zanotować, ale nie mam czasu. W każdym razie nie zaniedbam włączyć ich do zbioru najlepszych facecyj, powiedzeń, przysłów i dowcipów burgundzkich, zasłyszanych czasu pobytu mego na tej dolinie łez, który to zbiór kompletuję od dwunastu lat. Brzuch się trzęsie na samo ich wspomnienie i robią się kleksy na rękopisie.


∗             ∗

Skończywszy wymianę obelg, należało się wziąć do roboty (dobrze robi wygadać się przed pracą). Ale ani my, ani oni nie mieliśmy ochoty posuwać sprawy za daleko. Oni... czuli, że się interes nie udał, gdyż zamknęliśmy na czas bramy, a leźć na mury nikt nie miał rozmachu. Można spaść i skręcić kark. Jednak musieli przecież zrobić coś... jakże pójść bez zakończenia. To nie wypada. Tedy zaczęto marnować proch, rzucać petardy... ale chyba wróble ucierpiały od tej pukaniny. Siedząc oparci o mury parapetów, czekaliśmy spokojnie, aż śliweczki przelecą i wówczas posyłaliśmy im garstkę naszych orzeszków, ale niebardzo mierząc (nie trzeba się nadto odsłaniać) a ten i ów wyjrzał dopiero wówczas, (tknięty ciekawością), gdy doleciały wrzaski ujętych za rowem jeńców naszych. Był tam z jakiś tuzin mężczyzn i kobiet, stali pod murem w szeregu, zwróceni doń twarzami, a... tyły ich okładali żołnierze kijami. Darli się w niebogłosy, chociaż ból nie był znów tak wielki.
Aby się zemścić, ponabijaliśmy na lance szynki, salcesony i kiełbasy i, wzniósłszy je w górę, defilowaliśmy wzdłuż murów. Gdy spostrzegli owe smakołyki, nieprzyjaciele wydali okrzyk wściekłości, i pożądania.
Postanowiliśmy dogodzić sobie tego pierwszego dnia oblężenia (dobra farsa i pieczeń musi być podlana), ustawiliśmy pod murami, gdy nadszedł wieczór, wielkie stoły, a na nich spoczęły góry wiktuałów i baterje flaszek. Bankietowaliśmy hałaśliwie, wznosząc toasty na cześć wiosny. Oblegający mało się nie powściekali ze złości. Tak upłynął pierwszy dzień bez wielkich strat. Zginął coprawda jeden z naszych, tłusty Gueneau. Uparł się spacerować po wierzchu murów z szklanką w ręku, by wroga do większej jeszcze pasji pobudzić. Był podpity, a ledwo się ukazał, gruchnęła salwa i szklanka, oraz własny mózg jego poszły w kawałki. Z swej strony rozciągnęliśmy też jednego, czy dwu. Ale nie popsuło nam to humoru, bo wiadomo, niema uczty, by się coś nie stłukło... a gdzie drzewo rąbią, tam trzaski lecą.
Proboszcz Chamaille czekał nocy, by wyjechać z miasta i wrócić do siebie. Daremnie tłumaczono mu, daremnie mu odradzałem:
— Przyjacielu, narażasz życie. Zaczekaj lepiej, aż się skończy ta awantura. Pan Bóg zajmie się twymi parafjanami.
— Nie mogę opuszczać owieczek moich. Jestem prawicą Boga, a jeśli mnie zbraknie, Pan Bóg zostanie mańkutem. Muszę jechać koniecznie. Jakoś sobie dam rady.
— Wiem, wiem, pokazałeś, co potrafisz, gdy hugenoci obiegli twój kościół. Wówczas zakatrupiłeś własnoręcznie kamieniem ich dowódzcę, papistożercę.
— Ogromnie się zdziwił! — odrzekł proboszcz — Nie mógł hycel pojąć zrazu, co się stało. Ja również niedowierzałem sobie samemu. Jestem człek spokojny i nie pragnę rozlewu krwi. To ohydna rzecz. Ale gdy się człowiek znajdzie pośród szaleńców, sam dostaje bzika. W wilczej norze każdy przemienia się w wilka.
Odpowiadam:
— Racja. Wystarczy być w tłumie, by stracić rozum. Stu mędrców razem, są durnia jednego obrazem, baranów kilka dają jednego wilka. Ale powiedz mi, mój drogi, jak sobie radzisz, by pogodzić z sobą dwa rodzaje zasad etycznych, mianowicie etykę człowieka pojedyńczego, który żyje sam na sam z swojem sumieniem i domaga się pokoju dla siebie, oraz dla bliźnich... a z drugiej strony, etykę stada ludzkiego, państwa, które z wojny i zbrodni robi cnotę. Któraż moralność pochodzi od Boga?
— Ładne pytanie? Oczywiście jedna i druga? Wszakże wszystko pochodzi od Boga!
— Tedy Pan Bóg sam nie wie, czego chce. Chociaż, zdaje mi się, że wie, tylko nie może sobie dać rady. Pół biedy jeszcze, gdy ma do czynienia z pojedyńczym człowiekiem. Nie trudno takiego samotnego nieboraka zmusić do posłuszeństwa. Ale niech się tylko ludzie zbiorą w kupę... ho ho... niełatwa sprawa z tą bandą! Nec Hercules contra plures! W kupie się trzymając, człowiek słucha raczej poszeptu rodzicielki ziemi, która mu gada o żołądku i mięsożercze instynkty podsuwa.
Znasz przecież nasze opowieści ludowe, w których ciągle o tem mowa, że w pewnych okresach czasu ludzie stają się wilkami, a potem włażą we własną skórę. Te legendy to coś realniejszego, coś bardziej związanego z życiem, niż twój brewiarz, kochany przyjacielu! W państwie każdy człowiek przybiera maniery wilka. Niech tam sobie państwa, królowie i ich ministrowie stroją się w kostjumy pastuszków, niech, sobie gadają, że są powinowatymi, czy krewnymi swego wielkiego Dobrego Pasterza — to wszystko wilki krwiożercze, byki, nienasyceńcy, gardła i brzuchy bez dna. A czynią to z rozmysłem, by nie skończył się wieczysty głód świata.
— Pleciesz, mój drogi! — zawołał Chamaille — Pan Bóg stworzył wilka, jak wszystko inne. A uczynił to dla naszego dobra. Czyż nie wiesz, że właśnie sam Pan Jezus powołał do życia wilka, — tak mówi legenda — a to, by bronił, przed kozami i baranami kapusty rosnącej w ogródku dziewicy, matki swojej. I dobrze uczynił. Złóżmy mu hołd. Narzekamy ciągle na silnych. Zważ jednak, mój drogi, że gdyby ci, tak zwani słabi zostali władcami świata... byłoby nierównie gorzej jeszcze! Z tego wynika wniosek: wszystko jest potrzebne, zarówno wilk, jak i owieczka. Owcom potrzeba wilka, by ich pilnował i uczył przezorności, wilkowi potrzebne owce, bo przecież musi żyć Skończyłem, drogi Colasie, a teraz, idę pilnować mojej kapusty.
Podwinął sutannę, ścisnął w garści laskę i ruszył wśród ciemnej, bezksiężycowej nocy, powierzywszy poprzód z wzruszeniem mej opiece małą ośliczkę, Madelon.
Następny dzień miał przebieg mniej wesoły. Mnóstwo jadła poszło pierwszego wieczoru. Ucztowaliśmy bez oglądania się na przyszłość, przez lekkomyślność, pyszałkowatość, wreszcie przez głupotę. A zapasy nasze były więcej niż skromne. Trzeba było ściągnąć brzuch paskiem i tak też się stało. Bufonowaliśmy dalej, ale nie udało się. Gdy brakło kiełbas, zaczęto fabrykować namiastki. Napełniano kiszki rozmaitem śmieciem i spuszczano je na harpunach pod nos nieprzyjacielowi. Te draby wzięły się na sposób. Kula trafiła ową kiełbasę, tak, że spadła wśród wojsk — oblężniczych. Można sobie przedstawić, kto się śmiał wówczas. Prysnęła złuda naszych dostatków.
Mało tego, napastnicy widząc, że łapiemy ryby w rzece, spuszczając z murów wędki wprost w wodę, ponarzucali w tych miejscach sieci o małych oczkach w ten sposób, że cała zdobycz wpadała odtąd w ich ręce. Daremnie kanonik zaklinał owych pogańskich synów, by nam nie wzbraniali dochowywać postu. Tedy z braku rybek przymuszeni byliśmy nadziewać się sadłem.
Mogliśmy naturalnie prosić o pomoc księcia de Nevers, ale prawdę powiedziawszy, niebardzo nam się uśmiechała myśl goszczenia jego wojsk. Taniej kosztowało mieć pod murami nieprzyjaciela, niż przyjaciół w mieście. To też obchodzono się bez obrońców, jak się tylko dało najdłużej. Nieprzyjaciel wchodził zresztą w nasze położenie i zachowywał się tak dyskretnie, że nie byliśmy zmuszeni uciekać się do tej ostateczności. Obie strony wolały raczej porozumieć się bez pośrednictwa, rozpoczęto tedy zwolna, bez pospiechu pertraktować.
W obu obozach płynęło życie spokojnie i ściśle było uregulowane. Kładziono się spać wcześnie, wstawano późno, a przez resztę dnia grano w kości, w korki i ziewano raczej z nudów, niż z głodu. Zresztą i wśród dnia drzemano, tak, że ostatecznie mimo postu, tyliśmy wszyscy.
Staraliśmy się zachowywać jak najspokojniej, ale trudno było sobie dać rady z dziećmi. Było ich sporo. Ta banda, ciągle łatająca, wrzeszcząca, śmiejąca się, doprowadzała nas nieraz do rozpaczy. Dzieciska wyłaziły na mury, narażając się na pociski, pokazywały języki oblegającym, bombardowały ich kamieniami. Chłopcy posiadali całą artylerję proc. katapult, rozszczepionych patyków i innych miotaczy kamieni. Zabieraliśmy im te przyrządy, gdzie kto dopadł, ale czyż to co pomagało? Co chwila wybuchały szalone śmiechy, gdy kamień padł trafnie, smarkacze ryczały z uciechy. Oblegający przysięgali, że ich wybiją do nogi, a każdy malec, który wystawi nos za mury, zostanie zastrzelony.
Przyobiecaliśmy czuwać nad tą hałastrą, ale daremnie naciągaliśmy im uszy i obtłukali pośladki, znikali jak duchy i pojawiali się tam, gdzie nie trzeba. Do tego doszło, proszę jeno pomyśleć, że pewnego dnia, ów aniołek, ono niewiniątko (drżę jeszcze dotąd), Glodzia moja, wdrapawszy się wraz z chłopcami na mury, spadła jak tłumoczek prosto w rów forteczny. Byłbym ją obił w tej chwili. Oczywiście bez namysłu skoczyłem za nią, a cała załoga wychyliła się, patrząc, co się dzieje. Gdyby nieprzyjaciel skorzystał ze sposobności, niktby żywy nie uszedł. Ale oblegający również spoglądali w rów, na dnie którego siedziało sobie spokojnie dziecko. Spadła jak kociak w trawę i nawet się nie przestraszyła. Siedziała i, wzniósłszy głowinę, uśmiechała się do dwu szeregów twarzy spoglądających na nią. Potem zaczęła zrywać kwiatki.
Wszyscy śmiali się z przygody, a zacny kapitan napastników de Raguy dał nawet malej pudełeczko z miętówkami, jakie miał przy sobie, zapowiedziawszy poprzód, by jej nikt palcem nie śmiał tknąć.
Ale, czyż kto poradzi z babami? Podczas gdyśmy byli zajęci Glodzią, Martynka, chcąc jej także spieszyć z pomocą, ześliznęła się również z murów i spadła, a podniesiona aż do samej szyi spódnica ukazała oblegającym wszystkie doczesne skarby jej ciała od wschodu do zachodu, wogóle z czterech, stron świata, oraz wszystkie gwiazdy i konstelacje w całym blasku. Odniosła niesłychany sukces. Nie zmieszana wcale, podeszła do dziecka, pocałowała je, a potem dała Głodzi w skórę.
Pewien żołnierz podniecony tem co widział, nie zwracając uwagi na wołanie kapitana, rzucił się biegiem i skoczył do rowu. Czekała nań nieustraszona. Rzuciliśmy jej z góry miotłę. Chwyciła ją i ruszyła mężnie na nieprzyjaciela. Szła ostro do ataku, machając bronią i wymierzając ciosy, a biedny amator kwaśnych jabłek rej terował ciągle, aż wreszcie opuścił pole walki sromotnie pobity.
Wyciągnęliśmy triumfatorkę wraz z dzieckiem na linie wśród obustronnych śmiechów. Sam ciągnąłem, dumny, jak paw, ów sznur, na końcu którego wisiała moja Martynka, ukazując nieprzyjacielowi księżyc w pełni.
Przez cały jeszcze tydzień trwały narady, potem zaś wobec głuchych wieści o zbliżaniu się księcia de Nevers nastąpiła ugoda i to na bardzo korzystnych dla nas warunkach. Przyrzekliśmy przeciwnikom dziesięcinę z przyszłego winobrania. Niebardzo to obciąża obiecać coś, czego się nie ma, a co dopiero ma się mieć w przyszłości. Może wcale nie nastąpić konieczność dotrzymania umowy, tymczasem dużo wody upłynie w rzece, a więcej jeszcze przeleje się wina do żołądków.
Obie strony były zadowolone z siebie wzajem, a my osobno jeszcze z nas samych. Ale niestety zaledwośmy obeschli z deszczu, dostaliśmy się na nowo pod rynnę. W nocy, jaka nastąpiła po dniu, w którym zawarliśmy traktat pokojowy, ukazał się na niebie znak.
Około godziny dziesiątej kometa wzniosła się od strony Sembart i, sunąc pośród gwiazd ku St. Pierre-du-Mont, wydłużała się nakształt olbrzymiego węża. Podobną była do miecza o klindze, przypominającej płonącą pochodnię. Za płomieniem wlokła się długa wstęga dymu. Rękojeść owego miecza trzymała potężna dłoń, o palcach zakończonych czemś w rodzaju głów ludzkich. Kometa miała kolor krwisto-fioletowy, przy końcu rudawy niby jątrząca się rana.
Oczy wszystkich utkwione były w niebo, wszystkie usta rozwarły się od ucha do ucha, słychać było jak zęby szczękają. Obie strony spierały się teraz o to, do kogo odnosi się owo proroctwo i co oznacza. My byliśmy pewni, że jest to znak zagłady przeciwników, ale drżeliśmy mimo to na całem ciele. To znaczy drżeli wszyscy, prócz mnie. Ja się nie bałem wcale, albowiem spałem właśnie. A spałem dlatego, że czas ten wyznaczony był w moim almanachu, jako pora zażycia lekarstwa i spoczynku. Nie odważyłbym się nigdy sprzeciwić temu, co nakazuje mój almanach i wykonywam jego zlecenia święcie, uważając go za ewangelję. Ale opowiedziano mi wszystko szczegółowo, przeto zapisuję dla dokładności te fakty.


∗             ∗

Po podpisaniu traktatu pokojowego nastąpiła wspólna uczta, a że właśnie nadszedł Mięsopust, przeto można było podjeść godnie. Z sąsiednich wiosek dowieziono nam wiktuałów celem uświetnienia wyzwolenia miasta, przywędrowało też wielu obżartuchów. Był to w całem znaczeniu piękny dzień! Wzdłuż murów ustawiono stoły. Podano trzy młode dziki, upieczone w całości, nadziane podróbką i pasztetem z czystej wątróbki — dalej wonne szynki, wędzone w dymie jałowcowym, pasztety z dziczyzny i wieprzowiny, pachnące czosnkiem i liśćmi laurowemi, potem szczupaki, ślimaki w skorupkach, kiełbasy, flaczki, wędzonkę przerastałą, czarną potrawkę z zająca, główki baranie rozpływające się wprost na języku, całe kupy purpurowych, pieprznych raków, a do tego sałatę czosnkową z octem. Oczywiście polewano jadło gorliwie winkiem: Chapoite, Mandre i Voufiloux, a są to, jak wiadomo, doskonałe marki krajowe. Deser stanowiło cudne, tłuste, krystaliczne, chłodzące kwaśne mleczko i sucharki, które, włożone do wina, niby gąbka wypijały całą szklankę do dna.
Nikt się z miejsca nie ruszył, póki starczyło jadła. Chwała bądź Bogu, który w niewielkim brzuchu, w tak malej przestrzeni utaił tak wielką zdolność wchłaniania jadła i napitku. Nadewszystko pięknym był pojedynek pomiędzy pustelnikiem, zwanym Krótkouchem z St. Martin de Vezelay, który przybył wraz z Vezeleńczykami (ten wielki mąż dokonał pierwszy spostrzeżenia, że osioł nie może ryczeć, nie podniósłszy w górę ogona) — a naszym czcigodnym don Henneguinem, który twierdził, że musiał być w poprzednich swych wcieleniach szczupakiem, lub karpiem, gdyż tak się opił wodą, że teraz pić może tylko wino.
Ostatecznie, gdyśmy wstali od. jedzenia, okazało się, że mamy dla Vezeleńczyków, a oni wzajem dla nas dużo więcej szacunku i miłości, niż się to wydawało przy zupie. W ten sposób jedząc, człowiek dowiaduje się o wartości drugiego człowieka. Kto kocha to, co dobre, tego kocham ja, gdyż jest on dobrym Burgundem.
Właśnie trawiliśmy w najlepszej zgodzie pochłonięte dary niebios, gdy zjawiła się odsiecz w postaci oddziału księcia de Nevers.

— Cóż za głupstwo bić się między sobą, gdy to wychodzi na korzyść naszych obrońców. Zaprawdę, gdybyśmy nie mieli wrogów, stworzyliby ich niewątpliwie, w tym celu, by nas móc brać w obronę. Dziękujemy bardzo! Niechże Bóg wybawi nas od naszych zbawców. Z nieprzyjaciółmi damy sobie radę sami! Biedne owieczki! Gdybyż miały jeno bronić się od wilka... jakośby to poszło. Niestety, muszą, co gorsza, strzec się własnego pasterza!


III.
PROBOSZCZ Z BRÈVES
1. kwietnia.

Gdy tylko drogi opustoszały po nieproszonych gościach, postanowiłem udać się, nie zwlekając, do mego drogiego proboszcza Chamaille. Niebardzo się o niego niepokoiłem. Wiedziałem że ten poczciwiec potrafi się obronić. Ale zawsze jakoś człowiek czuje się spokojniejszym, gdy na własne oczy ujrzy przyjaciela. Zresztą chciałem sobie rozprostować nogi.
Ruszyłem tedy, nic nikomu nie mówiąc, i wędrowałem pogwizdując wzdłuż brzegu rzeki, wijącej się u stoku lesistego pagórka. Na młodych, bladziutkich listeczkach błyszczały drobne kropelki deszczu, onej błogosławionej rosy wiosennej, która spada z nieba, zatrzymuje na chwilę, a potem rozpoczyna sączyć się znowu. Zakochana wiewiórka krzyczała w gęstwie, po łąkach kiwały się niezdarne gęsi, kozy darły się na całe gardło, a mysikrólik trzepał swe nieustanne titipit!
W drodze przyszedł mi pomysł odwiedzenia drugiego przyjaciela, mieszkającego w Dornecy, notarjusza Paillarda. Podobnie jak Gracje, nawykliśmy biwakować w trójkę. Znalazłem go, jak zwykle, przy biurku. Korzystając z każdej wolnej od zajęcia chwili, zapisywał pilnie swe sny, oraz spostrzeżenia polityczne. Na stole, obok kodeksów widniały otwarte Proroctwa Nostradamusa“, zwane także Centuriami“. Bywa tak, że gdy człek dusi się ciągle w czterech ścianach mieszkania, natenczas umysł mści się i wybiega na rozłogi marzeń i w dale wspomnień i tam, nie mogąc poruszyć ociężałego ciała, czyta w przyszłości, co się będzie działo...
Wszystko... stoi napisane naprzód... tak mówią. Ale ja nie mogłem nigdy wyczytać w Centurjach nic naprzód, ale dopiero wówczas, gdy się stało.
Poczciwy Paillard, ujrzawszy mnie, rozpogodził oblicze i zaraz cały dom od góry do dołu zatętniał naszym wesołym śmiechem. Z przyjemnością wpatrywałem się w tego małego, krągłego człowieka, o pomarszczonej twarzy, dużych szczękach, ubarwionym świetnie. nosie; oczkach ukrytych w fałdy skóry, ale żywych i chytrych. Paillard miał minę kąśliwą, narzekał ciągle na czasy i ludzi, ale w gruncie rzeczy przepadał za żarcikami i facecjami jeszcze bardziej ode mnie. Miał zwyczaj rzucać ucieszne kalembury z miną grobową i cieszył się z nich, a gdy zasiadł u stołu przy flaszce i, wielbiąc świętych Komusa i Momusa, zaintonował ulubioną piosenkę, miło było nań spojrzyć.
Długo ściskał me ręce w swych wielkich, namulonych dłoniach. Cóż to były za ręce! Zwinne, zręczne, potrafiły wszystko, wodzić piórem, gestykulować, grać na rozlicznych instrumentach, piłować, szyć, oprawiać książki, rzeźbić, kleić... Zrobił sam wszystko, co było w domu. Nie było to wprawdzie piękne, ale nosiło niezaprzeczenie swoistą cechę, miało charakter twórcy, było jego wizerunkiem.
By nie stracić wprawy, użalał się na to czy tamto, ja zaś naprzekór chwaliłem wszystko. On był pan: Temgorzej, a ja pan: Temlepiej. Takeśmy się zawsze zabawiali. Nadewszystko skarżył się na swych klijentów i tutaj miał zupełną rację. Niebardzo się spieszyli z regulowaniem rachunków, tak że miał należytości z przed trzydziestu pięciu lat. Ale nie czynił kroków sądowych, by je odzyskać. Wolał narzekać. Wogóle płacono mu tylko przypadkiem, gdy komuś przyszło na myśl i to zawsze w naturze. Otrzymywał czasem koszyk jaj, lub parę kurcząt. Taki był już zwyczaj, i obrażano się, gdy się czasem upomniał. Wyrzekał, ale zostawiał sprawę naturalnemu biegowi rzeczy, a myślę, że będąc na miejscu owych klijentów, postępowałby tak samo.
Na szczęście, to, co posiadał, wystarczało mu w zupełności. Miał ładny mająteczek, przynoszący dochody, a potrzeb niewiele. Stary kawaler nie biegał za spódniczkami, co się zaś tyczy jadła, to Bogu dzięki wszystko dają nasze pola, winnice, sady, lasy i rzeki w ilości aż nadto dostatecznej. Najwięcej wydawał na książki. Pokazywał je tylko zdaleka (szelma nigdy nie pożyczył nikomu). Miał też drugą manję. Sprowadził sobie z Holandji jakąś nowo wynalezioną lunetę i obserwował księżyc. Sporządził sobie na szczycie dachu pomiędzy kominami dziwaczną ruchomą platformę i stamtąd starał się wyczytać w gwiazdach zasady, na których opiera się los rodzaju ludzkiego.
W gruncie rzeczy nie miał pojęcia o astronomji, czy astrologji, ale lubił to zajęcie. Rozumiem go doskonale. Miło spoglądać z okna na spacerujące po niebie, niby panienki po ulicy, ciała niebieskie. Można z niemi flirtować, intrygować je, nawiązywać stosunki, a choćby to wszystko było głupstwem, bawi jednak człowieka.
Rozprawialiśmy naturalnie długo o cudzie, o ognistym mieczu, który się w zeszły czwartek pojawił na niebie, a każdy tłumaczył ten znak po swojemu i upierał się przy swem zdaniu. Wkońcu jednak przekonaliśmy się, że żaden z nas nie widział komety, gdyż właśnie tego wieczora zdrzemnął się astronom przy swym teleskopie. Z chwilą gdy się człek dowie, że nie sam jeden jest głupcem, doznaje ulgi i przyznaje rację drugiemu głupcowi. Przeto dyskusja zakończyła się wesoło.
Wyszliśmy razem, postanowiwszy nic o tem nie mówić proboszczowi. Wędrując przez pole, patrzyliśmy na świeże pędy zieleni, czerwone witki krzewów, ptaki, krzątające się koło budowy gniazd i zawieszonego na jasnem niebie jastrzębia.
Wspominaliśmy też ze śmiechem dobry figiel, któryśmy niedawno spłatali proboszczowi Chamaille. Przez ciąg całych miesięcy wysilaliśmy się, by wyuczyć szpaka w klatce hugenockich hymnów. Gdy już umiał co trzeba, puściliśmy go w ogrodzie proboszcza na wolność. Czuł się tam bardzo dobrze i śpiewał po całych dniach, a w dodatku stał się nauczycielem innych szpaków całej miejscowości. Chamaille, słysząc ten chorał, nie mógł odmawiać brewiarza, żegnał się, klął, miotał egzorcyzmy, wściekał się, aż nareszcie zakradł się cichaczem i palnął w łeb Złemu Duchowi, poczem spożył go w kruchem cieście ze słoninką. Taki to był spryciarz z naszego proboszcza.


∗             ∗

Ro zmawiając bez przerwy, przybyliśmy na miejsce. Całe Breves było jakby wymarłe. Drzwi domów stały otworem, słońce wpadało snopami do środka. Nigdzie ludzkiej twarzy, tylko w jednem miejscu nad rowem sterczały w górę pośladki jakiegoś smarkacza, oddającego się z zapałem znanym funkcjom fizjologicznym.
Ale w miarę, jakeśmy się wraz z Paillardem posuwali do środka wioski, ku placowi kościelnemu, idąc drogą zasłaną gnojem i słomą, wpadał nam w uszy coraz to wyraźniejszy szum, jakby pobrzęk rozgniewanych pszczół.
Na placu pełno było ludzi, a wszyscy krzyczeli, wymachiwali rękami, piszczeli, gwizdali, słowem, zachowywali się, jak szaleńcy. Pośrodku tłumu, stojąc w furtce ogrodu plebanji, proboszcz Chamaille, purpurowy ze złości, potrząsał obu rękami, pokazując pięści swym drogim parafjanom. Chcieliśmy się dowiedzieć, o co idzie, ale nie mogliśmy pochwycić nic prócz chaosu zmieszanych głosów, z pośród którego wyrywały się słowa: — Poczwarki!... Chrabąszcze!... Myszy polne!... Cum spiritu tuo!Chamaille krzyczał:
— Nie, nie, nie pójdę!
A tłum odpowiadał:
— U djabła! Jesteś ksiądz proboszczem, czy nie? Gadaj raz... co... tak, czy nie? Jeśli jesteś, to musisz nam służyć!
— Bogu służę, nie wam, obwiesie!
Wrzasku było, co niemiara. Na zakończenie proboszcz zatrzasnął drzwi przed nosem swych pupilów i przeszedł do plebanji. Tam przez zakratowane okno przedsionka wystawił jeszcze ręce. Prawa z przyzwyczajenia, z namaszczeniem kreśliła znaki błogosławieństwa, lewa zaś miotała na całą wieś i cały świat pioruny zagłady. Potem mignął jeszcze w oknie domu jego brzuch i kwadratowa twarz. Nie mogąc mówić skutkiem wrzasku, pokazał swym owieczkom figę, potem kiwał rozczapierzonemu palcami przyłożonemi do nosa na znak lekceważenia. Nakoniec zatrzasnął okiennice wewnętrzne i znikł z przed oczu zebranych.
Ludzie widocznie dość mieli krzyków, bo niebawem plac się opróżnił, a my poza plecami gapiów, łażących tu i tam, prześliznęliśmy się i zapukaliśmy do drzwi plebanji.
Długo musieliśmy kołatać. Uparciuch nie myślał otwierać.
— Księże proboszczu!
Umyślnie zmienialiśmy głos, by mieć większą uciechę.
Księże Chamaille, czy jegomość jest w domu?
— Niema mnie do kroćset djabłów! — odkrzyknął wreszcie.
A gdyśmy nastawali, zawołał:
— Idźcie sobie do kroćset... inaczej spuszczę z łańcucha psy!... Dadzą wam one bobu, łajdaki!
O mały włos, a byłby nam wylał nocnik prosto na głowy.
— Chamaille! — zawołałem — Lej przynajmniej wino!
Na te słowa burza przycichła, jakby cudem. Przez uchylone okno wyjrzała czerwona, uradowana już twarz zacnego Chamailla.
— Do kroćset! To ty, Breugnon! To ty, Paillard! A tom was ładnie przyjął! Dzięki Bogu, żem nie spuścił psów... Niedobrzy figlarze, czemużeście nie powiedzieli nazwisk?
Pędem zbiegł ku drzwiom.
— Chodźcież! Chodźcie! Niech was Bóg błogosławi! Dajcież pyska! Nie uwierzycie, jak mi miło widzieć ludzkie twarze i móc zapomnieć o tych małpich mordach. Widzieliście tę hecę. Ładne przedstawienie... prawda? Niech się powściekają, nie ruszę się z miejsca! Chodźcież na górę! Musimy popić. Pewnieście zmęczeni. Chcieli, bym wyszedł z Przen. Sakramentem, a tu deszcz wisi w powietrzu, zmoklibyśmy do nitki ja i Pan.Jezus. Czyż mamy im służyć obaj... co? Czyż jestem lokajem? Jak te kanał je traktują osobę duchowną? To łotry... niedowiarki, heretyki. Jestem pasterzem ich dusz; a nie stróżem pól..
— Cóż ty gadasz? — pytaliśmy na przemian — Czy cię djabeł opętał?
— Chodźmy na górę, tam pomówimy obszerniej! — nalegał proboszcz — Ale przedewszystkiem musimy się napić. Już mi sił nie staje, duszę się! Jakże wam smakuje to wino? Prawda... bywa gorsze? To coś niesłychanego! Te idjoty chcieliby mnie zmusić, bym codziennie włóczył się po polach i urządzał modły błagalne, albo egzorcyzmy, od samych Trzech Króli do Wszystkich Świętych... ha? I to z powodu tych głupich chrabąszczy?
— Chrabąszczy? — zawołaliśmy zdumieni — Niezawodnie musiał ci jeden wleźć do mózgu! Tyś zwarjował, Chamaille.
— Nie zwarjowałem! — ryknął oburzony — Ha... to coś niesłychanego! Ja, który jestem ofiarą ich szaleństw, mam być warjatem?
— Tedy wytłumacz nam jak przystało człowiekowi rozsądnemu.
— Nazwaliście mnie warjatem! — zawołał, ocierając zroszone potem czoło — Więc jakże, miałem zachować spokój, gdy oni insultują przez cafy dzień mnie i Pana Jezusa, żądając, byśmy się przychylili do ich warjackich żądań. Słuchajcież! (szlag mnie trafi... szlag mnie trafi!) Ci poganie, niedowiarki, którzy nie myją swych dusz ani nóg i nie mają wyobrażenia o życiu wiekuistem, żądają od swego proboszcza, by sprowadzał deszcz i pogodę stosownie do ich woli. Muszę wydawać polecenia słońcu i księżycowi.
— Troszkę ciepła... Troszkę wody... dosyć już... ojoj, za dużo... teraz promyk słońca... ale łagodny... słodki... poprzez mgłę... teraz trochę wiaterku... nie chcemy słyszeć o mrozie... jeszcze trochę polej, Panie Jezusie... tu... tu na moją winniczkę... dosyć... dosyć tego sikania! A teraz znowu ciepła... To niesłychane! Czyż Pan Bóg jest... daruj mi Chryste porównanie... czy Pan Bóg jest czemś w rodzaju osła rozwożącego wodę po polu? Czyż nie ma nic innego do roboty, jak znosić to wieczne batożenie za pomocą modłów i żebrań. A w dodatku (i to jest najlepsze) nie wszyscy godzą się na jedno! Ten chce deszczu, a tamten słońca! Każdy rzuca się na innego świętego. Jest tam w niebie trzydziestu siedmiu specjalistów od spraw atmosferycznych. Na czele kroczy wielki sikacz św. Medard. Przeciwdziała mu św. Rajmund, rozpraszacz chmur. Spieszą mu z pomocą św. Błażej, tłumiwiatr, Św. Krzysztof mrozopęd, Walerjan burzołyk, Aureljan grzmotobójca i św. Klarencjusz autor pogody. W samem niebie niema zgody. Kłócą się dostojne osoby i wymyślają sobie, a Święte: Zuzanna, Helena i Scholastyka, również specjalistki od klimatu, wydzierają sobie włosy wzajemnie. Sam Bóg nie wie, do którego świętego się zwracać, a cóż dopiero ja, mizerny proboszcz. Zresztą to nie moja sprawa. Mam tylko przedkładać prośby, wykonanie zawisło od samego patrona. Dlatego też nichym nie miał przeciw temu, (chociaż bałwochwalstwo tych kretynów napawa mnie wstrętem... Panie Jezu, szkoda, żeś za nich cierpiał mękę krzyża)... tylko poco oni mieszają moją osobę do owych sporów niebieskich? Chcą używać mnie i krzyża za talizman przeciw rozmaitemu robactwu, które niszczy ich pola. Jednego dnia mam egzorcyzmować szczury, wyjadające ziarno ze spichrza... Procesja, wyklinania, modły do świętego Nikodema... dobrze, ale że to był grudzień, mróz i śnieg po pas... więc nabawiłem się kataru oskrzeli. Potem to samo z poczwarkami... modły do Św. Gertrudy i procesja. Był to marzec, roztopy, chlapa,... oczywiście przeziębiłem się i kaszlę do teraz. A dziś ta sama historja z chrząszczami! Chcieli znowu procesji. Musiałbym łazić po wszystkich winnicach, śpiewając werset: „Ibi ceciderunt... posiepaki niesprawiedliwości... atque expulsi sunt i nie mógłbym stare.“ To ja pewnie zostałbym oporządzony jak się patrzy!... „Ibi cecidit“, proboszcz Baptysta Chamaille o przydomku Dulcis (wszakże słońce praży, przelatują czarne, gęste chmury, burza wisi w powietrzu... wróciłbym z udarem mózgu). Nie... nie, dziękuję, nie spieszy mi się na drugi świat, każdy żart musi się nareszcie skończyć. Czyż ja mam odpoczwarczać ich pola, lub odchrabąszczać ich winnice? Niech się sami wezmą do roboty, a Pan Jezus im pomoże. Bardzo łatwo założyć ręce i rozkazać proboszczowi.
— Proboszczu, zrób to, czy tamto! Niema głupich. Teraz ja zakładam ręce i piję. Zróbcie to sami! Przysięgam na wszystkie świętości, że wściekną się, a ja nie ruszę palcem, nie wstanę z tego fotelu, choćby podpalili plebanję! Pijmy!


∗             ∗
Napił się wyczerpany przygodą i elokwencją. My również podnieśliśmy szklanki i patrzyliśmy na złoty płyn pod światło, jakby chcąc odcyfrować tajemnicę własnego losu. Wydawał się tak różowy. Milczeliśmy przez kilka minut. Słychać było tylko mlaskanie języka Paillarda i bulgot wina w gardle proboszcza, pijącego wielkiemi łykami. Wychylił całą szklankę odrazu, Paillard ciągnął zwolna. Proboszcz, wlawszy porcję w otchłań brzucha, pomrukiwał zcicha i wznosił oczy w niebo. Paillard przyglądał się swej szklance z góry, z dołu, z boku, pod słońce, w cieniu, cmoktał, wąchał, pił nosem, okiem i podniebieniem.

Ja rozkoszowałem się jednocześnie napitkiem i pijącymi i zadowolenie me zdwajało się. Widzieć i pić, to uczta lukulusowa, uczta królewska. Ale nie zaniedbywałem szklanki. Wszyscyśmy szli zgodnem tempem, nie było pośród nas opieszalców. I wiecie, państwo... któżby pomyślał? Gdyśmy stanęli u mety i zrobili rachunek, okazało się, że właśnie powolny Paillard wziął nas o kilka długości konia.
Gdy rosa piwnicy zwilżyła zlekka nasze gardła i skrzepiła siły animalne, dusze nasze rozwinęły korony, a twarze przybrały wyraz błogi.
Oparci o uszak otwartego okna, spoglądaliśmy rozrzewnieni na pola, owiane podmuchem wiosny, na czuby topoli ozłocone słońcem, rozbłyskujące jasnem listowiem, na roztocz doliny Jonny, od której dochodził łoskot kijanek praczek zajętych bielizną, a Chamaille, rozpogodzony zupełnie, mówił:
— O, jakże słodko żyć w tym kraju! Składam dzięki Bogu, iż pozwolił nam trzem tu się urodzić. Czyż jest na świecie coś rozkoszniejszego, weselszego, ponętniejszego, coś bardziej wzruszającego? Patrząc, czuje się łzy w oczach! Radbyś to zjeść... połknąć!
Przytakiwaliśmy jego słowom, kiwając głowami. Nagle zaczął znów głosem twardszym:
— Ale po jakiegoż djabła ten sam Pan Bóg wpadł na nieszczęsny pomysł zapaskudzenia tego raju chłopami? Niewątpliwie miał rację... niewątpliwie wiedział co czyni. Ale jabym wolał myśleć, że się omylił, że palnął głupstwo, bo wówczas możnaby mych parafjan przepędzić stąd na cztery wiatry, gdzieś do kraju Inkasów, czy Turcji, wogóle na koniec świata, byle tu po nich ślad nie został.
Odparliśmy:
— Chamaille!
Tak zwany lud jest wszędzie jeden i ten sam, na całym świecie niema innego. Nie warto zamieniać jednych na drugich.
— Tak... tak... widzę — odrzekł proboszcz, % że nie na to ich Bóg stworzył, by przy mojej pomocy osiągnęli zbawienie, ale na to, abym przy ich pomocy odbył pokutę za grzechy na tej ziemi. Przyznajcie, drodzy przyjaciele, że niema podlejszego zawodu, niż urząd proboszcza na wsi, który w pocie czoła stara się, by w te łby baranie wpakować coś nie coś z prawd świętych. Daremnie ich poję słodkością ewangeliczną, daremnie ssają katechizm. Mleko, ledwo się znalazło w ustach, wychodzi zaraz nosem, te mordy ordynarne domagają się podlejszej, a bardziej chwytliwej strawy.
Mielą czas jakiś w gębie zdrowaśki, potem litanję, a wreszcie radzi, że mogą pobeczeć, śpiewają nieszpory i nowennę. I tyle!... ani jedno święte słowo nie wlazło im do czerepu. Są w dalszym ciągu pogańskim pomiotem i tyle! Ani w sercu, ani w brzuchu nie pozostało nic z całego nabożeństwa. Od całych już wieków, z lasów, pól i rzek wypędzamy duchy i boginki, daremnie tchem własnych piersi gasimy te szatańskie ogniska guseł, aby wśród ciemności świata tem jaśniej zabłysła i sama jedna się ukazała światłość prawdziwego Boga. Nie udało się dotąd wygubić tych utworów grzechu, tych plugawych przesądów, tego materjalizmu ducha. W każdej suchej wierzbie, w każdym czarnym kamieniu, ciągle siedzi nasienie szatana.
Ileżeśmy się namozolili, natłukli, nagromili, napalili, nakarczowali. Trzebaby przekopać chyba każdą piędź ziemi gallickiej, przewalić każdy kamień, stratować całą kochaną ojczyznę naszą, aby wypędzić djabła, który się jej usadowił w trzewiach. I to kto wie! Ta przeklęta natura wymyka nam się ciągle z rąk. Obcinasz jej łapy, wyrastają skrzydła. W miejsce jednego, zakatrupionego bożka, jawi się dziesięciu innych. Każdy bóg jest jednocześnie demonem dla tej hołoty. Wierzą w wilkołaki, w białe konie bez głowy, w czarnego koguta, w węże-ludzi, w krasnoludki i koszałki, w czarodziejskiego gęsiora... Powiedzcież mi... co ma u licha do roboty pośród tych wszystkich potworów, które się wymknęły z arki Noego, nadziemski, słodki mistrz, syn Marji i pobożnego cieśli?
Paillard odparł:
— Przyjacielu! Widzisz źdźbło w oku brata, a tramu we włamem nie baczysz! Nie ulega wątpliwości, że parafjanie twoi są głupcami. Ale proboszczu drogi, nie masz prawa ich krytykować, gdyż czynisz zupełnie to samo. Twoi święci warci tyle co ich krasnoludki i boginki. Nie dosyć ci było Boga w Trójcy, jednego w trzech osobach, nie dosyć Matki Bożej, napakowaleś do swego panteonu całą masę bożków mniejszych w spodniach i spódnicach, zastępując niemi bożki, powyrzucane z dawnych pogańskich kapliczek. I w dodatku, przysięgam na Boga, te nowe bożki nie sięgają do pasa dawnym.
Niewiadomo skąd się wzięły. Powyłaziły z ziemi, niby ślimaki, w dodatku wyglądają brzydko, czasem wprost okropnie. Brudne są, pokraczne, pokryte ranami i robactwem. Jeden trzyma pod pachą baranka zranionego, drugi ma dziurę w nodze, trzeci ma siekierę wbitą ostrzem w czaszkę, czwarty trzyma w rękach własną głowę, inny znów powiewa własną’ skórą, ściągniętą z grzbietu, niby brudną koszulę, którą chce dać do wyprania... By niedużo gadać, cóż powiesz, proboszczu, o twym własnym świętym, królującym w twym własnym kościele, o Szymonie Słupniku, który przez lat czterdzieści stal na jednej nodze na szczycie kolumny, niby czapla...
Chamaille zerwał się na równe nogi i wrzasnął:
— Dość tego! Mniejsza o innych świętych, nie mogę brać odpowiedzialności za cały kalendarz, ale, poganinie, nie tykaj mi Szymona! To mój święty, a ja jestem na swych własnych śmieciach. Przyjacielu, bądź uprzejmy!
— Więc dajmy mu pokój! Jestem twym gościem, to prawda, ale co powiesz naprzykład o księdzu Corbignym, który twierdzi, że posiada flaszkę mleka św. Teresy, albo o księdzu Cermizelles, który, cierpiąc razu pewnego na zatwardzenie, wziął lewatywę ze sproszkowanych relikwij i wody święconej.
— Co powiem? — zawołał proboszcz — Oto, że ty sam, który pokpiwasz sobie, uczyniłbyś niewątpliwie to samo, gdyby ci choroba do żywego dogryzła. Co do księdza Corbigny, muszę zresztą zauważyć, że jest to zakonnik, a te bestje konkurują z nami, świeckimi księżmi tak zaciekle, tak bardzo radziby nam odebrać wszelką klientelę, iż nie wahają się nieraz wprost handlować mlekiem archaniołów, śmietanką aniołów, lub masłem serafinów. Nie mów przy mnie o tych ludziach. Wiesz przecież, że proboszcz, a mnich, to jak pies i kot.
— Więc, przyjacielu drogi, nie wierzysz w relikwje?
— Nie wierzę w ich relikwje, a wierzę w swoję. Mam kość biodrową świętej Dionizji, która czyści urynę i naskórek ludzi pokrytych liszajem, mam kawałek obojczyka Św. Eutypjusza, który wypędza demony z brzucha owiec... Co? Śmiejesz się, niedowiarku? Więc nie wierzysz w nic? Zaślepiony człowieku! Posiadam dowody, dokumenty, pergaminy opatrzone pieczęciami! Wszystko to są rzeczy autentyczne... czekaj, pokażę ci zaraz!
— Nie wstawaj, nie wstawaj, przyjacielu! „Nie potrzebuję twych dokumentów... ty sam w nie nie wierzysz... Chamaille, poznaję to po twym nosie! Jakakolwiekby to była kość, zawsze jest kością, a człowiek, który ją ubóstwia, jest bałwochwalcą. Wszystko ma swe miejsce, a zmarli powinni leżeć spokojnie na cmentarzu. Ja wierzę w życie, wierzę, że jest jasny dzień, że piję, że logicznie rozumuję, że dwa razy dwa jest cztery, że ziemia to ciało niebieskie, wirujące w przestrzeni, wierzę w naszego Guy Coquilla i mogę recytować godzinami jego opowieści o obyczajach krajów naszych, dalej wierzę w książki, zawierające dorobek ducha ludzkiego w zakresie wiedzy, a nadewszystko wierzę w swą własną świadomość. Naturalnie wierzę również w to, co mówi i do wierzenia podaje Pismo święte i Kościół, albowiem wierzy w to każdy porządny i rozumny człowiek. Czyś zadowolony, drogi proboszczu?
— Nie, nie jestem zadowolony! — wrzasnął gromko proboszcz, teraz dopiero na serjo rozgniewany — Jesteś kalwinem, heretykiem, hugenotem, recytującym na pamięć Biblję, wyłamującym się z pod władzy Kościoła! Zaliczasz się do onego rodu żmij, które twierdzą, że obejdą się bez proboszczów!
Teraz Paillard wpadł w gniew nie na żarty. Zaprotestował gorąco i wyprosił sobie, by go nazywano protestantem. Oświadczył, że jest dobrym Francuzem i katolikiem w każdym calu, ale posiada zarazem wszystkie klepki w porządku i nie czuje się kaleką, ani na ciele, ani — umyśle. Widzi dobrze, w samo południe nie potrzebując brać okularów, a ma przytem odwagę nazywać durnia durniem. Co więcej, pozwoli sobie nazwać Chamailla głupcem potrójnym w jednej osobie, a mimo to oddaje cześć Bogu, którego odblaskiem jest jego własny rozum.


∗             ∗

Zapadła cisza. Chamaille nic nie odpowiedział. Pili obaj pomrukując, oparci o stół, odwróceni do siebie plecami. Nie mogłem wytrzymać i wybuchnąłem głośnym śmiechem. Wówczas dopiero zauważyli, że przez cały czas nie wyrzekłem jednego słowa. Obserwowałem ich, słuchałem, chwytałem argumenty, naśladowałem ich miny, gesty, powtarzałem po cichu ich słowa, poruszając ustami jak królik gryzący kapustę. Tak, dopiero teraz sam spostrzegłem, żem milczał dotąd.
Obaj rzucili się ku mnie, pytając komu przyznaję rację. Odparłem:
— Przyznaję wam obu rację i jeszcze kilku innym, którzyby twierdzili coś wprost przeciwnego. Niema o czem gadać. Moi drodzy, chcąc się przekonać co się posiada, trzeba spisać na papierze wszystkie pozycje i dodać do siebie. Niech każdy zgłosi swe poglądy, a razem dadzą może prawdę. Prawda pokazuje wam figę, ile razy chcecie ją pochwycić, drwi sobie z was. Świat, moje dzieci, można wytłumaczyć na różne sposoby, bo każdy sposób oświetla go tylko z jednej strony. Wierzę we wszystkie wasze bożki, pogańskie i chrześcijańskie, oraz w dodatku w boga rozumu ludzkiego.
Na te słowa, zapomniawszy o sporze, rzucili się razem na mnie, twierdząc, że jestem cynikiem i ateuszem.
— Ateuszem, ja? Co wam się śni? — odparłem — Zapraszam do siebie wszystkich waszych bogów, waszego jedynego Boga, oraz wszystkie, tak zwane prawa natury! Zapraszam ochotnie! Niech przyjdą... przyjmę wszystkich gościnnie, mam dosyć miejsca... Pan Bóg podoba mi się ogromnie, a jego święci tak samo. Kocham ich, oddaję należne honory, uśmiecham się do nich... zapraszam na pogadankę. Prawdę powiedziawszy, jeden nie wystarcza mi, jestem łakomy, jedno bóstwo wydaje mi się czemś w rodzaju postu. Mam swoich świętych i święte, boginki, duchy powietrza, ziemi, drzew i wody, wierzę w rozum, wierzę również w szaleńców widzących prawdę, a ponadto w czarowników i czarownice. Z przyjemnością rozmyślam, jak to ziemia kręci się w przestrzeni, otoczona mgłami, i radbym ją wziąć w rękę, obejrzyć, przypatrzyć się cudnemu mechanizmowi zegara świata. A obok tego z zachwytem słucham owych świerszczy niebiańskich, owych krągłookich gwiazd i szukam po księżycu owego człowieka z naręczem chrustu, który tam jest podobno.
Wzruszacie ramionami? Wzywacie mnie do porządku? O tak, porządek to wielka rzecz, ale drogo kosztuje. Porządek, to nie znaczy, czynić to, co się chce, ale to, co czynić potrzeba. To znaczy wydłubać sobie jedno oko, by lepiej widzieć drugiem, to wyrąbać las, by przezeń przeprowadzić gościniec. Jakież to wygodne, ale jakie brzydkie jednocześnie! Jestem Gallijczyk starej daty, przeto wyznaję zasadę: mnóstwo władz, mnóstwo praw jako gwiazd na niebie, każdy brat, każdy swat, a każdy dla siebie! Wierz sobie, lub nie, a daj mi wierzyć, w co chcę! Czcijmy rozum, przyjaciele, nie tykając bogów. Kocham wszystkie i proszę was, jeśli macie więcej jeszcze, przynieście mi je w podarku. Nie dam sobie zabrać żadnego, chyba, żebym sam stracił doń serce skutkiem nadużycia mej łatwowierności.
Paillard i proboszcz patrzyli na mnie z politowaniem i spytali w jaki sposób odnajdę drogę przez ten cały chaos.
— Drogę? Nic łatwiejszego. Każda ścieżka jest dobra, znam wszystkie i przechadzam się wedle upodobania. Nie szukam zresztą gościńców, starczy mi droga polna przez las Chamoux do Vezelay. Pójdę ścieżyną kłusownika z zamkniętemi oczyma, a chociaż może ostatni stanę u celu, to przyniosę w torbie myśliwskiej sporo zwierzyny. Tak... tak... wszystko jest na swojem miejscu poustawiane, skatalogowane... Pan Bóg w kościele, święci w kapliczkach, boginki w lasach, rozum we łbie. Wszystko się godzi wyśmienicie. Niema tam króla, despoty, ale republikańska forma rządu, zupełnie jak w Szwajcarji, wszystko to są sprzymierzone kantony. Są słabsze, są mocniejsze... ha, trudno. Czasem trzeba użyć słabego przeciw silnemu. Pan Bóg zaprawdę mocniejszy jest od boginek. Ale właśnie dlatego nie powinien ich uciskać. Myślę zresztą, że i Pan Bóg nie jest najmocniejszy z wszystkich, bo mocny zawsze znajdzie takiego, który go zdusi. Chwycił kozak tatarzyna, a tatarzyn za łeb trzyma... tak... tak! Nikt mnie nie odwiedzie od tego co myślę, mianowicie, iż ten największy Pan Bóg nie ukazał się nam jeszcze. Jest gdzieś bardzo daleko, bardzo wysoko, czy też nisko. To tak jak z naszym najmilościwszym Królem Jegomością. Widzimy jego ludzi, intendentów, poruczników (nawet za dużo), ale on sam siedzi gdzieś w Luwrze. Ten nasz Pan Bóg, do którego się modlimy, to coś jak pan Concini... Nie przerywaj mi, Chamaille!... Czekaj!... Powiem coś, co cię ułagodzi... Otóż... to coś niby nasz dobry książę de Nevers! (niech go Bóg błogosławi). Kocham go i czczę. Ale wszakże on siedzi cicho, gdy zaczyna gadać ów pan z Luwru! I dobrze robi... Tak sprawa się przedstawia!
— Tak się przedstawia, ale tak nie jest! — odparł Paillard — Niestety: wesoło myszy tańcują, gdy kota w domu nie czują! Od kiedy zmarł nasz Henryk i zaczęła rządzić dłoń, której przystoi kądziel, kądziołkują tam na dworze i bawią się bez przerwy, a tymczasem zgraje drabów dobrały się do śpichrzów i skarbca i trwonią złoto przeznaczone na rzecz państwa, dewastują arsenał będący pod strażą pana Sully’ego. Kiedyż przyjdzie mściciel i wypruje im z brzuchów to pożarte złoto?
Teraz rozmowa potoczyła się zgodnie i dotykała tematów, których lepiej nie notować tutaj. Ta piosenka nastroiła nas wszystkich na jeden ton. Zaintonowaliśmy też kilka warjantów o książętach w spódnicy, o obłudnikach w sutannie i fioletowych pantoflach, opasłych prałatach, śmierdzących, plugawych mnichach itp.
Muszę zaznaczyć, że Chamaille improwizował przecudnie na ten ostatni zwłaszcza temat. Tercet rozbrzmiewał wedle wszelkich zasad taktu i harmonji muzycznej, a do wyżyn prawdziwej sztuki wzniósł się, gdy weszła na program pieśń o fanatykach wszelkiego rodzaju, hugenotach, purytanach, bibljojadach, trutniach, którzy chcą miłość Boga wkuwać ludziom do głowy młotem, lub kijem w serce, tak jakby Bóg był poganiaczem osłów i nie znał innych sposobów prócz bata.
Kto chce gorzeć w piekle, niech się oddaje djabłu! Czyż trzeba jeszcze za życia dręczyć go i palić na stosie? Będzie miał u szatana dosyć gorąca! Dajcież nam święty spokój. Niech sobie każdy żyje we Francji, jak mu się żywnie podoba! Niema chyba tak złych ludzi jak chrześcijanie, chociaż Chrystus poświęcił się za wszystkich. A najgorsze to już dwie rzeczy: pycha i okrucieństwo! Podobne są do siebie, jak dwie krople wody.
Znużeni rozmową, zaintonowaliśmy na trzy głosy pieśń ku czci Bachusa, jedynego z bogów, który nie wywoływał nigdy sporów pomiędzy mną, Paillardem i proboszczem. Chamaille oświadczył nawet głośno, że woli tego bożka od przeklętych mnichów w rodzaju Lutra i Kalwina. Jest to Bóg godny uznania i szacunku, bóg z dobrej rodziny, prawdziwy bóg francuski...
— Co mówię, drodzy moi! — zawołał — Nie tylko jest to bóg francuski, ale wprost chrześcijański. — Czyż bowiem pan nasz Jezus Chrystus nie bywa przedstawiany na niektórych obrazach w winnicy, gdzie tłoczy wino własnemi stopami? Pijmy tedy, drodzy przyjaciele, ku czci naszego Zbawiciela, Jezusa pogodnego, uśmiechniętego! Czyż nie z jego to łaski winorośl rodzi nam grona dające słodki sok ożywczy, który krzepi siły fizyczne i podnosi ducha?


∗             ∗

Rozmowa doszła do wesołego momentu. Trącaliśmy się szklankami, pijąc za zdrowie Francji, wesołości, rozsądku itd. Nagle rumor się uczynił straszny na dole, potem zatętniły ciężkie kroki na schodach, następnie pomruki: Jezus! Józef... Najświętsza Panienko!... nakoniec ciężkie westchnienia, a wszystko to zwiastowało inwazję pani „Heloizy od proboszcza“, jak mianowano gospodynię Chamailla. Zwano ją też w skróceniu „proboszczycha“.
Długo dyszała, ocierała sobie czoło fartuchem, wreszcie wykrzyknęła:
— Księże proboszczu... na rany boskie!
— Cóż się stało? Gadaj!
— Idą... idą!...
— Gdzie idą? Na pole w procesji?...Niech sobie idą robić porządek z chrabąszczami. Nie chcę słyszeć o tem bydle!.
— Ale odgrażają się!
— Kpię sobie z tego! Cóż mi mogą zrobić? Czy doniosą biskupowi? Dobrze, nawet mi to na rękę!
— Ach, księże proboszczu! — westchnęła — Gdybyż to tylko o biskupa chodziło!
— Więc cóż takiego? Mów! — Idą w procesji po polach, czynią kabalistyczne ruchy, egzorcyzmy, jak to się mówi, i śpiewają: wyłaźcie szczury, wyłaźcie myszy, wyłaźcie chrabąszcze i idźcie do winnicy proboszcza, do piwnicy jego i do spichrza jego!
Słysząc to, Chamaille zerwał się na równe nogi.
— A to draby! Chrabąszcze i myszy do mojej winnicy,... szczury do mego spichrza... O... draby, draby! To mi dogodzili! Święty Szymonie Słupniku, weź w obronę wiernego proboszcza twego!
Próbowaliśmy go uspokoić, śmialiśmy się.
— Śmiejcie się! Śmiejcie! Na mojem miejscu nie śmialibyście się, niedowiarki! Oczywiście bardzo to łatwo śmiać się. Wam nie zagrażają myszy i chrabąszcze tych łajdaków... Ach, co za nieszczęście... Pomyśleć tylko: szczury w piwnicy... myszy i chrabąszcze w winnicy... Nie... nie... nie... to straszne!
— Od czegóż jesteś proboszczem? — powiedziałem — Czegóż się boisz? Urządź egzorcyzm przeciwny, odegzorcyzuj je od swego domu i ogrodu. Wszak umiesz to sto razy lepiej niż oni!...
— He... he... — bąknął — To niełatwa sprawa... djabeł nie śpi, a wiadomo cieszy się, mogąc dokuczyć osobie duchownej... O, drodzy moi przyjaciele... A to bandyci! Byłem tak dobry, tak im ufałem! Cóż pewnego na świecie? Sam Bóg tylko... Cóż mam czynić? Wpadłem w pułapkę, mają mnie w garści! Heloizo, biegnij i powiedz, by zaczekali... Przyjdę zaraz... przyjdę... nie mogę inaczej uczynić! Ale czekajcie: przyjdzie kryska na Matyska, a wówczas... pokażę ja wam... Tymczasem jednak... (fiat voluntas tua)... I oto muszę być ofiarą tych trzydziestu siedmiu specjalistów od spraw atmosferycznych. Ha... trudno, trzeba wypić ten puhar goryczy... wypiję go tedy!... Nie pierwszy i nie ostatni!
Wstał z fotelu, a myśmy spytali:
— Dokądże to idziesz?

— Na wyprawę krzyżową przeciw chrabąszczom!


IV.
WŁÓCZĘGA, CZYLI JEDEN DZIEŃ WIOSENNY
Kwiecień.

Kwiecień radosny, syn wiosny, chudziutki, drobniutki, ma cczy, jak stokrotki. Widzę go w postaci gałęzi brzoskwini zwieszającej się u mego okna, okrytej różowemi pączkami, całowanej przez słońce. Co za cudny ranek! Co za uciecha, że widzi się ten ranek, że zobaczy się cały, cały dzień, aż do wieczora. Wstaję i przeciągam stare moje ramiona, odczuwając w nich miłe znużenie wytężoną pracą.
Przez dwa ostatnie tygodnie ja i uczniowie moi pracowaliśmy jak należy, chcąc nagrodzić czas stracony przymusowo. Aż trzaski fruwały wokoło, a drzewo jęczało pod heblami. Nasz głód pracy jest niestety większy, niż apetyt klienta. Nikt prawie nie kupuje, tem mniej nie spieszą ludziska płacić to, co zamówili. Sakiewki wypróżnione do dna, bezkrwiste są też szkatułki, ale kiwi owej dosyć w polach naszych. Gleba rodzajna, przeto: ara, ora et labora, będziesz panem do wieczora! Otóż panami są wszyscy moi krajanie z Clamecy albo nimi, dalibóg, zostaną. Wszakże od samego świtu huczy młyn, skrzypi miech kuźni, dźwięczą po kowadle roztańczone młoty, trzeszczą piły tartaku, rżą konie u poju, tłuką młotki szewców, dudnią koła wozów po gościńcu, klepią pati patosz saboty przechodniów, klaskają baty, rechocą głosy rozmawiających, słowem tętni praca w całem mieście jakby mówiła:
Pater noster... robimy panem nostrum quotidianum... o który cię prosimy... bo lepiej być zabezpieczonym na wszelki przypadek.
Nad głową moją rozpostarte niebo wiosenne rozbłysłe i ogrzane słońcem, a wiatr przegania po niem białe, lekkie chmurki. Wydaje się, że to odnowa młodości. Wraca na lotnych skrzydłach z oddali czasu jak jaskółka, by zbudować świeże gniazdko pod starą strzechą mego serca, które na nią czeka. Jakże ją powita rodośnie gdy przybędzie... o, zaprawdę goręcej, niż dawniej...
W tej chwili usłyszałem zgrzyt chorągiewki na dachu, oraz skrzekliwy wrzask mej czarownicy, rzucającej komuś jakieś przekleństwa. Może mnie beształa, ale nie słuchałem. Tylko młodość pierzchła przestraszona. Pal licho wszelkie chorągiewki! Słyszę tę wiedźmę... idzie... idzie prosto do mnie, będzie się produkowała:
— Znowu próżniaczysz? Znowuś założył ręce i znowu z gębą otwartą, jak wrota stodoły, gapisz się na chmury i wróble? Na cóż czekasz? Czy może, by pieczony gołąb wpadł ci prosto do gardła. A ja muszę pracować, jak wół, męczyć się, niszczyć zdrowie, pocić się krwawym potem dla tego bydlaka! Oto los słabej niewiasty na tym świecie! Ale nie! Pan Bóg nie nakazał, by kobieta jeno pracowała, a mężczyzna używał życia i włóczył się z kąta w kąt. Nie same rozkosze są dla was, darmozjady, musicie i wy cierpieć! Od tego jesteśmy, my, kobiety. I ja przynajmniej spełnię jego świętą wolę... Co, śmiejesz się? Dalej, bierz się do roboty, jeśli chcesz jeść dzisiaj obiad... Patrzcież, moi państwo, on mnie nie słucha... Czekaj, pożałujesz tego niezadługo!
Odpowiadam ze słodkim uśmiechem:
— Ależ tak... tak... moja najmilsza. Masz rację. byłoby to rzeczą nie do darowania spędzać tak cudny dzień przy pracy, w dusznej izbie!
Wchodzę do warsztatu i mówię uczniom:
— Chłopcy! Potrzebuję klocka drzewa elastycznego i bez sęków. Pójdę do tego poczciwca Riou zobaczyć, czy niema na składzie kawałka młodej dębiny. Dalejże Cagnat, Robinet, zbierajcie się, pójdziemy razem!
Wychodzimy wszyscy trzej, a wiedźma ryczy, jak opętana. Odpowiadam:
— Pośpiewaj sobie do syta, najdroższa moja! Ostatnia rada była zgoła zbyteczna. Stara rozwrzeszczała się strasznie. Ja, słysząc tę muzykę pogwizdywałem kuplety. Poczciwy Cagnat uspokajał ropuchę:
— Pani majstrowo, niema się o co gniewać. Wszakże to nie żadna podróż. Za mały kwadransik będziemy z powrotem!
— A djabli tam wiedzą! — odburknęła — Czy z tym rozbójnikiem można dojść do końca?


∗             ∗

Właśnie bila dziewiąta. Poszliśmy do Beyant. Droga tu niedługa, ale na moście Beuwronu zatrzymaliśmy się na chwilę (wypada spytać znajomych o stan zdrowia), by przywitać się z czcigodnym Fetu, Gadinem i Trinquetem, zwanym pięknym Jasiem, którzy zaczęli dzień od tego, że siedząc nade drogą, gapili się na płynącą wodę. Rozmawialiśmy o pogodzie i deszczu, potem, jak należy, poszliśmy dalej. Człowiek ma przecież sumienie, idzie drogą najkrótszą i nie gada z nikim (nie spotkaliśmy psa kulawego). Potrochu tylko (któż nie jest wrażliwy na piękno przyrody?) obserwowaliśmy niebo, świeże, wiosenne pędy traw i krzaków, rozkwitającą w rowie pod murem jabłoń, potem jaskółkę w locie, wreszcie, przystanąwszy na moment, dysputowaliśmy o tem, skąd wiatr wieje.
W połowie drogi przypomniałem sobie, że nie pocałowałem dziś mojej maleńkiej Glodzi. Przeto powiedziałem chłopcom:
— Muszę wstąpić do mojej córki. Idźcie naprzód. Spotkamy się w składzie drzewa.
Gdym przyszedł, Martynka właśnie szorowała podłogę w sklepie. Wody było po kostki. Martynka szorowała jak oszalała, nie przestając: jednocześnie mleć językiem. Gadała z wszystkimi, z mężem, którego nie było, z chłopcami, z praktykantem, z Glodzią i kilku kumoszkami, oraz sąsiadem. Śmiała się, pracowała i pyskowała,, gadała, plotła bez przestanku.
Skończywszy... szorować, nie gadać... wstała i, zamachnąwszy się szeroko, lunęła wodą z wiadra na sam środek ulicy. Zatrzymałem się na moment przed wejściem, by ją podziwiać, (serce mi rośnie na jej widok... co za ciało!) i połowa wody co najmniej oblała mi kolana i nogi. Zaczęła się jeszcze bardziej śmiać, ale ja się śmiałem głośniej.
Śliczna kobieta! Czarne włosy wiją się po czole, śmiało zarysowane brwi kleją się nad oczyma błyszczącemi, a wargi jej purpurowe wezbrane zdrowiem, życiem... Szyja odkryta, nagie ramiona, spódnica wysoko zakasana z widocznie swywolnym zamiarem. Powiada do mnie:
— Dzieńdobry. Dostałeś ładną porcję na powitanie.
Odpowiadam:
— Nic sobie nie robię z wody, o ile mi jej — pić nie każą.
— Wejdźże, Noe uratowany z potopu, wejdźże, Noe, pracowniku winnicy pańskiej.
Wchodzę i widzę Glodzię w króciutkiej koszulce, siedzącą pod ladą sklepową, odsuniętą na bok.
— Jak się masz, małe piekarczątko!
— Założę się, że zgadnę co ojca wygnało z domu o tak wczesnej porze.
— Wygrasz dziecko... ssałaś wszakże to, co mnie wygnało!
— Matka!
— Naturalnie!
— Że też wszyscy mężczyźni muszą być tchórzami! To niesłychane!
W tej chwili wszedł Florimond i posłyszał komplement. Zaraz przybrał minę obrażonego. Mówię mu:
— To się odnosi do mnie. Nie gniewaj się, chłopcze!
— Do obu... do obu! — Odrzuciła Martynka — Niech no ojciec nie będzie taki zachłanny.
Ale mąż nie rozpogodził oblicza. Uważa się za mieszczanina i nie dopuszcza, by się zeń naśmiewano. To też, ile razy widzi nas, to jest mnie i Martynkę razem, nie dowierza, podejrzywa, śledzi nas niepewnem spojrzeniem, czatuje na słowa wychodzące z naszych ust roześmianych. Biedne niewiniątko! Musi być celem docinków.
Powiadam tedy zgodliwie:
— Żartujesz, Martynko. Wiem, że Florimond jest panem w swoim domu i nie pozwoliłby się wygryźć, jak ja. Ale też jego Florimonda jest słodka, posłuszna, dyskretna, podległa i rozumie każde skinienie. Zacna kobiecina odziedziczyła zresztą owe zalety po mnie, który, jak wiadomo, jestem i byłem zawsze cichym, skromnym, trwożliwym i uległym człowieczyną.
— Dość tego! Nie kpij z ludzi! — zawołala Martynka, szorując tafle posadzki z zapałem bezprzykładnym.
Pracowała, nie przerywając ani na chwilę. Mimo to prowadziliśmy wesołą pogadankę, naszpikowaną mocnemi, dosadnemi wyrażeniami burgundzkiemi. Martynka wypełniła po brzegi sklep swą bujną, kipiącą życiem osobą i elokwencją, a biedny Florimond sterczał w głębi, obrażony, zimny, zapięty aż pod samą brodę. Nie czuje się nigdy dobrze w naszem towarzystwie, mocne słowa płoszą go, a zdrowe, jędrne dowcipy dotykają rzekomo jego godność osobistą. Nie pojmuje, że człowiek może się śmiać bez zamiaru obrazy, z samej tylko wesołości. Jest sucherlawy, bledziutki, chudziutki, ponurawy i ciągle na wszystko narzeka. Nic mu nie dogadza nigdy, zapewne dlatego, że poza sobą nic nie widzi. Miał na szyi chusteczkę i oczy jego ciągle biegały nie spokojnie w prawo i lewo, wreszcie, nie mogąc wytrzymać, powiedział:
— Okropny przeciąg tutaj!... Naturalnie, wszystkie okna pootwierane!
Martynka, nie zatrzymując się, odparła:
— Ja się duszę z gorąca! Florimond próbował przezwyciężyć się, ale po kilku minutach (prawdę mówiąc, wiatr latał niezgorzej po izbach) dał za wygraną i wściekły wybiegł ze sklepu.
Swywolnica, nie wstając z klęczek, podniosła głowę i powiedziała:
— Wlezie z powrotem za piec!
Zadałem jej pytanie, czy ciągle żyje zgodnie 2e swym piekarzem. Naturalnie nie przyznała się do rozczarowania. Choćby ją miano rozerwać na sztuki, nie byłaby pisnęła słowa za żadną cenę. Taka to już uparta sztuka!
— I dlaczegóżbym nie miała żyć zgodnie? — odrzekła — Bardzo go nawet lubię!
— No, no... smaczny jest, przyznaję, ale takie małe ciasteczko połknie człowiek za jednym razem, a cóż potem? Masz, Martynko, buzię sporych rozmiarów... ha?
— Trzeba poprzestać na tej strawie, jaką się posiada!
— Masz rację... Ale gdybym był... ciasteczkiem... nie miałbym jednak spokoju... o, nie!
— Czemuż to? Niema obawy, jestem sumienna w interesie. Tylko niechże i on dotrzymuje umowy. Gdyby mnie bodaj raz jeden okpił... ho... ho! Tego samego dnia miałby trzy pary — rogów na głowie. Równe prawa dla wszystkich! Tedy niechże robi jak się należy, co jest jego obowiązkiem!
— Miłyż to obowiązek!
— A on się czasem uskarża, że ma zbyt ładną żonę!
— A widzisz! Wyszło szydło z worka! To coś takiego, jak w owej przypowieści o kani, (jak wiadomo, jest to ptak bardzo głupi i kanią zowią u nas każdego głuptaka).
— Wiem, wiem. Te kanie bez piór to największe głuptaki!
— Otóż razu pewnego kumoszki wysłały kanię do Pana Boga z prośbą, by bachory zaraz po przyjściu na świat mogły chodzić prosto na dwu nogach. Pan Bóg (jako, że jest zawsze uprzejmym dla kobiet), odparł:
— Dobrze! Zgadzam się! Ale w zamian żądam, by moje drogie parafjanki dopełniły jednego warunku. Oto, by odtąd panienka, dziewczynka, czy dama sypiała pod pierzynką sama! — Głupie ptaszysko zaniosło odpowiedź na ziemię i powtórzyło dosłownie. Nie wiem co się stało tejże nocy, ale wiem, że kania została sromotnie poturbowana.
Martynka przysiadła na piętach, przestała szorować i wybuchnęła rozgłośnym śmiechem. Potem dała mi szturchańca i krzyknęła:
— Stary pleciugo! Wygadujesz ojciec głupstwa... Dość tego! Nie mam czasu słuchać! Tracisz mnóstwo czasu... Słuchaj, idź już sobie, a zabierz też tę małą srokę bez ogona, bo plącze mi się pod nogami. Weź sobie Glodzię. Oo... już grzebała w cieście, ma cały nos zasmarowany... Dalejże, wynoście mi się oboje, niezawadzajcie tu, bo inaczej wezmę się do miotły!
Wygnała nas oboje z domu. Poszliśmy sobie bardzo zadowoleni i udaliśmy się do składu drzewa kumotra Rioux. Ale zatrzymaliśmy się na chwilę nad brzegiem Jonny, przyglądając się łapaniu ryb. Udzielaliśmy rybakom rad i cieszyło nas zawsze, gdy pływak wędki zanurzał się w wodę, lub gdy wybłyskiwała nad falami srebrzysta rybka. Glodzia, widząc na haczyku robaka wijącego się ze śmiechu, powiedziała z minką zniechęcenia:
— Dziadziu! Jego to boli... Jego połknie rybka!
— Naturalnie, dziecinko! Nie jest to wielka przyjemność zostać połkniętym... tak... tak... Ale pocóż o tem myśleć? Myśl raczej o tem, ktobędzie jadł tę śliczną rybkę i powiedz: Jaka dobra!
— Ale, gdyby ciebie kto zjadł, dziadziu?
— Ha, trudno... powiedziałbym: Niech ci wyjdzie na zdrowie, szelmo jedna! Widzisz, moja Glodziu, że dziadzio jest zawsze zadowolony. Czy ja go połknę, czy on mnie, to właściwe wszystko jedno, trzeba tylko rozważyć w głowie! Prawdziwy Burgund jest zawsze z wszystkiego kontent.
Właśnie w tym punkcie rozmowy (niespełna o jedenastej) znaleźliśmy się u naszego Rioux. Nawet nie spostrzegliśmy się, że już jesteśmy u celu. Cagnat i Robinet czekali na mnie spokojnie, leżąc na brzuchach nad wodą, a sprytny Robinet, który nie zapomniał wędki, próbował szczęścia.
Zbliżyłem się do nich. Wystarczy mi znaleźć się pośród drzew, przybranych w piękny strój młodych liści, by zapach ziemi i zieleni odurzył mnie natychmiast. Wówczas, przyznaję, może sobie płynąć czas i woda! Wolę drzewo, niż kobietę. To już moja manja! Wybieram sobie to, które mi najlepiej odpowiada. Ale gdybym był Turczynem i miał na targowisku najukochańszą kobietę, otoczoną kilkudziesięcioma innemi, nagiemi dziewczątkami, to mimo mej miłości do tej jednej, nie zaniedbałbym udelektować się powabami całej trzódki. Nie jestem w ciemię bity. Na cóż mi Bóg dał oczy łakome na piękno, czyż na to, bym je zamykał? Moje oczy otwarte są jak brama stodoły. Wszystko wchodzi do środka, nie wypuszczam niczego. Jestem znawca! Widzę pod skórą samiczki wszystkie jej skryte pożądliwości, złośliwostki, wszystkie chytre myśli. Tak samo pod korą drzewa dostrzegam to, co stanowi jego treść, co się ukaże, jako liść i kwiat.
Patrzę sobie, a tymczasem Cagnat niecierpliwi się! (Jest to żarłok, który połyka wszystko na surowo, my tylko starzy umiemy się delektować). Z nudów zaczyna krzyczyć na całe gardło do rybaków, płynących łodzią od przeciwległego brzegu Jonny, a potem rozmawia z ludźmi, przechodzącymi powolnym krokiem. przez most.
Jużto u nas obyczaje są, bez względu na miejscowość, jedne, chociaż ptaszki w każdej mają odmienne pióra.
Przez cały dzień siedzi się na moście z nogami zwieszonemi, z pośladkami jakby przybitemi do desek. Czasem tylko wstaje się, by podejść do najbliższego krzaczka. Rozmowa pomiędzy dziećmi Beuwronu, a dziećmi Betlej emu składa się z szeregu wymyślań. Ci panowie z Judei nazywają nas chamami, krzywonosami burgundzkiemi, wędliniarzami, my zaś na komplementy te odpowiadamy, przezywając ich brodatemi małpami i ciastołykami. Mówię my, gdyż słysząc litanję i ja nie mogę się powstrzymać, by nie dorzucić swego: ora pro nobis! Każdemu należy odpowiedzieć, tego sama uprzejmość wymaga!
Zaledwo wymieniliśmy kilka słów w tym rodzaju, gdy nagle słyszę... dzwonią na Anioł Pański... Ho... ho... już południe! Zrywam się tedy na równe nogi! Gdzież się ten czas podział? Jakże prędko płynie piasek w klepsydrze świata? Proszę tedy naprzód rybaków, by pomogli Robinetowi i Cagnatowi złożyć drzewo na wózek, a secundo, by je zawieźli razem z nami do Beuwronu.
— Ho... ho... Breugnon zawsze wielki pan! — zauważyli jednogłośnie. Wydało się im to trochę za obcesowe, ale posłuchali, gdyż lubią mnie w gruncie rzeczy.
Wracamy do domu galopem. Ludzie stają w progach domów i sklepów, podziwiając nasz zapał i pracowitość.
Ale na moście Beuwronu spotykamy trzy wytrwałe ptaszki: Fetu, Gadina i Trinąueta, spoglądających ciągle w wodę. Nogi zatrzymują się same, a języki zaczynają pytlować presto. Oni spoglądają na nas pogardliwie, gdyż pracujemy, my spoglądamy na nich z pogardą, albowiem nie robią nic.
Czekaliśmy, aż wyczerpany zostanie cały repertuar. Usiadłem na boku, czekając końca, by przyznać nagrodę zwycięzcy. Nagle, tuż koło mnie rozległ się wrzask:
— Łajdaku! Jesteś nareszcie? Gadaj zaraz co robiłeś od dziewiątej rano do południa? Czy tak długo trzeba iść z Beuwronu do Beyant? Leniwcze paskudny! Nie wróciłbyś i teraz, gdybym cię nie wzięła za łeb! Dalejże, marsz do domu! Obiad przypalił się na nic!
Odpowiedziałem:
— Jej przyznaję nagrodę! Drodzy przyjaciele, daremnie się wysilacie! Któryż z was potrafi dorównać tej drogiej szczebiotce mojej?
Pochwała wbiła ją widocznie w dumę, gdyś uraczyła nas jeszcze jednym utworem. Wykrzyknęliśmy chórem:
— Brawo!
— Ale teraz — powiedziałem — czas nam wracać. Idź przodem, droga żoneczko!


∗             ∗

Megera moja szła pospiesznie, trzymając za rączkę Glodzię, a za niemi postępowałem ja, z wózkiem i uczniami. Nagle, od górnej dzielnicy miasta dobiegł radosny dźwięk zmieszanych głosów, pogłos muzyki i tony dzwonów wieży Św. Marcina. Podniosłem głowę, zastrzygłem uszami, jak kawaleryjski koń przed atakiem, a nos mój wydłużył się, węsząc za czemś nowem, a ponętnem.
Właśnie odbywa się ślub pana d’Amazy z panną Lukrecją de Champeaux, córką poborcy podatków....
Wszyscy spieszą zobaczyć orszak ślubny. Biegną, biorąc nogi za pas, porzucając pracę, biją sic, by co prędzej dostać się na plac zamkowy. Oczywiście nie czekałem pozwolenia i pomknąłem co żywo. Nie co dnia widzi człowiek takie wspaniałości. Trinquet, Gadin i Fetu nie raczyli nawet podnieść głów. Oświadczyli, że to nie ich rzecz, ludzi przedmiejskich chodzić z wizytą do mieszczan z pod wieży. Zaprawdę, podoba mi się ta duma i ten takt... to wzniosłe! Ale poświęcać przyjemność dla wzniosłości? Nie, to nad moje siły! O, męczennicy godności własnej, nie dorastam wyżyn waszych!
Mimo, że jednym skokiem przesadziłem wszystkie trzydzieści sześć stopni schodów wieży Św. Marcina, przybyłem niestety zapóźno i nie widziałem, jak orszak weselny wchodził do katedry. Musiałem tedy zaczekać, by go zobaczyć w drodze powrotnej. Ale wszyscy proboszcze są podobni do siebie. Gdy zaczną śpiewać, niema temu końca. Z nudów postanowiłem wejść do kościoła, i udało mi się tego dokazać w pocie czoła. Ugniatałem krągłe brzuszki i wydatne... przedsięwzięcia, oraz grzeczne siedzeńka. Ale utknąłem zaraz pod chórem w tej pierzynce ciał ludzkich jakby w łóżku cieplutkiem i mięciutkiem. Było trochę za gorąco, a temperatura taka sprzyja myślom swywolnym. Ale wszakże to miejsce święte, trzeba być poważnym... wszystko ma swój czas! Gdy tego wymagają okoliczności, mogę stać, jak trusia, spuściwszy uszy niby skromny osiołek. Bywa czasem, że uszy się podnoszą i oślina ryknie sobie.
Tak się stało dzisiaj. Stałem sobie cichutko i nabożnie i, otwarłszy usta by lepiej widzieć, śledziłem przebieg radosnego ofiarowania się czystej Lukrecji Imć. panu d’Amazy. Huczały tuż nade mną cztery trąbki myśliwskie św. Huberta, trąbiąc ku czci znakomitego łowcy podniosłą fanfarę. Nie było tylko niestety zwierzyny. Dusiłem się od śmiechu i oczywiście nie mogłem się powstrzymać, by nie pogwizdywać (zcicha) melodji łowieckiej.
Gdy nadszedł moment kulminacyjny, narzeczona na pytanie księdza odpowiedziała: — Tak! — a wydęte policzki trębaczy zagrały „dojeżdżanego“, nagle, nie wiedząc sam jak się to stało, krzyknąłem głośno:
— Halali...!
Można sobie wyobrazić, jakie to uczyniło wrażenie. Natychmiast zbliżył się odźwierny, nastroszył brwi i szukał oczyma winowajcy. Skuliłem się i, skromnie przecisnąwszy się pomiędzy pośladkami bliźnich, wyszedłem z kościoła.
Znalazłem się na placu, wśród licznej kompanji znajomych. Wszyscy przybyli jak i ja, chcąc się napatrzyć do syta, nasłuchać, napić opowiadań... tak by można powtarzać to, czego się nie widziało. Naturalnie używałem sobie i czas mijał szybko i naraz otwarły się drzwi katedry, a cały orszak... myśliwski... wynurzył się przy dźwiękach organów.
Na czele, z miną triumfatora kroczył Imć. pan d’Amazy, prowadząc pod rękę upolowaną zwierzynę, która rzucała oczyma w prawo i lewo, strojąc powabne minki. Ej!... powiedziałem sobie, cieszę się, że nie mam obowiązku pilnować tej sarenki... śliczna bestyjka, ale ten, kto ją wypatroszy, dozna czegoś jeszcze, prócz rozkoszy... Wiadomo, kto ma zwierza, ten ma rogi.
Nie mogłem dojrzeć nic więcej z polowania, straciłem z oczu dojeżdżacza i dojeżdżaną, nie mógłbym też opisać jakie stroje mieli dostojni państwo, gdyż nagle umysły wszystkich zajęła niezmiernie doniosła sprawa, w jakim porządku ma się odbywać pochód i kto ma przed kim postępować w orszaku.
Już podczas wchodzenia (opowiadano mi to, gdyż spóźniłem się niestety) sędzia i prokurator kasztelanji, dalej ławnik, zastępca mera, oraz dwaj akolici minorum gentium popadli w konflikt w ścisku. Prym wziął przedstawiciel mera, jako silniejszy. Szło teraz o to, który z dygnitarzy wytknie pierwszy nos z drzwi katedry. Porobiliśmy zakłady. Ale nie pokazywał się nikt. Niby odcięta głowa węża, para nowożeńców postępowała dalej, a reszta ciała tkwiła w kościele.
Zbliżyliśmy się i spojrzeli do środka. Widowisko było zaiste niezwykłe. Stłoczeni, wściekli, spoceni dygnitarze tłumili się pod chórem, a jeden przeszkadzał drugiemu. Z uwagi na świętość miejsca nikt nie śmiał krzyczeć. Tedy tylko ruszali ustami, wąsami, wytrzeszczali straszliwie oczy, prostowali i pochylali grzbiety, marszczyli czoła, dyszeli, dmuchali, nadymali policzki, a wszystko bez jednego słowa.
Trzymając się ciągle na uboczu, braliśmy w sprawie mało czynny udział. Robiliśmy zakłady. Starsi, poważni stawiali na sędziego jako reprezentanta księcia, młodzi trzymali stronę ławnika jako wcielenia swobód obywatelskich. Ja się oświadczyłem za tym, który drugiego wystrychnie na dudka.
Każda partja dodawała odwagi swemu wyścigowcowi:
— Huź! Huź Bierz go, panie Grosset! Złap go za pysk, Petaud! Raz w zęby, a dobrze pyszałka! Nuże, stary ośle, wio!
Ale współzawodnicy nie brali się za bary, z obawy nadwerężenia odświętnych strojów. I spór trwałby zapewne jeszcze długo, gdyby nie interwencja proboszcza. Bał się nieboraczek, że obiad weselny pójdzie na nic, przeto nadbiegł pospiesznie i zaczął godzić.
— Drogie owieczki moje — mówił — Pan Bóg się niecierpliwi, a obiad czeka. Tego czynić nie wolno. Czyż mamy wprawiać Stwórcę w zły humor z powodu nadmiernie długiego trzymania otworem kościoła? Czyż warto dla takiej drobnostki pozbywać się smacznego jadła? Wypierzemy swe brudy w domu... a teraz zgoda!
Jeśli nawet tak nie mówił, (bo nie słyszałam ni słowa) to sens musiał być taki, gdyż niebawem ujrzałem dwie potężne ręce obejmujące się czule, oraz dwie pyzate gęby zbliżone ku sobie w braterskim pocałunku. Potem wyszli, ale razem w jednej linji, niby dwie kolumny, pośrodku których widniał okazały brzuch proboszcza. Było tedy trzech dygnitarzy miast dwu, na pierwszem miejscu, a sens moralny z tego taki, że lud nic nie traci na tem, gdy się panowie za łby wodzą.


∗             ∗

Przeszli wszyscy do zamku i zasiedli do uczty, na którą zarobili rzetelnie, my zaś, bydełko miejskie, łaziliśmy po placu, krążąc w koło niewidzialnej misy i chwytając nosem zapach potraw. By się tem lepiej delektować, trzech łakomców, mianowicie: Tripet, Bauldaguin i niżej podpisany pytaliśmy o rodzaj potraw, jakie podawano gościom. Ile razy wymieniono potrawę, śmialiśmy się rozkosznie i trącaliśmy się łokciami Chwaliliśmy jedno, ganili drugie. Szkoda, zenie zasięgnięto naszej rady, nie spytano o zdanie ludzi doświadczonych. Ale ostatecznie nie było w menu ani grzechu śmiertelnego, ani błędu ortograficznego... Słowem obiad przedstawiał się bardzo przyzwoicie.
Z okazji potrawki zajęczej wybuchła zacięta, dysputa, każdy z nas podawał swój przepis, a przysłuchujący się dorzucali kilka słów. Ale cóż... tematy tego rodzaju są niebezpieczne(trzeba być wprost złym człowiekiem, by o tem mówić z zimną krwią), to też gdy wmieszały się jeszcze do rozmowy dwie damy, Peroine i Jacquette, nastąpił wybuch. Wymienione wyżej damy, specjalistki w swym zawodzie, są rywalkami, a obywatele powierzają im zazwyczaj wszystkie wielkie obiady, dawane w mieście. Każda posiada swe stronnictwo i każda, opierając się na swych zwolennikach, pragnie usunąć drugą w kąt. Śliczny to był turniej.
Trzeba wiedzieć, że w mieście naszem obiady są pojedynkami bogatszych obywateli. Ale mimo zamiłowania do podniosłych dysput wyznaję, że nuży mnie, gdy słyszę hymny o czynach bliźnich moich, a sam działać nie mogę. Nie mogę też długo żywić się sosem myśli i wizjami dań nieosiągalnych. Dlatego też bardzo się ucieszyłem, usłyszawszy słowa zacnego Tripeta, który te same czuł dolegliwości:
— Gdy się tak długo gada o sprawach kuchennych, człowiek staje się czerwony jak brzoskwinia (to była aluzja do mego nazwiska i purpurowych lic, gdyż breugnon znaczy po naszemu: brzoskwinia). Tak samo czerwienieje kochanek, gdy mówi długo o miłości. Mam tego dość, konam, przyjacielu drogi, płonę, topię się, a z wnętrzności moich unoszą się dymy pożarne. Musimy je skropić, ugasić i ułagodzić szatana głodu, który je pożera.
— Jakoś to będzie. Licz na mnie. Pewien mędrzec starożytny powiedział: najlepszem lekarstwem na głód jest podjeść do syta.
Poszliśmy razem na róg ulicy Wielkiej, do oberży „Pod herbem Francji i Delfinatu“. Od rana obaj nic nie mieliśmy w ustach, a już minęła druga po południu. Tripet, podobnie jak i ja, miał szanse zastania w domu zimną zupę i wściekłą żonę. Był to dzień targowy, to też na sali z trudnością jeno znaleźliśmy miejsce. Ale o ile przyjemnie czuć się swobodnym przy jedzeniu, o tyle przyjemniej jeszcze jest w ścisku, pośród dobrych kompanów. W ten sposób zawsze wszystko jest w porządku.
Na czas jakiś przestaliśmy rozmawiać, a raczej zaczęliśmy dyskurs ust i szczęk, oddając się z rozkoszą pochłanianiu wieprzowiny z kapustą. Była różowa, wonna i rozpływała się na języku. Na to wypiliśmy ciemnego piwa, by rozprószyć mgłę, która zasłaniała nam oczy. Mieli rację nasi przodkowie, twierdząc że jeść bez picia to znaczy paczyć sobie pogląd na świat!
Otóż odzyskawszy bystrość spojrzenia i przepłukawszy gardło, zacząłem znowu patrzyć na świat i ludzi w sposób właściwy i stwierdziłem ponownie, że jedno i drugie wydaje się po jedzeniu znacznie piękniejsze.
U sąsiedniego stolika siedział pewien proboszcz z okolicy, a naprzeciw stara gospodyni wiejska. Ustawicznie kłaniała się mu, mówiła do niego, wpatrywała się weń słodko, wtuliwszy głowę w ramiona, słowem pragnęła oczarować go, a może wyspowiadać się przy sposobności.
Proboszcz słuchał grzecznie i łaskawie, ale widocznie nie słyszał ani słowa. Na każdy ukłon odpowiadał ukłonem, ale pilnował talerza. Zdawało się, że mówi: Odejdź w pokoju, córko moja, ego te absolvo... Darowaneć są wszystkie grzechy twoje... albowiem Bóg jest dobry, a ja zjadłem dobry obiadek... bo, powtarzam, Bóg jest miłosierny, a ten budyń z malinowym sosem wyśmienity... poprostu palce lizać!
Opodal siedział nasz notarjusz Piotr Delavau, zajęty rozmową z kolegą. Mówił o walucie złotej, cnocie, srebrze, polityce, kontraktach i rzeczypospolitej... naturalnie rzymskiej (był on republikaninem w wierszach łacińskich, ale w życiu codziennem kierował się rozsądkiem i wiernie służył Królowi Jegomości).
Hen, w głębi bystre oko moje wyśledziło czcigodnego Perrina zwanego — Ogoniastym, w siwej bufiastej bluzie, Perrina zwanego też Pyszałkiem z Corvol. Ledwo nań spojrzałem, spostrzegł mnie. Przysiągłbym, że mnie widział od samego początku, ale siedział cicho, gdyż winien mi należność za dwie szafy orzechowa od przeszło już trzech lat.
Wykrzyknął wesoło, wstał, zbliżył się do naszego stołu i zaproponował nam szklankę wina:
— Witam cię, ojcze Łukaszu, i pozdrawiam imieniem konwentu pijaków!
Temi słowami rytualnemi rozpoczęliśmy popijawę.
— Człowiek chodzi na dwu nogach! — powiedział i łyknęliśmy drugą kolejkę.
Perrin zaproponował mi, bym coś przekąsił. Sądził że odmówię, gdyż już się posiliłem. Ale się omylił. Chwyciłem ten pomysł w lot i powiedziałem:
— I owszem!
Co odbiję na poczet należności, to mój zysk! Zacząłem tedy znowu jeść, ale teraz spokojniej, bardziej metodycznie, albowiem nie zagrażała mi już śmierć głodowa. Zwolna porozchodzili się ludzie ordynarni, ludzie, którym ciągle spieszno, ludzie, jadający jak zwierzęta, by głód nasycić. Pozostali sami uczciwi, w pewnym wieku, utalentowani, znający wartość rzeczy pięknych, dobrych i smacznych, dla których dobre danie „tyle znaczy co dobry uczynek.
Drzwi stały otworem, słońce miało występ wolny. Pod stołem krążyło troje czarnych kurcząt, wyciągając sztywnie szyje by dziobać okruszyny, a czasem łapy starego psa odprawiającego drzemkę. Słychać było powrzask kłócących się w ulicy kobiet, wołanie szklarza, przygadywanie czyjeś, oraz ryk osła, podobny do ryku lwa. Na zakurzonym placu dwa białe woły zaprzężone do pługa leżały bez ruchu z nogami podwiniętemi pod piękne, połyskliwe boki, ślina toczyła się z pysków, a szczęki przeżuwały paszę z błogą rozkoszą. Gołębie gruchały na dachu, pławiąc się w słońcu. Radbym był uczynić to samo, a sądzę że chętkę tę mieli wszyscy, gdyż było nam tak dobrze, że gdyby ktoś przeciągnął nam rękę po grzbiecie, zaczęlibyśmy mruczyć jak koty.
Rozmowa stała się ogólną, mówiono od stolika do stolika. Nastrój braterstwa, przyjaźni i jedności zapanował niepodzielnie, łącząc wszystkich, a więc: proboszcza, ogoniastego, notarjusza, jego kolegę i właścicielkę hotelu, posiadającą ogromnie słodkie nazwisko, Całusek (wiele obiecywało to nazwisko, ale właścicielka jego gotowa była do ofiar znaczniejszych jeszcze).
By wygodniej rozmawiać, chodziłem od stolika do stolika, przysiadając wszędzie na chwilę. Rozprawiano o polityce. Wszyscy wyrzekali na straszne czasy, drożyznę, zastój w interesach, ruinę Francji, rasy całej, na upadek ogólny, na władców i intrygantów. Ale każdy był ostrożny, nie wymieniano nazwisk. Wielcy tego świata mają też wielkie i długie uszy i każdej chwili koniec takiego ucha może się ukazać w drzwiaca.
Ale że musiano pomstować na kogoś, przeto obyczajem burgundzkim zaczęto od... najdalszych potentatów. Wszyscy zgodnie potępili Włochów i pana Concini, które to robactwo zawlokła z Florencji w fałdach swej spódnicy królowa.
Wszyscy orzekli zgodnie po moim wywodzie, że wisielec wioski wart trzech naszych, a trzech, uczciwych Włochów (o ile się tylu znajdzie wogóle) nie warci trzeciej części jednego porządnego Francuza.
Zauważyłem, że nie zrozumieli mnie, gdyż przeciwnie twierdziłem właśnie, iż należy kochać każdego porządnego człowieka, nawet choćby był Włochem.
Rzucili się na mnie wszyscy i oświadczyli, że moja opinja ich wcale nie dziwi, albowiem znany jestem jako stary osioł, czerwona gęba, pielgrzym po szlakach głupstwa, wagabunda i włóczęga po wszystkich gościńcach.
Mieli rację. Podróżowałem dużo. Stary książę, ojciec obecnego, wysiał mnie do Mantui i Albisoli w celu studjowania wyrobu emalji, fajansu i przemysłu artystycznego. Przyczyniłem się do położenia podstaw fabrykacji tych rzeczy we Francji i nie żałowałem trudu, ni butów. Całą drogę z Saint-Martin aż do St. Andre-le-Mantouan odbyłem pieszo z laską w ręku. O jakże to przyjemnie iść sobie tak długo, długo z pyzatym towarzyszem, księżycem, ponad głową.
Ale dajmy temu pokój. Wyśmiewali się ze mnie.
Ha! Wszakże jestem Galem synem ludzi, którzy zrabowali cały świat. — Cóżeś to zrabował? — pytali ze śmiechem — Cóżeś to przyniósł? — Tyle co przodkowie. Pełne oczy. Puste kieszenie, to i prawda, ale głowę napchaną do pęknięcia. — Mój Boże! Jakże to słodko patrzyć, słuchać, kosztować, wspominać. Wiem, że nie sposób widzieć i wiedzieć wszystkiego, ale i to dobre co można! Jestem niby gąbka co ssie ocean. A raczej jestem jak brzuchate, dojrzałe, pełne do pęknięcia winne grono, przesycone sokiem ziemi. Jakaż ilość moszczu trysłaby ze mnie, gdyby mnie ktoś włożył do prasy? Niema głupich, synkowie moi, sam ja to winko wypiję! Wyniem gardzicie, widzę. Ha, tem lepiej dla mnie! Chciałem im dać skarby, okruszyny szczęścia jakich nazbierałem, wspomnienia z kraju słońca, ale nie przyjęli. Nie, to nie! Krajanie moi nie są ciekawi, chyba tylko gdy idzie o to, co się dzieje u sąsiada, a zwłaszcza u sąsiadki. Reszta to za trudne i nie sposób uwierzyć. Świat cały jednaki, powiadają czy tu, czy w Rzymie, osłowi — osioł na imię! Niechże i tak będzie, pomyślałem, nie trzeba ludzi uszczęśliwiać wbrew ich woli. Dostosowałem się do nich, nie zatracając nic z siebie.
Siedzę sobie tedy, rysuję pokryjomu nos notarjusza Delavau i proboszcza, który, mówiąc, trzepie rękami w powietrzu niby kogut i śpiewam razem z nimi znaną piosenkę: „Jest to szczęście, wierzcie mi, być mieszczuchem z Clamecy!“ Śpiewam to zupełnie szczerze. To dobra mieścina, nie może być inaczej, bo wszakże ja tutaj przyszedłem na świat! Roślinka ludzka pleni się tutaj swobodnie, dostatnio, pulchnie, nie nabiera ostrych soków, ni złości, cała wada nasza to chyba tylko ostre języki.
Nasoli się nieprzyjacielowi co wlezie, ale to jeno budzi miłość i nikt włosaby mu nie wyrwał z głowy. Delavau przypomniał nam (byliśmy wszyscy, nawet proboszcz, dumni z tego) jakto Nivernijczycy zachowali spokojną, ironiczną postawy wonczas, kiedy cały kraj szalał poprostu. Nasz mer Ragon odmówił przyłączenia się do Guisardów, ligowców, heretyków, katolików Rzymu, czy Genewy, ogarniętych wścieklizną i łaknących swej krwi wzajemnie, a St. Bartelemy przybył do nas, by tutaj umyć swe ręce zbroczone w krwi. Skupieni koło naszego księcia byliśmy, niby wysepka zdrowego sensu, o którą daremnie tłukły fale.
Czyż można wspomnieć bez wzruszenia nieboszczyka księcia Ludwika, lub naszego króla Henryka? O jakżeśmy się wzajem kochali, jakże rozumieliśmy się wzajem! Mieli oni naturalnie swe wady, jak i my, ale właśnie te usterki czysto ludzkie czyniły ich bliższymi naszym sercom. Powtarzano sobie ze śmiechem: Nevers kocha jak się patrzy, chociaż włos ma coraz rzadszy... albo znowu: Będzie w tym roku urodzaj na dzieci, Nevers ma znowu syna! Ach, jadaliśmy wówczas całą gębą biały chleb!
Rozgadaliśmy się o minionych czasach. Delavau, równie jak ja znał księcia Ludwika. Ale nieboszczyka króla Henryka znałem z nich wszystkich tylko ja sam. Nie czekając tedy aż poproszą, po raz setny może opowiedziałem im (zawsze zdawało im się, że słyszą to po raz pierwszy) jak to wyglądał król. Wszystko na nim było szare, ubranie, kapelusz, koń, szpakowate wąsy, szare oczy... słowem, to, co na zewnątrz widziałeś, miało kolor szary, wewnątrz wszystko było ze szczerego złota.
W tej chwili zjawił się pomocnik notarjusza z wieścią, że umiera pewien jego klient i chce zrobić testament. Poszedł, ale przedtem jeszcze udelektował nas facecyjką, która, jak uważałem, długo mu wisiała na końcu języka, tak że uczynił gest zniecierpliwienia, gdym go uprzedził, wtykając swe opowiadanie. Facecyjka, przyznaję, była wyśmienita, to też uśmialiśmy się wszyscy. Niema, jak Delavau, gdy idzie o tłuste bajeczki.


∗             ∗

Wypocząwszy tedy po wrażeniach dnia, opłukawszy się należycie od gardła aż po pięty, wyszliśmy razem. Było około piątej. Ach, jakiż obfity plon zebrałem w ciągu tych krótkich trzech godzin. Oprócz dwu obiadów i wesołych wspomnień posiadłem jeszcze zamówienie notarjusza na dwa wielkie, zamczyste kufry. Udaliśmy się do aptekarza Rathery, gdzie nas poczęstowano biszkoptami z galaretą porzeczkową. Tam JDelavau skończył opowiadać swą facecyjkę i towarzyszył nam spory kawał drogi, aż do Mirandoli, by usłyszyć inną, którą ktoś z towarzystwa nas uraczył.
Nareszcie rozstaliśmy się na dobre, wywnętrzywszy się przedtem jeszcze pod jakimś murem z nadmiaru niepotrzebnych już produktów uczty. Było za późno wracać do domu, a jednocześnie za wcześnie. Udałem się przeto w towarzystwie jakiegoś węglarza ku Betlejem. Węglarz szedł za wozem pełnym towaru i pogwizdywał. Koło wieży w Lourdeaux spotkałem kołodzieja, który pędził przed sobą koło. Tle razy koło zwalniało bieg, podbiegał i popędzał je pchnięciem. Był on żywym obrazem człowieka pędzącego za szczęściem, które umyka co żywo, ile razy chce nań wskoczyć. Zanotowałem sobie to spostrzeżenie, by ie kiedyś zużytkować.
Wahałem się, czy mam wracać do domu najkrótszą, czy najdłuższą drogą, gdy nagle spostrzegłem pochód sunący od strony szpitala. Na czele mały chłopiec, nie większy od mojej nogi, niósł krzyż wysoki, oparłszy koniec jego na brzuchu, niby lancę. Łotrzyk pokazywał co chwila język idącym obok dzieciakom w komeżkach i zerkał raz po raz ku szczytowi krzyża k który mu ciężył widocznie. Za nimi czterech staruchów o żylastych, nabrzmiałych rękach niosło przykrytego suknem jakiegoś śpiocha, który za pozwoleniem swego proboszcza udawał się na cmentarz, by tam w ziemi kontynuować dalej swą drzemkę.
Grzeczność wymagała, by mu towarzyszyć aż do mieszkania. Zawsze przyjemniej gdy człowiek nie jest sam. Przyznaję, że przyłączyłem się do konduktu także w tym celu, by słuchać opowiadania wdowy, która, wedle zwyczaju, szła, ciężko wzdychając, tuż za księdzem, opowiadając szczegółowo o chorobie zmarłego, lekarstwach jakie zażywał, o jego ostatnich chwilach, jego cnotach, uczuciach, budowie ciała, a wreszcie o całem życiu nieboszczyka i jego wiernej połowicy. Szliśmy pełni zainteresowania coraz liczniejszą gromadą, gdyż nie mogę pominąć faktu, iż co chwila napotykaliśmy znanych ludzi, posiadających serca współczujące i uszy chętne posłyszenia opowieści.
Nareszcie dostawiliśmy zmarłego miejsca przeznaczenia, do oberży smacznego snu. Postawiono trumnę na brzegu wielkiej, czarnej dziury, a że biedak nie ma prawa do własnej, drewnianej koszuli (to nic, spać można i nago), przeto podniósłszy sukno i wieko, wysypano zawartość skrzyni do dołu.
Rzuciwszy nieborakowi grudkę ziemi i uczyniwszy nabożnie znak krzyża, by odegnać przykre sny, oddaliłem się mocno zadowolony. Wszakże tyle widziałem, brałem udział w radości i smutku... mój plecak był dzisiaj pełny po brzegi.
Postanowiłem wracać wzdłuż brzegu, począwszy od miejsca gdzie łączą się obie rzeki. Miałem iść oczywiście brzegiem Beuwronu, ale wieczór był tak piękny, że, nie wiedząc jak się to stało, po pewnym czasie znalazłem się daleko ze miastem nad czarowną Jonną, która mnie zaprowadziła aż do wąwozu w La Foret. Spokojnie płynęła woda, bez jednej fałdy na swej powłóczystej szacie. Więziła oczy, wzięte jak ryba na wędkę. I niebo, podobnie jak ja, dało się opanować. Kąpało się całe w rzece razem z obłokami, które płynęły z jej nurtem, zaczepiając się tu i owdzie o trawy i krzaki nadbrzeżne. Usiadłem obok jakiegoś starego człeczyny, który trzymał na postronkach dwie chude krowy, szukające wytrwale trawy pobrzeżnej. Spytałem jak mu się powodzi, udzieliłem mu rady na gościec w nodze, mianowicie by wdział pończochę napełnioną zmielonym ostem (jestem w potrzebie lekarzem), on zaś opowiedział mi swą historję, swe przejścia i swe smutki z wesołością, która mnie zastanowiła. Był niezadowolony, gdy, obliczając wiek jego, powiedziałem o kilka lat mniej (liczył 75 rok życia) i zdawało się, iż właśnie dumny jest z tego, że żyjąc dłużej, wycierpiał więcej. Było to dlań zupełnie słuszne, że cierpienie panuje na świecie, że sprawiedliwi i łotry cierpią tak samo, albowiem dobrodziejstwa niebios spływają również na wszystkich bez różnicy. Rachunek zamyka się tem, że wszyscy, bogaci i biedni, piękni i brzydcy, pewnego dnia znajdą się razem na łonie jednego Ojca.
Staruszek mówił suchym, trzeszczącym głosem, w trawie śpiewały koniki polne, woda szumiała w wąwozie, od strony portu dolatywał zapach drzewa i smoły, przed nami sunęła gładko woda, a wszystko spływało w przedziwną harmonję.
Pastuch odszedł do domu, ja skierowałem się również do miasta. Szedłem zwolna, z rękami założonemi na grzbiecie, wpatrzony w koła powstające na wodzie. Byłem tak zajęty obrazami odbijającemi się w fali, że nie wiedziałem dokąd idę i gdzie jestem. Nagle podskoczyłem w górę, usłyszałem bowiem znany mi dobrze głos. Dolatywał z przeciwległego brzegu Beuwronu. Nie zdając sobie sprawy, przyszedłem do domu i stałem naprzeciwko własnej chałupy. Droga moja, słodka żoneczka stała w otwartem oknie i wygrażała mi pięściami. Udałem, że jej nie dostrzegam i patrzyłem w nurt rzeki. Ale właśnie w tym nurcie widziałem ją doskonale. Widziałem jak się rzuca, wymachuje rękami i pochyla głowę niby do ataku rogami. Milczałem, ale brzuch mój śmiał się sam, czułem, jak brzuch mój trzęsie się i kręci. Więc wybuchnąłem śmiechem, a im bardziej się śmiałem, tem ona głośniej wrzeszczała, a im bardziej się rzucała, tem głośniej śmiałem się ja.
Nakoniec w ostatniej pasji zatrzasnęła okno, drzwi i jak opętana wybiegła z domu, by mnie pochwycić. Ale musiała dostać się na drugi brzeg. Znajdowaliśmy się właśnie pomiędzy dwoma, dość oddalonemi mostami, leżącemi na prawo i lewo. Moja megera skoczyła ku mostowi po prawej stronie, a ja, widząc że pędzi w tę stronę pobiegłem w lewo i, sadząc wielkie susy, przybyłem do domu przez wielki most, na końcu którego, niby czapla, tkwił od samego rana Gadin sam jeden, opuszczony przez towarzyszy.
Znalazłem się w mieszkaniu. Była już noc. Jakże też u licha szybko mija dzień? Nie narzekam nigdy, że czas straciłem jak ten nicpoń rzymski Tytus, który ciągle stękał. Nic nigdy nie tracę, z każdego dnia jestem zadowolony. Tylko zamiast jednego, potrzeba mi koniecznie dwu dni. Czuję, że mnie ktoś okrada na czasie. Ile razy zacznę pić... oho... już szklanka pusta! Ktoś ją wydoił! Znam takich, którzy cmoktają swe wino bez końca... A może dostali większe szklanki? Do kroćset, to byłaby niesprawiedliwość o pomstę wołająca! Hej... ty tam, wielki oberżysto z „pod Słońca“, raczże nie krzywdzić mnie co do miary!
Ale nie... nie... błogosławiony bądź Boże, który czynisz, że po każdym obiedzie czuję się głodnym i że kocham tak dzień każdy (i noc też jest dobra), iż mi go zawsze mało!

O jakże szybko przemijasz, kwietniu kochany! Jakiżeś radosny, synku wiosny, chudziutki, drobniutki, oczy twe, jak stokrotki... całuję cię, całuję serdecznie... Chodźmy spać, już czas... będziemy spali razem... dobrze? Ach... dodjaska... prawda... zapomniałem, że ktoś inny tu przyjdzie... Oho! Już leci... słyszę ją, słyszę... słyszę... Baba wraca!


V.
ŁASICZKA
Maj.

Przed trzema miesiącami dostałem zamówienie na skrzynię i wielki kredens do jednego z pobliskich pałaców, ale nie rozpoczynałem roboty. Za konieczne uważałem zobaczyć na własne oczy dom, komnatę i obrać miejsce. Piękny mebel to coś, jak dojrzały owoc, widniejący wśród szpaleru drzew. Nie mógłby istnieć bez drzewa a takim będzie, jakiem jest drzewo.
Nie rozumiem zgoła, jak coś może być pięknem, w każdem postawione miejscu, coś co zgadza się z każdem otoczeniem! Wydaje mi się jak dziewczyna, która temu się przymila, kto jej najlepiej płaci. To Wenus z rozstajnych dróg. Sztuka w mojem zrozumieniu, to członek rodziny, to dobry duch domowego ogniska, przyjaciel i towarzysz, który wypowiada wyraźnie co sami jeno niejasno odczuwamy. Ponieważ jest to duch domu, musisz poznać dom.
Wyruszyłem tedy poznać miejsce, gdzie miałem umieścić meble i spędziłem tam znaczną część dnia, oczywiście nie zapominając o piciu i jedzeniu. Duch nie powinien zaniedbywać ciała, jak woźnica swego konia.
Nasyciwszy tedy ducha i ciało, wybrałem się z powrotem tą samą drogą, którą przyszedłem i maszerowałem wesoło ku domowi. Znalazłem się niebawem na rozstaju, i mimo, że wiedziałem dobrze, którą drogą należy iść, zerknąłem ku drugiej ciekawie. Wiła się przez łąki pomiędzy krzewami okrytemi kwieciem.
— Jakżeby to było dobrze powałęsać się trochę tamtędy. Nie cierpię gościńca, wiodącego prosto do celu. Dzień jeszcze długi, pogoda piękna, nie należy poruszać się prędzej, niż boski Apollo. I tak jakoś dojdę. Moja stara nic na tem nie straci, przeciwnie, będzie miała więcej powodu do gdakania. Jakaż piękna ta smarkata śliwka, jak czupumie zadziera główkę. Muszę się jej przypatrzyć, to zaledwo kilka kroków. Wiatr unosi płatki jej kwiatów, niby śnieg, ptaki świegocą... czysty raj! A ten strumyk toczy się pomrukując pomiędzy ziołami, jak kociak goniący kłębek po dywanie. Muszę zobaczyć... oho.. zastąpiła mu drogę grupa drzew... złapany, nie ujdzie. Oo... płynie dalej! Którędyż się prześliznął? Tędy, tędy, przebiegł pod samą nogą starego klonu, garbatą, sękatą i obrzmiałą. A to filut! A dokądże wieść może ta drożyna?...
Tak się zabawiałem, idąc w ślad za swym gadatliwym cieniem, obłudnie udając, iż nie wiem dokąd zdążam. Nie łżyj, Colasie! Nie łżyj, stary gałganie, nie udawaj Ulisesa. Wiedziałeś gdzie cię ciągnie w chwili wyjścia z pałacu. Godzina drogi dzieli cię od domu twej dawnej umiłowanej, Celiny. Zrobimy jej niespodziankę. Ale któż z nas dwojga będzie więcej zdziwiony. Tyle lat jej nie widziałem... Cóż się stało z jej ślicznym, złośliwym pyszczkiem, z buziaczkiem mojej łasiczki.
Chyba mogę teraz stanąć przed nią bezkarnie, chyba dzisiaj już nie zgryzie mego starego serca ostremi ząbkami? Oj to serce... wyschło jak podeszew starego buta. A czyż ona ma jeszcze te same ząbki? Oj łasiczko droga moja, jakżeś ty umiała śmiać się i gryźć jednocześnie! Dosyć się naigrałaś z biednym Breugnonem, dosyć mu nazawracałaś głowy! Miałaś zresztą rację, byłem osłem dardanelskim!
Pamiętam, jak. się w nią wpatrywałem oparty łokciami o mur ogrodu mistrza Medarda Logneau, który mnie uczył rzeźby. Po drugiej stronie podwórza, służącego za pracownię, był ogród warzywny. Celina uwijała się pośród grządek sałaty, poziomek, rzodkiewek, zielonych ogórków i złotawych melonów. Była zawsze bosa i obnażone miała ramiona i szyję. Z głowy spadała jej fala miedzianych włosów. Ubrana jeno w koszulę napoły rozwartą na jędrnych piersiach i krótką spódnicę po kolana, piękna, zwinna, ponętna, kołysała w prawo i lewo wielką polewaczką, miotając silnemi, opalonemi rękami rzęsisty deszcz na główki roślin, a kwiaty otwierały dziobki i piły chciwie. Ja też otwierałem dziób, który nie był mały i stałem oczarowany, z gębą otwartą by lepiej widzieć.
Chodziła tam i z powrotem, ciągle wylewała zawartość polewaczki i napełniała ją na nowo u studni. Silnem ramieniem podnosiła ciężar, jak piórko, i zgrabnie stąpała wąskiemi ścieżynami, przeskakując zręcznie wężyki wody pięknemi nóżkami. Kolana jej były krągłe i silne, niemal chłopięce. Pożerałem ją oczyma, a ona udawała, że mnie nie widzi. Czasem tylko, gdy jej — wypadło skropić grządkę pod murem, zbliżała się i nagle spozierała na mnie ogromnemi oczyma, a ja wstrząsałem się cały. Miałem wrażenie, że rzucono na mnie sieć. Prawda to, co mówi przysłowie: „Oko kobiety, ręczę, niczem nici pajęcze!“ Czułem, że jestem schwytany i trzepię się daremnie niby mucha, a ona oddalała się, obojętna i zimna. Siadała w kucki i pełła kapustę... a czasem tylko rzucała z pod oka spojrzenie, by się przekonać, ozy zdobycz nie zerwała sideł.
Widziałem jej szyderczy uśmiech. Daremnie mówiłem sobie: Idźże, głupcze, do domu... ona kpi z ciebie! Nagle, bywało, wstała, przeskoczyła kilka grządek, zerwała tu kwiatek... tam drugi... i, chwiejąc się w biodrach, wykrzykiwała niby to do siebie:
— Oho! I ten widzę kocha się we mnie!
Wetknęła pęk kwiecia w rozchylenie koszuli na piersiach pomiędzy krągłe wymionka. Nie jestem pozbawiony pewnego rodzaju śmiałości, przeto wołałem:
— Proszę i mnie tam wsadzić!
Wybuchnęła śmiechem, oparła dłonie na biodrach i, kołysząc się tuż przede mną, na szeroko rozstawionych nogach, rzekła:
— Zachciało ci się? O, nie, nie dla twoich zębów dojrzewają moje jabłuszka!
W ten to sposób zapoznałem się pewnego sierpniowego wieczoru z tą ślicznotką, z tą łasiczką, z tą piękną ogrodniczką. Zwano ją powszechnie łasiczką, z powodu że podobnie jak owo stworzonko o spiczastym nosku była smukła, giętka, główkę miała małą, chytry, pikardyjski nosek, usta wydatne i powabnie wykrojone, oraz ostre ząbki, zdatne do chrupania, serc i orzechów.
Od tej pory nieraz dobre pól dnia zamiast pracować, spędzałem u muru i dopiero stopa mistrza Medarda na pośladku, oraz jego pięść przypominały mi, że należy zstąpić na ziemski padół. Czasem łasiczka, mając dość tego patrzenia,, wołała gniewnie:
— Dosyć mi się napatrzyłeś z przodu i z tyłu! Cóż chcesz więcej zobaczyć? Znasz mnie już dokładnie, pocóż się gapisz?
Odpowiadałem, mrugając chytrze oczyma:
— Nie można wcale poznać oczyma, niestety, ni melona wonnego, ni smacznej kobiety!
Chętniebym sobie odciął kawałek tego owocu, a może i owoc nie miałby nic przeciw temu. Byłem młody, miałem gorącą krew, kochałem się we wszystkich dziewczętach... Czyż ją kochałem naprawdę... ją jedną? W pewnym, wieku można zakochać się w miotle ubranej w spódnice.
Doskonaleśmy się rozumieli. Spędzaliśmy całe godziny na przekomarzaniach. Oboje mieliśmy obrotne języki. Ona miotała mi na głowę obelgi, ja zaś oddawałem je z nawiązką. Jedno i drugie strzępiło sobie język i zgrzytało zębami. Czasem śmialiśmy się do rozpuku. Dla większej wygody w śmianiu, gdym jej dociął należycie, przysiadała na grządkach, zupełnie, jak kura na jajach. Wieczorem podchodziła do samego muru i rozmawialiśmy poufale.
Poznałem dokładnie kształty jej szyi, ramion, kibici, piersi, ust i wiele, wiele razy utrwaliłem je w rzeźbie mebli. W niedzielę spotykaliśmy się na przechadzkach, lub sali zabaw poczciwego Beaugy. Tańczyliśmy... Tańczyłem z pewną gracją, miłość uskrzydla, miłość, powiadają, nauczy osła tańczyć kadryla. Ani na chwile nie ustawała między nami walka. O, jakaż była napastliwa. Zasypywała mnie przycinkami do mego koślawego, krzywego nosa, albo do wielkiej, szerokiej paszczęki, gdzie, jej zdaniem, możnaby jak w rurze kuchennej upiec pasztet, a także — do mej szewskiej brody, słowem drwiła z całej mej postaci, która, wedle opinji proboszcza, sporządzoną miała być rzekomo na obraz i podobieństwo Stwórcy. Nie dawała mi ni na chwilę pokoju, a ja naturalnie także nie pozostawałem jej dłużnym.
Walka przeciągała się i rozgrzewała coraz więcej oboje. Czy pamiętasz, stary Colasie. winobranie u mistrza Medarda Lagneau? Łasiczka została zaproszona. Pracowaliśmy obok siebie, dotykaliśmy głowami, a ręka ma, szukając grona, chwytała czasem, przez omyłkę jej pośladka, lub łydki. Podnosiła wtedy zarumienioną, namarszczoną buzie i dawała mi mocnego klapsa w gębę, albo znów o bryzgi wal a mi nos sokiem. Wzamian wyszukiwałem największą i najczarniejszą jagodę i rozduszałem ją na jej złocistym, słońcem opalonym karczku. Broniła się, jak sam djabeł. Ściskałem ją parę razy w objęciach, ale zawsze nadaremnie. Śledziliśmy się wzajem... podniecała ogień i, przyglądała się z szelmowską miną, jak płonę,... a przytem pokazywała mi figę.
— Nie będę twoją, Colasie!
Przymrużałem oczy jak kotek skromny, wygrzewający się na murze, który przez szczelinę pół otwartych źrenic śledzi biegającą myszkę i odpowiadałem:
— Zobaczymy... zobaczymy...
Raz po południu (jakoś w maju) przy samym końcu miesiąca parno się zrobiło. Z pobladłego nieba, niby z gorącego pieca szedł ku ziemi żar niezmierny. Od kilku dni zbierało się na burzę, ale deszcz nie chciał spaść. Ludzie potnieli, heble oblane były wodą, a koszula lepiła mi się do ciała. Łasiczka śpiewała przed chwilą, teraz ucichła. Poszedłem jej poszukać... W ogrodzie nie było nikogo. Nagle zobaczyłem ją w cieniu chaty. Siedziała, napoły leżąc, z głową przechylona wstecz. Spała. Jedno ramię zwisało z polewaczki. Widocznie obezwładnił ją nagle sen.
Była bezbronna, całe ciało niedbale porzucone, półnagie, nieruchome oddawało się bezwiednie, jak ciało Danai. Poczułem w sobie moc Jowisza. Przelazłem przez mur i, depcąc w przelocie kapustę i sałatę, objąłem ją w ramiona. Całowałem jej usta. Gorąca, naga, okryta potem, napoły śpiąca poddawała się, przepojona pożądaniem rozkoszy. Nie otwierając oczu, szukała ustami moich ust, oddając mi pocałunki.
Burza huczała we mnie. Byłem pijany, szał mnie porwał, ogarniałem sobą to kochane ciało... dziękując losom, że oto gołąb pieczony wpada mi w usta... i nagle... (cóż za bałwan ze mnie!)... uczułem, że brak mi odwagi. Porwały mnie głupie skrupuły... Kochałem ją tak bardzo, że nie mogłem ścierpieć myśli, iż oto jeno bezwład snu mi ją daje, że tylko ciało, a nie duszę pięknej ogrodniczki trzymam w ramionach i posiąść ją mogę jeno zdradą.
Wyrwałem się, rozplotłem jej ramiona, ucałowałem usta... ileż mnie to kosztowało przezwyciężenia... ale zwyciężyłem, to jest... uciekłem. Już temu trzydzieści pięć lat, a dotąd rumienię się ile razy o tem wspomnę. Ach, młodość... głupota... bezdenna głupota...
Od tego dnia szatan ją opętał. W stosunku do mnie stała się wprost niemożliwą, dziwaczyła, kaprysiła, zmieniała się co chwila jak chmury na niebie. Raz okazywała mi pogardę bolesną, to znów udawała, że mnie nie dostrzega wcale, innym razem wodziła za mną rozkochanem, pożądliwem spojrzeniem, słała mi czarowne uśmiechy, albo ukryta za drzewem rzucała we mnie, ile, razy się obróciłem, grudkami ziemi, to znów dostawałem w nos pestką ze śliwki. Wreszcie podczas przechadzki chichotała, szczebiotała, szastała się z tym i owym.
Najgorsze było to, że celem tem lepszego dokuczenia mi wzięła w sidła drugiego wróbla, a był nim mój serdeczny przyjaciel, Quiriace Pinon. Byliśmy ze sobą, jak dwa palce u jednej ręki. Niby Orestes i Pylades nie rozstawaliśmy się nigdy i w każdej bójce, uroczystości, zabawie, w mocowaniu, wyzwaniu na pięść, czy słowa, zawsze braliśmy udział razem. Quiriace był krępy, sękaty jak dąb, miał ramiona byka i podobny umysł prosty, ograniczony, ale szczery. Zabiłby każdego, ktoby mi chciał szkodzić. I jego to wybrała łasiczka na swe narzędzie.
Nie miała wiele trudu. Starczyło zrobić cztery razy perskie oko i wykonać tuzin zwyczajnych gestów, a więc: minkę niewinną, pożądliwą, bezczelną, potem zaśmiać się, poszeptać, zrobić słodki dziobek, spuścić powieki, zamrugać, pokazać ząbki, przygryźć wargi, oblizać się spiczastym języczkiem, pokręcić szyjką, zakołysać się w biodrach, podnieść trochę ku perek, jak pliszka... i już po wszystkiem! Czyż jest mężczyzna, któryby się oparł tym pokusom córki szatana?
Pinon stracił tę resztę rozsądku, jaki mu jeszcze pozostał, i odtąd obaj wystawaliśmy u muru, gapiąc się na łasiczkę. Nim przyszło do słów, zamienialiśmy wściekłe spojrzenia. Łasiczka, chcąc podniecić płomień, często gęsto polewała go z koneweczki lodowatą wodą. Widząc to, śmiałem się, ale Pinon był osłem, wierzgał tedy, ryczał z gniewu, klął, odgrażał się i hałasował. Nie mógł zrozumieć innego żartu oprócz swojego (niestety, na żartach Pinona, prócz niego samego nikt się jakoś poznać nie umiał. Nic mu to jednak nie przeszkadzało i śmiał się za wszystkich).
A donzella delektowała się temi obelgami głuptasa, jak mucha mlekiem i rzucała mu spojrzenia pełne obietnic i uśmiechy wabliwe. Gdy jednak prostaczek chciał wyciągnąć konsekwencje i rozwijając sztandary, rzucał się do ofensywy, łasiczka śmiała mu się w nos i odprawiała z kwitkiem. Śmiałem się oczywiście także, a Pinon, doprowadzony do desperacji, przeciw mnie kierował swą wściekłość. Był pewny, że mu chcę dziewczynę sprzątnąć z przed nosa, to też pewnego dnia poprosił mnie zupełnie formalnie, bym mu ustąpił miejsca. Odparłem słodkim głosem:
— Bracie, właśnie chciałem się zwrócić do ciebie z tą samą prośbą.
— A więc, drogi bracie, — odparł Pinon — jeden z nas zginąć musi!
— To prawda, drogi Pinon, — rzekłem — ale jest mi to bardzo przykre!
— To samo ja myślałem, drogi Breugnon! Dlatego też proszę cię, idź sobie! Dosyć jednego koguta w tym kojcu!
— Racja! Właśnie dlatego idź sobie ty, bowiem kokoszka jest moja!
— Twoja? Kłamiesz, pokrako! Jest moja... mam ją i nie dam nikomu!
— Drogi chłopcze! — odparłem — Chyba ci to nie tajne, że jesteś krasy byk auwergnacki. Siano, w sam raz dla ciebie, zaś to chrupliwe ciasteczko przeznaczone jest dla moich burgundzkich zębów. Nie masz tu co robić, idź się paść na łąkę.
Od słowa do słowa przyszło do starcia na pięści. Ale czuliśmy obaj wyrzuty sumienia, gdyż kochaliśmy się szczerze.
— Słuchaj, Breugnon! — prosił — ustąp, ona woli mnie!
— Nie... mnie woli! — oświadczyłem.
— A więc, spytajmy jej samej. Odrzucony pójdzie sobie precz!
— Zgoda! Niech wybiera!
Ale czyż warto pytać się dziewczyny o wybór, gdy cały urok leży właśnie w tem przeciąganiu decyzji. Ma zawsze czas, waży, rozważa zalety i wady tego, to znów tamtego, wreszcie odwraca się od ©bu... Oczywiście nie zdało się na nic owo pytanie. Łasiczka odpowiedziała wybuchem śmiechu.
Wróciliśmy do warsztatu i zdjęliśmy surduty.
— Ha, trudno... jeden z nas musi zginąć! W chwili, gdyśmy się mieli porwać za łby, Pinon powiedział:
— Pocałuj mnie!
Ucałowaliśmy się z dubeltówki.
— A teraz, do roboty! Zaczął się taniec, jak należy. Było na co patrzyć, choćby za biletami. Pinon usiłował załamać mi czaszkę tuż nad oczyma, ja zaś starałem się rozpruć mu brzuch kolanami. Nikt się tak serdecznie nie bije, jak przyjaciele! Za chwilę obaj ociekaliśmy krwią, która się nam obficie lala z nosów i doprawdy nie wiem, czy któryś nie byłby naprawdę oddał ducha, gdyby nie sąsiedzi, oraz majster Medard Logneau. Wpadli i rozdzielili nas, co jednak nie było rzeczą łatwą. Musiano nas, jak psy, skrapiać wodą, gdyż żaden nie chciał puścić kości. Ponadto Logneau wziął od jakiegoś woźnicy bat i smagał gdzie padło, wiedząc, że Burgund musi dostać baty, by wrócił do równowagi.
To nareszcie odniosło skutek. Po bitce wszystko się nam obu jakoś wyklarowało w głowach. Spoglądaliśmy na siebie wzajem zawstydzeni, ą wówczas zbliżył się do nas Jan Gifflard, wysoki, rudy, krągły na gębie młynarz, o świdrowatych oczkach i takie nam palnął kazanie:
— Głupie koguty! I cóż wam z tego przyjdzie, że sobie powyrywacie grzebienie, pióra i powydrapujecie oczy? Czy sądzicie, że któryś z was dostanie kwoczkę. Nieprawda! Widzicie przecież sami, że z was kpi, radując się tylko z waszej bójki. Każda samiczka przepada za tem, by włóczyć za sobą czeredę adoratorów, którzy ją obwąchują na wszystkie strony. Czy chcecie dobrej rady? Oto odwróćcie się obaj na pięcie i idźcie sobie obaj precz! To jej da bobu... widząc, że traci jednego i drugiego, będzie się musiała zdecydować. A więc... marsz! Ruszajcie natychmiast, nie tracąc ni chwili! Trzeba to przeciąć odrazu! Dalejże za mną! Chcę wam pomóc z serca, przeto, gdy obaj będziecie wędrować po kraju, ja tymczasem nie spuszczę z oka damulki, dowiem się którego opłakuje i nie omieszkam zawiadomić zwycięzcy. Drugi wtedy uczyni, co zechce... Tak będzie najlepiej! A teraz chodźmy popić... niema jak wino, gdy człowiek musi topić zmartwienie i pamięć.
Tak dokładnie topiliśmy swe nieszczęście, że straciliśmy zupełnie zastanowienie i działając, jakby pod przymusem, tegoż jeszcze wieczoru, spakowawszy tłumoczki i ująwszy laski, ruszyliśmy na całą noc, mimo iż ciemno było choć oko wykol, unosząc w sercach wielką wdzięczność dla zacnego Gifflarda. Nie spostrzegliśmy nawet, że oczka młynarza błyszczące na krągłej jego twarzy, napoły skryte pod fałdzistemi powiekami, jaśniały radością, której wprost ukryć nie był w stanie.
Nazajutrz rano zmienił się znacznie nasz nastrój. Nie przyznając się sobie do tego upadku ducha, nadrabialiśmy minami. Ale każdy myślał, rozważał i zdumiewał się coraz bardziej nad genjalną wprost taktyką wspólnego przyjaciela i doradcy. Wszakże pozbył się w ten sposób obu i został sam w kojcu! Około południa obaj byliśmy bliscy rozpaczy. Wieczorem śledziliśmy się wzajemnie z pod oka, rozmawiając jednocześnie, niedbale i obojętnie, o deszczu i pogodzie. Każdy zaś myślał: — Ślicznie mówisz, przyjacielu. A mimo to radbyś mnie puścić w trąbę i sam wrócić do domu. O, o, nie, nic z tego! Kocham cię zbyt gorąco, by cię zostawiać samego!... Nie... nic... będę wstępował w twoje ślady...
Po rozlicznych fortelach, by się wzajemnie podejść (nie opuszczaliśmy się ani na moment), położyliśmy się wreszcie spać i każdy udawał, że chrapie. Ale gryzła nas słonia, miłość i pchły. Pinon pierwszy wyskoczył z łóżka i zawołał:
— Na miłość boską, dość tego! Nie wytrzymam! Szlag mnie trafi! Wracam do domu i basta!
— Dobrze! — odpowiedziałem — Wracajmy! Przez cały następny dzień szliśmy pospiesznie ku domowi. Słońce właśnie zachodziło, gdyśmy się znaleźli pod miastem. Ale nie chcąc się wystawiać na szyderstwa przechodniów i znajomych, ukryliśmy się w pobliskim lesie, by tam doczekać nocy. Prócz tego chcieliśmy przyłapać łasiczkę na płaczu, wyrzekaniu, wyrzutach sumienia itd.
— Opuściłeś mnie, najdroższy! Niema cię!
Tak pewnie wyrzeka łasiczka. Ale kto jest ten najdroższy? Każdy mówił sobie:
— To ja...
Skradając się pocichutku, dostaliśmy się pod mur ogrodu. (Lekki niepokój obudził się w naszych sercach). Dom był oblany światłem księżyca. U okna łasiczki zwisała gałąź jabłoni, a na niej... czyż to jabłko? Nie... Boże wielki... to kapelusz młynarza!
Czyż mam opowiadać, co potem nastąpiło?
Quiriace, niby ranny dzik, rzucił się naprzód, jelenim skokiem (miał przecież nawet rogi) znalazł się na murze, potem na jabłoni i wpadł oknem do izby, skąd niebawem rozebrzmiały straszliwe wrzaski, jęki, skowyty zarzynanego cielęcia, klątwy...
— Drabie! Zbóju! Kanaljo! Oszuście! Na pomoc! Ratunku! Rogalu! Obłudniku! Wisielcze! Zabiję jak psa! Policja!... Gwałtu...
Łomot, trzask, lecą szyby, dźwięczą tłuczone garnki, dudnienie padających na ziemię ciał, pisk i lament kobiecy, wycie psów...
Łatwo pojąć, że te wrzaski zbudziły wszystkich i cala dzielnica zbiegła się pod okno domu łasiczki. Nie czekałem na ciąg dalszy, widziałem już dosyć. Zawróciłem w stronę, skąd przybyliśmy dopiero co. Jedno oko się śmiało, drugie płakało, nos był spuszczony na kwintę, a uszy położyłem po sobie.
— A to ci się udało, Colasie! — powtarzałem raz poraz.
W głębi duszy byłem smutny, ale udawałem wobec samego siebie kpiarza. Przypominałem sobie całą awanturę, naśladowałem to jedno, to drugie, młynarza, to znów dziewczynę, przytem zaś wzdychałem ciężko, jakbym zamierzał wyzionąć ducha.
— Niestety! — mówiłem sobie — To takie zabawne, że można zdechnąć ze śmiechu... nie, raczej z boleści. I omal mnie ta szelma nie wzięła pod małżeński pantofel. Ładnebym nosił rogi? Chociaż, czyż nie opłaciłoby się... zawszebym ją miał, chociaż... O, Dalilo... Dalilo... tromtididara!
Przez dwa tygodnie wahałem się tak między śmiechem a płaczem... potem zaś... Łaskawi państwo, my, Burgundowie, jesteśmy ludzie czynu. Niewiele posiadamy wspólności z bohaterami romansów. Nikt mi się nie pytał, czy chcę przychodzić na świat... i pewnie, że byłbym z tej przyjemności zrezygnował, gdybym mógł. Ale żyje, a przeto trzeba się liczyć z tym faktem, potrzebuję świata a świat mnie, gdy się jest Burgundem, niema czasu myśleć o śmierci. Po jakichś pięciu, czy sześciu miesiącach nareszcie, w miarę mijania czasu, zbyt ciężkie na me siły brzemię bólu zostało gdzieś na drugim brzegu i powiedziałem:
— Wyobraź sobie, żeś ją posiadał!
O, kochana, śliczna łasiczka! Nie... nie... mimo wszystko, nie mogę sobie tego wyobrazić. Posiadł ją Gifflard... posiada, pieści i bawi się z nią... już od lat dwudziestu przeszło. Dwadzieścia kilka lat... mój Boże... chyba zaspokoił pierwsze pragnienie! Jak mi mówiono, nie posiada jej zresztą od owego, pamiętnego dnia, kiedy był zmuszony ją poślubić. Dla takiego łakomca, smakołyk raz połknięty traci wszelki powab.
Zresztą młynarz nic miał zgoła małżeńskich zamiarów i gdyby nie awantura, wywołana przez Pinona, jego gruby paluch nie byłby trafił nigdy w małą obrączkę łasiczki. Teraz jednak musiał nastąpić ślub. Wpadł w potrzask, chcąc schwycić dziewczynę, przyciął sobie ogon. Złapali się tedy wszyscy: on, ona i... ja! Śmiej się tedy, Breugnon... jest z czego...


∗             ∗
Właśnie, kiedy się zaśmiałem, ujrzałem w odległości dwudziestu pięciu kroków, w głębi szpaleru drzew (Boże wielki... czyż podobna, bym gadał przeszło dwie godziny?) dom o czerwonym dachu, zielonych okienicach i białych ścianach, okrytych szczelnie liśćmi winorośli. Drzwi były otwarte, a przed niemi ujrzałem pod rozłożystym orzechem u studni, strzeżonej kamiennem ujęciem, czerpiącą wodę, znaną mi, ach jak dobrze znaną (chociaż od tylu lat niewidzianą) kobietę. Na ten widok nogi się ugięły pode mną.

Omal nie uciekłem. Byłbym to uczynił, ale cóż... patrzyła na mnie. Spoglądała spokojnie, nie przestając czerpać wody... i oto nagle... poznała mnie! Nie uczyniła jednego gestu, nic wydała okrzyku... Duma nie pozwalała na to... tylko wiadro wyśliznęło jej się z rąk i wpadło do studni. Gdym się zbliżył, powiedziała:
— A skądże to Bóg prowadzi?
— Widzę, że czekałaś na mnie! — odparłem pyszałkowato.
— Głupstwa pleciesz! Zapomniałam już jak wyglądasz!
— Dalibóg, ja także! A to doskonale... wszystko tedy w porządku...
— No i cóż?
Staliśmy naprzeciw siebie. Miała ramiona mokre od wody, stała, ująwszy się pod boki a ja również podparłem się i przybrałem swobodną postać. Patrzyliśmy na siebie, nie widząc się jednak. Oczy nasze błądziły gdzieś... Wiadro w studni napełniało się zwolna wodą...
— Wstąp na chwilę! — powiedziała.
— Chyba na minutkę... spieszno mi!
— Dobrze... dobrze... cóż cię tu sprowadza?
— Mnie? Ależ nic! — zawołałem — Ot tak, zrobiłem sobie spacer.
— Więc jesteś bogaty?
— O tak... pieniędzy wprawdzie nie posiadam, ale fantazji co niemiara!
— Nie zmieniłeś się! Zawsze ten sam warjat z ciebie!
— Już ten się nie wyleczy.
Kto dzieckiem mówił... od rzeczy!
Weszliśmy w podwórze. Zamknęła wrota. Staliśmy zupełnie sami pośród rozgdakanych kur. Wszyscy ludzie z fermy byli w polu. Nie wiedząc co robić, podeszła pod drzwi stodoły, zatrzasnęła je (czy też otwarła, nie wiem sam...) i zburczała biednego Medora. Ja, także chcąc przyjść do siebie, zacząłem gadać o jej domu, kurach, gołębiach, kogucie, psie, kocie, kaczkach, prosięciu. Byłbym wyliczył, gdyby nie przerwała, całą arkę Noego. Nagle ozwała się:
— Breugnon...
Zatkało mi oddech.
— Breugnon! — powtórzyła.
Patrzyła mi w oczy, potem rzekła:
— Pocałuj mnie!
Nie dałem się prosić! Gdy się jest tak starym, można sobie pozwolić. To nawet robi dobrze czasem... (zawsze dobrze robi...). Uczułem na swych szorstkich pomarszczonych policzkach zwiędłe policzki Celiny i nagle rozjaśniły mi się oczy, dotąd łzami wezbrane. Uczułem teraz dopiero łzy, ale oczywiście nie rozpłakałem się.
— Broda twoja kłuje! — powiedziała.
— Szkoda, iż nie wiedziałem rano, że cię będę całował, — odparłem — byłbym się ogolił. Przed trzydziestu laty broda moja była miększa, a wówczas chętnieby się też była otarła o twą krągłą, rumianą buzię!
— Więc myślisz o tem jeszcze?
— Nie... nie myślę nigdy!
Spojrzeliśmy na siebie i roześmialiśmy się oboje. Żadne za nic nie byłoby teraz spuściło oczu.
— Zuchwalcze! Uparciuchu! Holodrygo jeden... jakże podobniśmy byli wówczas do Usiebie wzajem? pór nie opuścił cię dotąd... widzę, że nie chcesz się starzeć! Coprawda, mój drogi Breugnon, nie wyładniałeś wcale, masz woreczki pod oczyma, koślawy nos wydal ci się jeszcze bardziej, ale ponieważ nie byłeś nigdy piękny, przeto strata niewielka. Nie wylazł ci ani jeden włos z głowy, stary urwipołciu... tu i owdzie tylko przegląda srebrna nitka.
Odpowiedziałem:
— Głupia głowa nie łysieje!
— Co tam wam, mężczyznom? Nie trapicie się nigdy, używacie życia i tyle. Zato my, kobiety, starzejemy się szybko, starzejemy się za was i siebie. Spójrz na mnie, wszakże jestem zupełną ruiną. Gdzież się podziało moje jędrne ciało, ponętny karczek, piersi, biodra, mleczna cera twarzy, słowem wszystko, co mnie czyniło podobną do wonnego, dojrzałego owocu? Ach... wszystko przepadło... Nie wiem, czy poznałbyś mnie był, spotkawszy gdzieś na targu?
— Byłbym cię poznał wśród tysięcy kobiet i to z zamkniętemi oczyma!
— Z zamkniętemi? Tak... może... ale z otwartemi, trudniej. Spójrz na zapadłe policzki, bezzębne szczęki, nos cienki, suchy, podobny do haka, zaczerwienione oczy, zwiędły kark, zwiotczałe, wyschłe piersi, nieforemny brzuch...
Odparłem (tak było niestety, jak mówiła):
— Pamiętasz przysłowie? Nie odmienisz swego lica... co łasica, to łasica!
— Więc nie dostrzegasz zmian?
— Mam dobre oczy, łasiczko?
— Ach, w cóż się zmieniła twoja łasiczka! — westchnęła ciężko.
— Biegała tędy... pamiętam... teraz gdzieś się ukryła, ale nie zapomnę nigdy jej ostrego pyszczka, świdrujących, szelmowskich oczu tak kpiących, a tak wabnych jednocześnie. Odpychała i przyciągała do swej jamy.
— Możesz wejść, szanowny lisie... nic nie zaryzykujesz, nie stracisz tu ogona w paści. Ho... ho... zawód miłosny nie zaszkodził, jak widzę, twej duszy!
— Wiem moja droga, że robaka utopić nie można. Wypływa zawsze. Zmartwienie trzeba zrzucić, cóż bowiem warte życie bez emocji!
— Doskonale! Musimy dać pić robakowi.
Weszliśmy do domu i zasiedli do stołu. Nie wiem już dobrze, co jadłem i piłem. Dusza moja była mocno zajęta, ale zęby i gardło pilnowały się same i nie traciły jednego kęsa, ni jednego łyku. Patrzyła na mnie, oparłszy łokcie na stole, potem powiedziała szyderczo:
— Mniej ci teraz dolega ból serdeczny?
— Oczywiście, znasz przecież przysłowie:

Gdy cię serce boli,
Najedz się do woli...
Kosza da dziewczyna...
Siądź bracie do wina!

Umilkła, nie była już w stanie kpić. Ja bufonowałem dalej, plotłem koszałki opałki, ale oczy nasze wpatrywały się w siebie wzajem, a dusze myślały o przeszłości. Nagle powiedziała:
— Breugnon... czy wiesz? Nie powiedziałam tego nikomu... Teraz mogę już, bo przepadło... Oto kochałam ciebie jednego!
Odparłem:
— Wiem o tem i wiedziałem...
— Wiedziałeś, nicponiu! I czemuż mi tego nie powiedziałeś?
— Przez samą chęć przekomarzania byłabyś powiedziała, że to nieprawda!
— To i cóż. Czułam inaczej. Całuje się przecież usta, nie zaś słowa, które z nich wychodzą!
— Twe usta nie zadowalniały się słowami. Byłem pod domem tej nocy, kiedyś wpuściła do swego młyna... młynarza.
— To twoja wina. Młyn czekał na ciebie. Prawda, że i ja byłam winna, ale odpokutowałam to gorzko. Wiesz wszystko, Ale nie wiesz, że wzięłam go z rozpaczy, dowiedziawszy się o twem odejściu. O, jakże pożądałam ciebie. Pożądałam ciebie onego już dnia, gdy mną wzgardziłeś...
— Ja... wzgardziłem tobą? — Tak... tak... idjoto... Spałam w progu domu... Przyszedłeś... a potem uciekłeś, odepchnąwszy mnie z obrzydzeniem.
Wydałem okrzyk oburzenia, a potem wyjaśniłem jej powody.
— Rozumiem... rozumiem. Nie wysilaj się na tłumaczenie, głuptasie... Czemuż jednak nie starałeś się tego naprawić?
— Poprawię się!
— Cymbał z ciebie! Otóż zato pokochałam cię jeszcze mocniej i dlatego zaczęłam cię dręczyć. Nie mogłam tylko przypuścić, że puścisz haczyk zamiast go połknąć (o, jacyż wy mężczyźni jesteście podli!)
— Bardzo dziękuję. Smaczny jest haczyk, ale go trudno strawić, bo psuje kiszki!
Roześmiała się kątami ust i mówiła dalej:
— Gdym się dowiedziała o twej bójce z tamtym krasym byczkiem, prałam właśnie bieliznę na rzece. Powiedziano mi, że cię dusi (zapomniałam już, jak się zwał), rzuciłam przeto kijankę, którą porwał prąd i, depcąc bieliznę, przewracając kumoszki, stojące mi w drodze, boso, pogubiwszy saboty, biegłam jak szalona. Chciałam krzyczyć: Breugnon, durniu jakiś, co wyrabiasz, wiesz przecież, że cię kocham! Nie dajże sobie wyrywać kawałków ciała, bo chcę męża kompletnego z wszystkiemi członkami! Tymczasem cóż się stało? Oto ty, mój ukochany... polazłeś razem z tym nosorożcem do szynku, zapomniałeś zaraz o co się biłeś, a potem pod rękę z przyjacielem poszedłeś sobie precz! (Podły to wilk, który ucieka przed owieczką...) Breugnon... w tej chwili znienawidziłam cię! Dzisiaj, oczywiście wszystko wydaje mi się tylko śmieszne. Byłabym cię tego dnia odarła ze skóry, upiekła żywcem, wybiła ci zęby... Nie mogąc jednak ukarać ciebie, ukarałam siebie samą. Właśnie nawinął się młynarz. Wściekła, bezprzytomna ze złości, oddałam mu się. Tej nocy byłabym przyjęła każdego... wszystko jedno kogo! Przez jednego nieboszczyka dziury nie będzie w niebie. Zemściłam się... myślałam tylko o tobie przez cały czas, gdy on...
— Mów dalej...
— Gdy on... mścił się na tobie za mnie. Myślałam sobie: Niechże teraz przyjdzie i zobaczy! Dobrze ci tak, Breugnon... I przyszedłeś... prędzej nawet, niż chciałam. Wiesz co się stało potem. Na całe życie zostałam złączona z tamtym osłem z młyna.
Zamilkła. Wówczas powiedziałem:
— Czy jesteś przynajmniej zadowolona?
— Ot, tak sobie! — odparła wzruszając ramionami.
— Do licha! Dom ten mógłby być rajem.
— Tak... tak! — odparła i roześmiała się.
Zaczęliśmy mówić o czem innem, o polu, o ludziach, zwierzętach, dzieciach, ale co chwila wracaliśmy do dawnych Wspomnień. Chciałem ją wtajemniczyć w szczegóły mego domowego życia, ale spostrzegłem (straszna jest ciekawość samiczek), że wie wszystko najdokładniej. Oczywiście kumoszki doniosły, jak zawsze. Zaczęliśmy rzucać przysłowia, kalembury, facecyjki, aż do zachłyśnięcia. Co które ciasteczko wyszło z pieca, zostawało natychmiast połknięte na gorąco.
Śmiałem się do łez. Naraz, ocierając oczy, słyszę... bije szósta na kościele pobliskim.
Ho... ho... muszę już iść! — powiedziałem.
— Jeszcze masz czas!
— Niedługo wróci twój mąż. Nie mam ochoty widzieć się z nim!
— Ani ja! — odparła szczerze.
Przez okno kuchni ujrzałem, że cienie zaczynają się już słać po łące. Skośne promienie wyzłociły tysiące czubów traw, ziół i krzewów. Krowa lizała z zapałem korę wierzby, opodal stały dwa konie. Jeden kary z gwiazdką na czole, drugi szpak pięknie znaczony w jabłka ciemne. Stały, sparłszy na sobie głowy, zapadłe w rozmarzenie wieczorne, syte i ciche. Zapach kwiatów szedł falą... Było tak słodko. Spojrzałem na talerzyk z przysmakiem burgundzkim, galaretką porzeczkową, i powiedziałem:
— Jakże tutaj dobrze! Wzięła mnie za rękę i odparła:
— Mogło być tak przez całe życie...
Przyszło mi, na myśl, że nie powinienem jej zostawić rozżaloną, przeto zacząłem:
— Ej... droga łasiczko, może to i lepsze, co się stało! Zważmy, że właściwie niewiele straciłaś. Dobrzeby nam było ze sobą przez kilka pierwszych dni. Ale życie całe... ha, ha, ha! Znam ja siebie dobrze... oj, znam i powiadam ci miałabyś mnie dosyć! Jestem wartogłów, próżniak, pyszałek, pijaczyna, obżartuch, gaduła, uparciuch, złośliwiec, kłótnik, marzyciel, choleryk, lunatyk,... słowem, droga łasiczko, byłabyś wprost nieszczęśliwa i mściłabyś się na mnie za swe rozczarowanie. Gdy o tem pomyślę, włosy mi stają dęba na głowie. Bóg wie, co robi! Mówię ci... lepiej się stało!
Patrzyła na mnie poważnie i odrzekła po chwili, podnosząc głowę:
— To prawda. Wiem o tem... jesteś wielkim nicponiem! (była zgoła innego zdania). Założę się, że biłbyś mnie, a jabym ci przyprawiała rogi. Ale to bicie i te rogi to rzecz ludzka... czyż więc nie lepiejby było załatwiać to z sobą?
— Zapewne... — odparłem — zapewne...
— Mówisz to z wahaniem?
— O nie... nie! No, ale trudno, musimy się obejść jakoś bez obu tych przyjemności.
Wstałem i powiedziałem na zakończenie:
— A więc nie żałuj niczego, droga łasiczko! Pamiętaj, że czyśmy się kochali czy nie, to teraz rzecz bez znaczenia... Minęło, przeszło... a co było, a nie jest, nie pisze się w rejestr!
— Kłamco szkaradny! — zawołała.
(I miała rację...)


∗             ∗

Pocałowałem ją i mszyłem w drogę. Śledziła za mną spojrzeniem, oparta o uszak drzwi. Przed nami słał się cień wielkiego kasztana. Nie oglądałem się dopóki nie dotarłem do zakrętu drogi, by być pewnym, że zwróciwszy się wstecz, nie dojrzę już niczego. Wówczas stanąłem i nabrałem tchu w piersi. W dali, na łące ryczały białe woły.
Ruszyłem dalej i, chcąc pójść na bliższe drogi, opuściłem gościniec, potem, dostawszy się na wzgórze, skierowałem się przez winnice i nareszcie zatonąłem w lesie. Coprawda, droga tamtędy nie mogła mnie zawieść prędko do domu, gdyż oto w pół godziny później zauważyłem, że stoję ciągle jeszcze na skraju lasu pod konarami dębu i przedrzeźniam się srokom. Nie wiedziałem zgoła co czynię. Myślałem i myślałem bez końca. Różowe dotąd niebo przygasło. Patrzyłem jak nikły refleksy na drobnych, młodych listkach winorośli, połyskliwych, jakby lakierowanych, soczystych i przysutych złotem. Słowik zaczął śpiewać. Drugi słowik, skryty w mej pamięci, w głębi osmutniałego serca odpowiadał mu. Wspomniałem Wieczór podobny. Byłem razem z dziewczyną moją. Wstępowaliśmy na wzgórze, pokryte winnicami. Byliśmy młodzi, weseli, rozgadani i rozchichotani. Nagle, nie wiem co zaszło w powietrzu. Trudno powiedzieć, czy był to ton dzwonu wieczornego, tchnienie ziemi co się przeciąga o wieczorze, wzdycha i szepce: — Chodź do mnie! — czy też upojna melancholja, płynąca z księżyca... Zamilkliśmy oboje i nagle, tknięci tem samem uczuciem, ujęliśmy się za ręce i nie rzekłszy słowa, nie patrząc na siebie, zakrzepliśmy w bezruchu. W momencie tym uniósł się zpośród winnic, objętych mrokiem wiosennej, nocy śpiew słowiczy. Ukryty pośród gęstwy winogradu, którego witki wydłużały się na wszystkie strony, szukając czegoś, by się okręcić, nucił nie chcący zasnąć słowik z pełnej piersi starą, prastarą słowiczą kantylenę miłosną:

Winnica rośnie, rośnie, rośnie
O wiośnie.
Przedziwna moc!
Nie śpię ni w dzień, ni w noc —
O wiośnie...

Uczułem drgnienie ręki Łasiczki mojej i poznałem, że znaczy:
— Biorę cię i wziętą jestem. Winnica rośnie i witki łączą nas!
Zeszliśmy ze wzgórza. Czując, że wracać trzeba, rozłączyliśmy się. I od tej pory byliśmy w rozłące. Ach, słowiku, ty śpiewasz ciągle dalej. I dla kogóż to, powiedz? Winnico, rośniesz co wiosny. Komuż to sposobisz więzy miłosne?
Noc zeszła, ja stałem z zadartym w niebo nosem, objąwszy rękami pośladki, a ręce oparłszy na lasce, niby wbity na pal i gapiłem się na czub drzewa, na szczycie którego zakwitł księżyc. Starałem się otrząsnąć z czaru, który mną owładnął i nie mogłem. Niezawodnie drzewo spętało mnie kręgiem swego cienia, tak że zatraciłem drogę i ochotę odnalezienia tej drogi. Okrążyłem dąb raz, dwa razy, trzy razy, krążyłem ciągle wkoło i wkońcu znalazłem się, niby przykuty łańcuchem, na tem samem miejscu.
Wówczas powziąłem postanowienie i wyciągnąwszy się na trawie, zająłem na noc komnatę w gospodzie „pod Księżycem.“ Ale niewiele spałem w onej oberży. Przeżuwałem melancholijnie życie swoje. Myślałem nad tem czemby mogło być, czem było, dumałem nad zmarniałemi marzeniami młodości. Boże, ileż smutku znaleźć można na dnie przeszłości w nocnych godzinach, kiedy duszę niemoc owłada! Człowiek czuje się biedny i nagi, kiedy przed starcem zgorzkniałym staje postać młodzieńcza, okryta dostatnią szatą nadziei!... Czyniłem przegląd mych rachunków i pomyłek, oraz liczyłem marny dorobek zamknięty w szkatułce życia. Oto mam żonę, nieładną wcale i w tejże samej mierze dobrą. Synowie są daleko, mają zgoła inne myśli, a ze mnie posiadają jeno materjał cielesny. Dumałem nad zdradą przyjaciół, szaleństwami ludzkiemi, krwawo się znaczącemi systemami religijnemi i domowemi wojnami. Ujrzałem Francję, rozdartą na części, marzenia ducha mego, dzieła dłuta zrabowane i poniszczone, życie me zdało mi się zmienione w garść prochu, czułem nadpływający wiew śmierci... Płakałem zcicha, oparłszy usta o pień drzewa, zwierzałem mu się z utrapień i wciskałem się pomiędzy jego korzenie jakby pomiędzy ramiona ojca. Czułem, że mnie słucha i niewątpliwie zaczął potem dąb mówić i pocieszać mnie, gdyż kiedy zbudziłem się w kilka godzin potem, leżąc z nosem w trawie i chrapiąc głośno, z melancholji mej nie zostało ni śladu. Czułem jeno jakiś ucisk w sercu i odrętwiałość w nogach.
Słońce wstało. Drzewo pełne ptaków śpiewało donośnie. Ściekała zeń pieśń, niby sok z grona ściskanego w rękach. Gaworzyły jak najęte wszystkie ptaki. Znalazła się tu zięba i gil i dzięcioł i szara piegża co szczebioce i kos, którego miłuję najbardziej, albowiem nic sobie nie robi z mrozu, wiatru ni deszczu, a ciągle się śmieje, zawsze zadowolony, pierwszy zaczyna śpiewać od świtu i drze się do nocy. Lubię go, gdyż jak ja ma dziób zarumieniony potrochu. Ach, jakże się rozkrzyczała ta hołotka kochana! Wyzbyła się strachów nocnych. Noc jest to wielka zdrajczyni, spuszczająca co wieczora na ptactwo sieć ogromną. Dławiąc się ciemnością, myślą... któż z nas zginie? Ale skoro się jeno rozewrze zasłona nocy, wrzeszczą ucieszone: jari rarira, a gdy blady uśmiech dalekiej zorzy zarumieni zlodowaciałą twarz i pobladłe wargi życia, drą się rozkosznie: oj ty, oj ty, la, lai, la, la, la, laderi, la rifla... Jakimż wrzaskiem, jakiem uniesieniem miłosnem święcą powrót dnia! Zapomniane wszystkie utrapienia, obawy, strachy, sen na chłodzie, ciemń nocy... oj ty, oj ty... Wszystko poszło w niepamięć.
Kos świstał i śpiewał ciągle, a jego pełna mocy iron ja rozweseliła mnie. Przykucnąwszy na ziemi, świstałem z nim w zawody.
Nagle ozwała się skryta w głębi lasu kukułka.
— Kuku biała, kuku czarna, kuku szara niwernejska kuku, a kuku na buku...
Wstając, machnąłem koziołka, a zając, który właśnie nadbiegł, poszedł w me ślady. Roześmiał się, miał od ciągłego śmiechu rozszczepioną wargę. Wstałem i ruszyłem w drogę, śpiewając na cale gardło:
— Wszystko się wybornie ściele, przyjaciele, światów, jak nasz, niewiele. Kto pływać niezdolny, rzecz oczywista, tonie jak glista. Zmysłów pięć niby okna otwarte szeroko, świat płynie przez mą duszę, me serce i oko. Zaliż mam się na świat dąsać, że ze sobą nie da pląsać i że mi nie dał, cobym rad chciał? Gdy człek raz zacznie myśleć coby chciał... ach gdyby to... gdyby owo... do licha... niema temu końca. Wszystko się na wnątrzu kwasi i marzy się o wielu rzeczach niepodobnych do rzeczy. Weźmy bodaj pana de Nevers, albo Króla Jegomości, albo Jegomości Boga Ojca... ha i cóż... każdy ma swe granice mocy i każdy żyje w swojej kompanji. Czyż mam jęczyć, że nie mogę wyjść ze swojej sfery? Czyżby mi lepiej gdzieindziej było? Jestem na własnych śmieciach, zostanę tu, zostanę, do kroćset tysięcy i tak długo nie pójdę stąd jak się tylko da. Na cóż się użalam właściwie? Nikt mi ostatecznie nic nie winien. Mogłem przecież wcale nie przyjść na świat... Mocny Boże, gdy o tem pomyślę, ciarki mnie przechodzą! Czemżeby bez Breugnona był ten piękny świat, to życie? Ach, smutnoby tu zaprawdę było, przyjaciele drodzy. Wszystko jest dobre co jest. Siano, czego mi nie dano! Ale to, co mam, mocno trzymam w łapie i basta!...


∗             ∗

Wróciłem do Clamecy, spóźniwszy się straszliwie. Jak zostałem powitany, o tem wolę nie wspominać. Udałem się do spichrza (gdzie mam spokój) i oto spisuję na papierze wszystko co trzeba i co nie trzeba, a pisząc, kręcę nosem, pogwizduję, wystawiam język i delektuję się przeżyciami swemi, zarówno radosnemi, jak bolesnemi, bowiem:

Wszystko co się przeżyło,
Opowiadać miło...

VI.
PRZELOTNE PTAKI,
CZYLI SERENADA W ASNOIS
Czerwiec.

Wczoraj rano dowiedzieliśmy się, że przez Clamecy przejechało dwoje znakomitych podróżnych, mianowicie panna de Termes i hrabia de Maillebois. Nie zatrzymali się wcale i udali się wprost do zamku w Asnois, gdzie zamierzali spędzić kilka tygodni. Rada ławników miejskich uchwaliła, że, jak nakazuje stary obyczaj, należy zaraz nazajutrz wysłać do parki rzadkich ptaszków specjalną delegację, któraby im imieniem miasta złożyła gratulację z powodu szczęśliwie odbytej podróży.
(Pomyśleć tylko, że ludzie za cud uważają, gdy takie zwierzaki przybędą z Paryża do Nevers, nie połamawszy sobie kości po drodze). Wedle zwyczaju rada uchwaliła, by delegacja doręczyła dostojnym nicponiom trochę miejscowych smakołyków, zwłaszcza ciast i biszkoptów, będących naszą specjalnością.
Mój zięć Florimond kazał przyrządzić trzy tuziny. Wprawdzie panowie radni oznajmili, że wystarczą dwa, ale Florimond, będący również ławnikiem, wszystko czyni na wielką skalę. Sztuka kosztowała po szesnaście soldów, a cały rachunek miała płacić gmina.
Przypomniano sobie, że lepiej smakuje jedzenie przy muzyce (mnie to niepotrzebne całkiem), przeto wybrano czterech muzykusów, dwu skrzypków i dwu waltomistów, dodano im do boku tamburynistę i załadowano na furę razem z ciastkami. Mieli oni dygnitarzom zagrać serenadę w chwili wręczenia podarku.
Wziąłem swój klarnet i nieproszony przyłączyłem się do bandy. Nie mogłem pominąć sposobności ujrzenia nowych osób, zwłaszcza, że szło o tak zwany drób dworski. Jest to drób innego typu, niż nasz drób zwyczajny, chociaż zdarzyło mi się czynić nieraz zadziwiające porównania. Takież same miny, muskanie skrzydeł, kołysanie się wdzięczne, potrząsanie kuperkiem, zadzieranie nosa... Ale cicho, sza! Jestem, wiadomo, synem Pandory i muszę ciągle wtykać nos do rogu obfitości, podnosić wieczka wszystkich pudełek, przyglądać się najrozmaitszym duszyczkom, białym, brudnym, chudym, tłustym... Poza tem, ale to już inna sprawa. Miło jest łączyć pożyteczne z miłem. Przeto skorzystałem z fury, mieszczącej muzykantów i ciastka, i na tę bezpłatną podwodę wpakowałem dwa rzeźbione panneaux ścienne, które właśnie wykończyłem do zamku w Asnois. By do reszty wykorzystać okazję, zabrałem ze sobą moją drogą Glodzie, córeczkę Florimonda. Jeden z ławników zabrał również swego synka.
Podobnie pomysłowym okazał się nasz aptekarz i wpakował na wóz swe wyroby, a więc soki, korzenne wina, miody i konfitury. Zamierzał je ofiarować przybyłym, oczywiście także na rachunek miasta Clamecy. Muszę zaznaczyć, że zięć mój uznał to za bardzo niewłaściwe i sprzeczne z tradycją. Gdyby każdy 7 rzemieślników, jak się wyiaził, a więc rzeźnik, piekarz, szewc, cyrulik itp. uczynił to samo, zrujnowaroby miasto i wszystkich obywateli. Miał niewątpliwie rację, ale nie miał racji, albowiem aptekarz był także ławnikiem... Ludzie mali podlegają prawom... ludzie wielcy tworzą prawa.
Okazało się, że trzeba dwu wozów. Wyruszyły przepełnione i po toczyły się drogą, ja zaś poszedłem piechotą. Niech sobie tam paralitycy jeżdżą wozami, niby cielęta do rzeźni. Po niebie sunęły ciężkie chmury, w powietrzu wisiała burza. Upał był straszny, a palące promienie słońca raniły głowy i karki. Nad gościńcem zawisła zamieć kurzu, muchy cięły po twarzy. Prócz Florimonda, który dbał o swą cerę, jak panienka, wszyscy byli zadowoleni.
Dopóki widziało się jeszcze wieżę Św. Marcina, wszyscy mieli miny pełne dostojeństwa, ale gdyśmy się znaleźli za miastem, wolni od ciekawych i krytycznych spojrzeń, wszyscy poweseleli, a umysły całego zgromadzenia roznegliżowały się, pozrzucały czarne surduty, poprzestając, jak ja, na koszuli.
Zamieniono naprzód kilka facecyjek tłustawych. (W ten sposób pobudzamy zazwyczaj apetyt). Potem zaczęto śpiewać na przemiany, potem... o dziwo, najpoważniejsi dostojnicy.popisywali się ochotnie z kupletami, ja zaś przygrywałem na klarnecie. Na to hasło, muzykanci wzięli się do roboty. Wrzask się uczynił straszny, ale ponad wszystkie tony wybijał się zawrsze radosny pisk małej Głodzi, która piała, miauczała, gwizdała, jak kos, i ćwierkała, jak wróbel.
Niebardzośmy się raźno posuwali naprzód. Szkapy zatrzymywały się same pod każdą górką, dyszały, kiwały łbami... wywnętrzały się... Trzeba było czekać, aż się załatwią i ruszą w dalszą drogę. Pod miejscowością Boyhault nasz notarjusz Delavau zażądał, by trochę zboczyć z drogi. (Nie można było odmówić, jako że on jeden, chociaż ławnik, nie robił na całej wyprawie doraźnego interesu). Notarjusz chciał mianowicie wstąpić do jednego z klijentów swych w celu sporządzenia testamentu.
Wszyscy uznali słuszność, ale rzecz trwała jakoś za długo i Florimond wespół z aptekarzem uznali to jednozgodnie za niezbyt właściwe.
Nakoniec przybyliśmy na miejsce. Oczywiście, wszystko musi nakoniec przybyć na miejsce, niby musztarda po obiedzie. Spóźnieni, przybyliśmy jednak w porę. Nasze dostojne ptaszki skończyły właśnie dziobać jadło, gdy w sam czas zjawił się przywieziony deser.
Panowie radni, zbliżywszy się do zamku, po raz ostatni zatrzymali się i przywdziali swe szaty pontyfikalne, dotychczas starannie poskładane w miejscu bezpiecznem od słońca i kurzu. Były rzeczywiście piękne, barwne, porywały oczy i radowały serce. Mer przywdział zielony, jedwabny strój, czterej ławnicy wełniane żółte szaty. Wyglądali razem jak ogórek i cztery kawałki dyni na talerzyku. Weszliśmy przy dźwiękach orkiestry.
Na ten odgłos wychyliły się i okien ufryzowane głowy bezczynnych lokai. Ogórek wraz z otoczeniem ruszył ku podjazdowi, a w tej chwili otwarto drzwi, w głębi których ukazały się dwie głowy ubrane we wstążki, podobne do owieczek na pasterskich obrazkach. My, to jest banda muzykantów, zatrzymaliśmy się pośrodku podwórza i dlatego nie mogłem usłyszyć prześlicznej mowy łacińskiej, jaką wygłosił notarjusz. Ale pocieszałem się myślą, że niewątpliwie sam tylko mówca ją rozumie. Natomiast nie straciłem ani na chwilę z oczu mojej Głodzi. Drobniutkiemi kroczkami wspinała się po stopniach, ku drzwiom portalu, przyciskając do brzuszka obu maluśkiemi rączynami wielki koszyk, w którym piętrzyły się biszkopty, tak wysoko, iż sięgały niemal nad jej główkę. Nie zgubiła ani jednego, pilnowała ich oczyma, ogarniała łapkami... ta mała szelma, łakomczycha... Była śliczna... tak śliczna..
Urok dziecięcy ma w sobie coś z muzyki, niewoli serce, przezwycięża dumę, równa ludzi. Panna de Termes uśmiechnęła się do Głodzi, pocałowała ją, posadziła na swych kolanach, ujęła pod bródkę, potem, złamawszy jeden biszkopt, powiedziała:
— Otwórz dzióbek! Podzielimy się!
Włożyła do ust Glodzi kawał biszkopta, a ja, uniesiony radością, zawołałem na całe gardło:
— Niech żyje dobry i piękny kwiatuszek niwernejski!
A klarnet mój rzucił w powietrze wrzaskliwą fanfarę, która, niby jaskółka, przeszyła horyzont.
Wszyscy roześmiali się chórem, zwracając się ku mnie, a Glodzia klasnęła w rączki i zawołała:
— To dziadek!
Pan d’Asnois przywołał mnie.
— To ten postrzelony Breugnon! — objaśnił (on się na tem zna, albowiem jest również postrzelony...).
Zbliżyłem się, trzymając klarnet pod pachą, wszedłem na stopnie i ukłoniłem się.

Papką, czapką, chlebem, solą,
Ludzie ludzi niewolą...

Pamiętny tego przysłowia, oddawałem czapką i całym sobą ukłony na prawo, na lewo, w tył, naprzód, pozdrawiając wszystko, co żyło wokoło. A jednocześnie dyskretnie obserwowałem ową panienkę, wypchaną modnie, zatopioną wprost w ogromnej tualecje. Rozebrałem ją (oczywiście w myśli jeno) i spostrzegłem, że jest chudziutka, szczuplutka i roześmiałem się z tego sucharka. Była wysoka, wiotka, cerę miała nieco ciemna, ubieloną forsownie pudrem, piękne, połyskliwe oczęta, niby węgielki, nosek wścibski, łakome usteczka, że... tylko całować, wydatne i okrągłe policzki, na których wiły się pierścioneczki loczków.
Ujrzawszy mnie, spytała łaskawie:
— Czy to pańska córeczka, to śliczne bobo?
Odparłem dumnie:
— Łaskawa pani... nic! Oto mój zięć... niechże sam odpowie... nie chcę mu wchodzić w drogę. W każdym razie oboje zaliczam do swego inwentarza domowego. Dzieci, to bogactwo biedaków!
Pan d’Asnois roześmiał się głośno, panienka także skrzywiła dziobek, Florimond uczynił to samo we właściwy kwaskowaty sposób, ja tylko pozostałem poważny. Wówczas pan ze wstążkami i wypchana panienka raczyli zapytać, co mi przynosi mój zawód (sądzili zapewne, że jestem muzykusem)? Odparłem jak prawda:
— Prawie nic!
Nie powiedziałem czem się zajmuję poza klarnetem, nikt mnie bowiem nie pytał. Czekałem i bawiłem się doskonale. Niesłychanie śmieszną jest owa pogardliwa łaskawość, z jaką wielcy tego świata, pięknisie i bogacze traktują ludzi nie posiadających nic. Zupełnie, jakby im ciągle dawali nauki. Biedak, to coś jakby dziecko... a prócz tego (nie mówią tego, ale myślą).... to jego własna wina! Bóg go ukarał... i dobrze uczynił. Słuszne są boskie wyroki!
Jakby mnie całkiem nie było, pan Maillebois odezwał się głośno do swej towarzyszki:
— Ponieważ i tak nie mamy nic innego do roboty, skorzystajmy z obecności tego biedaka. Ma on coprawda minę dosyć ograniczonego, ale włócząc się z klarnetem po wszystkich szynkach i gospodach, musi wiedzieć co myśli ludność prowincji... o ile wogóle...
— Cicho!
—... o ile myśli wogóle o czemkolwiek, poza troską o sprawy osobiste.
Spytano mnie tedy:
— A więc, przyjacielu, zechciej nam powiedzieć, jaki jest nastrój umysłów w kraju?
Przybieram minę idjotyczną i powtarzam:
— Nastrój umysłów...
Jednocześnie mrugam oczyma, porozumiewając się z mym panem d’Asnois, który targa swą brodę i przykrywa usta dłonią, by ukryć wesoły śmiech.
— Widocznie umysły nie funkcjonują na prowincji! — powiada dostojnik z ironją — Powiedz nam, drogi człowieczku, co sobie tu ludziska opowiadają? Czy trzymają się wiary katolickiej, czy trwają wiernie po stronie króla?
Odpowiadam:
— Bóg jest wielki, a król bardzo wielki! Kochamy obu jednako!
— A co sądzisz o książętach?
— O, to bardzo, bardzo wielcy panowie!
— Więc trzymacie ich stronę?
— Tak... tak... jaśnie wielmożny panie!
— Jesteście więc przeciwnikami Conciniego?
— O nie, trzymamy i z nim także!
— Jakto? Niepodobna... przecież to są wrogowie....
— Możliwe, że się niebardzo lubią... ale my trzymamy z jednymi i z drugimi!
— Na Boga... musicie przecież wybierać!
— Czyż trzeba koniecznie wybierać? Czyż nie można się od tego powstrzymać, Wasza Wielmożności? Ha, jeśli tak być musi, tedy zastanowię się... Przyjdę i powiem, ale muszę mieć czas do namysłu... zdecyduję się w przyszłym tygodniu... tak, koło czwartku!
— Na cóż się namyślać tak długo?
— Jakto? Muszę, Jaśnie Panie, rozważyć, która strona jest mocniejsza!
— Nie wstyd cię? Nie jesteśże w stanie odróżnić dnia od nocy... króla od jego nieprzyjaciół?
— Słowo daję... Jaśnie Panie... nie mogę. To nad moje siły. Widzę, że dzień jasny, nie jestem ślepy, ale jeśli idzie o stronników króla i stronników książąt, doprawdy wybór trudny, gdyż nie wiem, którzy z nich więcej piją i więcej niszczą kraj. Nie chcę ubliżać żadnej partji, niechże im służy apetyt i zdrowie. Jaśnie Panu życzę również apetytu i zdrowia, oraz długiego życia... lubię tych, którzy umieją jeść, albowiem sam przepadam za tem. Ale mówiąc otwarcie, wolę przyjaciół mych wiktujących się u stołu innych.
— Więc nie zdolny jesteś kochać kogokolwiek?
— Panie! Kocham to, co posiadam!
— Nie byłżebyś w stanie poświęcić mienia za króla swego i pana?
— I owszem... uczynię to chętnie, jeśli nie da się uniknąć ofiary. Ale radbym wiedzieć, czy koniecznem jest rezygnować ze swych ukochanych pól i winnic poto, by Król Jegomość miał pełny stół? Czy nic dałoby się jakoś tak urządzić, by jeden... zawód... nie wchodził drugiemu w drogę? Zostawcie nam ziemię, a my wam zostawimy politykę. Nie nasza rzecz... tak zwane... przekonania... wszakże głuptasy jesteśmy i basta.
My umiemy tylko, wzorem naszego ojca Adama (mówią, że był on również ojcem Waszych. Wielmożności, ale nie wierzę... prędzej był chyba, tylko... kuzynem waszym...) tedy od Adama, uprawiamy ziemię, użyźniamy ją, kopiemy, siejemy, hodujemy owies, pszenicę, żyto, sadzimy winorośl, kosimy łąki, młócimy ziarno, ścinamy drzewa, kujemy kamień, strzyżemy wełnę, robimy sukno, garbujemy skórę, topimy żelazo, robimy meble i stawiamy domy, zakładamy gościńce, kanały i stawiamy mosty, budujemy miasta, i kościoły... słowem urządzam}’’ cały kraj, całą Francję... I nie umiemy dosłownie nic więcej!! Nie znamy się na żadnej — wyższej sztuce! Niemamy wyobrażenia o tak zwanych sprawach publicznych, kłótniach książąt, świętem posłannictwie królów, grze politycznej i innych kunsztach magicznych czy metafizycznych.
Jaśnie Panie! Nie powinno się zapominać o smutnym losie owego pyszałka, co to za przeproszeniem... wyżej... niż kuper... miał!! Jesteśmy w gruncie rzeczy krasę byki i grzbiet nasz nawykł do bata... Zgoda! Ale nagle Wasza Wielmożność pyta: powiedz mi, byku, którą pięść wolisz, który bat klaszcze lepiej po twych żebrach... Hola... hola... to kwestja poważna! To rzecz godna zastanowienia, tedy... powiedziałem: muszę rozważyć... Bo naprzykład dzisiaj... dzisiaj mógłbym wydać sąd nierozważny. Dzisiaj jakoś nie gustuję w żadnym bacie. Należałoby przed udzieleniem odpowiedzi ująć ten bat we własne ręce i... spróbować... raz... drugi... ot tak! Że to jednak... nie wypada, przeto... cierpliwości... cierpliwości! Cierpmy, cierpmy, krasę byczki, ciągnijmy wóz. póki starczy sił i siana... a niech sobie tam... do czasu młot tańczy po kowadle!
Dostojnik słuchał, nie wiedząc, co sądzić o mych słowach. Skrzywił się niepewny czy śmiać się, czy gniewać. Naraz zbliżył się jakiś jegomość ze świty, który mnie widywał na dworze nieboszczyka księcia de Nevers, i powiedział:
— Jaśnie Panie! Znam go, to wielki oryginał, doskonały rzemieślnik i zdolny rzeźbiarz, a przytem wygadany strasznie. Rzeźby jego znajdują się w wielu pałacach i zamkach.
Dostojnik ani drgnął. Otrzymana informacja, jak się wydało, nie była w stanic zmienić jego zdania o mizernym (mówię to jeno symbolicznie, gdyż ważę swoje 150 funtów) człowieczku, stojącym przed jego oblicznością i zainteresował się mną dopiero wówczas, gdy gospodarz pokazał mu moje prace w zamku Asnois, które zwróciły na siebie uwagę takiegoto... a takiego... księcia, hrabiego, czy innego wielmoży.
Wówczas, z wielkiem uznaniem wyraził się naprzykład o cokole studni w podwórzu. Wyrzeźbiłem na niej fryz przedstawiający młodą, podkasaną dziewczynę, niosącą w podołku dwie kaczki z rozwartemi dziobami i rozpostartemi skrzydłami. Potem oglądał w pałacu moje meble i panneaux, dekorujące ściany. Pan d'Asnois pysznił się jak paw!
Co za cymbały z tych bogaczy? Wydaje im się, że, zapłaciwszy za dzieło sztuki, stworzyli je sami! Maillebois, chcąc mnie uhonorować, zaczął się dziwić, że artysta tej miary siedzi w zakątku, odcięty od świata, zdała od wielkiego życia stolicy, że przykuty jest do owych wytworów drobiazgowych, realnych, pozbawionych z konieczności wszelkiej inwencji, wzlotu, że Ograniczony jest tylko do obserwacji, a nie może powziąć wielkiej idei, stworzyć symbolu, alegorji. dzieła filozoficznego, mitologicznego, słowem nie może dać żadnej — wielkiej, wielkiej, monumentalnej rzeźby (wielki pan chce mieć wszystko wielkie!)
Odparłem skromnie, że znam swą niewielką wartość i wiem dobrze, w jakich mi przystoi obracać się granicach. Biedny człeczyna, który niczego nie widział, nie słyszał o niczem, nie przeżywał wzniosłych wrażeń, winien pozostać na niższym stopniu Parnasu i nie kusić się o rzeczy wielkie i wykwintne. Umysł jego, ograniczony warunkami życia, zwraca się ku rzeczom codziennym i użytecznym. Sztuka życia potocznego, oto jego przeznaczenie.
— Sztuka życia potocznego? — zdziwił się jaśnie Wielmożny błazen — Ależ to kontradykcja! Sztuką może być tylko to, co nie. jest potoczne, codzienne i użyteczne!
— Święte słowa! — zawołałem z zachwytem — Święte i prawdziwe! Wszędzie, w życiu i sztuce pięknym jest tylko... brylant... książę... król... i kwiat!
Oddalił się bardzo ze mnie zadowolony, a pan d’Asnois ujął mnie pod ramie i szepnął:
— Przeklęty gaduło! Mało mnie djabli nie wzięli ze śmiechu. Zakpiłeś sobie z tego paryskiego pudla. Ale mówię ci... mnie nie tykaj! Gdybyś się poważył wziąć mnie na język... biada ci!
Zaprotestowałem żywo:
— Wasza Miłość... gdzieżbym śmiał... gryźć swego dobroczyńcę, swego protektora? Czyż Breugnon zdolny do takiego świństwa? Ale mniejsza o świństwo, to się trafia... idzie o co inszego... Byłbym poprostu osłem. Wasza Wielmożność raczy nie ubliżać sobie, porównując się z panem de Maillebois. Wasza Wielmożność ma w małym palcu lewej nogi więcej poczucia sztuki i artyzmu, niż on pod peruką. Wobec pana ja jestem jeno drobnym liskiem wobec wilka w własnej jamie... Breugnon może być postrzelony... ale głupi nie jest... o, nie!
Promieniał! Nic bardziej nie cieszy, niż kiedy człowiek usłyszy, że ktoś wynosi pod niebo zalety, których wcale nie posiada.
— Dobrze... dobrze... kochany Breugnon... Dajmy pokój mojemu workowi, pokaż natomiast co masz w swoim? Wiem z góry, że nigdy nie przybywasz bez celu i z pustemi rękami.
— Ha... ha... Zawsze domyślny... Wasza Wielmożność ma spojrzenie jasnowidza! Człowiek jest jakby szklany, hrabia kochany widzi poprzez ściany!
Rozpakowałem moje dwa panneaux dekoracyjne, a także jedną rzeźbę włoską (Fortunę na kole, kupioną ongiś w Mantui). Tę właśnie rzeźbę... nie wiem sam czemu, ot tak z wrodzonej przekory... przedstawiłem jako swoją. Uzyskała ona umiarkowany sukces. Potem... {widocznie przez omyłkę) pokazałem dwie prace własne, oświadczając, że udało mi się nabyć je we Włoszech.
Rozległy się okrzyki, pochwały, zachwyty... ho... ho i ha... ha! Wszyscy pokładali się z uciechy. Maillebois, otworzywszy gębę jak wrota, oświadczył, że widzi tam odbłysk włoskiego nieba, czuje zapach potrzykroć błogosławionej, świętej ziemi, opromienionej dotknięciem stóp bogów Olimpu.
Pan d’Asnois, rycząc z uniesienia i całując mnie, wyliczył mi na stół, za pierwszą rzecz... trzy dukaty... za dwie ostatnie... trzydzieści sześć!


∗             ∗

Wieczorem udaliśmy się do domu. Dla zabawienia towarzystwa opowiedziałem, jak to pewnego razu książę de Bellegarde przybył do Clamecy polować na ptactwo. Poczciwy książę był niemal zupełnie ślepy. Polecono mi strzelać jednocześnie i zręcznie podsuwać w miejsce chybionej sztuki inną, ugodzoną w samo serce. Śmiano się ochoczo i każdy wyciągnął z zanadrza jakąś facecyjkę o książętach i wielmożach tego świata. Poczciwi ci książęta. Nudzą się wprawdzie w monotonnem życiu codziennej wspaniałości, ale dla nas biedaków stanowią niewyczerpane źródło uciechy i żarcików.
Gdy się za nami zamknęły drzwi domu,, opowiedziałem historję owych rzeźb. Florimond. zaczął mi czynić gorzkie wyrzuty... Nie mógł pojąć, czemu oddałem tak tanio rzeźbę włoską, podając ją za swoją. Wszakże pan d’Asnois, lubując się w tych dziełach, byłby niewątpliwie zapłacił trzy razy tyle. Odparłem, że mogę sobie kpić z wielkich panów, ale nie chcę ich skubać.
Nie mógł tego pojąć i pytał jak mogą mi robić przyjemność kpiny, nie przynoszące dochodu?
Wówczas Martynka zabrała głos i powiedziała, te mądre słowa:

— Właśnie te kpinki i żarciki, przy których, nie myśli się o niczem tylko o wesołości, to rzecz najlepsza. Niedobrze być zawsze przemyślnym i praktycznym. Daj spokój, mój drogi, i pamiętaj sobie, że sam dobrze wychodzisz na tej wrodzonej nam ochocie do niewinnych żartów... temu zawdzięczasz nawet, iż nie masz na głowie rogów, ale same włosy. Myśl, że mogłabym cię oszukać trzy razy na dzień, tak mnie bawi, iż poprzestaję na tej uciesze. Nie chmurz czoła... nie rób sobie nic z tego i weź dobre chęci za uczynek. Schowaj rogi, ślimaku... zbliża się cień jakiś...


VII.
ZARAZA
W pierwszych dniach lipca.

Słusznie mówią: nieszczęście pędzi na koniu! Niby sztafeta na rozstawnych koniach przybyło nam złożyć wizytę. W zeszły poniedziałek zawleczono skądś zarazę i zdarzył się jeden przypadek w Saint Fargeau. Złe ziarno szybko wschodzi. Przy końcu tygodnia mieliśmy w okolicy już dziesięć pogrzebów. Zbliżając się ku nam coraz bardziej, zaraza wybuchła wczoraj w Coulanges-la-Vineuse.
Zakotłowało. Ludzie wzięli nogi za pas. Wsadziliśmy na wozy kobiety, dzieci, gęsi i wysłaliśmy daleko, w okolice Montenoison. I okazało się, że nieszczęście ma także swoją dobrą stronę. Cicho w moim domu, nikt nic gdacze, nikt nie wrzeszczy. Florimond, ten kapłon paskudny pojechał z kobietami, nie chcąc, jak mówił, opuszczać Martynki bliskiej rozwiązania. Bogatsi, grubsi mieszczanie przyszli do przekonania, że pogoda jest śliczna, przeto najlepsza teraz sposobność przejechać się po rozległych polach i zobaczyć, jak idą żniwa. Pojechali.
Ci, co pozostali, to jest... my... kpiliśmy sobie na potęgę z zarazy i z tych, którzy się przeciw niej ubezpieczali. Panowie ławnicy postawili straże u bram miasta i na gościńcu, wiodącym do Auxerre, i przykazali im surowo odpędzać żebraków, włóczęgów i wogóle każdego, ktoby sic chciał wcisnąć. Co do innych przejezdnych, zwłaszcza jeśli sakiewki ich były pełne, istniało rozporządzenie łagodniejsze. Musieli się oni poddać oględzinom lekarskim trzech naszych medyków, mianowicie mistrza Stefana Loyseau, mistrza Marcina Frotier, oraz mistrza Filberta des Veaux. Wszyscy trzej uzbrojeni byli przeciw zarazie w odpowiednie środki. Każdy miał sztuczny nos, napełniony materjałem dezynfekcyjnym, maskę i wielkie okulary. Śmialiśmy się z nich strasznie.
Marcin Frotier... nasz człowiek... nie mógł dochować powagi. Zerwał z twarzy sztuczny nos, cisnął go o ziemię i oświadczył, że mu wystarczy własny, zwłaszcza, że niema kobiet. Przyklasnęliśmy mu... ale on, niestety, zmarł bardzo prędko! Coprawda, mistrz Stefan Loyseau, który fanatycznie wierzył w swój dezynfekcyjny nos, umarł także. Nie umarł tylko mistrz Filbert des Veaux, który, nauczony doświadczeniem swych kolegów, porzucił nos... i stanowisko...
Ba, ale nagle znalazłem się na samym końcu opowieści, a wszakże z a ledwo zaznaczyłem jej początek. Musisz przeto, bratku, zawrócić i złapać kozę za brodę... tak...
Jak powiedziałem, każdy z nas udawał Ryszarda Lwie Serce. Byliśmy pewni, że zaraza nas nie dosięże, że nie zaszczyci nas swemi odwiedzinami. Ma ona, jak wiadomo, dobry węch, a zapachu naszych dębowych lasów znieść nie może. (Niema nic zdrowszego nad dębinę... rzecz wiadoma). Gdy po raz ostatni w r. 1580, (miałem wówczas lat 14, niby stary byk) zawitała do kraju, nie przekroczyła naszych wrót, poniuchała, powąchała i poszła sobie precz!
Właśnie w tym czasie zdarzyła się rzecz, z której śmiano się długo. Oto mieszkańcy Chatel-Censoir, niezadowoleni ze swego patrona, który ich źle bronił, wielkiego świętego Potencjana, wyrzucili go poprostu za drzwi. Potem wzięli na próbę innego, a gdy ten zawiódł, trzeciego i tak dalej, wreszcie, wyczerpawszy pół kopy świętych krajowych, powrócili do pierwszego, ale, chcąc mu zrobić na złość, zamianowali go patronką, pod imieniem św. Potencianny. Podobno ten żart uratował sytuacji, i nowomianowana święta zaczęła się sprawować należycie.
Takeśmy sobie pokpiwali z zarazy i siebie wzajem, a co dnia wzrastała nasza odwaga. Chcąc dać dowód, iż sobie z niczego nic nie robimy, że gwiżdżemy na przesądy, medyków, ławników i t. d. zbliżaliśmy się do murów i rozmawialiśmy poprzez rów forteczny z tym, których los pozostawił na drugim brzegu. Znaleźli się śmiałkowie, którzy zdołali wyśliznąć się z miasta do pobliskiej gospody. Zapijali oni sprawę z wygnańcami z raju, oraz rozpytywali o nowiny strażników, strzegących gościńca, którzy zresztą nie brali zbyt poważnie swych obowiązków.
Oczywiście wymykałem się i ja. Czyż mogłem ich puszczać samopas? Czyż podobna wytrzymać, by inni bawili się, weselili, omawiali nowinki i spijali winko? Byłbym się wściekł z zazdrości. Ujrzawszy raz po tamtej stronie znajomego fermiera z Mailly-le-Chateau, niejakiego Grattepaina, wyszedłem z miasta i popiliśmy razem. Był to wysoki, barczysty, wesoły chłop, o czerwonej gębie, pełen sił i zdrowia. Bufonował i szydził z zarazy jeszcze bardziej ode mnie, oświadczając, że jest ona wynalazkiem lekarzy. Wierzy w nią jeno głupi, a umiera się nie z zarazy, ale ze strachu.
Powiedział do mnie:
— Dam ci za darmo znakomitą receptę:

Głowę miej chłodną, a zaś ciepłe nogi,
Nie źryj jak paciuk, nie chlap dużo wina,
Nie właź do łóżka, gdzie leży dziewczyna,
A śmierć omijać będzie twoje progi...

Odpowiedziałem.
— Ta recepta dobra na czas zarazy, zwłaszcza żeśmy wysłali r miasta wszystkie baby, pchły, bachory, kaczki, Flonmonda oraz, niestety, dziewczęta. Na czas normalny posiadam ja inną, weselszą receptę.

We łbie szumi fantazyja,
Noga karczmy nie pomija,
Brzuch śpichlerzem świata zda się,
Kocham Kasie, Jasie, Basie...
A choć wszystko robak wierci,
Żył se będę aż do śmierci!

Popijaliśmy ostro, całowali się raz po raz, pochylali ku sobie, mówiąc ucieszne świństewka, on zaś swoim obyczajem klepał mnie po ramieniu i szczypał w udo. Nie zwracałem na to uwagi. Niestety; inaczej rzecz się przedstawiła nazajutrz.
Pierwsze słowa, jakie usłyszałem rano w warsztacie, nie były zgoła przyjemne.
— Panie majstrze — powiedział mi na dzień dobry uczeń — czy pan już wie, że ojciec Grattepain zmarł tej nocy?
Uuf! Jakże mi się zrobiło nieswojo! Uczułem zimny dreszcz, a potem kroplisty pot na czole. Powiedziałem do siebie:
— Przyjacielu, wyczyść trzewiki na drogę w zaświaty... tak... tak, już po tobie... zaraza zgłosi się jeszcze dzisiaj!
Pomajstrowałem trochę w pracowni, by się rozerwać, ale możecie sobie państwo wyobrazić, o czem myślałem.
— Krasy byku... będziesz miał nauczkę na całe życie! — powiedziałem sobie.
Ale my, Burgundowie, nie zastanawiamy się długo nad tem, co należy uczynić i w każdej okoliczności decydujemy się szybko. Na św. Marcina... zawsze u nas dobra mina! Brońmyż się tedy! Wróg siedzi na karku, ale jeszcze za murami miasta. Na moment wpadło mi do głowy udać się do sklepiku św. Kośmy (do lekarza, rozumie się). Ale rychło się opamiętałem. Najgorzej zacząć z tą hołotą. Mimo strachu zmysły mnie jeszcze nie opuściły, przeto powiedziałem sobie:
— Szanowny nieboszczyku! Lekarze są cymbały. Wezmą twe grosze, a ciebie samego zawiozą do szpitala zakaźnego, gdzie zostaniesz na dobre zakażony i... zakopany w ziemi, oraz zalany wapnem. Nie lubisz tego białego płynu, prawda? Pizeto gęba na kołek! Rozumiesz? Nie bądźże warjatem. Jeśli idzie o śmierć, to damy sobie rady i bez lekarzy! A może się też zdarzyć, że Pan Jezus powie: będziesz se żył, Colasie, na złość medykowi.
Swoją drogą, mimo tych przypowiastek, mimo tych facecyjek czułem coraz bardziej, że z moim brzuchem coś... nie tego! Jakbym połknął furę kamieni... To znowu coś się ruszało, kręciło... Macałem się to tu... to tam... Uuu! Źle... szelma zaraza wlazła już w mury miasta.
Najgorsze zaś, że właśnie nadeszła pora obiadu. Siedziałem przed wielkim garnkiem doskonale omaszczonej, czerwonej fasoli z soloną wieprzowiną, gotowaną na winie, (do dziś dnia, myśląc o tem, płaczę z żałości)... siedziałem, dumałem i nie miałem odwagi otworzyć ust. Myślałem ze ściśniętem sercem:
— Już po mnie! Apetyt zginął naglą śmiercią... Oto początek końca...
Należy tedy przynajmniej uporządkować interesy. Jeśli pozwolę sobie na śmierć w domu, to te łajdaki ławnicy każą spalić moją chałupę pod pozorem niszczenia zarazy. Szkoda domu, wszakże dopiero wystawiony. Jakiż to świat zły i głupi! Nie można nawet umierać na własnych śmieciach. Ale poradzę ja sobie... tylko muszę się spieszyć.
Wstaję, ubieram się w najgorsze suknie, zabieram kilka dobrych książek, sentencje wielkich ludzi, tłuste facecyjki gallickie, jedną rzecz 0 Rzymie starożytnym Złote słowa Katona“, Serées“ Boucheta, Nowego Plutarcha“ Gilla Corrozet i pakuję to do worka, wraz z świecą, lichtarzem i bochenkiem chleba. Potem żegnam się z uczniami, zamykam mieszkanie i udaję się mężnie do mojej koleby w winnicy, położonej daleko za miastem, przy gościńcu wiodącym do Beaumont. Szałas to niewielki, sklecony z bierwion obitych deskami. Służy on za skład narzędzi. Mam tu wypchany słomą siennik i dziurawe krzesło. Jeśli go spalą, nie będzie wielkiej szkody.
Zaledwie przyszedłem, zacząłem kłapać zębami, niby kruk dziobem. Porwały mnie dreszcze, uczułem kłucie w żołądku, w gardle zaś ściskało mnie straszliwie. Cóż było robić? Trudno, zaprawdę, spisać wszystkie akty bohaterstwa 1 wielkoduszności, na jakie się zdobyłem. Podobnie, jak wielcy mężowie Sparty i Rzymu, walczyłem serjo na śmierć i życie z wrogiem wewnętrznym... z bólem brzucha. Byłem sam, nikt mnie nie widział. Czyż sądzicie, że długo mogłem udawać Regulusa pod murami Romy? Rzuciłem się na siennik i zacząłem ryczeć. Czyście nie słyszeli? Ryczałem straszliwie...
— Panie Boże! — wołałem — I czemuż zawziąłeś się na biednego człowieka, który nie uczynił ci nic złego?... Och... moja głowa! Och... mój brzuch! Jakże przykro porzucać tę ziemię w kwiecie lat swoich! Czyż zależy ci, Panie, na tem, bym się zjawił u ciebie tak wcześnie? Oo... mój grzbiet! Oczywiście wezwanie twoje jest dla mnie wielkim zaszczytem... wizytę tę zapiszę na honorowem miejscu w moim pa... ojej!... Ale zważ, przecież się i tak zobaczymy .. przeto pocóż ten pośpiech? Ho... ho... moja śledziona! Mnie się nie spieszy... Panie Boże, nie nalegaj... cóż ci ze mrie? Wszakże jestem robak marny... czyż nie lepiej pogadać z jakimś księciem?... Ale jeśli inaczej być w żaden sposób nie może — tedy dziej się wola twoja! Sam widzisz, Panie Boże, jak jestem zrezygnowany, potulny, cichy... Psiakrew! Znowu mnie kole w boku! Niech to szlag trafi!
Wykrzyczałem się, a chociaż ból przez to nie ustał, wyładowałem znaczny zapas energji i to mnie uspokoiło.
— Tracisz tylko czas! — powiedziałem sobie — Albo On nie słyszy wcale, albo nic go to nie obchodzi wogóle. Przeto szkoda płuc. Nie starczy ci i tak życia i zdrowia dłużej niż na godzinę, lub dwie, pocóż je marnować? Skorzystaj z tych resztek rozsądku, jaki siedzi w twej czaszce, bo musisz się z nim rozstać niebawem. Zresztą, umiera się raz tylko! Zaspokój póki czas swą ciekawość i żądzę wiedzy. Śledź pilnie, w jaki sposób wyłazi się z własnej skóry... uważaj dobrze, bo nie powtórzy się to już po raz drugi!
Dzieckiem będąc, robiłem fujarki z wierzbiny i nikt mi nie mógł dorównać w nacinaniu gałęzi, zdejmowaniu kory i wycinaniu dziurek. Teraz wydało mi się, że to, co robiłem z korą, teraz Stwórca czyni z moją własną skórą. Siedzi sobie gdzieś wysoko na gałęzi i nacina gałąź mego życia. Ou! niezłe cięcie... skóra się już rusza! Ale czyż przystoi osobie w tym wieku zabawiać się w sposób tak dziecinny? Nie czyń porównań, mój Breugnon, ale zważaj pilnie, jak się robi z ciebie fujara... śledź póki kora trzyma się jeszcze drzewa i notuj spostrzeżenia.
Z wielkiem tedy napięciem zacząłem śledzić każdy kurcz, każda kolkę, każdy słowem objaw, każdy ruch... Od czasu do czasu wydawałem nieludzki ryk, w którym usiłowałem zamknąć rezultat obserwacji. Noc mi się strasznie dłużyła, zapaliłem tedy świecę wsadziwszy ją w szyjkę flaszki. Pachniała sokiem porzeczkowym, ale nie było go już wcale. I mnie już jutro nie będzie, pomyślałem, lecz jakiż pozostawię zapach?
Wijąc się po sienniku, usiłowałem czytać. Sentencje bohaterów rzymskich nie wywarły na mnie żadnego wrażenia. Pal djabli tych trutniów! — zawołałem — Wszakże wszystkie drogi prowadzą do rzeźni... powiedział pewien sędziwy wół. Wolę własnemi słowami pocieszać się, albo użalać, gdy mnie trapi kolka! Tak, ale w chwilach przerwy chcę się pośmiać!
I zacząłem się śmiać! Nie uwierzycie, jednak to prawda. Otwarłem facecje naszego kochanego Boucheta i oczy moje padły na historyjkę tak niesłychaną, tak pulchną, tłustą, pieprzną, szelmowską, że ryknąłem szczerym śmiechem.
— Nie śmiejże się, bałwanie! — mówiłem do siebie — Zaszkodzisz sobie jeszcze!
Ale nie mogłem przestać. Śmiałem się i śmiałem, porykując tylko od czasu do czasu. Potem śmiałem się znowu... Ach, ileż się naśmiałem, ile naryczałem w ciągu tej nocy?
Gdy nastał świt, znajdowałem się w takim stanie, że tylko kłaść do grobu. Nie mogłem się utrzymać na nogach. Zawlokłem się na kolanach do jednego okienka, wychodzącego na gościniec. Zawołałem pierwszego przechodnia głosem wprost zaziemskim. Nie potrzebował słuchać mych słów, spojrzał na mnie, skoczył wstecz, przeżegnał się i uciekł jak szalony.
Nie minął kwadrans, a miałem pod domem honorową straż, która mnie zawiadomiła, że nie wolno mi przekraczać progu szałasu. Ponieważ progu wogóle nie było, a ja nie mógłem narazie niczego przekraczać, przeto uszanowałem postanowienia prawa. Poprosiłem tylko, by zawezwano starego przyjaciela mego, notarjusza Paillarda, gdyż chcę podyktować testament. Ale strażnicy widocznie bali się nawet słów moich, gdyż zatykali sobie uszy i usta.
Na szczęście zjawił się pewien malec, pastuch gęsi. Kochany chłopczyna lubił mnie, gdyż zapamiętał sobie jakem go raz przydybał na wiśni i zamiast ściągnąć zeń skórę, poprosiłem, by i dla mnie także... skoro już siedzi na gałęzi, rzucił parę garstek.
— Panie Breugnon! Lecę po notarjusza! — wrzasnął i pobiegł jak piesek przez pola do Dormecy.
Nie pamiętam dobrze co się potem działo. Wiłem się pewnie po sienniku, ryczałem, wystawiałem język, niby cielę, kłapałem zębami... Nagle posłyszałem trzaskanie z bata, odgłos dzwonków i znany, gruby głos. Acha! — myślę sobie i chcę wstać. O Boże! Zdawało mi się, że dźwigam na karku katedrę św. Marcina razem z wieżą, a całe Sombart na kuprze.
Ale postanowiłem swego do kazać.
Chodziło o takie klauzule testamentu, które, nie szkodząc chłopcom, mogły być bardzo korzystne dla Martynki i Głodzi. Wetknąłem przeto w okienko głowę mą. Ważyła chyba więcej niż „Henryka“, wielki dzwon św. Marcina, a chwiała się tak samo w prawo i lewo.
Nagle spostrzegam na gościńcu dwie znane, poczciwe postacie. Paillard i proboszcz Chamaille patrzą na mnie, wytrzeszczając z przerażenia oczy. Pospieszyli obaj co sił w koniu, by mnie jeszcze zobaczyć żywym. Wyznać muszę, że zapał ich znacznie ostygł na mój widok. Prawdopodobnie dla lepszego ujęcia całości obrazu skoczyli trzy kroki wstecz. Zacny Chamaille, chcąc mi dodać otuchy, powtarzał raz po raz:
— Jak ty wyglądasz! Jak ty wyglądasz! Biedaku... biedaku... zupełny z ciebie nieboszczyk!
Złośliwość we mnie wezbrała, przytem czułem się jakoś lepiej, przeto odparłem:
— Może raczycie mi złożyć wizytę w grobie? Nie... nie macie ochoty?
— O, nie... nie... — zawołali obaj — bardzo nam tutaj dobrze!
Podkreślając swój odwrót, stanęli tu przy wózku, a Chamaille, nawykły do rozmowy z umierającymi, spytał, potrząsając od niechcenia lejcami:
— No, jakże się czujesz, mój drogi?
— Jak się czuję? Dobrze, że się wogóle czuję jeszcze.
— Ot widzisz, Breugnon, czem jest człowiek! — zaczął proboszcz — Pamiętasz, że mówiłem ci to zawsze. Sam tylko Bóg jest potężny! My zaś to proch... to nic! Dziś się żyje, jutro gnije, dziś złoto, jutro błoto. Nie chciałeś wierzyć, radowałeś się życiem... Piłeś, śpiewałeś... A oto teraz, mój drogi, przyszła kryska na Matyska. Bóg cię wzywa. Honor to wielki, ale musisz stawić się przybrany w szatę godową. Muszę cię obmyć 2 brudu grzechów... przygotuj się, grzeszniku!
— Mamy czas! — odparłem — Zaczekaj, proboszczu!
— Skąd wiesz? Ani dnia, ani godziny...
— To nic... powiadam, mamy czas... a jeśli omnibus odejdzie do nieba beze mnie, to pójdę piechotą!
Zaczął machać rękami:
— Breugnon, drogi przyjacielu! Widzę, że i teraz jeszcze szatan cię trzyma za pole. Cóż to?a żarty... czegóż jeszcze chcesz od świata? Zważ, wszakże to nicość... marność... znikomość!
— Nudzisz mnie, Chamaille! — wołam — Zaczekaj, chcę razem z tobą udać się na tamten świat. To nawet dużo przyjemniej w kompanji, zwłaszcza z tobą!
— Czas mija! — zahuczał gromko proboszcz — Przestań żartować. Djabeł ci już siedzi na karku! Czy chcesz, by porwał w pazury twą czarną duszę? Dalejże, Colasie, uklęknij i czyń rachunek sumienia! Ja się będę modlił... tak... tak, uczyń to dla mnie... proszę cię bardzo!
— Dobrze! Zrobię, co trzeba. Nie chcę ubliżać Panu Bogu... ale muszę naprzód powiedzieć kilka słów Paillardowi. Idzie o testament...
— Powiesz potem!
— Nie! Paillard ma pierwszeństwo!
— Czyż stawiasz na drugiem miejscu szczęśliwość wiekuistą?
— Tak! Co wiekuiste, nie przeminie, a doczesność mogą tymczasem djabli wziąć. Zegnam się z tym światem, przeto sama grzeczność wymaga, bym jej udzielił audjencji przed zameldowaniem się w przedpokoju Pana Boga.
Nalegał, krzyczał, groził, ale nie ustąpiłem. Notarjusz wyjął papiery, pióro i siedząc na jakiejś beczce, spisał mój testament. Przysłuchiwali się licznie zgromadzeni przechodnie, włóczęgi i psy bezpańskie. Uporządkowawszy sprawy ziemskie, uporządkowałem sprawy ducha, a gdy wszystko się skończyło, Chamaille rozpoczął na nowo kazanie.
— Przyjacielu! — powiedziałem — Jesteś już znużony. Wszystko, co mówisz, jest bardzo budujące i wzniosłe, ale dla człowieka tak znękanego chorobą przydałoby się coś innego. Oto dusza moja gotowa jest już siąść na koń. Czyż nie uważasz za stosowne dać jej strzemiennego? Dusze chrześcijańskie, postarajcie się o flaszczynę!
O, jakże mnie dobrze pojęli! Obaj byli nietylko chrześcijanami, katolikami, ale ponadto Burgundami. Miast jednej przynieśli mi tedy trzy butelki: Chablis... Pouilly... i...Trancy. Z okna kajuty mego okrętu, który miał podnieść kotwicę lada chwila, rzuciłem linę. Gęsiarek poczciwy, który się jakoś nie bał zarazy, przywiązał do jej końca stary koszyk, a ja resztkami sił wciągnąłem na pokład tych ostatnich trzech przyjaciół i pasażerów.
Rzuciłem się po odjeździe proboszcza i natarjusza na siennik. Czułem się teraz mniej osamotniony. Nie będę opowiadał, co się ze mną działo w ciągu kilku następnych godzin. Nie wiem dlaczego, ale pamięć mi w tem miejscu nie dopisuje. W ścisłej komitywie z trójką butelek, a raczej z duchami w nich zamkniętemi, wędrowałem widać po rozłogach tak dalekch, że utraciłem wszelki kontakt z ziemią.
O północy spostrzegłem, że siedzę we własnym ogrodzie na grządce truskawek, rozduszając pośladkami mięsiste, chłodne owoce i gapię się na niebo widne poprzez gałęzie owocowego drzewa. Podziwiałem kontrast blasku nieba i cienia ziemi, a księżyc sterczał mi nad głową, tworząc niby róg. Tuż obok czerniło się wężowisko splątanych, długich korzeni winorośli. Wyglądały niby piekielne stwory, czy węże, czyhające na duszę grzesznika, gdy wyjdzie z ciała.
Skąd się tu wziąłem, niewiadomo. Zapewne chciałem przed śmiercią, obyczajem bohaterów Rzymu, powiedzieć mowę! Na pośladkach nie umiera Rzymianin! Sursum corda! Musiałem wtedy wstać i, szukając słuchaczy, udałem się w kierunku gdzie rosła kapusta. Wprawdzie nie miała ona jeszcze głów... ale trudno... A może też miałem zamiar poszukać czosnku. Powiadają, że w braku wina, najlepsza rzecz przeciw zarazie jest czosnek.
Ostatecznie, zaledwo znalazłem się w ogrodzie, opanował mnie czar nocy. Niebo sklepiło się cudnie nade mną niby ogromna korona drzewa, a na gałęziach wisiały miljony owoców. Cudne, niby złote jabłka, gwiazdy dojrzewały w owem półświetlu. Owoce zdały mi się gwiazdami, pochylały się ku mnie i zaglądały mi w oczy, mówiąc: żyjesz jeszcze, pijaczyno? Ano to dobrze! Miljony oczu śledziły, czy żyję, a jakiś cichy pośmiech życzliwie szumiał pośród grządek truskawek. Gdzieś wysoko śpiewało coś..., gwiazda, czy jabłko... nie wiem już dobrze:

Tarninko, dziecinko,
Nadrabiaj minką!
W ziemi cienie
Zapuść korzenie,
Nie daj że... się, nie!
A potem w górę
Podnieś fryzurę,
Aż hen, pod chmurę!
Tarninko!
Dziecinko!
Wypite winko!
Nadrabiaj-że teraz minką!

Nie miało to wprawdzie sensu (z wyjątkiem wzmianki o winie), ale wszystkie gałązki winnicy, drzew ziemi i drzewo nieba zakołysały się rytmicznie i zaśpiewały chórem:

Tarninko!
Dziecinko!

Zapuść korzenie!...
Nie daj że się, nie!...

Wydało mi się, że przemawiają wprost do mnie, przeto zanurzyłem ręce w pulchnej, tłustej ziemi, zapadłem w nią, a ona poczciwie rozstępywała się pode mną, biorąc w objęcia. Po chwili leżałem sobie wygodnie i zacząłem się nakrywać ziemią, niby ciepluchną kołderką. Tylko gęba była odkryta, a gwiazdy złączyły się w grona i zwisły mi nad ustami... takie smakowite, takie świeże. Lipcowa noc zanuciła teraz swą wielką pieśń, jakiś oszalały konik polny, nie zważając na swe nukłe zdrowie, śpiewał tuż nad mojem uchem...
Jakby to było hasłem uroczystości, wszystkie gwiazdy zmieniły.się w dzwony... dyn... dyn... dyn... Miljony dzwonów... ha... co za pogrzeb cudowny! Serce mi tłukło miotem, w uszach szumiało od tego dzwonienia.

Nagle, z głębi mojej dziury ujrzałem drzewo Jessego. Tuż obok mnie wyrastał z ziemi olbrzymi pień winorośli... Nie... nie obok... prawda... wyrastał wprost ze mnie, z mego własnego brzucha i wysyłał rozliczne gałązki ku niebu. Stało się tak jakoś, że, nie ruszając się z miejsca, zacząłem jednak wspinać się po tych gałęziach coraz wyżej, a przytem śpiewałem na całe gardło:

Nie uciekaj winogradzie
Moje sto tysięcy!
Chociaż leżę tu na zadzie,
Zapobiegę takiej zdradzie
I nie puszczę więcej!

Musiałem tak przez znaczną część nocy wspinać się i śpiewać, gdyż, jak mi potem powiedziano, prześpiewałem kilka tomów i to najrozmaitszych utworów. Śpiewałem pieśni święte i świeckie, De Profiundis, kolendy, Laudate, fanfary, walce, pieśni wielkopostne, piosenki kabaretowe, piszczałem, udawałem flet, bębniłem na bębnie i grałem na trąbce.
Zbiegli się zewsząd sąsiedzi, obstąpili winnicę i mówili do siebie z żalem:
— Co za wrzask! To Colas umiera... biedny Colas... Zwarjował przed śmiercią!
Nazajutrz zbudziłem się koło południa. Nie macie pojęcia, moi państwo, jak to przyjemnie zbudzić się na ziemi, na własnych śmieciach. Bolał mnie jeszcze coprawda wściekle brzuch, ale co za radość wiedzieć, że się jeszcze posiada brzuch! Aa... Breugnon... drogi chłopcze... widzę, zawróciłeś z drogi!... To doskonale... dajże pyska! Macam się po całem ciele... Jest... ]est... jest! Jakże dobrze, że wszystko jeszcze jest! Aa... jest także i mój ogród? Serwus! Malinki moje kochane... zielone jeszcze, ale wnet się zaczną złocić.
Zapadłem w radosną kontemplację, ale wyrwało mnie z zadumy wołanie. Dwaj ludzie ryczeli z poza muru:
— Breugnon... Breugnon! Czyś już umarł?
To Paillard i Chamaille nadsłuchiwali, czy nie dam znaku życia, a nie mogąc się doczekać, poczynali już wielbić moje cnot}’ i wychwalać nieboszczyka.
Wstaję pomaleńku... (o do licha, mój brzuch!) wstaję i zbliżam się zwolna, potem zaś nagle wystawiam głowę i wołam:
— A ku ku!
Rzucili się wstecz.
— Breugnon... chłopcze drogi... więc nie umarłeś?
Śmieją się i plączą z radości, ja zaś pokazuję im język.
— Żyją jeszcze poczciwi ludziska!
Wyobraźcie sobie, że te draby trzymały mnie przez całe dwa tygodnie w moim nędznym szałasie, aż się przekonali wyraźnie, że jestem zupełnie zdrów. Muszę przyznać, że nie dali mi cierpieć niedostatku. Miałem tedy i mannę i wodę (wodę ze skały Noego), a nawet codziennie wieści ze świata, gdyż opowiadali mi wszystko, stojąc pod okienkiem.
Gdym wyszedł, Chamaille powiedział mi:
— Breugnon, wiesz kto cię uratował? Oto mój wielki święty Roch. Powinienbyś mu podziękować!
— Zdaje mi się — odparłem — że uratowało mnie trzech świętych... a mianowicie św. Chablis, św. Pouilly i św. Irancy... Wszakże samiście mi przynieśli od nich lekarstwo.
— Niech i tak będzie, Breugnon! Ale jedź ze mną, muszę cię koniecznie pokazać memu świętemu!
— Zgoda, byłeś mi potem pokazał swoich trzech świętych!
Udaliśmy się do proboszcza i znowu zasiedliśmy we trójkę przy winku.
— Ho... ho... przyjaciele drodzy! — zawołałem — Jakoś bliżej teraz siebie siedzimy niż onego dnia, kiedy to prosiłem was o strzemiennego na drogę! Wówczas nie chcieliście wcale przypić do mnie!
— Wybacz, mój przyjacielu! — wyznał Paillard — Kocham cię, ale bardziej jeszcze siebie. Wspomnij przysłowie: Bliższa koszula ciała...
Mea culpa! Mea culpa! — bił się w piersi proboszcz — Jestem tchórz... taka już moja natura!
— Ach! Jakże to jednak dobrze żyć, drodzy przyjaciele! — zawołałem z westchnieniem. Ucałowaliśmy się serdecznie i powiedzieli sobie:

— Każdy porządny człowiek ma swe wady, ale jest i tak skarbem, darem nieba, a wiadomo: darowanej kobyle nie zagląda się w zęby!


VIII.
UMARŁA
Koniec lipca.

Rozpierała mnie coraz bardziej radość życia. Wracałem doń bez trudu, ochotnie, nie wątpicie o tem chyba. Czułem teraz, że jest stokroć lepsze, pełniejsze, słodsze, bardziej złote, przyrumienione chrupiące, że rozpływa się wprost na języku. Miałem apetyt zmartwychwstałego... Ach... jakże się musiał obżerać Łazarz po wyjściu z grobu!
Pewnego dnia pracowałem ochoczo w warsztacie, potem mocowałem się na kieliszki niby Samson ze znajomymi i właśnie byliśmy wszyscy w najlepszym nastroju, gdy zjawił się pewien wieśniak z Morvan.
— Majstrze! — powiedział do mnie — Widziałem wczoraj waszą żonę!
— Ho... ho... toś sobie użył, bratku! — odparłem — No, a cóż tam koło niej słychać?
— A nic... wszystko w porządku. Wybiera się w drogę!
— Dokądże to?
— Spieszno jej, majstrze, do Pana Boga!
— Nie zazdroszczę mu tej wizyty! — powiedziałem żartobliwie — Niebo zamieni się w piekło!
A któryś z kompanów dodał:
— Ona odchodzi, tyś został! Oto widzisz, Colasie, że szczęście chadza zawsze w parze!
Chcąc się dostroić do innych (mimo wzruszenia), odparłem:
— Napijmy się tedy bracia. Bóg jest dobry, odejmuje bowiem babę chłopu, gdy nie wie już co z nią począć!
Ale nagle wino wydało mi się jakieś gorzkie. Nie mogłem dokończyć szklanki. Wziąłem kij w rękę i wyszedłem, nie pożegnawszy nawet znajomych. Krzyczeli za mną:
— Hej.. dokądże to idziesz? Co ci się stało?
Byłem już daleko, spieszyłem co sil w nogach, a serce mi ściskał ból. Tak... tak! Można nie kochać swojej żony, można się z nią żreć, jak pies z kotem przez dwadzieścia pięć lat... ale przecież zapomnieć niesposób, że żyło się kiedyś ze sobą, że się płodziło dzieci, tworzyło pokolenie nowe, pełniło tę rzecz, która jednak pochodzi z jakichś zaświatowych rozkazów... Nie... nie... Ona umiera... znika część mego własnego ja... I teraz, mocny Boże,... dopiero teraz czuje człowiek żal i coś... coś... jak miłość!
Przybyłem na miejsce nazajutrz o zmierzchu. Od pierwszego spojrzenia poznałem, że wielki rzeźbiarz-śmierć zrobił swoje. Poryte głębokiemi zmarszczkami oblicze przysłonione fałdami skóry wyglądało tragicznie. Ponadto stało się coś, co lepiej jeszcze podkreślało, że skon bliski. Ujrzawszy mnie, spytała łagodnie:
— Mój drogi biedaku, musiałeś się bardzo zmęczyć... taki kawał drogi...
Byłem głęboko wzruszony i pomyślałem:
— Oho! Już po niej... stała się łagodną! Usiadłem przy łóżku i wziąłem ją za rękę. Nie była w stanie mówić, dziękowała mi tylko wzrokiem za to, żem przyszedł. Chcąc ją rozweselić, próbowałem żartować i opowiedziałem jej w lekkiej formie, jak to zaraza przyszła do mnie z wizytą, ja zaś wyrzuciłem nieproszonego gościa za drzwi. Nie wiedziała o tem wcale i tak ją to wzruszyło (cóż za nieostrożność w okazywaniu uczuć), że mało co nie umarła.
Gdy odzyskała zmysły, zaczęła gadać (dzięki Bogu, pożyje jeszcze, pomyślałem) i wróciła jej złość. Usiadła i zaczęła miotać obelgi na moją głowę. Twierdziła, że to łajdactwo z mej strony, żem jej nie dał znać, że nie mam serca, że jestem gorszy od psa, że jak sobaka powinienem był zdechnąć w samotności i opuszczeniu na kupie śmieci. Była niewyczerpana, a wściekłość podwajało jeszcze to, że język jej się plątał i słowa wychodziły z ust zniekształcone i drżące. Chciano ją uspokoić, mówiono mi:
— Idźże sobie! Widzisz, że jej to szkodzi... odejdź bodaj na chwilę!
Ale ja roześmiałem się i pochylony nad łóżkiem mówiłem:
— Dzięki Bogu! Dzięki Bogu! Bodziesz jeszcze zdrowa... teraz ci wrócił humor... mów dalej, stara... mów!
Wziąłem w obie dłonie trzęsącą się, biedną głowinę złośnicy i ucałowałem z całego serca w oba policzki.
Za drugim pocałunkiem rozpłakała się.
Siedzieliśmy bez słowa sami, gdyż wszyscy wyszli do drugiej izby, słuchając świerszcza, ćwierkającego gdzieś w szparze podłogi. Naraz uczułem, że chce mówić:
— Nie męcz się! — powiedziałem — Od dwudziestu pięciu lat nagadaliśmy się dosyć. Rozumiemy się bez słów.
— Nic ci jeszcze nie powiedziałem! — szepnęła — Muszę wyznać wszystko, inaczej nie wejdę do raju...
— Ależ wejdziesz, — zapewniałem — wejdziesz niezawodnie!
— Jeśli wejdę nawet... — upierała się — to wyda mi się gorszym od piekła! Muszę wyznać, iż byłam dla ciebie, Colasie, złą i żem ci zatruwała życie...
— To nic... to nic! Trochę kwasu potrzeba nawet dla zdrowia...
— ... Byłam zazdrosna, kłótliwa, opryskliwa, uparta, zawsze naburmuszona, napełniałam wrzaskiem cały dom... zalewałam ci sadła za skórę...
Pogładziłem jej ramię.
— To nic... to nic! — zapewniałem — Sadło przyda się zawsze pod skórą, a i tej skórze nic się zresztą nie stało!
— Ale kochałam cię zawsze! — zawołała.
— Wiem o tem i wiedziałem zawsze! — odparłem wesoło — Każdy na swój sposób objawia miłość. Szkoda tylko, że nie powiedziałaś mi tego otwarcie. Nie mogłem się domyślić...
— Kochałam cię! — powtórzyła — Ale ty nie kochałeś mnie wcale. I dlatego ty byłeś dobry, a ja zła. Nienawidziłam cię, widząc że mnie nie kochasz, a ty niceś sobie z tego nie robił. Śmiałeś się... śmiejesz się dzisiaj jeszcze... Boże, ileż wycierpiałam przez ten twój śmiech! Ukrywałeś się w tym śmiechu, niby w płaszczu nieprzemakalnym, a mój deszcz i burza nie mogły cię nigdy dosięgnąć... Jakże cierpiałam, Colasie... Kilka razy byłam bliska śmierci...
— Droga moja — odparłem — kryłem się przed burzą, gdyż, jak ci wiadomo, nie lubię wody!
— I teraz — jeszcze śmiejesz się, niepoprawny człecze. Ano śmiejże się. Widać cię grzeje ten śmiech. W tej chwili, kiedy mi nogi ogarnia chłód ziemi, czuję ile wart ten twój śmiech. Pożycz mi tego płaszcza! Albo nie... śmiej się sam, nie mam ci już tego za złe... Przebacz mi wszystko, Colasie.
— Byłaś kobietą uczciwą, dzielną i wierną. Czyż to nie dosyć? Być może, nie byłaś uprzejma codziennie. Ale przecież nikt nie jest bez wady. Sam jeno Pan Bóg jest doskonałością, tak przynajmniej mówią księża. Walczyłaś mężnie z przeciwnościami losu, nie uskarżałaś się nigdy na życie, a w chwilach naprawdę ciężkich stałaś zawsze przy mym boku nie ustępując ni kroku. To było wprost piękne, bohaterskie! Nie troszczmy się zresztą przeszłością! Wspomnienia nasze są czyste, zachowaliśmy dobrą wiarę, nie ugięliśmy się, nie wołali ratunku i nie mamy na sobie plamy hańby. Co się stało, tego nie można zmienić. Doniosłaś swoje brzemię do końca, niechże teraz Pan Bóg je waży, to jego urząd. Już to nie nasza sprawa, możemy sobie odsapnąć oboje. Rozprostujmy grzbiety i siądźmy sobie nad dziurą wykopaną w ziemi, gdzie niedługo spoczniemy, by uciąć sobie śpika. Requiescant! Pokój ludziom spracowanym na tym padole!
Słuchała z oczyma zamkniętemi. Ręce miała skrzyżowane na piersiach. Gdym skończył, podniosła powieki i podała mi rękę, potem rzekła:
— Połóż się, mój drogi. Zbudzisz mnie jutro i pomówimy jeszcze.
Jak przystało kobiecie miłującej porządek, wyciągnęła się prosto na łóżku, wygładziła kołdrę, podciągnęła prześcieradło pod samą brodę, tak że nie było na niem ani jednej fałdy. Leżała przyciskając krucyfiks do wyschłych piersi, z wzniesionym w górę szpiczastym nosem i czekała gotowa i zrezygnowana.
Ale pisanem jej było jeszcze przejść przed śmiercią, celem ostatecznego oczyszczenia, przez piekło ziemi. Właśnie w momencie, gdyśmy skończyli pożegnanie, wpadła do izby właścicielka domu i zawołała, zwracając się do mnie:
— Panie Colas... panie majstrze! Chodźże pan... prędko... prędko!
Nie rozumiejąc, o co idzie, spytałem:
— Co się stało? Proszę mówić ciszej!
Moja stara, siedząca jakby w wielkim omnibusie, ruszającym w drogę niebiańską, snać dostrzegła ze swego siedzenia coś więcej, gdyż podniosła się i, wyciągając ku otwartym drzwiom ręce zakrzykła wielkim głosem:
— Glodzia... moja Glodzia!
Teraz i ja zrozumiałem, posłyszałem bowiem przejmujący krzyk w sąsiednim pokoju. W strasznym stanie znalazłem mego kochanego skowroneczka. Glodzia dusiła się. Okrutna choroba pochwyciła w kleszcze biedny jej gardziołek, a maleństwo daremnie starało się łapkami rozluźnić śmiertelną pętlę. Oczętami tylko wzywała ratunku i rzucała się, jak zraniona ptaszyna.
Straszna to była noc. Dziś jeszcze, chociaż minęło już pięć dni, nie mogę o niej wspomnieć bez drżenia. Od samego wspominania tego bolą mnie nogi, i muszę siąść i odsapnąć. Czyż podobna, by mieszkał w niebie Pan i władca, dopuszczający okrutnego męczenia tych małych istot. Czyż nie jest to straszne patrzyć jak cienka szyjka nabrzmiewa do pęknięcia, jak biedne ciałko się rzuca w konwulsjach, a oczy spozierają ze zdziwieniem i wyrzutem. Rozumiem, że można ściągać skórę ze starego osła, jak ja naprzykład, że dręczy się kogoś, kto się umie bronić, że przejedzie się czasem przez łeb rozwydrzonemu samcowi, lub samce. Nie dziwię się zgoła, miły Boże, że cię nieraz zbiera ochota pobawić się udręką wrzeszczącego człowieka. Baw się zdrów. Wszakże człowiek stworzony jest na twój obraz, a przeto podobniście do siebie. Nie jesteś tedy, mocny Boże, każdego dnia w tygodniu dobry, miewasz kaprysy, złośliwostki, zbiera cię ochota robić na złość. Od czasu do czasu odczuwasz wielkie pragnienie niszczenia, popróbowania siły, krew ci się burzy, jesteś w złym humorze, drzesz i niszczysz dla zabicia czasu, a wszystko to, jak rzekłem, nie dziwi mnie wielce. Stać nas na to... nas, ludzi, i ciebie... by się popróbować i nieraz wypowiadaliśmy ci otwarcie nasze poglądy. Ale brać na cel takie jagniątko, z którego skręconego karczku trysłoby mleko nie krew, to coś niesłychanego! Dość tego, nie wolno i basta! Bóg, czy król, czyniąc tak, przekracza swe prawo. Przestrzegamy cię. Panie, że jeśli nie przestaniesz, to z wielką przykrością, ale stanowczo jeszcze w tym tygodniu pozbawimy cię korony. Takie okropności możliwe są w dwu jeno razach, o Panie nasz: albo nie widzisz co się dzieje, albo cię zgoła niema. Aj... to słowo niema sensu, cofam je przeto. Przecież sam fakt rozmowy z tobą świadczy, że jesteś. Ach, ileż razy wiedliśmy dysputę i jeśli będziesz szczery przyznasz, żem cię nieraz zmusił do milczenia. Tej nocy okrutnej wzywałem cię, kląłem, groziłem, przeczyłem ci bytu, prosiłem, błagałem, wyciągałem do cię ręce i pokazywałem pięści. Nie powiesz chyba, bym zaniedbał czegokolwiek, co cię mogło wzruszyć. Niestety, wszystko na nic, nie drgnąłeś nawet. Nie chcesz, pomyślałem... dobrze, pokaże się kto będzie na wierzchu, nie zwracasz uwagi na głos wiernych twoich, tedy źle na tem wyjdziesz, gdyż znamy innych jeszcze panów i do nich się zwrócimy...
Przez całą noc czuwałem przy Glodzi wraz z poczciwą właścicielką domu. Martynka została w Dormecy, gdyż przyszły na nią już bóle porodowe. Nad ranem dziecko zaczęło konać. Przeto powzięliśmy ostateczną decyzję. Wziąłem małą na ręce i wyjrzałem przez okno. Padał deszcz rzęsisty i dął silny wiatr. Róża na długiej łodydze usiłowała wsunąć się do izby. To zapowiedź śmierci, pomyślałem. Przeżegnałem się i mimo niepogody wyszedłem z domu.
Glodzia zwisła mi na ręku, jakby już umarła. Osłaniałem starannie biedną jej głowinę. Przodem szła gospodyni, niosąc dary dla duchów. Niebawem znaleźliśmy się w przydrożnym lesie i spostrzegliśmy nad bagniskiem drżącą wszystkiemi gałęziami, starą osikę. Dominowała na niewielkiej polance wysoka, prosta, niby wieża. Okrążyliśmy trzy razy drzewo. Dziecko jęczało i kłapało zębami.
Przywiązaliśmy do rączki Głodzi wstążkę, drugi jej koniec do gałęzi, a potem gospodyni zanuciła bezzębnemi ustami wraz ze mną zaklęcie:

Osiczyno, dobra pani,
Wstążkę ci niesiemy w dani!
Osiczyno... osiczyno,
Ulituj się nad dzieciną!
Zdejm chorobę tę przeklętą...
Klniemy cię przez Trójcę Świętą...
Osiczyno, zbądź uporu,
Bo zwołamy duchy z boru,
Duchy czarne, białe, płowe
I utniemy tobie głowę!

Potem gospodyni zrobiła dziurę pomiędzy korzeniami drzewa, wlała w nią kubek wina, włożyła dwa ząbki czosnku i łyżkę, sadła. Następnie napełniliśmy mój kapelusz trawą i okrążyliśmy i Romain go trzy razy. Za trzecim razem splunęliśmy weń i wyrzekli zaklęcie:

Ropucho, ropuszycho, ropuszasta,
Niech ci gardło się rozpuczy i basta!

Nakoniec zawróciliśmy do gościńca, odnaleźli krzak cierni, uklękliśmy, położyli dziecko na ziemi i prosiliśmy Boga o ratunek przez pamięć ciemi, które raniły głowę jego Syna.
Gdyśmy wrócili do domu, dziecko zdało się już nieżywe. Trudno, uczyniliśmy co leży w mocy ludzkiej.
Moja stara przez ten cały czas ani słyszeć nie chciała o śmierci. Miłość dla Głodzi trzymała ją na ziemi. Złościła się, rzucała po łóżku i krzyczała:
— Nie pójdę, nie pójdę! Panie Boże, zaczekaj! Muszę się dowiedzieć, co będzie... tak... czy tak... wściekłabym się z desperacji! Czy wyjdzie z tego? Ha... wyjdzie... musi wyjść... ja tak chcę! Tak się stać musi... musi... musi! Sprawa załatwiona!
Sprawa nie była jeszcze załatwiona, bo za chwilę znowu rozległy się dzikie wrzaski... Ho... ho... co za głosik! A ja głuptak myślałem, że wydaje ostatnie tchnienie! No, jeśli to miała być ostatnia serja akordów... to finał nazwać się musiało wprost świetnym.
Collasie, drabie jeden, pokpiwasz bezwstydnie! Ha... trudno, jestem kim jestem. Śmiech nie przeszkadza mi cierpieć, a ból nie zdoła zamknąć gęby Francuzowi co się zowie. Czy się śmieje, czy wykrzyka nigdy oczu nie zamyka. Niech żyje Janus bifrons, o oczach zawsze otwartych!...
Wrzeszczała coraz głośniej, tak, że nie sposób było słuchać. Przeto uspokajałem ją, mówiłem do niej jak do chorego dziecka, okrywałem kołdrą. Wyrywała się, odrzucała pościel i ryczała w najwyższej pasji:
— Nicponiu! Obrzydły nicponiu i samolubie! Szkoda, że niby to jesteś mężczyzną, a nie masz siły uratować dziecka. Przeklęty sobku! Sobie umiałeś poradzić... ha? A właśnie powinieneś był umrzeć, nie ona!
— Masz rację! — odparłem — Masz zupełną rację! Gdyby Pan Bóg chciał zamiany, niezwłocznie zdjąłbym swą skórę i posłał do nieba w prezencie, ale ten interes, zdaje się, nie dojdzie do skutku. Chociaż niedawno wyprana przez Chamailla, moja skóra ma dużo plam. Oboje mamy już mocno podniszczone ruchomości, przeto pozostaje nam tylko czekać i cierpieć. Cierpmy tedy w milczeniu. Może tą ofiarą ubłagamy Pana Jezusa.
Zamilkła, oparła głowę o moją głowę i słone łzy nasze zmieszały się. Cisza zapanowała. Zdawało się, że cień jakiś spływa, niby kir skrzydeł anioła śmierci.
Nagle rozjaśniło się... anioł znikł. Stał się cud. Skąd przyszedł? Czy z nieba, czy z lasu, czy sprawił go Jezus, Pap miłosierdzia, czy straszliwa matka ziemia? Czy sprawiły go modły, czy wymusił przeraźny strach kobiety, czy może zesłała go osika ubłagana darami, lub drżąca o całość swej głowy?
Nie dowiemy się tego nigdy, a że w razach niepewności należy być ostrożnym, tedy złożyłem gorące dzięki wszystkim potęgom, całej kompan j i przesłałem gratulacje, dodając kilka ciepłych słów pod adresem potęg zgoła nieznanych (one są często najważniejsze).
Faktem jest, a to rzecz główna, że od tej chwili Głodzi ulżyło się znacznie, gorączka spadła, a oddech zaczął swobodnie przepływać przez gardziołek.
Natenczas roztopiły się jak masło nasze stare serca. Oboje zaintonowaliśmy: Nunc dimittis Domine... a moja złośnica opadła na poduszki bezsilna, łkająca z radości. Głowa jej zwisła, jak ścięta i legła ciężko na pościeli.
— Teraz czas mi iść... — wyszeptała. W tej samej chwili zmętniało jej spojrzenie, a policzki zapadły, jakby nagły powiew wiatru zgasił płomyk życia. Pochyliłem się nad łóżkiem, w którem jej już nie było i patrzyłem niby w wir na wodzie, w dziurę, gdzie na małą chwilę pozostają kształty ciała zapadłego w głąb, niknąć w kręgach rozlewnych.
Zamknąłem jej oczy, pocałowałem woskowe czoło, skrzyżowałem na piersiach spracowane ręce, które nie odpoczywały nigdy i pozostawiając lampę, co zgasła z braku oliwy, usiadłem przy nowym płomyku, który miał odtąd oświetlać dom. Patrzyłem na śpiącą dziecinę, czuwałem nad nią i myślałem... myślałem... Czyż można powstrzymać się od myśli?

— Czyż nie dziwna to zaiste rzecz, że się człowiek tak przywiązuje do takiego maleństwa. Z nią, nawet najgorsze jest dobre, a gwizda się na zło. Mogę sobie nawet umrzeć, cóż na tem zależy. Byle ona żyła, kpię z reszty. Ale koniec końcem coś mi za dużo tego wszystkiego. Wszakże istnieję u licha, żyję, zdrów jestem, władam pięciu zmysłami i kilku jeszcze ponadto, z których najpiękniejszy jest JMĆ. pan zdrowy rozum. Nie boczyłem się nigdy na życic, noszę w brzuchu co najmniej dziesięć łokci kiszek, zawsze pustych i zawsze gotowych wziąć udział w uczcie życia. Ponadto jasno w mej głowie, rękę mam wprawną, twardy kark, mocne łydy, jestem zdolny robotnik i Burgund jak sto djabłów. Mimo wszystko jednak oddałbym się cały za to maleństwo, którego nie znam nawet dobrze! W gruncie rzeczy czemże jest bowiem? Mały skrzacik, zabaweczka śliczniutka, papużka próbująca gadać, istota nie będąca na razie niczem, mogąca dopiero czemś zostać i to tylko... może. Czyż dla owego: może, mam się oddać z bebechami? Hola... jestem, a przeto jestem i chcę być dalej! Ach... czyż owo: może, nie jest to właśnie ów piękny kwiat, dla którego żyję. Gdy robaki nażrą się mięsa mego, gdy cielsko moje rozpadnie się w cmentarnej ziemi, zmartwychwstanę, o Panie, w innem jakiemś: ja, piękniejszem, szczęśliwszem i lepszem może... Ha... trudno to zgadnąć! I dlaczegóżby miało więcej wartać od mego, obecnego: ja? Oto dlatego, że wylezie mi na plecy i więcej dojrzy z góry, będzie patrzyło dalej, stojąc na mym grobie. Ta istota, która wyłoni się ze mnie, otworzy oczy na światłość niedostrzegalną oczom moim, mimo że ją tak kochały, stanie do zbiórki plonów dni i nocy przyszłości. Widzę płynące lata i wieki i raduję się tem, co przeczuwam, i tem czego nie znam. Wszystko wkoło mnie przemija, a właściwie to ja posuwam się coraz dalej, coraz wyżej niesiony pokoleniami. Nie jestem już przykuty do małego terytorjum swego. Poza widnokręgiem życia, poza mojem polem snują się długie zagony, płyną poprzez ziemię, ogarniają przestrzeń, niby droga mleczna ścielą się po lazurowej kopule nieba, słoniąc ją całą. Jest to nadzieja moja, pożądanie, ziarno, które sieję pełną dłonią po rozłogach nieskończoności.


IX.
SPALONY DOM
Połowa sierpnia.

Czyż zanotować dzień dzisiejszy? To twardy kawałek mięsa i jeszcze go nie mogłem strawić? Ano, niech tam! Może właśnie dopomogę w ten sposób żołądkowi!
Powiadają, że to, co w lecie spadnie z nieba, przyczynia ludziom chleba. Ha... ha! Jeśli tak, to powinienbym być do tej pory Krezusem! Bo tego lata deszcz mi ciągle leje za kołnierz. A jednak, oto stoję przed wami, drodzy państwo, bez koszuli i butów, goły, jak turecki święty! Zaledwo przetrwałem te dwie próby, wyleczenia Głodzi z choroby, a mojej starej z dolegliwości życia doczesnego, gdy przypuściły do mnie wściekły szturm potęgi zaziemskie, kierujące ludzką dolą.
Niezawodnie siedzi tam gdzieś w niebie, w jednym z głównych departamentów jakaś wściekła baba, która ma do mnie pretensję... Cóżem jej winien? A może mnie kocha? Dosyć, że bitwa skończyła się porażką moją. Ogołocony jestem do skóry... i tyle mam pociechy, że mi skóra chociaż pozostała nienaruszona.
Mimo, że wnuczka przyszła do siebie, nie: spieszno mi było wracać do domu. Ociągałem się z dnia na dzień, nie mogąc się nacieszyć jej zdrowiem. Dziecko, odzyskujące życie, to coś jak powstawanie nowego świata. Przeto nie ruszałem: się, odbywałem tylko przechadzki, słuchając obojętnie plotek przynoszonych na targ przez kumoszki.
Pewnego dnia nastawiłem uszu. Jakiś poganiacz osłów przyniósł wieść, że w Clamecy na przedmieściu Beuwronu powstał pożar i że domy palą się, jak słoma, jeden po drugim. Od tej chwili czułem się, jak na rozżarzonych węglach. Daremnie mi mówiono:
— Uspokój się! Złe wieści latają za prędko, gdyby rzecz ciebie dotyczyła, otrzymałbyś wiadomość od przyjaciół. Wszakże nikt nie wspominał o twoim domu... Nie jeden przecież jest osioł w Beuwronie...
Nie mogłem wytrzymać.
— Tak... tak... to mój dom plonie... dochodzi mnie swąd.
Wziąłem w garść laskę i ruszyłem w drogę.
— Psiakrew! — myślałem sobie — Pierwszy „to raz dopiero wydaliłem się z Clamecy, nie zabezpieczywszy gratów. Zawsze, ile razy zbliżał — się nieprzyjaciel, czy w innym wypadku, przenosiłem w obręb murów miasta, na drugą stronę rzeki moje penaty i lary, pieniądze, wytwory sztuki, które są moją dumą, narzędzia, meble i ot wszystkie różności, które są może brzydkie, zabierają zbyt wiele miejsca, ale jednocześnie posiadają większą wartość od złota, bo są pamiątkami chwil szczęścia i radości. Tym razem wszystko zostawiłem jak było...
Słyszałem wyraźnie wrzask mojej starej, która z tamtego świata pomstowała na moją głupotę.
— To twoja wina, sekutnico! — odkrzyknąłem — Do ciebie się tak spieszyłem!
Kłóciliśmy się ząb za ząb długi c?as (zajęło mi to znaczny kawał drogi), poczem starałem się przekonać ją i siebie, że cały strach był bez podstawy. Ale obawa nie ustępowała, niby uprzykrzona mucha siadała ciągle na nosie, widziałem ją bezustannie i zimny pot spływał mi po grzbiecie i piersiach aż na brzuch. Szedłem żwawo, minąłem Villiers i zacząłem wstępować na garbate pasmo — wzgórz, gdy naraz spostrzegłem niewielki wózek, a w nim ojca Jojot, młynarza z Moulot.
Poznał mnie, zatrzymał konia i, robiąc młyńca batem, krzyknął:
— Biedny chłopcze, żal mi cię serdecznie! Miałem wrażenie, żem otrzymał kopniaka w sam brzuch. Stałem nad rowem z otwartą gębą, a on ciągnął dalej.
— Gdzie idziesz? Wróć się, Colasie. Nie idź do miasta! Będzie ci zbyt przykro. Wszystko spalone i zrównane z ziemią. Nie zostało ci nic!
Za każdem słowem ściskało mnie w kiszkach. Udawałem zucha, przełknąłem ślinę, wyprostowałem się i rzekłem:
— Wiem wszystko!
— A więc — odparł kwaśno — pocóż idziesz?
— Chcę widzieć szczątki! — powiedziałem.
— Mówię ci przecież, że nie zostało nic, ale to nic... ani jedna rzodkiewka nie ocalała!
— Przesadzasz, Jojot! — zawołałem — Przecież nie sposób, by moi uczniowie i poczciwi sąsiedzi patrzyli spokojnie na pożar, nie ruszywszy palcem, nie starając się uratować bodaj mebli, rzeźb itd. To zwykła przysługa sąsiedzka.
— Sąsiedzi? — wykrzyknął Jo jot — Nieszczęśniku, ależ to właśnie sąsiedzi twoi podłożyli ogień.
Ten cios dobił mnie, a on powiedział triumfalnie:
— Widzisz, że nie wiesz nic!
Nie chciałem ustąpić, ale Jojot pewny teraz, że mi pierwszy głosi złowrogą wieść, zaczął z wielkiem zadowoleniem opowiadać o pożarze.
— Wszystkiemu winna ta zaraza. Wszyscy dostali bzika. Ławnicy i urzędnicy, prokurator, słowem cały zarząd okręgu wyniósł się z miasta, uciekając przed śmiercią. Zostały barany bez pasterzy i oczywiście, jak barany popadły w wielki strach. Zdarzył się nowy przypadek zarazy nad Beuwronem i zaraz zaczęto krzyczeć: spalmy domy nawiedzone zarazą! No i zrobili, jak uradzili. Nie było ciebie w mieście, przeto twoja chałupka poszła pierwsza z dymem. Każdy pracował co sił w dobrej wierze, gdyż wszyscy byli pewni, że działają dla dobra miasta. Zagrzewali się jeszcze wzajem do pośpiechu. Kiedy raz człowiek weźmie się do niszczenia, popada w jakiś szał, tak że go niesposób powstrzymać. Gdy się dom palił, jak świeca zaczęli tańczyć wokoło ognia... Ach, szkoda żeś ich nie widział! Oszaleli... i tybyś sam był tańczył jak warjat. Drzewo, które miałeś w pracowni paliło się z trzaskiem... słowem zostały same popioły!
— To musiało pięknie wyglądać! — odparłem — Szkoda, żem nie widział!
A jednocześnie myślałem:
— Już po mnie! Dobili mnie! Ale nie powiedziałem nic staremu młynarzowi.
— Jakoś sobie z tego nic nie robisz! — zauważył Jo jot z kwaśną miną.
Już to taka bestja z najporządniejszego człowieka, że rad patrzyć na niedole bliźniego, choćby po to, by go pocieszać.
Odparłem:
— Szkoda, że nie zaczekali do św. Jana z tą piękną sobótką! Skierowałem się ku miastu.
— Więc mimo to chcesz wracać?
— Tak... bądź zdrów, Jojot!
— A to dziwak z ciebie!
Popędził szkapę.
Szedłem dalej, a raczej udawałem, że idę, aż do chwili kiedy wózek Jojota znikł na zakręcie drogi. Teraz nie było już potrzeby robić zucha. Mogłem się oddać rozpamiętywaniu mej niedoli... i nie żałowałem sobie.
— Straciłem tedy wszystko — myślałem — nietylko dom, ale także nadzieję zdobycia innego; gdyż nie zostało mi nic z oszczędności gromadzonych przez — długie lata, grosz do grosza... Ale utraciłem coś więcej jeszcze, bo wolność osobistą. Cóż teraz robić. Czyż zamieszkać u któregoś z dzieci? Przecież przysiągłem sobie wedle sil unikać tej ostateczności, tego prawdziwego nieszczęścia. Kochają mnie i ja je kocham... to prawda! Ale każdy winien siedzieć w swojem gnieździe. Nic też dziwnego, że każdy ptak dba więcej o jaje, które sam zniósł, niż o skorupę tego, z którego się wykluł. Szanuje się rodziców... prawda. Ale pal sześć szacunek! To mamy surogat. Sam uczyniłem, co w mojej mocy, by dzieci me nie miały dla mnie szacunku i powiodło mi się nadspodziewanie. Ale cokolwiekbyś uczynił i choćby cię kochały, to dzieci traktują rodziców zawsze potrochu jak obcych. Przybywasz-z krain, gdzie się nie narodziły, a nie poznasz okolic dokąd zmierzają, jakżebyś się tedy mógł porozumieć z niemi na dobre? Krępujecie się sobą wzajem, i złość w was wzbiera. Przytem, strasznie nawet wspomnieć, człowiek najbardziej nawet kochany nie powinien wystawiać na próbę miłości swych bliskich. Jest to kuszenie Boga. Nie należy domagać się zbyt wielu rzeczy od rodzaju ludzkiego. Dzieci moje są dobre i nie mam żadnego powodu żalić się. Ale są lepsze jeszcze, kiedy nic mam potrzeby uciekać się do nich o pomoc. Mógłbym o tem rzec nie jedno. Pozatem mam swą porcję ambicji, i nie lubię odbierać pasztetu temu, komu go rat: dałem. Zdawałoby się, że mówię: zapłać! Nie zarobiony kawał chleba staje mi kością w gardle. Zdaje mi się, że widzę jak liczą moje kęsy i łyki. Chcę wszystko zawdzięczać własnej pracy. Muszę być wolny, czuć się panem u siebie, wchodzić i wychodzić wedle upodobania. Jestem do niczego, czując się upokorzonym. Ot, bieda staremu, źle być zawisłym od miłosierdzia swych bliskich, to gorsze jeszcze od zależności od współobywateli bo są do tego zmuszeni i człowiek nie wie nigdy, czy robią to ochotnie. Wolałby człowiek zdechnąć, niż zawadzać...
Tak opłakiwałem utratę dóbr ziemskich i związanych z niemi dóbr duchowych, nie widząc drogi wyjścia. Nagle dostrzegłem przezierające poprzez gałęzie drzew wieżyczki zamku Cuncy przypomniałem sobie wszystkie rzeźby, jakie od lat dwudziestu pięciu wykończyłem dla właściciela, zacnego Jmć. Pana Philberta. Straszny to był oryginał i nieraz się nań nazłosciłem. Pewnego dnia kazał mi wyrzeźbić swe kochanki w strojach. Ewy i siebie w stroju Adama, zaś w zbrojowni polecił nadać wszystkim jeleniom fizjonomje, przypominające najdokładniej mężów, oszukiwanych przez żony, znanych w okolicy... Śmiano się z tego długo. Ale trudno go było zadowolić... Skoro tylko jedna rzecz była skończona, zamawiał zaraz inną, natomiast płacił bardzo rzadko. Mniejsza z tem zresztą. Kochał piękne rzeczy rzeźbione w drzewie narówni z rzeźbionemi w ciele, a miłość tę objawiał niemal w ten sam — sposób.
I oto teraz znalazłem u niego wyzwolenie. W chwili zatonięcia wypływam tutaj, a chociaż drzewo przeszłości mej pożarł ogień, to owoce się dochowały w miejscu bezpiecznem od mrozu i żaru. Napadła mnie ogromna ochota wbić w nie zęby, by odzyskać ochotę do życia.
Niebawem znalazłem się w zamku. Znano mnie tu dobrze. Właściciela nie było, ale po dawszy za pozór konieczność wzięcia pomiarów dla wykonania nowych rzeźb, zacząłem przechadzać się po komnatach, gdzie mieszkały moje drogie dzieciątka. Nie widziałem ich od kilku już lat. Artysta, czując się płodnym i płodząc, nie myśli o tem, co stworzył, dopiero potem...
Ale dosyć rozważań. Jmć. pan Philbert, gdym razu pewnego chciał obejrzyć swe rzeźby, zabronił mi wstępu, śmiejąc się przytem dziwnie. Nie wziąłem mu tego za złe. Wiedziałem, że jest postrzelony, a przytem lubi kobietki. Pewnie ma tam jakieś damulki, pomyślałem sobie, niech go Pan Bóg kocha!
Wstępowałem na główne schody pełen radości, ale nie uszedłszy dziesięciu kroków stanąłem skamieniały, niby żona Lota. Witki winorośli, grona, gałązki brzoskwini, zdobiące poręcz... wszystko było pocięte, pokrajane, zniszczone jakimś toporkiem, czy nożem! Nie wierzyłem oczom i przesuwałem palcem po skaleczeniach, ranach, a z piersi mych wyrywały się jęki. Szedłem dalej drżąc na myśl, co zastanę w komnatach.
Zniszczenie przekraczało wszelkie wyobrażenie. W jadalni, w sypialni, w zbrojowni, wszystkie figurynki mebli i boazerji były bez nosów, bez rąk, bez nóg, a na płaszczyznach skarbczyków i skrzyń, oraz na obramieniu kominka i podstawach kolumn widniały głębokiemi wcięciami poczynione napisy, monogramy właściciela, sentencje głupkowate, oraz różne daty, świadczące którego to dnia i godziny dokonane zostało dzieło zniszczenia... dzieło naprawdę herkuliczne.
W głębi głównej galerji moja przecudna nimfa, oparta jednem kolanem o kark lwicy, musiała służyć za cel, gdyż w brzuchu jej tkwiło mnóstwo kul. A wszędzie gdzie spojrzałem, widniały cięcia siekiery czy noża, dziury, plamy z atramentu i wina, wąsy wymalowane na twarzach kobiecych i sprośne facecje grubo nasmarowane.
Co tylko może wysmażyć głupota nudzącego się w swym zamku bogatego nicponia, wszystko to zwróciło się przeciw dziełom mych rąk i duszy. Gdybym go zastał, sądzę, że nie byłby, żywy wyszedł z mych rąk. Jęczałem, płakałem, biłem czołem o ściany, przez długą chwilę nie mogłem mówić, a czułem tylko że mi krew nabiega do głowy i oczy z orbit wychodzą. Po pewnym czasie wyrzuciłem nareszcie klątwę ze ściśniętego gardła. Czas był najwyższy, inaczej kto wie coby się ze mną stało.
Za pierwszą pospieszyły inne. Rozwrzeszczałem się na dobre.
— Aa... psie jeden! — ryczałem — Na tom do budy twej wpuścił moje piękne dziatki, byś je dręczył, kaleczył, gwałcił, kalał i obsikiwał? W jakimże to stanie widzę was, drogie moje kochanie dzieciątka, poczęte wśród radości? Wszakże pewny byłem, iż zostaniecie mymi spadkobiercami, uczyniłem was zdrowemi, silnemi, dałem wam pulchne ciała, członkami wyposażyłem jak się patrzy, bez żadnych usterek, a materjał trwa lat tysiąc. I cóż widzę? Oto obdrapano was, poobrzynano, pokiereszowano z przodu, z tyłu, z góry, z dołu, na pośladkach i na piersiach, z wszystkich stron, tak że wyglądacie obskurnie i pokracznie niby banda starych rabusiów, wracająca z wojny! Czyż ja to: jestem ojcem całego tego bataljonu szpitalników? Mocny Boże, wysłuchaj mnie i udziel tej łaski (być może, prośba ma wyda ci się zresztą zbyteczną), bym po śmierci nie poszedł do raju, ale:do piekła i stanął u pieca, w którym Lucyfer smaży dusze potępieńców a to w celu obracania z pieczołowitością wielką własnoręcznie rożna, na który nabity będzie morderca dzieci moich!
Właśnie doszedłem do tego miejsca, gdy stary lokaj Andoche, który mnie znał i lubił, przyszedł z prośbą, bym przestał boleć tak głośno:
— Czyż warto unosić się do tego stopnia z powodu kilku kawałków drzewa? — pytał — Cóżbyś, majstrze, począł, gdybyś musiał, jak ja, Żyć ciągle z tym warjatem? Czyż nie lepiej, że się zajmie owem drzewem, za które ci zresztą pewnie zapłacił, miast dręczyć biedne chrześcijańskie dusze, które mu nic nie winny?
— Nie... nie, Andoche! Nie rozumiesz mnie! Chętnie przyjąłbym baty wzamian za poszanowanie tego drzewa, które w rękach moich nabrało życia. Człowiek jest niczem, dzieło jego jest świętością! Podwójny to morderca, kto niweczy ideję!
Byłbym mówił dłużej, ale spostrzegłem, że słuchacz mój nic nie rozumie. Czułem przytem, że Andoche uważa mnie niemal za takiego samego warjata, jak jego pan. Lokaj popychał mnie delikatnie i nieznacznie ku wyjściu.
Zatrzymałem się w progu, chcąc ostatniem spojrzeniem ogarnąć cały obraz zniszczenia, a wówczas Andoche przystąpił i nagłym ruchem obrócił mi głowę niemal całkiem wstecz. Przerażony w pierwszej chwili, roześmiałem się lokajowi w sam nos i wyszedłem.
Znalazłszy się na gościńcu, powiedziałem do siebie:
— Teraz już koniec. Straciłem wszystko! Tylko się kłaść do grobu. Zostały mi jeno skóra własna i kości. Tak u djaska... prawda, ale i to coś warte. Wszak znacie, drodzy państwo, odpowiedź, jaką dał dowódca obleganej fortecy, gdy oblegający odgrażali się, że, w razie dalszego oporu, pozabijają ich dzieci.
— Zabijajcie! Posiadamy przy sobie narzędzia dla sporządzenia innych!
I ja mam swoje narzędzie... nikt mi go wydrzeć nie zdoła. Świat to jałowa pustynia, a tylko tu i owdzie widnieje nieduże poletko obsiane przez nas, artystów. Bydło przychodzi, wyjada rośliny, depce nogami zagony, niweczy wszystko, bo bydło nic innego uczynić nie jest zdolne. A my bierzemy się na nowo do roboty i żniwo daje ciągle nowe plony. Mniejsza o kilka kłosów, w łonie ziemi trwa wieczysta siła, która nie dopuści do zatraty. Jestem przyszłością, bo żyję tworzeniem, a nie tem co było. To też gdybym raz uczuł, że przeminąłem,... jużbym nie żył. Tedy daj mi spokój, Breugnonie, ze swemi żalami! Nie mam czasu, zabieram się do roboty!
Skończywszy z przeszłością, wstałem i ruszyłem co żywo ku miastu. Niebawem znalazłem się na grzbiecie wzgórz okalających Clamecy. Czułem się spokojny, nawet żwawy, machałem laską i dumałem o rzeczach praktycznych. Nagle patrzę, a tu biegnie ku mnie mały człowieczek jasnowłosy i płacze głośno. Poznałem mego ucznia Robineta, zwanego Binet.
Smarkacz miał niespełna trzynaście lat i wcale nie odznaczał się pracowitością. W warsztacie śledził zazwyczaj lot much, nie zwracając uwagi na robotę. Przy tem wołał przebywać poza warsztatem, przewracać kozły, lub podglądać łydki dziewcząt, przechodzących ulicą. Dwadzieścia razy dziennie musiałem go gromić. Ale zręczny był jak małpeczka, palce jego ruszały się błyskawicznie, tak że mógł zostać zdolnym artystą. Mimo wszystkich wad lubiłem jego szczery, otwarty pyszczek, drobne ząbki myszy, szczupłe policzki, chytre oczka i zadarty nosek. Wiedział nicpoń o tem. To też mogłem dowoli grozić pięścią i miotać pioruny. Dostrzegł zawsze uśmiech, kryjący się w oku Jowisza. Gdym go zwymyślał, otrząsał się najspokojniej, nie biorąc sobie gróźb do serca, a za chwilę rozpoczynał na nowo psie figle. Był skończonym nicponiem.
Zdziwiłem się więc niepomału, że niby tryton tryska łzami ogromnemi, jak gruszki, łzami płynącemi kaskadą z oczu i z nosa. Przybiegł, rzucił się na mnie, całował gdzie tylko mógł sięgnąć. Zalał mnie łzami i ogłuszył beczeniem wprost cielęcem.
Nie wiedząc o co idzie, spytałem:
— No... no... cóż ci to? Puść-że mnie! Trzeba wytrzeć nos, zanim się całuje...
Ale miast się uspokoić trzymał mnie dalej, jak konar drzewa, a potem osunął mi się do kolan, do stóp i ryczał coraz głośniej. Uczułem niepokój.
— Kochany chłopcze! — powiedziałem serdecznie — Wstań z ziemi i powiedz, co masz na sercu!
Wziąłem go za ramię, podniosłem... no, no... wstał nareszcie. Patrzę, a tu jedno ramię owinięte brudną szmatą, przez którą przecieka krew. Ubranie w strzępach, a w dodatku brwi zupełnie opalone.
Zapomniawszy o swej sprawie, pytam:
— Widzę, zrobiłeś znowu coś głupiego!
Wzdychał długo...
— Ach majstrze... takie mam zmartwienie! — wyjąkał.
Sadzam go przy sobie nad rowem i mówię:
— Gadajże raz, jak człowiek!
Nagle wrzasnął:
— Wszystko spalone!
I znowu łzy polały się strumieniem z jego oczu. Teraz zrozumiałem nareszcie, że moja strata do takiej go doprowadziła rozpaczy i wielka błogość napełniła moje serce. Nie mam słów, by j ą wyrazić.
— Chłopcze... więc dlatego płaczesz?; — pytam.
Myśląc, że nie rozumiem, powtórzył:
— Warsztat spalony... cały warsztat!
— Wiem, wiem! Już się dowiedziałem! Co chwila mi to ktoś opowiada... Ha, trudno... nieszczęście i basta!
Spojrzał na mnie z widoczną ulgą — Więc żal ci klatki, mały czyżyku, przecież nie mogłeś w niej usiedzieć?... Ej... mówiono mi, że wraz z innymi tańczyłeś wokoło ognia.
Nie wierzyłem w to sam...
Oburzył się strasznie.
— Kłamstwo! Bezczelne kłamstwo! Kto to powiedział? — wrzasnął na całe gardło — Biłem się z nimi! Uczyniliśmy obaj wszystko, cośmy tylko mogli, by wstrzymać pożar, ale było nas tylko dwu. Cagnat był bardzo chory (drugi uczeń), a wyskoczył z łóżka i mimo gorączki wybiegł na dwór i zasłonił sobą drzwi. Ale jakże zatrzymać stado rozjuszonych byków? Przeszli po nas, deptali po nas. Biliśmy, gryźli, krzyczeli, ale oni szli jak woda, gdy otworzą śluzy. Cagnat zerwał się, pobiegł za nimi i prał po plecach drągiem. Mało go na śmierć nie zatłukli. Gdy on walczył, ja wśliznąłem się do płonącego warsztatu... Boże mocny... co za ogień! Wszystko naraz stanęło w płomieniach. Dym i języki czerwone wypełniały całe wnętrze. Płakałem, kaszlałem, zaczęło się na mnie zwijać ubranie. Powiedziałem sobie: Robin, upieczesz się w własnym tłuszczu! Ano zobaczymy! Wziąłem rozmach i.. hop! Przeskoczyłem ogień, niby sobótkę świętojańską i spadłem na kupę wiórów. Ale uderzyłem głową w ścianę i uczułem taki zawrót głowy, że przez chwilę leżałem bez ruchu. Słyszałem wokoło syk i trzask ognia i śpiew szaleńców, tańczących wokoło domu. Próbuję wstać, potykam się, wreszcie spostrzegam waszą, majstrze, ulubioną Św. Magdalenę malutką, drobniutką, nagusieńką, tylko przysłoniętą trochę włosami, tłuściutką i taką śliczną. Płomień oblizywał ją już. Krzyknąłem: czekaj! Nie wiedząc już, co czynię, przyskoczyłem, rękami zgasiłem płonące jej stopki, objąłem ją ramionami... dalibóg, całowałem ją, ściskałem i mówiłem z płaczem: Nie dam cię, nie dam cię! Nie bój się, nie spalisz się, daję ci na to słowo! Ale ty mi także dopomóż, Madelon, a uratujemy się oboje!
Nie było czasu do stracenia, bo właśnie... bum... spadł pułap. Nie mogłem wydostać się już tędy, którędy wszedłem. Ale opodal ujrzałem okrągłe okno, wychodzące na rzekę. Wybiłem pięścią szybę i wlazłem głową naprzód. Akurat było miejsca na nas dwoje. Bums! Spadłem prosto w wodę i uderzyłem głową w dno Beuwronu. Na szczęście było miękko, więc tylko napchało mi się do gęby mułu, ale Magdalena wyszła cało z przygody. Ze mną było trochę gorzej. Zasmarowałem się strasznie, opiłem wody, tak że do teraz zgrzyta mi piasek w zębach.
Zresztą niema co dalej opowiadać, jesteśmy oboje cali! Przebaczcie mi, majstrze... przebaczcie, z duszy serca chciałem uratować warsztat, ale nie mogłem!
Zaczął rozwijać strzępy kamizelki, wyjął Madelon i pokazał mi jej nadpalone stopki. Uśmiechał się przytem z dziwną, niewinną kokieterją. A mnie ogarnęło takie wzruszenie, że się rozpłakałem. Czego dokazać nie mogła śmierć żony, choroba Głodzi, katastrofa majątkowa i zniszczenie mych rzeźb, tego dokazał czyn tego malca.
Całowałem długo Robineta i Magdalenę, a potem spytałem:
— A Cagnat?
— Cagnat umarł ze zmartwienia!
Ukląkłem na gościńcu, ucałowałem ziemię powiedziałem:
— Dziękuję ci, chłopcze!
Spojrzałem na malca, tulącego figurkę w poranionych ramionach, i wskazując nań palcem, powiedziałem niebiosom:

— Oto najcudniejsze z dzieł moich... wyrzeźbiłem te dusze. Nic mi ich nie zabierze. Niech płonie drzewo... one moje!


X.
ROZRUCHY
Koniec sierpnia.

Gdy minęło wzruszenie, powiedziałem Robinetowi:
— Dość tego! Co z gęby wypadło... to i przepadło... zastanówmy się nad tem, co dalej czynić należy?
Kazałem mu opowiedzieć zwięźle i jasno, co zaszło w mieście w ciągu mej nieobecności, to jest od czternastu, czy dwudziestu dni. Historja wczorajszego dnia, to dzieje starożytne, rzecz główna wiedzieć jaka jest sytuacja danego momentu. Dowiedziałem się, że nad Clamecy zawisła klęska zarazy i strachu, a raczej niemal wyłącznie strachu, bo zaraza widocznie szukała sobie już innego terenu operacyjnego. Ustępowała teraz miejsca sępom ścierwożercom, zlatującym się zewsząd, przyciąganym odorem zgnilizny. Inne ptactwo, przerażone, zgłodniałe, nie broniło im przystępu, albo, biczem strachu smagane, czyniło to samo. Wagabundy i draby wszelkiego rodzaju opanowali wszystko i wydzierali zarazie lup ze szponów. Prawa przestały „istnieć, a ci, którym powierzono ich straż, porozbiegali się pilnować swych pól i winnic. Z czterech naszych ławników jeden zmarł, dwu uciekło, a prokurator... wycofał się na inny odcinek frontu. Kasztelan zamku był to człowiek dzielny, ale stary i podagryczny, w dodatku stracił jedną rękę, nogi miał opuchłe, a mózg godny cielęcia. Pozostał tylko jeden radny Raquin, ale znalazłszy się w obliczu rozpętanego tłumu, skutkiem strachu i braku odwagi, a także powodowany chytrością, zamiast stawić czoło, uznał za stosowane ustąpić i przyłączyć się nawet do większości. Za jednym zachodem mógł teraz zaspokoić swe dawne urazy, kierując podpalaczy w stronę tych, których szczęście kłuło go w oczy. Mścił się, to rzecz jasna, znałem go dobrze, i ten fakt objaśniał dostatecznie, dlaczego mój dom pierwszy padł ofiarą. Spytałem malca:
— Co robią mieszczanie?
— Czekają z otwartemi gębami, co los przyniesie, — odparł Binet — to trzoda owiec. Siedzą w domu, spodziewając się przyjścia rzeźnika. Zabrakło pasterzy i psów, tedy nie wiedzą co czynić.
— No... drogi chłopcze... a ja to nie pies? Cóż ty na to? Czyż sądzisz, że mi stępiały zęby? Spróbujemy!
— Majstrze! Jeden pies nie da rady!
— Spróbuję... spróbuję!
— Oni was złapią w pazury, majsterku.
— To i cóż? Nie mam nic... kpię sobie z wszystkich. Jakże uczeszą djabła, który wyłysiał ze starości... ha?
Zaczął tańczyć.
— Ha... ha... ha... a to ci frajda!... tra ra ra... tra... ra ra... hop... siup... hop... siup!
Poparzonemi rękami machał w powietrzu, brał się pod boki i tańczył, jak warjat.
Przybrałem gęstą minę.
— Małpo szkaradna... czyż teraz czas tańczyć, skakać z drzewa na drzewo. Cicho bądź i słuchaj uważnie, co powiem.
Słuchał z roziskrzonym wzrokiem.
— Nie będziesz się śmiał za chwilę. Oświadczam, że natychmiast udaję się i to sam jeden do Clamecy.
— A ja?
— Ty pójdziesz, jako mój ambasador do Dormecy i powiesz magistrowi Nicole, jednemu z naszych ławników, że jutro zabiorą się złodzieje do jego piwnicy. Jest to człek rozumny, ma dobre serce, jeszcze lepsze nogi i kocha swoje mienie bardziej niż własną skórę. Stamtąd posuniesz się aż do Sardy i powiesz panu prokuratorowi Wilhelmowi Courtignon, że dom jego zostanie tej nocy niewątpliwie spalony, zdemolowany, okradziony itd., jeśli natychmiast nie przybędzie. Nie potrzebuję ci dyktować, co masz mówić, potrafisz łgać sam... prawda?
Malec poskrobał się za uchem i powiedział:
— Naturalnie, to rzecz łatwa, ale... nie chcę was opuszczać, majstrze.
— Czy się pytałem co chcesz, a czego nie chcesz? Ja tak chcę i basta! Twoja rzecz słuchać! Zaczął się wykręcać.
— Dość tego! — krzyknąłem.
Niepokoiło go, co się ze mną stanie.
— Nie zabraniam ci przecież pospieszyć się. Załatw sprawę i wracaj. Najlepszy sposób pomocy, to sprowadzić posiłki.
— Lecę galopem, jak koń wyścigowy! — wrzasnął malec — Na nogach, na głowie, na brzuchu będę leciał i sprowadzę Courtignona i Nicola, choćbym miał im wydrzeć wszystkie włosy z brody.
Ruszył w podskokach, ale zatrzymał się i krzyknął:
— Majstrze! Powiedzcie mi przynajmniej co chcecie uczynić?
Przybrawszy poważną, tajemniczą minę, odparłem:
— Coś niezwykłego!
Pojęcia najmniejszego nie miałem w tej chwili, jak się wziąć do rzeczy.


∗             ∗

Przybyłem do miasta około ósmej wieczorem. Słońce zaszło, a złote chmury snuły się jeszcze po zachodniem niebie. Noc się ledwo rozpoczęła. Cudna noc, ale nie było komu rozkoszować się nią. U bram nie napotkałem ni jednego strażnika, ni jednego włóczęgi nawet. Wszedłem, jak do otwartej stodoły. W głównej ulicy napotkałem kota, gryzącego kromkę chleba, gdy mnie ujrzał najeżył się, parsknął, a potem uciekł. Domy pozamykały oczy, stały oślepłe, drętwe, zgasłe. Ni jeden dźwięk głosu nie dolatał znikąd.
— Wszyscy pomarli! Przybyłem zapóźno! — powiedziałem do siebie.
Wtem usłyszałem szelest poza okiennicami. Śledzono uchem odgłos moich kroków. Zastukałem tedy:
— Otwierać!
Nikt się nie poruszał. Podszedłem do drugiego domu. Stukałem ręką, kolanem, laską. Nie otwarto. Posłyszałem tylko wewnątrz, jakby chrupot myszy.
Teraz zrozumiałem wszystko.
— Aha! Siedzą, jak świstaki w jamach! Czekajcie, już ja was wykurzę głuptaki! Kroćset djabłów!
Idę do księgami i walę w drzwi, niby w bęben, a przytem trąbię:
— Hejże, stary ośle, przyjacielu Denisie Saulsoy... otwieraj! Inaczej połamię wszystko w kawałki. Otwieraj bałwanie, to ja, Colas Breugnon!
Ledwo te słowa przebrzmiały, nagle jakby dotknięte różdżką czarodziejską rozwarły się wszystkie okiennice domów, potem okna i oto ujrzałem, jak długa ulica, twarz przy twarzy, przerażone fizjognomje mych kochanych mieszczuchów. Tkwiły przy sobie rzędem, niby jabłuszka na półce piwnicy.
Patrzyli na mnie... patrzyli... patrzyli... Nie wiedziałem, że jestem tak piękny... Poklepałem się tedy po brzuchu. Na ten widok twarze rozjaśniły się nagle, a tu i owdzie błysnął nawet uśmiech.
— Kochają mnie te bałwany! — pomyślałem, nie bacząc, że nietyle miłość, co obecność moja w tej chwili dodała im otuchy i rozpogodziła oblicze.
Zaczęła się rozmowa Breugnona z gęsiami. Gęsi gęgały wszystkie razem, a ja musiałem sam jeden odpowiadać.
— Skąd wracasz? Coś robił? Coś widział? Co zamierzasz? Jak mogłeś dostać się do miasta? Którędy można uciekać?
— Hola! — krzyknąłem — Dość tego! Widzę, że języków wam nie powyrywano... to dobrze... ale szkoda, że wam dusze powpadały do majtek. Czegóż siedzicie w dziurach, wyjdźcież na świat, noc śliczna. Czy wam pokradziono portki i spódnice?
Miast odpowiedzi, pytali:
— Breugnon, powiedz kogo spotkałeś na ulicach?
— Pocóż wam będę opowiadał o ulicach, skoro siedzicie wszyscy w gniazdach?
— Pewnie spotkałeś złoczyńców?
— Rabują i palą...
— Gdzież to...?
— W Beyant!
— Więc chodźmy ich schwytać!
— Wolimy strzec domów.
— Najlepiej strzeże domu ten, kto broni domu bliźniego.
— Każdemu bliższy własny...
— Czyli, jak mówi przysłowie: kocham mego sąsiada, ale niech tam przepada! Głuptaki! Idziecie na rękę złoczyńcom. Gdy skończą łupić tamtych, przyjdą do was! Nikogo to nie minie!
— Pan Racquin powiedział, że to niebezpieczne. Najlepiej siedzieć spokojnie w domu, brać udział w paleniu domów zarażonych i czekać, aż zostanie przywrócony ład.
— Któż go przywróci?
— Książę de Nevers.
— Oho... dużo przedtem wody upłynie. Ma on swoje sprawy na głowie, a tymczasem całe miasto spłonie. Dalejże, dzieci, wyłaźcie z jam. Każdy powinien bronić własnej skóry sam i to w kupie...
— Ależ ich jest dużo! Mają broń!
— Skąd wiecie? Strach ma wielkie oczy!
— Nie ma kto nami kierować!
— Kierujcież sobą sami! Zaczęli gadać, rozprawiać z okna do okna niby ptaki w koronie drzewa. Kłócili się, ale nikt nie ruszył z miejsca. To mnie zniecierpliwiło.
— Więc zostawicie mnie na całą noc w ulicy, z nosem zadartym w górę i przekrzywionym karkiem? Nie przyszedłem po to, by śpiewać serenadę i słuchać szczękania waszych zębów. Otwórzcież... wpuśćcie mnie... inaczej... dalibóg podłożę ogień pod pierwszy lepszy dom. Dalejże... niech przyjdą tu koguty... kury starczą na obronę gniazd!
Rozległy się klątwy i śmiechy, potem uchyliły się jedne drzwi, potem drugie... ukazał się jakiś nos... węszył... za nosem wylazło całe zwierzę... A kiedy zobaczono pierwszego barana na polu, wysypała się cała trzódka. Każdy oglądał mnie od stóp do głowy.
— Czyś całkiem zdrów?
— Zdrów jestem, jak głowa kapusty!
— I nikt cię nie zaczepił po drodze?
— Tylko sroka! Krzyczała z drzewa!
Widząc, żem uszedł jakoś zarazie, odetchnęli i polubili mnie tembardziej. Powodzenie budzi sympatję.
— Przypatrzcież mi się dobrze! — powiedziałem — Jestem w komplecie, nie brak mi ni jednego kawałka!... Może weźmiecie okulary... No, dość tego... jutro będzie wam wygodniej przy słońcu. A teraz, dosyć gadania... Gdzie możemy się naradzić?
— U mnie w kuźni! — zaproponował Gangnot.
W kuźni dusznej i niskiej rozłożyliśmy się na ziemi, udeptanej kopytami koni. Zamknięto drzwi, postawiono lampkę i zaraz ogromne cienie poczęły skakać po czarnych ścianach i pułapie. Zrazu wszyscy milczeli, potem wszyscy zaczęli mówić naraz. Gangnot ujął młot i trzasnął w kowadło. Cios rozdarł zgiełk, nastała znowu cisza. Skorzystałem z niej i powiedziałem:
— Szczędźmy słów. Znam całą historję. Złoczyńcy są wśród nas... wyrzućmy ich tedy precz!
— Są silni. Flisacy i hołownicy drzewa są po ich stronie.
— Flisacy — odparłem — to to samo co złoczyńcy. Pożądają cudzego dobra. Widząc, że inni piją, czują sami pragnienie! Nie wódź nas na pokuszenie... Jeśli zezwolicie na rabunek, to bądźcie pewni, rozwielmożni się to do tego stopnia, iż wszyscy zejdziecie na dziady. Ani jeden się nie uchroni! Uczyńmy rzecz mądrą, przyłóżmy siekierę do korzenia zła!
— Ależ pan Racąuin, jedyny radny jaki pozostał, zabrania mieszać się do tego! A wszakże on jeden daje dziś rękojmię porządku i bezpieczeństwa...
— Czy istnieje porządek i bezpieczeństwo?
— Podobno...
— Tak... czy nie?
— Hm... właściwie to nie!
— Tedy my obejmiemy władzę!
— Pan Racquin obiecał, że jeśli się zachowamy spokojnie to zło nas ominie.. Rozruchy zostaną ograniczone do przedmieść.
— Skądże on wie o tem?
— Musiał rad nie rad zawrzeć umowę ze złoczyńcami...
— Ależ taki fakt, to zbrodnia!
— Powiada, że uczynił to, by uśpić ich czujność...
— Ich czujność... albo waszą czujność... ha... — ha! Waszą, cymbały... waszą!
Gangnot huknął znowu młotem w kowadło. To był jego sposób zabierania głosu.
— Breugnon mówi prawdę! — oświadczył.
Wszyscy zamilkli zawstydzeni, wściekli i przerażeni, a Denis Saulsoy wymruczał półgłosem:
— Gdyby człek śmiał mówić, co myśli... ho, ho, ho!
— Czemuż nie gadasz? Jesteśmy w kole przyjaciół... Czegóż tu się obawiasz?
— Hm... ściany mają uszy!
— Nie jest tak źle! Gangnot... mój drogi, weź do garści młot i stań pod drzwiami. Ktokolwiek chciałby tu wejść, lub stąd wyjść przed czasem, palnij go w sam brzuch. Czy mury mają uszy czy nie, by szpiegować, to zaręczam, że nie starczy im języka, by denuncjować. Wyjdziemy stąd dopiero po uchwale, jako władza wykonawcza i nas będzie słuchało całe miasto! Kto piśnie słowo, będzie wisiał. No... gadajcież! Kto milczy, ten jest zdrajcą!
Uczynił się straszliwy hałas. Wybuchła nagle cała nienawiść, cały tłumiony strach. Każdy wytrząsał pięścią i darł się co sił:
— Ten łajdak Racquin trzyma nas w łapie! Judasz śmierdzący sprzedał nas i mienie nasze złodziejom i podpalaczom. Ale cóż robić? — Niema rady. Ma władzę, siłę, policję!
Spytałem:
— Gdzież jego gniazdeczko?
— W ratuszu. Spędza tam dni i noce, dla większego bezpieczeństwa otoczył się bandą nicponiów, złodziei i kryminalistów. Czuwają nad nim, a może nawet pilnują go, by nie uciekł... któż tam wie?
— Tedy jest więźniem? Doskonale! Pójdziemy przedewszystkiem uwolnić go! Gangnot, otwórz drzwi!
Nie mogli się jeszcze zdecydować.
— Czegóż czekacie? — spytałem.
— To sprawa gardłowa. Nie boimy się, ale zważno, Breugnon, że właściwie nie mamy prawa. On jest przedstawicielem władzy, a występować przeciw władzy, to znaczy brać na siebie wielką...
— Od-po-wie-dzial-ność! Czy tak? Dobrze! Oświadczam, że całą odpowiedzialność biorę sam na siebie. Uspokój się, Denis. Gdy widzę przed sobą zbója, zaczynam od rozbicia mu czaszki, a potem dopiero pytam jak się zwie: prokurator, czy papież? Tak być powinno i tak się stanie! Gdy bezład rządzi, rząd prawdziwy spocząć musi w rękach uciemiężonych!
Gangnot rzekł:
— Idę z tobą! Wziął w potężną łapę swój młot ogromny, oparł go o ramię i ruszył przodem wysoki, czarny, poważny, niby maszerująca wieża. Inni zaczęli się cisnąć skryci za bastjon jego olbrzymiego ciała. Każdy spieszył do domu po strzelbę, kuszę, młot, kosę lub siekierę. Rozpierzchli się, a mnie napadły wątpliwości czy wrócą. Wrócili, wprawdzie przerzedzeni trochę, ale zbrojni i zdecydowani.
Bardzo nam to było na rękę, żeśmy zastali drzwi ratusza otwarte. Pasterze byli tak pewni głupoty swych owieczek, tak dalecy byli od przypuszczenia, że oprą się rozpoczętej już strzyży swej wełny, iż spali najspokojniej snem niewiniątek, podjadłszy przedtem do syta.
Ofensywa nasza, przyznaję szczerze, me miała zgoła cech bohaterstwa. Wystarczyło poprostu wybrać pisklęta z gniazdka. Wyciągnęliśmy wszystkich wprost z łóżek. Byli porozbierani niemal do naga, niby króliki, z których zdarto skórę.
Racquin był to sobie człowieczek tłuściutki, różowiutki, na czole miał poduszeczki słoniny, na karku cały połeć, oczęta zaś słodziutkie połyskiwały zgoła nie głupio. Od pierwszego momentu wiedział, o co idzie. Mignęła mu w oczach błyskawica strachu, ale się opanował i głosem władczym spytał, pocośmy przyszli, napastując dom i naruszając prawo.
— Przyszliśmy cię sądzić, obwiesiu! — powiedziałem cichutko.
Oburzył się, zaczął kląć. Saulsoy rzekł mu wówczas spokojnie:
— Panie Racquin, nie groź pan. Jesteś oskarżony. Przychodzimy z żądaniem zdania sprawy z zarządu miastem. Broń się, jeśli możesz! Natychmiast zmienił ton:
— Drodzy współobywatele! — powiedział słodko — nie pojmuję czego sobie życzycie? Komuż się stała krzywda? Czyż nie pozostałem w mieście, narażając własne życie, a to dla waszego dobra? Wszyscy uciekli, tylko ja jeden stawiam czoło zarazie i rozruchom... Więc dlaczegóż przypisujecie mi jakąś winę, miast okazać uznanie?
Rzekłem mu:
— Wiadomo, że chytry lekarz jątrzy ranę, bo z niej żyje. To samo czynisz ty, oprawco miasta. Podniecasz rozruchy, żywisz się zarazą, porozumiewasz się ze zbójcami, palisz nasze domy, wydajesz na łup tych, których ci bronić przystało, a szczujesz na nich tych, których zwalczać trzeba. Powiedz nam tedy, zdrajco, czy przez chciwość zysku, czy ze strachu oddajesz się temu haniebnemu procederowi? Powiedz, jaki ci mamy napis zawiesić na szyi, czy taki: Oto człowiek, który zaprzedał zbójom rodzinne miasto za trzydzieści srebrników — czy taki: Oto radny miasta, który, salwując własną głowę, oddał głowy obywateli pod topór! Gadaj!
Wpadł w złość i krzyknął:
— Czynię, com czynić winien! Mam władzę! Palę domy nawiedzone zarazą, gdyż tak mówi prawo!
— Znaczysz krzyżem zarazy domy tych obywateli, którzy nie trzymają z tobą! Kto chce psa uderzyć, łatwo znajdzie kij! Ha... ha... Więc pewnie pozwalasz także rabować domy, by zwalczyć zarazę?
— Nie mogę temu zapobiec! Zresztą złoczyńcy, rabując domy zapowietrzone, zarażają się i giną. Stąd podwójna korzyść, bo się pozbywam tej hołoty.
— Genjalny wynalazek! Jeśli tak dalej pójdzie, to zostaniesz królem na zgliszczach miasta... co? Wybornie! Zczeźnie choroba i zczeźnie chory, a sam lekarz zostanie i schowa zysk za pazuchę. Nie uznajemy twej metody, mój Racquin! Od tej chwili obejmujemy sami opiekę nad miastem, a ponadto zaopiekujemy się tobą, by cię nie spotkał jaki wypadek, aż do czasu, kiedy zostaniesz wynagrodzony...
— Piękną tablicą pamiątkową na grobie! — dokończył Gangnot.
Jakby ktoś rzucił kość między psy, wszyscy zaczęli się cisnąć do Racquina z wrzaskiem nieludzkim:
— Pochować go żywcem! Podpalacz! Zdrajca!... Do grobu! Do grobu!
Wyrwał się i uciekł do alkowy. Tam oparty o mur, blady, szczerzył zęby, gotów gryźć. Powstrzymałem sforę:
— Czekajcie! Ja to załatwię!
Nędznik szczękał zębami ze strachu i zimna. Był nagi. Uczułem litość i powiedziałem:
— Wdziewaj portki. Dość mamy widoku twego zadka!
Śmiech się rozległ donośny. Korzystając z momentu, zaapelowałem do rozsądku obywateli, a Racąuin tymczasem ubierał się, rzucając złe spojrzenia. Uczul, że niebezpieczeństwo nie jest już tak bezpośrednie, więc, ubrawszy się, nabrał odwagi i zaczął krzyczeć. Nazwał nas buntownikami i zapowiedział, że będziemy oskarżeni o zbrodnię obrazy urzędnika. Odpowiedziałem:
— Nie jesteś urzędnikiem, zbóju! Wypędzam cię z urzędu!
Teraz wściekłość zwróciła się przeciwko mnie. Żądza zemsty wzięła górę nad rozsądkiem. Powiedział, że mnie zna, że ja jestem przywódcą buntowników i że na moją głowę spadnie odpowiedzialność. Wymyślał mi ostatniemi słowy i pluł na mnie.
— Czy go ubić? — spytał Gangnot.
— Sprytny jesteś, Racquin. Wiesz dobrze, że natychmiast mogę cię zakatrupić, ale nic uczynię tego, gdyż myślanoby, że się mszczę za spalenie domu. Jednak należy ci się stryczek... ale ten stryczek założy ci kto inny na szyję. Zaczekaj troszkę. Tymczasem mamy cię w rączkach, składamy z urzędu i zaczynamy rządzić sami.
Wybełkotał:
— Wiesz chyba, Breugnon, czem to pachnie!
Odparłem:
— Wiem, skróceniem o głowę! Zaryzykuję tedy głowę własną za głowy obywateli.
Zamknięto go w więzieniu. Zajął miejsce po wypuszczonym przez nas policjancie starym, którego kilka dni przedtem wtrącił do lochu, ponieważ nie chciał wykonywać jego łajdackich rozkazów.


∗             ∗

Do tej pory nasz plan rozwijał się i posuwał tak gładko, jak hebel po suchuteńkiej, wolnej od sęków desce orzechowej. Byłem tem wprost zdziwiony i pytałem siebie samego:
— Gdzież są właściwie złoczyńcy?
Ale w tej chwili rozległy się okrzyki:
— Do broni! Do broni!
Rabowano gdzieś. Zbiegliśmy na ulicę i tam człowiek jakiś zadyszany powiedział nam, że banda złodziei podpala i rabuje składy Piotra Poullarda w Betlejemie, tuż za bramą Louvredeaux.
— Rzekłem do współobywateli:
— Możebyśmy im zagrali do tańca? Pobiegliśmy do Mirandoli. Z terasy pałacowej widać było dolną część miasta i właśnie od tej strony dolatał zgiełk i wrzawa. Trąba z wieży Św. Marcina grzmiała na trwogę.
— Przyjaciele, trzeba nam będzie wleźć do tego pieca, niema innej rady! Będzie trochę ciepło. Czyście gotowi? Ale przedewszystkiem potrzeba dowódcy! Czy chcesz objąć komendę Saulsoy?
— Nie! Nie! Nie! — zawołał odskakując wstecz trzy kroki — Nie chcę! Nie umiem! Nie znam się na tem... Uczynię co trzeba, ale komenda?
— Więc kto się zgłasza?
Nikt się nie odezwał. Znam ja was, ptaszki pomyślałem, maszerować, gadać... to jeszcze jakoś idzie, ale gdy trzeba coś czynić, niema nikogo! Ot tak zawsze bywa z mieszczuchem. Wyciągam przeto rękę:
— Jeżeli nikt nie chce, tedy ja obejmuję komendę!
Powiedzieli chórem:
— Zgoda!
— Ale musi mnie każdy słuchać bez gadania. Inaczej djabli nas wezmą! Do rana jestem tedy wyłącznym panem sytuacji. Jutro będziecie mnie sądzić, zgoda?
— Zgoda! — powtórzyli.
Zeszliśmy ze wzgórza. Szedłem na przedzie po lewej miałem Gangnota, po prawej Bardeta, herolda miejskiego z bębnem. U samego początku przedmieścia natknęliśmy się na rozbawiony tłum, który naiwnie, bez wszelkiej złośliwości dążył ku miejscu, gdzie rabowano. Szli, jakby na uroczysty obchód jakiś. Wiele kobiet niosło koszyki, niby na targ...
Ludzie zatrzymywali się i patrzyli na nasz oddział, rozstępowano się z wielką uprzejmością. Nikt nie wiedział co to znaczy i wielu przyłączyło się, maszerując w takt w ostatnim szeregu. Jeden z takich wolontarjuszów niósł papierowy lampjon ze świeczką płonącą w środku, był to fryzjer Perruche. Zbliżył lampjon do mego nosa i, poznając mnie, zawołał:
— To ty Breugnon, chłopcze kochany! Wróciłeś... a to doskonale, właśnie jest sposobność popicia razem!
— Jest na wszystko czas właściwy, mój Perruche! Popijemy jutro!
— Postarzałeś się widzę, Colasie! Pragnienie nie uznaje przepisanej pory. Zresztą do jutra wino będzie już wypite. Ot, właśnie otwierają beczki! Spieszmy się! Czyżbyś stracił gust do wina?
— Do kradzionego wina nigdy gustu nie miałem!
— Kradzione? Przeciwnie... uratowane! Gdy dom płonie należy przecież ratować dobre i smaczne rzeczy!
Odsunąłem go na bok.
— Złodzieju! — warknąłem.
— Złodzieju! — powtórzyli Gangnot, Bardet, Saulsoy i inni. I minęliśmy fryzjera. Stał chwilę, jak skamieniały, potem usłyszałem jego klątwy i pogróżki i obejrzawszy się, spostrzegłem, że biegnie, wytrząsając pięścią. Gdy nas doścignął, zamilkł nagle i maszerował w szeregu.
Doszedłszy do brzegu Jonny, stanęliśmy u przyczółka mostu. Ścisk panował taki, że nie sposób było przejść. Kazałem bębnić. Pierwsze szeregi rozstąpiły się bezwiednie. Wbiliśmy się klinem i utknęli w ciżbie. Spostrzegłem dwu flisaków, znanych mi dobrze, Joachima z Kalabrji, zwanego „Królem“ i Gadina, zwanego „Gueurlu“.
— Cóż, majsterku Breugnon? — spytał mnie Joachim — Cóż to robisz? A taki poważny... ho ho... uzbrojony.. phi! Gdzież to wybierasz się, na wojnę?
— Zgadłeś, Kalabryjczyku. Właśnie jestem komendantem Cłamecy i będę go bronił przed wrogami!
— Wrogami? Czyś oszalał? Któż jest tym wrogiem?
— Podpalacze!
— I cóż cię to obchodzi? Wszakże twoja chałupa już spalona! Coprawda, przyznajemy, bardzo nam żal, zaszła omyłka, nie należało palić twego domu! Ale Poullard, ten piernik, ten drab utuczony naszym potem, ten rabuś, który pyszni się wełną, zdartą z naszej skóry, a potem obdarłszy udaje moralnego i pogardza biedakami... o, musi on dzisiaj beknąć. Kto go okradnie, ten pójdzie prosto do nieba po śmierci!
Chciałem z nim pogadać przed użyciem przemocy.
— Kalabryjczyku, a gdzie honor?
— Świstam na honor! — zapiał Gueurlu — Mam gdzieś honor. To dobre dla bogaczy, którym stawiają nagrobki z napisami. Cóż zostanie z honoru nędzarza we wspólnym grobie? Śmiecie drwią sobie z honoru!
Nie odpowiadając Gueurluowi, odezwałem się do Joachima.
— Honor to wielka rzecz, królu Kalabrji! Ty sam wiesz o tem! Tak, niemała to rzecz honor dzielnych flisaków Burgundji. Gdy minie sława wielkich rodów, gdy znikną ich nazwiska, wówczas pozostanie jeszcze pamięć pracowników 0 namulonych dłoniach, którzy spławiali drzewo lasów naszych dla budowy domostw... Jakże straszną byłoby rzeczą, by właśnie tych budowniczych nazwać miano kiedyś podpalaczami 1 złodziejami!
— Gwiżdżę na to! — wrzasnął Gueurlu.
Ale „Król“ krzyknął, spluwając:
— Gwizdaj sobie, ścierwo! Breugnon mówi prawdę! Nie ścierpię myśli tak ohydnej. Na św Mikołaja, tego o nas nikt nie powie! Honor nie jest wyłącznem prawem bogaczy. Te siry, czy mesiry nie warte żadnego z nas!
— Ee, nie ma co się krępować! Czy oni sobie robią jakieś skrupuły? Trudno znaleźć większych drabów niż książęta i duki. Weźmy naprzykład Kondeusza, lub grubasa d’Epemon, poplecznika Włoszki, dalej księcia Soissons, a wreszcie choćby i naszego Neversa! Czyż nic nadziewają się do pęknięcia miljonami, niby świnie kasztanami? A kiedy zmarł nasz Henryk, to przecież wszyscy, jak byli, rzucili się kupą i rozkradli skarb państwa. Oto macie honor magnatów... Tfu! Więc dlaczegóż my mamy być gorsi?
Kalabryjczyk zaklął.
— Czekajcie! Jeszcze przyjdzie na nich kreska! Henryk się zjawi, wyjdzie z grobu i porznie ich, jak świnie, albo nie... lepiej my zrobimy ’ z nimi porządek, upieczemy ich, nadziawszy złotem niby prosię kluskami, na wolnym ogniu. Tak ukarzemy kanalje, to wolno... lecz nie wolno nam pod żadnym warunkiem naśladować ich łajdactw. Powiedziałem już i powtarzam, że flisak ma więcej honoru w pięcie, niż taki... rozbójnik w całem sercu.
— Tedy, królu drogi, przyłącz się do nas! — zawołałem.
— Dobrze... i Gueurlu pójdzie z nami!
— Nie... nie, ja nie pójdę! — wrzasnął Gueurlu.
— Widzisz rzekę? — spytał król — Pójdziesz tam z nami razem, albo sam, do wody. Marsz, naprzód! Heej... rozstąpić się! — wrzasnął w tłum — Idzie król Kalabrji, kiełbaśniki zatracone! Z drogi!
Uciekano przed nim, bo walił w prawo i lewo sękatym drągiem, my zaś sunęliśmy za nim, niby płotki?a potężnym szczupakiem. Złoczyńcy byli zbyt pijani, by z nimi dysputować. Każda sprawa ma swój czas. Przeto staraliśmy się tylko przewracać ich na ziemię w ten sposób, by jak najmniej ucierpieli. Pijany człowiek, to rzecz święta!
Znaleźliśmy się u drzwi składu. W domu Piotra Poullarda roiło się od bandytów’, niby od wszy na baranie. Jedni wyciągali kufry i toboły, inni je rozbijali i ubierali się w kradzione suknie, jeszcze inni wreszcie zabawiali się rzucaniem z piętra na dół naczyń porcelanowych i glinianych. Na środek podwórza zatoczono beczułki. Widziałem jednego, który pił, przyłożywszy usta wprost do szpuntu, a potem przewrócił się w kałużę czerwonego wina, wznosząc w górę wszystkie cztery łapy. W bagniskach cennego płynu chlapały się dzieci. Przyświecano sobie, tworząc ogniska z mebli. Z głębi piwnic dolatywały przygłuszone uderzenia młotów i siekier, ryki i wrzaski, kaszel i śpiew. Cały dom tętnił, jakby mu wlazł do brzucha rój szerszeni. Tu i owdzie z pod dachu wymykały się języczki płomienia i wstęgi dymu, snując się po belkowaniu ścian.
Dostaliśmy się w podwórze. Nikt nie zwracał na nas uwagi; wszyscy byli zbyt zajęci sobą. Tedy rzekłem Bardetowi:
— Uderz w bęben!
Bardet załomotał co sił w psią skórę i okrzyknął głośno, iż miasto oddało mi w ręce władzę. Zabrałem potem głos i wezwałem hołotę, by się wynosiła precz. Na odgłos bębna zbiegli się, niby rój much, obsiadający pełny kocioł, i zamilkli, gdy jednak bębnienie ustało, zaczęli na nowo brzęczeć, kląć, śmiać się, oraz rzucać w nas kamieniami. Chciałem wyważyć drzwi piwnicy, ale rzucali ze strychu na nas belkami i dachówkami. Weszliśmy mimo to odparłszy łajdactwo, ale nie bez strat. Gangnot stracił dwa palce, a Kalabryjczykowi wybito lewe oko. Ja sam, podpierając drzwi, które chciano zatrzasnąć, znalazłem się w pułapce, niby lis, bo oto palec mój znalazł się pomiędzy zawiasami. Do licha! Mało co nie zemdlałem i już napół przytomny z bólu waliłem się na jakąś kobietę, na szczęście jednak spostrzegłem napoczętą baryłkę z wyśmienitą wódką, tedy zakropiłem sobie brzusiwo i wymoczyłem mój biedny kciuk. Nabrałem straszliwej odwagi i wziąłem się do roboty. Wściekłość moja rosła w miarę jak owa.. musztarda... coraz więcej biła do głowy.
Walczyliśmy teraz na stopniach schodów piwnicznych. Należało skończyć co prędzej, bo te djabły strzelały z muszkietów wprost w twarze i z tak bliska, że Saulsoyowi zapaliła się broda, który to pożar ugasił Gueurlu w swych namulonych, twardych dłoniach. Szczęściem strzelającym pijakom dwoiło się w oczach, inaczej żaden z nas nie byłby wyszedł żywy z tego piekła. Po chwili musieliśmy wykonać odwrót i wrócić po schodach na górę.
Stojąc u wnijścia, zobaczyłem że pożar posuwa się wzdłuż obu skrzydeł obejścia wgłąb ku piwnicom. Kazałem przeto wznieść wał z kamieni i szczątków, wysoki na człowieka, na wierzch zaś nakłaść skorup i kłujących przedmiotów, uniemożliwiających przedostanie się na drugą stronę. Potem krzyknąłem:
— Zbóje, lubicie ogień, przeto użyjecie sobie teraz dowoli.
Nie zrozumieli niebezpieczeństwa, a gdy się połapali, o co idzie, było już za późno. Pożar ogarnął ściany i gdy zaczęły się sypać płonące krokwie, a z piwnicy zagrzmiały wycia szatańskie, z drzwi piwnicy wylał się potok ludzkich postaci. Na wielu płonęło już ubranie. Zwarta fala uderzyła czołem o mur przez nas wzniesiony i ci, którzy wyszli pierwsi, utworzyli coś w rodzaju korka, który uniemożliwił ratunek pozostałym. Ryki potępieńcze dobywały się ciągle z podziemi. Straszna to była, zaprawdę, muzyka. Okropnie jest słuchać rozpacznych wołań cierpiącego i zdjętego strachem śmiertelnymi człowieka. Gdybym był zwykłym sobie Colasem Breugnon, byłbym niezawodnie zawołał:
— Ratujmy ich!
Ale dowódcy nie wolno mieć serca i uszu, a tylko oczy i rozum posiadać on winien. Widzieć i czynić nieugięcie to co trzeba, oto jego zadanie. Uratować bandytów znaczyło tyle co zgubić całe miasto, gdyż w razie wydobycia się. na wierzch, jako kilkakrotnie liczniejsi i lepiej od nas uzbrojeni byliby wzięli nad nami górę, a co zatem idzie, myśliwi staliby się zwierzyną. Trudno... trzeba było udusić trutnie w ulu.
Widziałem, jak płomienie z lewej i prawej strony połączyły się nad piwnicami, strzelając i rzucając w powietrze pióropusze dymu.
Nagle ujrzałem u wnijścia do piwnicy, wciśniętego w tłum, stojącego bez ruchu, starego znajomego, znanego pod zawołaniem Gambi. Był to nicpoń zgoła nieszkodliwy, odznaczający się tylko niesłychaną pożądliwością wina. Płakał, to znów śmiał się, jakby stracił zmysły. Skąd u licha wziął się on pomiędzy bandytami? Zasłużył na karę, ale mimo wszystko, nie mogłem przecież pozwolić, by się żywcem usmażył. Bawiliśmy się jako malcy, a potem przystąpiliśmy razem do pierwszej komunji.
Odsuwam tedy gapiów, przesadzam zaporę, i stąpając po głowach (gryźli mnie w nogi), idę poprzez miazgę ciał ludzkich, z której się już kurzyło ku Gambiemu. Chwytam go za kołnierz, ciągnę... Niepodobna! Ciągnę mocniej... Nie sposób wyrwać go w całości, chyba krajać po kawałku! Szczęście jednak zawsze sprzyja pijakowi. Gambi wynurzył się o głowę w górę, ci, którzy pchali się z tyłu, podtrzymali go w powietrzu, tak że był jako pestka wyduszona ze śliwki. Kopiąc obcasami w prawo i lewo. zdołałem wyłuskać go do końca.
A był już czas najwyższy. Płomień dął, niby straszliwa trąba powietrzna kominem schodów piwnicznych. Piekło chyba tak wygląda! Swąd piekących się ciał odurzał nos. Pryskał tłuszcz ludzki jak masło na patelni. Z najwyższym wysiłkiem, krocząc ciężko, bo z ciężarem, niebaczny na to, gdzie stawiam nogi, wróciłem za barjerę, wlokąc Gambiego za sobą. Potem odszedłem na bok i rzuciłem ocalonego na ziemię. Mimo śmiertelnego strachu nie puścił dwu emaljowanych talerzy i obrazka, którą to zdobycz wyniósł licho wie skąd. Ściskał je pod pachą. Kiedy wstał i przyszedł do siebie, odrzucił precz swój łup, a potem, zanosząc się od płaczu, zaczął wymiotować. rycząc w przerwach:
— Nie chcę kraść... oddaję wszystko, co zrabowałem... Nie chce kraść...


∗             ∗

O — świcie przybył prokurator Wilhelm Courtignon, eskortowany przez Robineta, który go dostawił na miejsce niemal jako więźnia. Wraz z nimi przybyła kompanja żandarmerji w liczbie trzydziestu zbrojnych, oraz oddział chłopów z kosami. W ciągu dnia przysłał mi magistrat większe posiłki, nazajutrz zaś książę de Nevers odkomenderował poważne siły do Clamecy i okolicy. Armja stwierdziła straty, „osobistości powołane“ spisały całe góry protokółów, oszacowały wartość objektów zniszczonych, dodały do rachunku koszta swego urzędowania i podróży, a potem „władza“ oddaliła się drogą, którą przybyła.
Morał całej awantury brzmi w ten sposób:
— Pomagaj sam sobie nieboże.

A król ci dopomoże!


XI.
KSIĄŻĘCA ŁĄKA
Koniec września.

Powrócił spokój, zgliszcza ochłodły i zaraza gdzieś przepadła. Ale miasto długo pozostawało pod wrażeniem katastrofy. Mieszczuchy przeżuwali przeróżne rzeczy, jakie przeżyli. Próbowali stopą ziemi niepewni, czy się pod ich ciężarem nie zapadnie. Nie mogli uwierzyć, iż zwyciężyli. Kryli się po domach, co najwyżej przemykali popod ścianami domów ze spuszczonemi uszami i ogonem między nogami. Djabli wzięli ambicję, nikt nie śmiał spojrzeć bliźniemu w oczy. Bano się własnego odbicia w lustrze... albowiem wylazło czasu onych dni szydło z worka. Kanał ja. ludzka ukazała się w całej nagości... A to nie było miłem... o, nie! Jedni wstydzili się drugich, niedowierzano sobie wzajem. Ja sam nie czułem się zadowolony. Zrobiłem wprawdzie co trzeba, ale zawsze, owa masakra masowa, owo autodafé... ten odór pieczonego ciała Judzkiego... brr!... Uuf! Ponadto wspomnienie łajdactwa, okrucieństwa u ludzi z najbliższego otoczenia/wszystko to wytrąciło mnie z równowagi. A ludzie czuli co o nich myślę i mieli urazę. Krępowaliśmy się wzajem. Radbym był im powiedzieć: kochani współobywatele, przebaczcie mi... oświadczam, że nie widziałem nic... Upał jesienny ciężył miastu, koniec lata przepoił wszystko dziwnem odrętwieniem.
Racquin odstawiony został pod dobrą eskortą do Nevers, a rząd i książę zaczęli spierać się o to, kto go ma sądzić. Korzystając z tej dywersji śnił plany wykręcenia się sianem. Co do mnie, kasztelański urząd raczył patrzyć przez palce na to co uczyniłem. Okazało się, że, ocalając miasto, popełniłem mnóstwo zbrodni i przekroczeń prawa, za co powinienbym właściwie zostać zesłany na galery. Ale ponieważ nie byłbym się mógł dopuścić tych deliktów, gdyby władza była wytrwała na stanowisku, przeto nie nastawano na karanie mnie, a ja również nie upominałem się oczywiście o wymiar sprawiedliwości. Człowiek czuje się niewinnym, ale djabeł sam jeden wie, co o tem mówi tak zwane prawo. Wystarczy włożyć jeden palec w maszynę ustawodawczą, a całe ramie stracone! I trzeba odciąć rękę, bo inaczej... adiu Fruziu... człeka licho bierze z kościami! Tedy bez niepotrzebnych słów stanął między mną, a... tymi panami od zielonego stolika milczący pakt tego rodzaju, że ja nic nie zrobiłem, a oni niczego nie widzieli, zaś to co się stało onej nocy pod moim przewodem, stało się z woli i ramienia władzy. Ale to teorja. Ani ja, ani obywatele nie mogliśmy zapomnieć, przeto bano mnie się w całem mieście... prawdę mówiąc, uczuwałem sam przed sobą rodzaj strachu i zdziwienia, iż mogłem być tak okrutnym. Pal sześć rolę Atylli, czy Cezara. Piorun jowiszowy wyobrażam sobie w formie fantazji, czy uniesienia przy szklance wina, ale wojna... wojna domowa zwłaszcza... to nie moja rzecz! Krótko i węzłowato, wszyscy byliśmy rozstrojeni i niezadowoleni z siebie, czuliśmy wyrzuty sumienia i ucisk w trzewiach.
Zabraliśmy się z zapałem do roboty. Praca, niby gąbka wypija poczucie wstydu i wyrzuty sumienia, przy pracy dusza okrywa się nową skórą i wzbiera krwią świeżą. A pracy tej nie brakło, bowiem ruiny i zgliszcza zaległy wokół. Ziemia tego roku wspomogła nas dzielnie i wydatnie. Oddawna nie było takiej obfitości owoców i zboża, a szczytem dostatku stało się tegoroczne winobranie.
Zdało się doprawdy, że ta kochana matka nasza chce nam w winie oddać krew, która w nią wsiąkła. Zaprawdę nic nie ginie w świecie. Wszakże woda, spadająca z nieba, wraca w postaci oparu, czemuż tedy wino nie ulegałoby takiej samej cyrkulacji pomiędzy ziemią, a krwią ludzi. Toż to ten sam sok! Wyobraźmy sobie, że jestem szczep winny albo, że byłem nim ongiś, lub kiedyś będę. O, jakżebym pragnął zostać w ten sposób nieśmiertelnym, odnawiać się z każdą wiosną, czuć że rosnę, puszczam liście, wydaję krągłe pełne jagody, pękające z obfitości soku na słońcu a potem... zostać zjedzonym... (to najlepsze!). Jak się tedy powiedziało, soku winogradowego było tego roku co niemiara, aż zbrakło beczek. Musiano użyć wszystkich garnków, balij, koryt i nie można było dać rady z wyciskaniem. Zdarzyła się rzecz niesłychana dotąd, mianowicie stary winiarz z Andrie, ojciec Coullemard obwieścił, iż sprzeda beczkę winogron za trzydzieści sous, pod warunkiem, że nabywca sam sobie je zabierze z winnicy.
Wyobrazić sobie łatwo nasze wzruszenie. Wszakże, jako ludzie oszczędni i stateczni nie mogliśmy ścierpieć, by się dar boży zmarnował. Musieliśmy się poświęcić i pić... pić... pić... bohatersko, by sprostać tej pracy Herkulesa. Nieraz też biedny Herkules musiał dotykać ziemi, wyręczając w tem słynnego Anteusza. Dobrą stroną tej ciężkiej pracy było, że myśli nasze przybrały inny kierunek, że czoła się rozchmurzyły, a policzki nabrały kolorów.
Ale mimo wszystko zostało coś na dnie puharu, jakieś męty ciemne i niesamowite sprawiały, że ludzie trzymali się zosobna, unikali się i patrzyli na się zpodełba. Każdy przyszedł potrochu do siebie, odzyskał równowagę (zresztą bardzo chwiejną) umysłu, ale nikt nie chciał zbliżać się do sąsiada, pito w pojedynkę, zamykano się u siebie, a jak wiadomo, jest to bardzo niezdrowa rzecz. I byłby ten przykry stan trwał Bóg wie jak długo, gdyby nie przypadek. Przypadek to chytra sztuka. Dzięki niemu właśnie natrafiliśmy na coś, co łączy ludzi, mianowicie na wspólnego wroga. Miłość także zbliża, ale uczynić z całej gminy jednego męża może tylko wróg wspólny, zaś wrogiem owym stał się nasz władca.
Tej jesieni strzeliło do głowy księciu Karolowi, by zabronić nam używania łąk podmiejskich, będących rzekomo jego własnością, a zwłaszcza pastwisk zwanych zdawna Pre-le-Comte. Łąki owe czy pastwiska, położone tuż za bramami miasta, przez które snuje się kapryśny wężyk Beuwronu, to od lat trzystu przedmiot sporu. Książę ciągnie potężnemi swemi zębiskami w jedną stronę, a my naszemu zębami w drugą. Mniejsze i nie tak potężne mamy zęby, ale nie nawykliśmy puszczać zdobyczy z paszczy.
Ni po jednej, ni po drugiej stronie niema żadnego zacietrzewienia, śmiejemy się wzajemnie, mówimy do siebie: drodzy przyjaciele... jaśnie oświecony książę... ale przeciwnicy czynią wszystko co ich w mocy, by zalać sobie wzajem sadła na skórę i ani im w głowie ustępować choćby piędzi ziemi. Prawdę powiedziawszy, nie przyznano nam nigdy słuszności. Wszystkie trybunały, aż do najwyższego, zadekretowały jednozgodnie po wiele razy, iż nasza łąka nigdy naszą nie była. Wiadomo jednak, że tak zwana sprawiedliwość jest to sztuka robienia... za dobre pieniądze... czarnem tego, co jest białe. To też wyroki sądów mało nas obchodziły. Sądzić, to rzecz sędziów... posiadać, to rzecz nasza. Czy czarna krowa czy biała, rzecz główna — komu mleko dawała... Nam dawała mleko, przeto uważaliśmy ją za swoją. Łąka nie daje coprawda mleka, ale daje różne korzyści. Po pierwsze, był to jedyny w Clamecy kawał gruntu, nie należący wyłącznie do żadnego z obywateli. Będąc tytularnie własnością księcia, była własnością wszystkich i każdy mógł ją niszczyć dowoli. Robiono też tam wszystko, czego nikt nie chciał robić u siebie-Pracowano tam, czyszczono, trzepano materace i dywany, wyrzucano śmieci, grano w gry towarzyskie, spacerowano, pasiono kozy, tańczono przy muzyce, ćwiczono się w strzelaniu z kuszy i samopału, oraz w bębnieniu, zaś nocą, wśród traw rozkwieconych różnobarwnemi papierami, przy szmerze Beuwronu, który się niczemu nie dziwił (widział bowiem niemało).. uprawiano miłość.
Póki żył nasz kochany książę Ludwik, wszystko szło po staremu, bo udawał że niczego nie widzi. Człowiek ten wiedział, że chcąc mocno trzymać wodze rządu trzeba na niejedno pozwolić poddanym. Cóż mu to szkodziło, że mieliśmy złudzenie swobody, gdy on był w rzeczywistości panem. Ale synalek jest pyszałkiem i ile razy któryś z kogutków na jego podwórku zapieje, zaraz pokazuje pazury władzy (w rzeczywistości władzy zresztą nie posiada, tylko udaje pana). Nie rozumie, że Francuz musi kpić ze swego władcy. Jeśli się nie śmieje, napewne zamyśla podnieść bunt. Nikt Franzuzem nie owładnie, jeśli sprawę bierze serjo, kocha on bowiem tylko tych, z których się może śmiać, będąc tego zdania, iż śmiech równa ludzi.
Otóż gąsior ów, Karolek, zaprzeczył nam pewnego pięknego poranku prawa tańczenia, deptania i kochania się na Pre-le-Comte. Zaiste, właściwy obrał czas do zakazu! Powinienby był nas raczej, wobec strat poniesionych zwolnić od podatków! Ale trafiła kosa na kamień! Postanowiliśmy pokazać pyszałkowi, że Clameceńczycy nie są zrobieni z drzewa fletowego, by na nich miało grać byle książątko, ale z suchej, twardej dębiny, w którą z trudem wbija się siekiera, a wydobyć jej już zgoła nie można.
Odbierać nam łąkę? A to co? Wszakże posiadamy ją (prawem kaduka coprawda, ale kradzież uświęcona trzystoletniem posiadaniem jest nienaruszalna)... posiadamy ją, uczyniliśmy sobie z niej podarek, a przytem zdobyliśmy cal po calu w wytrwałej, upartej walce zaborczej... Wszakże to jedyna rzecz, która nas nic me kosztowała, a przeto zabór jej sprawił nam tyle uciechy! Czyż wartoby coś brać wogóle, gdyby się miało oddawać? Cóż warteby było życie? Zaprawdę, gdybyśmy ustąpili, przodkowie nasi wstaliby z grobów ku obronie zagrożonej łąki. To kwestja honoru miasta! Tak zawołaliśmy jednogłośnie i stanęliśmy jak jeden mąż do rozprawy.
Wieczorem onego dnia, kiedy tambor miejski obębnił i ogłosił fatalny dekret (uczynił to w sposób tak ponury, jakby głosił wyrok śmierci na kogoś), wszyscy znaczniejsi obywatele, urzędnicy, przewodniczący stowarzyszeń i starsi bractw zgromadzili się na rynku. Znalazłem się tam i ja, jako przedstawiciel bractwa Św. Joachimy, babki św. Anny (jak każdemu wiadomo). Różne posłyszałem zdania co do sposobu wprowadzenia w czyn akcji obronnej, wszyscy jednak godzili się, że trzeba koniecznie zaraz działać.
Gangnot, przedstawiciel Św. Eljasza, i Kalabryjczyk, imieniem Św. Mikołaja, oświadczyli się za użyciem metody silnej pięści. Proponowali obaj, aby niezwłocznie podpalić bramy zamku, by rozwalić mur, porozbijać głowy straży książęcej, oraz zniszczyć wszystko na łące aż do gołej ziemi.
Przeciwnie piekarz Florimond, wyobraziciel łagodnego z natury Św. Honorjusza, oraz ogrodnik Maclou, wyznawca Św. Fiakra, objawili uczucia zgoła jagnięce, pojednawcze i wskazywali, że właściwą jest jedynie droga pisemnych układów, przedstawień i suplik, popartych zresztą znacznemi dawkami wytworów pieca piekarskiego i produktami ogrodu owocowego, złożonemi na ręce księżnej.
Owe wnioski nie przeszły, gdyż na szczęście, ja z moją Joachimą, oraz Jan Bobin, przedstawiciel bractwa Św. Kryspina, i Edmund Poilou, z takiegoż bractwa Św. Wincentego, nie dopuściliśmy ani do gwałtu, ani do upadlającego włażenia księciu bez mydła tam, gdzie nie potrzeba. In medio virtus! Każdy rozumny Burgund znajdzie sposób zakpienia sobie z kogoś, kto mu jest nie na rękę i napluje mu spokojnie w brodę, nie wyrywając zaraz włosów garściami. To jest nawet oszczędniejsze, bo nie tyle kosztuje, a zemsta jest tem milsza, gdy ubawi zarazem.
Czyż mam opowiedzieć farsę przez siebie wymyśloną, zanim się rozegrała? Nie... nie. Wystarczy, jeśli zanotuję, że wielka nasza tajemnica przez dwa tygodnie dochowana została ściśle, mimo, iż wiedział o niej każdy obywatel miasta. Idea przewodnia była moją, ale każdy dorzucił coś od siebie celem upiększenia, tak że wspólne nasze dziecko przedstawiało się ślicznie, nie brakło mu bowiem ojców. Mer i ławnicy dowiadywali się codzień dyskretnie co słychać z projektem, a notarjusz Delavau, otulony płaszczem, co nocy przychodził na posiedzenia i wskazywał nam sposoby gwałcenia prawa, pod pozorem najwyższej uległości dla jego postanowień.
Pokazywał nam też wypracowane starannie sentencje łacińskie, gloryfikujące księcia i dające wyraz naszego posłuszeństwa, które były tak skonstruowane, że można było je interpretować wprost przeciwnie.


∗             ∗

Nareszcie nadszedł wielki dzień. Zgromadziliśmy się ogoleni, przybrani odświętnie, ustawiając się rzędami pod godłami brackiemi. Oczekiwaliśmy mera i rady miejskiej. Z wieży Św. Marcina wybiła dziesiąta, a jednocześnie zagrały wszystkie dzwony. Na dany znak rozwarły się na ściężaj podwoje ratusza i podwoje katedry i na obu terasach, niby marjonetki, ukazała się z prawej biała komża kanonika, a z lewej zielonożółty korowód radnych. Zamieniono ponad naszemi głowami uroczyste ukłony, potem z prawej, poprzedzony ponsowo ubraną służbą kościelną (nosy były też ponsowe) począł kroczyć po schodach kanonik, a z lewej rada, poprzedzona strażą miejską i sługusami, przybranymi w łańcuchy, emblematy i godła. My, ugrupowani wokoło placu Św. Marcina, staliśmy szeroko zatoczonym kręgiem, pośród którego znalazły się władze i dostojnicy. Nie brakło nikogo, nikt się nie spóźnił. Palestra, urzędnicy prokuratorji i notarjusz pod sztandarem Św. Iwona, doradcy prawnego Boga Ojca. zaś aptekarze, kuglarze i lekarze, wykwintni znawcy uryny i klistyrodawcy sub invocatione Św. Kośmy, który odświeża pono wnętrzności mieszkańców raju, tworzyli wokół kanonika coś w rodzaju świętej gwardji. Zpośród mieszkańców brakło tylko jednego, mianowicie samego prokuratora, przedstawiciela księcia.
Przez czas jakiś czekano na placu, który zdawał się beczką pełną musującego moszczu. Rozbrzmiewały radosne pomruki, śmiechy, strojono skrzypce, naszczekiwały psy... Czekano widocznie na coś ważnego... Cierpliwości... Oto niebawem... wszystko się wyjaśni... Już idzie... niosą! Jeszcze, zanim ujrzano niespodziankę, zapowiedziały ją okrzyki, a głowy wszystkich, niby chorągiewki pod uderzeniem wiatru, zwróciły się w jedną stronę.
Z ulicy Targowej poczęła się wysuwać niesiona na ramionach ośmiu tęgich młodzieńców, wzniesiona wysoko ponad tłum jakaś dziwna budowla z drzewa. Miała kształt piramidy, coś niby trzy coraz to mniejsze stoły, postawione jeden na drugim. Nogi wszystkich stołów otoczone były wstęgami, galonami, obandażowane jaskrawą materją jedwabną, zaś na szczycie widniała pod baldachimem bogato przystrojonym w pęki wstęg, jakaś zawoalowana figura. Nikt się nie dziwił, bowiem wszyscy znali tajemnicę. Każdy zdjął grzecznie czapkę przód figurą, ale śmiali się wszyscy ukradkiem.
Cała maszyna ustawiona została pośrodku placu pomiędzy murem a kanonikiem, a korporacje z muzyką na czele zaczęły defilować wokoło. Pierwszy, jak przystoi, kroczył Św. Mikołaj. Kalabryjczyk ubrany w infułę ze słońcem, wymalowańem na plecach, trzymał w żylastych, czarnych rękach swych godło patrona rzek w kształcie okrętu z figurą świętego, błogosławiącego dwoje dzieci. Towarzyszyło mu czterech starych marynarzy z grubemi jak pałki, żóltemi, twardemi jak drzewo świecami w dłoniach, których w razie potrzeby można było użyć do innego celu. Kalabryjczyk kroczył uroczyście, wznosząc w niebo swe jedyne oko i kiwając się pompatycznie na nogach.
Za nim postępowali metalowcy, synowie Św. Eljasza, nożownicy, ślusarze, kowale pod wodzą Gangnota, który w nadwerężonej czasu walki ręce niósł wysoki krzyż, na drzewcu którego widniały emblematy cechu, kowadło i młotek. Dalej kroczyli winiarze i bednarze śpiewając hymn do wina, do swego patrona św. Wincentego i wznosząc godło cechu na wysokim drągu... Trudno wymienić wszystkich. Gdy korowód przesunął się koło dziwacznej figury, drewniana budowla drgnęła i ruszyła.
A przed nią, niby przed arką przymierza, kroczyły biało ubrane dziewczęta, piszcząc jakieś pieśni. Mer i trzej ławnicy postępowali obok, dzierżąc w dłoniach kwasty wstążek spływających z baldachimu. Radnych otaczała świta dzieci Iwona i Kośmy, za nimi kroczył szwajcar katedralny, wyglądający niby czerwony kogut, a za nim kanonik w asyście księży, którzy śpiewali litanję.
Dalej płynęła fala tłumu, zbita, gęsta jak powidło, a ruchliwa, jak rój os. Wyszliśmy z miasta i udali się wprost na łąkę. Wstępu na nią broniła świeżo ustawiona bar jera, trzej policjanci oraz kapitan, który niedawno objął służbę w zamku. Kapitan był przybyszem świeżym, przeto wziął wszystko zbyt poważnie i w pierwszej chwili chciał wzbronić procesji wstępu (biegał i przewracał oczyma). Toż samo, ale tylko na pozór czynili wtajemniczeni policjanci. Z tłumu, jak to było zawczasu ułożone, podniosły się okrzyki i pogróżki, które jednak mogły bardzo łatwo zmienić farsę w walną bitwę, bo godło Św. Mikołaja drgało już w rękach Kalabryjczyka, a świece w dłoniach jego akolitów.
W sam czas wysunął się mer i zawołał:
— Odkryć głowy!
W tej chwili spadła zasłona okrywająca figurę, a heroldowie miejscy wrzaśli:
— Z drogi! Idzie książę!
Hałas ucichł natychmiast. Wszyscy święci, uszeregowani w szpaler, sprezentowali broń, a kapitan i policjanci przestali bronić wstępu. Korowód wtłoczył się, prowadząc z sobą księcia in effigie. Tak przynajmniej głosił urbi et orbi notarjusz, ale prawdę mówiąc, figura wcale nie wyobrażała księcia. Nie mając ani czasu ani ochoty rzeźbić go, wzięliśmy z jakiegoś strychu starą figurę (nigdy nie dowiedziano się, kogo przedstawiała, ani kto ją robił), na podstawie której widniał napół zatarty napis: Baltazar.
Ale cóż to szkodzi? Wszakże wiadomo, wiara zbawia. Książę tedy przeszedł środkiem szpaleru, a chorągwie skłoniły się przed nim. Wkraczał w ten sposób na swoją łąkę, a my z nim, jako jego świta, z muzyką, śpiewem, wianiem sztandarów... Któż mógł coś zarzucić, kto upatrywać choćby cień nieposłuszeństwa? Chcąc nie chcąc, i kapitan musiał się zgodzić. Miał do wyboru, albo zaaresztować księcia, albo przyłączyć się do orszaku. Oczywiście uczynił, co musiał uczynić.
Wszystko szło jak najlepiej, gdy nagle nawa omal że nie zatonęła w samym porcie, skutkiem sporu reprezentanta Św. Mikołaja i Św. Eljasza o to, kto ma wejść pierwszy na łąkę. Jako wielbiciel wszystkich świętych pospieszyłem na pomoc.
— Bracia! Niema tutaj u nas pierwszych i ostatnich! Pierwszym jest sam tylko książę, reszta to ludzie równi sobie, a jeśli już chcecie, bym wam wskazał kogoś godniejszego od innych... oto macie go... macie przedstawiciela boga Bachusa!
W tej chwili chwyciłem za kołnierz stojącego tuż obok mego zacnego, napół pijanego Gambiego i, niosąc go przed sobą niby godło, wkroczyłem na łąkę wśród śmiechu tłumu.
Cała łąka zapełniła się ludźmi. Rozpoczęły się tańce wokoło księcia, zabawy, jedzono, pito, biwakowano do późnego wieczora, a nazajutrz łąka wyglądała, jak chlew, jak śmietnik. Ani śladu trawy, wszystko wdeptały w miękką ziemię podeszwy czcicieli księcia, a zapał, z jakim czciło go całe miasto, zniweczył doszczętnie jego własność. Sądzę, że był zadowolony, a my także.
Wprawdzie prokurator, wróciwszy nazajutrz, zaprotestował i rozpoczął śledztwo, ale go nie ukończył i... drzwi zostały otwarte. Nikomu zresztą nie zależało na tem, by rzecz wyjaśnić.
W ten sposób pokazaliśmy światu, iż możemy być dobrymi poddanymi księcia i czynić co się nam podoba, nie licząc się z jego wolą, a ta udana farsa wprowadziła wszystkich w doskonały humor.
Ci i owi zbliżali się do siebie, mrugali oczyma i mówili:
— Jeszcze trochę nam zostało fantazji... prawda... Nie damy się! Wszystko będzie dobrze!

I wspomnienie przebytych klęsk uleciało z dusz mieszkańców Clamecy.


XII.
CUDZY DOM
Październik.

Trzeba się było ostatecznie zdecydować, gdzie zamieszkam. Zwlekałem z tem, ile tylko mogłem. Człowiek cofa się wstecz, mając wykonać skok. Tymczasem wałęsałem się od jednego znajomego do drugiego, tu przespałem jedną noc, tam znów dwie. Dopóki na wszystkich ciążyła zmora strachu i wspomnienie przejść okropnych, każdy się czuł dobrze u drugiego. Ale wiecznie to trwać nie mogło. Niebezpieczeństwo oddalało się, a każdy właził w swoją skorupę. Cóż, kiedy nie miałem skorupy. Nie mogłem zamieszkać w gospodzie, córka i synowie nie byliby dopuścili. Chłopcy oczywiście nie mieli dla mnie serca, ale jako mieszczuchy w Clamecy znane i zajmujące pewne stanowisko, nie mogli dopuścić, by ich wytykano palcem. Ale nie spieszno im było. Mam za długi język, a to bigoty straszne. Namyślali się, który ma się poświęcić i byli zaambarasowani tak samo, jak ja. Martynka kocha mnie naprawdę i od pierwszego dnia upominała się, bym u niej mieszkał. Ba... ale cóż powie pan zięć, myślałem ze strachem? Unikałem tedy wszystkich trojga i ulokowałem się w szałasie, w winnicy nad gościńcem baumondzkim. Tu spędziłem noc z zarazą, a ci zaślepieńcy, którzy spalili mój dom zgoła nietknięty chorobą, pozostawili zapowietrzoną budę. Ale nie bałem się już owej damy, przeto przyczaiłem się tutaj, wiedząc zresztą dobrze, że zimować niepodobna w kolebie o nieprzystających drzwiach, wybitych szybach w oknie dziurawym dachu, przez który lała się woda deszczowa. Ale jakoś deszcz nie padał... a jutro... ej... ktoby tam myślał o jutrze? Gdy nie mogę wydobyć się z matni, mam zwyczaj odkładać to na drugi tydzień.
— I na cóż się to zda? — powiedziałby ktoś — Trzeba i tak przełknąć pigułkę!
A oto cobym odparł:
— Czekajże, niewiadomo wcale, czyli za tydzień świat będzie istniał jeszcze. Okropnieby mi było, gdyby akuratnie po przełknięciu pigułki, ozwały się trąby Pana Zastępów. Pocóż się tak spieszyłem? Przyjacielu, nie odkładaj ni na godzinę szczęścia, bo szczęście pije się na gorąco. Natomiast niedola ma czas. Nie zaszkodzi niedoli, gdy trochę ochłodnie, będzie miała lepszy smak!
Głowić się niema co, powiedziałem sobie i czekałem, a raczej nie czekałem na nic, tylko sobie odpoczywałem, dla większego bezpieczeństwa zamknąwszy i zabarykadowawszy drzwi. Rozmyślałem, ale bez zbytniej goryczy. Skopałem swój ogród, poobcinałem suche gałęzie, okryłem winorośle, okopałem karczochy, przewiązałem rany w korze starych drzew, słowem przygotowałem swój ogród na sen zimowy pod śniegową kołderką.
Napracowawszy się, sięgałem czasem po złoty melonik, który się tu i owdzie zaplątał i rozkoszowałem się przepysznym, wonnym sokiem, spływającym mi do gardła. Nie chodziłem do miasta, chyba gdy trzeba było odnowić zapasy amunicji (to jest picia, jedzenia i nowinek) a czyniłem to, starannie unikając swej progenitury. Chciałem wpoić w nich przekonanie, że udałem się w podróż. Nie wiem czy wierzyli, ale jako synowie pełni szacunku nie twierdzili, że tak nic jest. Graliśmy z sobą tedy w ciuciubabkę! Ale nie braliśmy w rachubę Martynki, która niebawem przeniknęła mój podstęp.
Pewnego dnia, wychodząc z szałasu, spostrzegłem ją zdała. Więc wszedłem do środka i zamknąłem drzwi. Siedziałem z zapartym oddechem. Martynka zapukała:
— Otwórz, ojcze. Wiem, że jesteś w domu! Bębniła pięścią, kolanem, sabotami. Mało nie rozwaliła drzwi. Wreszcie dała spokój. Posłyszałem, że odchodzi, wyszedłem tedy i zacząłem się śmiać. Śmiałem się, kaszlałem, łzy mi zalewały oczy. Nagle posłyszałem za sobą głos:
— Nie wstyd ci, ojcze?
Omal nie upadłem na ziemię. Obejrzałem się i zobaczyłem, że stoi pod murem i patrzy mi surowo w oczy.
— Mam cię, stary błazenku! — powiedziała.
Ogłupiały całkiem, odparłem:
— Ano wpadłem w sidła.
Nagle wybuchliśmy oboje śmiechem. Zawstydzony otwarłem drzwi, a ona weszła niby zwycięski Cezar, stanęła przede mną i, biorąc za brodę, rzekła:
— Proś o przebaczenie!
Rzekłem:
— Mea culpa! (Przy tej okazji, zupełnie jak na spowiedzi pocieszałem się, że zacznę na nowo).
Wzięła mnie za brodę i potrząsła dosyć mocno w prawo, w lewo, do góry i na dół.
— To wstyd! — powiedziała — Taki siwy jegomość, a trzymają go się psie figle.
Jeszcze potrząsnęła parę razy brodę moją, niby dzwonkiem, potem pocałowała mnie serdecznie i powiedziała: — Czemużto zły człowieku nie zjawiłeś się choć wiedziałeś, że czekam.
— Wytłumaczę ci to dokładnie, dziecko! — powiedziałem.
— Wytłumaczysz w domu! No chodźmy!
— Ależ nie jestem gotów! Muszę się przecież spakować!
— Spakować? — spytała — Więc pakujmy!
Zarzuciła mi na plecy kaftan, włożyła na głowę stary, zniszczony kapelusz, otrzepała mi kolana z prochu i zawołała:
— Już wszystko spakowane... marsz!
— Zaczekaj chwilkę! — poprosiłem i usiadłem na progu.
— Jakto! — krzyknęła oburzona — Opierasz się, ojcze, nie chcesz iść do mnie.
— Nie opieram się! Nie... naturalnie, widzę, że będę ostatecznie musiał iść do ciebie — bo innej rady niema!
— A to ładnie! Nie kochasz mnie, widzę!
— Kocham cię bardzo, droga Martynko, ale wolałbym dużo kochać cię u siebie, niż iść do cudzego domu!
— Cudzy? Przecież mój...
— Hm... w połowie! — zauważyłem.
— O, nie! — zawołała stanowczo — Bądź ojcze spokojny. Ja się godzę na to, czego on chce, ale on się musi godzić z tem, co jest moją wolą. Zobaczysz... będzie uszczęśliwiony! Dałabym mu, gdyby nie był uszczęśliwiony! Ho... ho!
— Wierzę ci! — odparłem — Ale dotąd miewałem tylko lokatorów... naprzykład żołnierzy z załogi ks. de Nevers, więc nie jestem przyzwyczajony być lokatorem...
— Przywykniesz, ojcze! — powiedziała — Nie mówmy dłużej daremnie... Dalej w drogę!
— Dobrze, ale jeden warunek.
— Już stawiasz warunki?
— Że zamieszkam tam, gdzie zechcę.
— Widzę, że będziesz tyranem! No... ale zgoda!
— Przyrzekasz?
— Przyrzekam!
— I jeszcze jedno...
— Ani słowa! W drogę!
Wzięła mnie za ramię i nagle...
— Au! Jak ty szczypiesz... psia...
A to szelma baba. Uszczypała mnie do krwi... Trudno, musiałem iść.
Gdyśmy przyszli do domu, pokazała mi przeznaczony dla mnie pokoik za sklepem, miły, ciepły i w pobliżu jej pokoju położony. Poczciwa kobieta traktowała mnie jak dziecko przy piersi. Łóżko było gotowe, czyste, wonne, ponętne, a na stoliku nocnym stał w szklance bukiet. Byłem rozczulony, ale powiedziałem sobie:
— Doprowadzę ją do pasji — i rzekłem stanowczym głosem:
— To mi nie odpowiada!
Urażona pokazała mi inne pokoje na parterze, ale nie chciałem żadnego, natomiast obrałem sobie maleńką stancyjkę na poddaszu. Zaczęła się złościć, ale powiedziałem jej:
— Jak chcesz, moja droga. Tak, czy nie? Albo tu zamieszkam, albo wrócę do szałasu!
Musiała ustąpić.
Ale co dnia i co godziny wracała ciągle do swego.
— Nie możesz tu mieszkać, ojcze! Lepiej ci będzie na dole. Powiedz, co ci się tam nie podoba... U licha, gadajże raz, uparciuchu, czemu się opierasz?
Odparłem przekornie:
— Bo tak mi się podoba!
— Wścieknę się ze złości! — wrzasła oburzona — Ho, ho, wiem ja dobrze zarozumialcze o co ci idzie! Nie chcesz niczego zawdzięczać dzieciom, mnie nawet! Dalibóg spiorę cię na kwaśne jabłko!
— Ano dobrze, spróbujemy się, ale przestrzegam, że ci posiniaczę pośladki!
— Jesteś człek bez serca!
— Kochane dziecko...
— Tak, tak, przymilaj się teraz, służ na łapkach... obrzydliwy jesteś!
— Kochana córuś, słodka Martynko, drogi babiszonku, śliczna bestyjko...
— Zalecasz się do mnie, widzę ty, miodousty pochlebco, kpiarzu, kłamco! Skończże raz drwiny, nie śmiej mi się w nos, nie rób małpich min!
— Martynko! Popatrz mi w oczy. Ty także żartujesz, prawda?
— Ani mi się śni!
— Ej...
— Nie, nie i raz jeszcze nie!
— Ale przecież widzę wyraźnie!
Nacisnąłem palcem jej policzek wzdęty od śmiechu, aż musiała wypuścić powietrze.
— Dość głupstw! — zawołała — Mam do ciebie, ojcze, wielką urazę, a nie mogę się nawet zdobyć na gniew. Robisz takie miny, że mimowoli śmiać się muszę. Rób co chcesz, nienawidzę cię! Stary kpiarz zrujnowany udaje Artabana i robi miny pyszałka wobec dzieci swych. Nie masz do tego prawa!
— Mam prawo i to jedyna rzecz jaką posiadam...
Zasypała mnie docinkami, a ja jej wetknąłem również parę ostrych szpileczek. Języki nasze były wprawne, obracały się wartko, a słowa błyskały i cięły niby noże. Na szczęście w chwilach największego zacietrzewienia to ja. to ona musieliśmy palnąć coś śmiesznego i niesposób się nam było powstrzymać od wybuchu wesołości. Potem zaczynaliśmy na nowo.
Kiedy już dostatecznie wytrzepała na wszystkie strony język (od długiej chwili nie słuchałem jej już), powiedziałem:
— Teraz pora zamykać bramę. Jutro będzie ciąg dalszy.
— Dobranoc. Więc odmawiasz? Milczałem.
— Pyszałku! Pyszałku! — zawołała.
— Posłuchajno, moja droga! — rzekłem — Jestem pyszałek, Artaban, słowem wszystko co chcesz. Ale powiedz mi szczerze, Martynko, jakbyś postąpiła, znalazłszy się w mojem położeniu?
Zadumała się, a potem odparła:
— To samobym uczyniła, ojcze, co ty!
— A widzisz. Tedy basta i pocałuj mnie na dobranoc!
Pocałowała mnie serdecznie, potem zaś odeszła mrucząc:
— Czyste utrapienie, kiedy niebo obdarzy człowieka dwoma takiemi ananasami!
— Racja! — dodałem — Powiedz tedy kazanie twemu drugiemu ananasowi, nie mnie.
— Usłyszy co trzeba, ale to nie skwituje nas obojga!
I nie skwitowaliśmy się. Zaczęła na nowo następnego ranka. Nie wiem co o tem sądziły niebiosy, ja jednak utrzymałem się na posterunku.


∗             ∗

Przez kilka pierwszych dni było mi jak w raju. Wszyscy mnie psuli, nadskakiwali mi. sam Florimond starał się odgadywać me myśli i zasypywał mnie dowodami miłości synowskiej. Martynka wodziła za mną oczyma, a Glodzia ćwierkała, jak ptaszynka. Miałem najlepszy — fotel, podawano mi pierwszemu półmisek, słuchano nabożeństwem, gdym otworzył usta... Było tak dobrze... ach, tak wyśmienicie, że nie mogłem wytrzymać. Djabli mnie brali, nie mogłem dosiedzieć na miejscu, włóczyłem się dwadzieścia razy na godzinę po schodach na strych i złaziłem znowu na dół. Czułem, że to drażni wszystkich. Sama Martynka podskakiwała ze zdenerwowania, ile razy usłyszała trzask schodów, uginających się pod memi stopami. Gdyby to było lato, uciekłbym w pole, teraz wracałem na strych. Jesień nastała ciemna, lodowata, gęsta mgla przysnuła pola a deszcz lał po całych dniach i nocach jak z cebra. Byłem przykuty do miejsca, a w dodatku do cudzych kątów... Boże wielki!
Martynka nie zdawała sobie dostatecznie sprawy, że poglądy estetyczne Florimonda były straszne, a cały dom zapchany był rzeczami, które doprowadzały mnie wprost do rozpaczy. Dałbym nie wiem co, by móc je zmienić w kształcie, albo przynajmniej przestawić na inne miejsce. Ale właściciel czuwał i robił zawsze awanturę, ile razy dotknąłem choćby palcem jego skarbów. Zwłaszcza w jadalni znajdowała się rzecz wprost ohydna, mianowicie duży dzban z podstawą metalową i ozdobami przedstawiającemi dwa całujące się gołąbki, oraz panienkę, uśmiechającą się z cielęcą czułością do młodzieńca. Mgliło mnie gdy spojrzałem, więc poprosiłem Florimonda, by tę potworność usunął ze stołu bodaj na czas jedzenia. Ale w poczuciu praw swoich odmówił stanowczo, był dumny z onego dzbana i uważał go za ostatni wyraz sztuki, zaś moje kaprysy potraktowano humorystycznie.
Cóż było robić? Czy śmiać się z samego siebie, czy płakać nad sobą? Po całych nocach przewracałem się z boku na bok, niby kotlet na patelni i słuchałem szumu deszczu po dachu. Nie śmiałem nawet chodzić po mojej stancyjce.gdyż stąpanie wstrząsało całym stropem i budziło śpiących.
Gdym tak razu pewnego siedział na łóżku z bosemi nogami, zwieszonemi na dół i dumał, postanowiłem dokonać rzeczy wielkiej: — Colasie Breugnon, — powiedziałem sobie — nie wiem kiedy i w jaki sposób, ale musisz wziąć się do odbudowania chałupy! — Od tej chwili poweselałem — i zacząłem potajemnie akcję, nie wspominając oczywiście dzieciom o tem co zamierzam. Ale skądże wziąć pieniędzy?
Gdybym był Orfeuszem, mógłbym poruszyć śpiewem kamienie i kazać im utworzyć ściany. Ale nigdy nie miałem pięknego głosu. Tedy udałem się bez wahania do przyjaciela Paillarda, chociaż poczciwiec wcale nie uczynił mi propozycji pożyczki. Korzystając z powrotu pogody, udałem się do Dormecy. Właściwie tylko deszcz ustał, pogody nie było, po niebie pełzały nisko ciężkie chmury, a żółte liście orzechów zaścielały drogę.
Za pierwszem słowem Paillard drgnął, skrzywił się i, przerywając mi, zaczął narzekać na zastój w interesach, brak pokrycia gotówką i złych klijentów, tak że mu powiedziałem:
— Drogi Paillard... może chcesz ode mnie drobnej pożyczki na codzienne wydatki?
Byłem dotknięty do żywego, on tak samo, a może bardziej jeszcze. Rozmawialiśmy lodowatemi głosami o różnych rzeczach potocznych. Wstyd go było. Wiem, że nie jest złym człowiekiem, że mnie serdecznie kocha i w tej chwili byłby mi dał wszystko, czegobym zażądał. Tacy już wszyscy ci mieszczuchy. Nawet najhojniejszy z nich zawsze powie nie, gdy tylko ktoś uczyni aluzję do jego kieszeni. Paillard byłby dał wszystko, gdybym mu teraz pisną słowo... ale nie uczyniłem tego. Pogadawszy jeszcze z przymusem o tem i owem, wstałem z krzesła. Odprowadził mnie do samych drzwi. W chwili, gdym je otwierał, nie mogłem dłużej wytrzymać, otoczyłem ramieniem jego szyję i pocałowałem go bez słowa.
Oddal mi pocałunek i rzekł bojaźliwie:
— Dam ci, ile chcesz... ile chcesz...
— Nie mówmy o tem! — odparłem stanowczo.
— Colasie! — powiedział błagalnie — Zjedzmy bodaj obiad razem!
— Ano... dobrze! — zadecydowałem — To inna sprawa.. możemy zjeść obiad, mój drogi!
Jedliśmy obficie i gadali, ale pozostałem nieugięty. Mimo, że sam na tem ucierpiałem, najwięcej chciałem ukarać Paillarda.
Powróciwszy do Clamecy, zacząłem roztrząsać problem. Szło o to, by odbudować dom bez materjału budowlanego, pieniędzy i robotników. Ale trudności nie odwiodły mnie od postanowienia. Przedewszystkiem zbadałem dokładnie całe miejsce pożaru i poskładałem porządnie wszystko, co się jeszcze mogło przydać, więc przepalone belki, osmolone kafle i cegły, stare żelaziwo, potem zaś obliczyłem, jak zużytkować cztery chwiejące się ściany, czarne, niby dusza potępieńca.
Następnie udałem się do kamieniołomu w Chevroches i zacząłem kopać, grzebać, dobywać po kawałku ową kość ziemi, ów kamień ciepły w tonie jakby czerwony od krwi, która niegdyś w nim pulsowała zanim ścięła się w bryłę twardą. Nie przeczę, że, idąc przez las, dopomogłem kilku starym sosnom do ukończenia karjery życiowej i spoczynku wiekuistego. Stało się to tak jakoś mimochodem. Może popełniłem coś, czego nie wolno, ale cóż wartem by było życie, gdyby się miało robić tylko to, co wolno? Drzewo jest własnością miasta... ja także... prawda? Tedy skorzystałem z mych praw pocichu, spokojnie i basta! Nie nadużywać, to rzecz główna! Zresztą tak czynił każdy...
Ale objąć w posiadanie to jeszcze nic, koniecznem było przewieźć budulec i tu mi dopomogli sąsiedzi. Jeden dał mi wóz, drugi woły, trzeci pożyczył narzędzi, a nawet sam popracował koło obróbki... bo wszakże pomoc taka nic nie kosztuje. Możesz u nas żądać od sąsiada wszystkiego co ma, nawet żony, tylko nie pieniędzy. Rozumiem to dobrze, pieniądze to... możliwość posiadania czego dusza zapragnie... to symbol marzeń... to rzecz nieobliczalna, a przeto bezcenna. Reszta... niewiele warta, albowiem ma się ją już, posiada, a przeto człowiek zobojętniał.
Mróz ścisnął właśnie owego dnia, kiedy wraz z kochanym mym Robinetem mogliśmy rozpocząć zaciąganie pierwszych belek. Wszyscy jednozgodnie oświadczyli, że jestem szaleńcem. Dzieci moje robiły mi co dnia sceny, a człowiek najbardziej pobłażliwy radził mi, bym przynajmniej zaczekał do wiosny. Ale nie słuchałem nikogo. Mam upodobanie doprowadzać do wściekłości bliźnich mych i książąt. Wiedziałem co prawda, że nie zdołam sam i w dodatku w zimie zbudować domu, ale nie o dom szło narazie, tylko o budę, o przytulisko, o norę króliczą!
Lubię, bardzo ludzi, ale pod warunkiem, by ich nie widzieć na oczy, gdy nie jestem usposobiony. Lubię gadać, mleć językiem, ale obejść się nie mogę bez rozmawiania z sobą samym. Jest to mój najlepszy przyjaciel i poszedłbym na koniec świata, by się z nim spotkać. Dlatego też, lekceważąc sobie zdanie ogółu — uparłem się budować dalej.
Niestety, nie było mi pisane, że wygram sprawę. Pewnego dnia, pod koniec października mrozik ścisnął kawalerski i belki pokryły się lodem. Wstępując na rusztowanie, pośliznąłem się i nagle... bums... znalazłem się na ziemi.
— Zabił się! — wrzasnął Robinet.
Przybiegł do mnie, chciał mnie podnosić! Ale powiedziałem z przekorą:
— Zeskoczyłem umyślnie!

Chciałem wstać... Aj... aj! Okropnie mnie boli noga w kostce!... Upadłem z powrotem na ziemię. Przyniesiono nosze, złożono mnie, sąsiedzi utworzyli orszak, odprowadzili mnie do domu, a Martynka załamywała ręce. Wyglądało to jak pogrzeb, bo nie brakło krzyków i lamentu. Uczyniłem co mogłem najlepszego, udawałem zmarłego i w ten sposób uniknąłem powodzi wymówek, zarzutów i dowodzeń.


XIII.
SAM NA SAM Z PLUTARCHEM
Koniec października.

Zostawiłem nogę — w paści losu... oj... źle! Boże drogi, czemuż uwziąłeś się okrutnie na moją nogę? Czyż nie starczyło ci żebra lub nawet ręki? Dlaczegoś mi przetrącił filar? Byłbym oczywiście jęczał, ale stał jak się patrz}’, a oto teraz walę się! Niechże cię... (chwalą wszystkie narody ziemi!) Wszystko co ze mną uczyniłeś, Panie Boże, wygląda tak, jakbyś mnie chciał doprowadzić do ostatniej wściekłości. Tak... tak...
Wie on dobrze... wie, że ponad wszystko cenię wolność... i właśnie dlatego przywiązał mnie za nogę do belki na strychu! Leżę sobie, jak bałwan na grzbiecie i patrzę na pajęczynę zwisającą zgóry... Masz braciszku wolność! Trzymasz mnie, Panie Boże, za nogę... ale głowa wolna... acha! Coprawda, bezpośrednio po wypadku i głowa się zawieruszyła... ale dogonię ją, choćby na jednej nodze...
W pierwszych dniach nie byłem zbyt przyjemny... prawda! Mając nienaruszony język, kląłem co wlezie, wiedząc zresztą dobrze, że sam jeden tylko jestem winien. Mało żem wiedział, kto tylko się zbliżył do mego loża, gdakał bez ustanku:
— Wszyscy ci mówili... daj spokój! Pocóż łaziłeś po belkach, jak kot? To wstyd staruchowi! Musisz ciągle dreptać i dreptać... Acha... dreptaj sobie teraz!
Ładna pociecha. Gdy człowiek cierpi, udowadniać mu, że jest durniem... tego chyba za wiele. Wszyscy mi to ciągle powtarzali, Martynka, zięć, przyjaciele, obcy, słowem — cale miasto. A ja musiałem słuchać bezsilny, złapany w paść, wściekły i znudzony... Nawet ta sroka Glodzia przylazła raz do mnie i wrzasnęła.
— Robisz zbytki, dziadku... dobrze ci się stało!
Cisnąłem w nią szlafmycą i huknąłem:
— Wynoś mi się stąd, smarkulo!
Zostałem sam i spostrzegłem, że palnąłem kapitalne głupstwo. Wprawdzie Martynka ostatnim wysiłkiem usiłowała przekonać mnie, iż koniecznie trzeba przenieść me łóżko na dół, do pokoiku za sklepem, ale (mimo ogromnej chętki) uparłem się i wrzasnąłem: nie! nie... kroćset djabłów! Nie chcę się pokazywać ludziom, gdy jestem połamany. Byłbym się zresztą chętnie zgodził, gdyby nie ustawiczne domagania się Martynki. Nie mogłem dopuścić, by otrąbiła uroczyście swoje zwycięstwo. Wyrzuciłem ją przeto za drzwi.
I stało się, co się stać musiało. Zostawiono mnie w spokoju na strychu... Nie płacz, Colasie... sameś sobie piwa nawarzył.
Szło mi od początku o to, by jak najmniej zawdzięczać zięciowi. Czułem przecież, że to człowiek obcy. Ale rachunek zawiódł. Największa mądrość to... być kochanym... największe głupstwo pozwolić, by ludzie o człowieku zapomnieli... no i... stało się... Zapomnieli i to niewypowiedzianie szybko. Nikt mnie odtąd nic odwiedził, nawet Glodzia nie zjawiła się już.
Słyszałem jak się śmiała, jak biegała i uśmiechałem się do niej z głębi duszy, ale wzdychałem jednocześnie, bo pragnąłem dowiedzieć się z czego się śmieje. Czyniłem wyrzuty niewdzięcznicy, a przyznawałem, że na jej miejscu uczyniłbym to samo.
Pewnego dnia (a właśnie byłem bardzo smutny) przybył Paillard. Przyjąłem go niezbyt uprzejmie. Usiadł przy łóżku, trzymając na łonie grubą książkę zawiniętą starannie w papier. Usiłował nawiązać rozmowę, ale nie kleiło się jakoś. Ukręcałem kark każdemu tematowi, przecinałem wątek twardem słowem, wypowiadanem z wściekłością w głosie.
Nie wiedział co mówić i zaczął dla kontenansu bębnić marsza po brzegu łóżka. Poprosiłem go, by przestał. Skulił się zaraz, zmartwiał i nie śmiał się ruszyć. Śmiałem się w duchu i myślałem:
— Acha... masz teraz wyrzuty sumienia. Gdybyś był pożyczył pieniędzy, nie byłbym zmuszony łazić po belkach. Złamałem nogę... dobrze ci tak! Cieszy mnie to! Bo właśnie twoje sknerstwo doprowadziło mnie do nieszczęścia!
Nie śmiał ust otworzyć, a ja również milczałem, chociaż świerzbiał mnie język. Nakoniec wybuchnąłem:
— Gadajże u licha! Myślałby kto, że siedzisz u łoża konającego! Któż przyłazi poto. by milczeć? Gadaj, albo wynoś mi się! Nie wytrzeszczaj gał, nie skub tej przeklętej książki... Cóż to za bibuła? Biedaczysko wstał i powiedział:
— Drogi Colasie, widzę że jesteś poirytowany. Przeto odchodzę. Przyniosłem ci książkę... to Plutarcha Żywoty znakomitych mężów“ przełożone na francuski przez biskupa Auxerre, mesira Jakóba d’Amost... Myślałem... (nie był jeszcze zdecydowany)... myślałem, że może... (ach, ileż go to kosztowało!)... sądziłem, że cię to zajmie, że znajdziesz pewną rozrywkę... pociechę pewną w czytaniu...
Znałem jego niechęć pożyczania książek, wiedziałem, że zazdrosny jest o nie, że dałby raczej wór dukatów, niż najmniejszy tomik. Wiedziałem, że na widok dotknięcia swego skarbu przez innego człowieka, drżał niby kochanek, gdy jakiś włóczęga obejmuje wpół jego umiłowaną!
— Drogi przyjacielu! — powiedziałem — Jesteś lepszy ode mnie. Jestem kanalją... Chodź, pocałujmy się!
Ucałowałem go, wziąłem książkę, a kiedym ją już trzymał. Paillard uczynił gest jakby chciał odebrać.
— Ale, proszę cię, nie zniszcz...!
— Bądź spokojny! — odparłem — Włożę ją pod głowę, niby poduszeczkę...
Poszedł smutny, niepewny, zatroskany o los swego skarbu.


∗             ∗
Zostałem tedy sam na sam z Plutarchem z Cheronei, malutkim, grubiutkim tomikiem o tysiącu przeszło stronach drobnego, zbitego druku. Pełny był słów, jak worek ziarn pszenicy.

Pomyślałem sobie:
— Jest co jeść przez trzy lata bez przestanku dla trzech żarłoków.
Z początku zabawiałem się oglądaniem nagłówków rozdziałów, ozdobionych owalnemi medal jonami, wyobrażającemi głowy słynnych mężów, ucięte, niby świńskie główki, zamarynowane i przybrane bobkowemi wieńcami. Brakło jeno chrzanu i pietruszki w nozdrzach.
Myślałem:
— I cóż mnie obchodzą u djaska ci wszyscy Grecy i Rzymianie. Pomarli dawno, a ja żyję! Cóż mi mogą nowego i ciekawego powiedzieć? Wiem wszystko, wiem doskonale, że człowiek to świnia, że wino, starzejąc się, staje się coraz lepsze, zaś kobieta coraz gorsza, że na całym świecie wielki i mocny pożera słabego i małego, zaś mały i słaby kpi z wielmoży. Mierżą mnie te długie wywody, lubię krasomóstwo ale pod warunkiem, bym sam gadał.
Zacząłem przeglądać książkę z miną łaskawą, wodząc spojrzeniem po wierszach, niby po smudze rzeki... 1 nagle... nagle wzięło mnie... powiadam wam, moi państwo... co za połów! Pławik wędki zanurzał się raz po raz. Wyciągałem karpie, liny, szczupaki, ryby złote, srebrne, amarantowe, tęczowe, wysadzane klejnotami, miotające wokoło siebie blaski. A wszystkie żyły, rzucały się, trzepały ogonami, skakały po brzegu... Cóż za cymbał śmiał twierdzić, że pomarły? Dawać go tu!
Od tej chwili świat mógł się chwiać pod mojemi stopami, ziemia rozpadać się w kawałki. Nie zwracając na nic uwagi, zapuszczałem wędkę i śledziłem pławik, który dawał ciągle nura w fale. Co za stwora wyłoni się teraz z wody, myślałem za każdym razem z najwyższem zaciekawieniem? I oto... jest! Nowa, nieznana dotąd rybka wypłynęła z toni, z białym brzuszkiem, nakrapianemi bokami, grzbietem zielonym i niebieskim, mieniącym się w słońcu. Dni (czy tygodnie, nie wiem dobrze) spędzone na tem rybołóstwie, zaliczam do największych skarbów mego życia. Niech żyje moja złamana noga!
Dziękowałem Bogu, że mi nie zabrał oczu, gdyż za ich pomocą mogłem czerpać cudze wizje, zawarte w tej księdze. Oczy, to cudotwórcy! Przemieniają jednostajne, czarne paski liter, podobne stadku owiec biegnących gościńcem pomiędzy dwoma rowami, w nieśmietelne zjawy przeminionych dawno kształtów. Powstają z martwych armje, miasta rozpadłe w proch, piękni, dostojni mówcy, wojownicy zajadli, bohaterowie i kobietki, które ich.za nos wodziły, wieją wichry po pustyniach, kłębią się chmury na graniach, łyska w słońcu roztocz morza, żarzy się niebo Wschodu, bieleją lodowce na szczytach...
Widzę Cezara. Blady, zawiędły spoczywa w lektyce niesionej przez sługi, a za nim świta dostojników. Oglądam Antonjusza, idącego przez pola z wojskiem, patrzę jak rozbija obóz, ucztuje, pożera całego dzika, pije, oddaje co pochłonął i pakuje na nowo! Dalej kroczy Pompejusz rozważny, Polikrates w wielkim kapeluszu i wyszywanym złotem płaszczu, na którym widnieją symboliczne figury ziemi i nieba. Jawi mi się przed oczyma wielki Artakserkses, jak byk w stajni panujący nad cztery stoma kobietami swego haremu, dalej piękny Aleksander, przebrany za Bachusa, wracający z Indyj na wspaniałym wozie, zaprzężonym w ośm koni, pokrytym dywanami i świeżem kwieciem, a pochodowi towarzyszą tony skrzypek, piszczałek, oboi i innych instrumentów. Pije i biesiaduje ze swymi marszałkami, przybranymi w kapelusze z kwiatami, oraz żołnierzami, co płyną za nim falą wznosząc puchary, oraz kobietami, pląsającemi w podskokach.
Czyż to nie cuda?
Królowa Kleopatra, Lamja fletnistka, Statira tak piękna, że od patrzenia na nią bolały oczy... Ha, przysięgam na brodę Antonina, lub Artakserksesa, posiąść je mogę, gdy jeno zechce. Wkraczam do Ekbatany, ucztuje z Tais, spędzam noc z Roksaną, unoszę w tłumoku na piersiach Kleopatrę, płonę wraz z Antjochem, trawionym namiętnością dla teściowej mej, Stratoniki (ładna sprawa!), tępię Galów, przybywam, patrzę i zwyciężam, a wszystko to dzieje się (co rzecz najlepsza) bez straty jednej choćby kropli krwi.
Jakżem bogaty! Każda opowieść, to karawana, przywożąca mi z Indyj, czy dalekiego Wschodu drogocenne metale, ogromne beczki starego wina, dziwaczne zwierzęta i branki wojenne. Śliczne szelmy! Co za piersi, biodra, lędźwie, zady.. ! A wszystko to moje. Mocarstwa powstawały, kwitły i zamierały dla mojej wyłącznie rozrywki.
Cóż to za karnawał? Wydaje mi się, że jestem każdą po kolei maską. Włażę w ich skórę, dopasowuję sobie ich członki, wchłaniam namiętności i tańczę. Jednocześnie jestem wodzirejem, a także kapelmistrzem, wreszcie jestem też sam, czcigodnym Plutarchem. To ja, ja u djaska sam napisałem te wszystkie cudeńka (miałem natchnienie, nieprawdaż?) O, jakże to miło delektować się muzyką słowa, okrągłością zdania, jak słodko dać się unosić w przestrzeń wśród śmiechu, czuć się wyzwolonym z więzów ciała, wolnym od wszelakiego zła, od starości... Ach, wszakże duch, to Bóg! Niech będzie pochwalony Duch Święty!...
Czasem przerywam opowiadanie w połowie i komponuję ciąg dalszy, a potem porównuję dzieło mej wyobraźni z wytworem życia, czy sztuki. Gdy idzie o sztukę, odgaduję często tajemnicę, oo... bo ze mnie stary lis, znający się na wszystkich sztuczkach i sposobikach, przeto śmieję się do siebie, rad, żem je umiał przeniknąć. Gdy jednak sprawa dotyczy życia, mylę się niemal zawsze. Życie drwi z naszych forteli, a wyobraźnia jego przekracza o wiele naszą. To zajadła kumoszka! Pod jednym jeno względem nic wysila się na wielkie urozmaicenie historyjki, a mianowicie jej końca. Wojny, miłostki, facecje, wszystko to kończy się nurkiem w dziurę znaną dobrze. Pod tym względem życie powtarza się do niemożliwości. Czyni jak kapryśne dziecko, co psuje zabawki, gdy ich ma dosyć. Wściekam się i wrzeszczę: — Ohydny brutalu, zostaw w spokoju moje bawidełka! — Wydzieram mu je z rąk... Niestety, zapóźnom to uczynił... już zepsute. Doznaję słodkiego upojenia, kołysząc w ramionach, jak czyni Glodzia, szczątki mych laleczek. Owa śmierć, nadchodząca punktualnie, jak godzina, po obiegu wskazówki dokoła tarczy zegaru nabiera uroku powtarzającego się refrenu. Niechże tedy tętnią dzwony, niech biją godziny ding, dingdon!
— Jestem Cyrus, ten który podbił Azję, władca Persów i proszę cię, drogi przyjacielu, nie zazdrość mi tej odrobiny ziemi, jaka nakrywa ciało moje!
Odczytuję epitafjum na grobowcu Aleksandra i wydaje mi się, że drży w niem strach jakiś dziwny... O Cyrusie, Aleksandrze o ileż bliżsi mi jesteście, przez to żeście pomarli...!
Widzę ich, czy marzę o nich? Szczypię się i mówię sobie: — Cóż to, Colasie, czyś zasnął? — Biorę z małego stoliczka u wezgłowia łóżka dwa medale (wykopałem je z ziemi w winnicy mojej zeszłego roku). Jeden przedstawia kudłatego, ubranego jak Herkules Komodusa, drugi wyobraża Kryspinę Augustę, o podwójnym podbródku i spiczastym, sroczym nosie. Powiadam sobie tedy: — Nie śnię, mam oczy otwarte i Rzymu dotykam palcami.
Cóż to za rozkosz zatapiać się w konjunktury, w rozpamiętywania moralne, dysputować samemu z sobą, przywracać do życia problemy światowej wagi, rozstrzygnięte już przez życie, namyślać się nad Rubikonem... przejść, czy zostać na brzegu... a możeby przejść... ej nie! Co za miła rzecz bić się z Brutusem czy Cezarem, godzić się na jego zapatrywanie, potem nabierać przeciwnego poglądu, a wszystko czynić z taką finezją i tak bałamutnie, że człowiek nie wie w końcu po czyjej stoi stronie. To najzabawniejsze właśnie, że człowiek się zapala, zatapia w dyskusję, dowodzi, wysila się, replikuje, rypostuje, zadaje ciosy głową, prymy, na myśli i rymy,... a wkońcu spostrzega, że został zapędzony w kozi róg. Ha... pobity został człek przez samego siebie. To wina Plutarcha. Ile razy powie swym pozłocistym językiem z życzliwą, dobroduszną miną: „mój drogi“... człowiekowi wydaje się, że ma słuszność zupełną, a że owa racja zmienia się w każdem opowiadaniu, to już do sprawy nie należy. Krótko i węzłowa to, z pośród bohaterów jego najbardziej i najwyłączniej podoba mi się ostatni, o którymi czytałem. A dzieje się to tem pewniej, że wszyscy oni są powolni tej samej heroinie i zaprzężeni do jej wozu. Czemże wobec tego jest triumf Pompejusza? Ona to kieruje historją. Heroina owa, to Fortuna, która pędzi na toczącem się ciągle i nigdy nie stając em kole, przechodząc na sposób księżyca lunacje, jak rzecz u Sofoklesa określa rogal-Menelaus. Jest to sprawa bardzo pomyślna dla tych zwłaszcza, którzy się znajdują w pierwszej kwadrze.
Czasem powiadam sobie: — Breugnonie, przyjacielu mój, jakże u stu tysięcy starych djabłów może cię to bawić? Cóż cię, powiedz szczerze, obchodzi cała ta rzymska sławna historja, a mniej chyba jeszcze szaleństwa onych, wielkich oczajduszów? Masz dość szaleństw własnych, skrojonych na twoją miarę. Czy już nie masz nic do roboty lepszego, niż brać na plecy błędy, występki i nędze ludzi, którzy pomarli, tysiąc ośmset lat temu? Przyznaj, drogi chłopcze (tak gada Breugnon rozsądny, osiadły, mieszczuch z Clamecy), że twój Cezar, Antonjusz i ta szelma Kleo, twoi książęta perscy, mordujący synów swych i gwałcący córki własne, to poprostu... bujda! Pomarli, a w ciągu życia nie zrobili nic na prawdę rozsądnego. Zostaw ich popioły w spokoju. Jakże człowiek wiekowy i rozsądny może lubować się w tych wszystkich zdrożnościach? Pomyśl tylko o Aleksandrze! Czyż cię nie oburza, że zmarnował skarb całego narodu, poto jeno by pogrześć młodego faworyta swego Hefestjona? Darujmy im zresztą mordy i wojny. Nasienie ludzkie djabła warte! Ale zmarnować tyle pieniędzy? Widać zaraz, że zbóje te nie pracowały nigdy na życie. A tobie się to podoba. Oczy ci wyłażą ze łba i uczuwasz dumę, jakby dukaty owe z twojej uleciały kabzy. Słuchaj, gdyby nawet tak było, byłbyś osłem dardanelskim, a jesteś dubeltowym, radując się szaleństwami, które popełnili za ciebie inni.
Odpowiadam: — Drogi Breugnonie, mowa twa złotem jest i masz zawsze rację. Niemniej jednak faktem jest, że dałbym sobie wlepić porcję kijów za tych draniów i że uważam owe cienie, uwolnione z ciał przed dwoma tysiącami lat, za twory żywsze od nas samych. Znam tych ludzi i kocham ich. Zgadzam się chętnie, by mnie Cezar zabił, byle się z godził płakać nade mną podobnie jak nad zwłokami Klitusa. Ściska mnie w gardle, gdy widzę Cezara w senacie pod ciosami sztyletów, podobnego zwierzęciu, osaczonemu przez myśliwych i psy gończe. Paprzę z otwartemi ustami na łódź pozłocistą, co wiezie Kleopatrę, otoczoną nereidami, uwieszonemi pośród lin i małemi i nagiemi pazikami, podobnemi do amorków. Rozwierają mi się nozdrza, chwytając wonny powiew od barki płynący. Płaczę, jak cielę, na widok śmierci Antonjusza, okrytego krwią, konającego, spętanego liną i ciągnionego z całej mocy przez kochankę, co wychyla się przez lukarnę wieży (ach, jakiż ciężki, boję się, by go nie puściła), gdy widzę, jak biedny człowiek wyciąga do niej ręce.
Wzrusza mnie i przywiązuje do nich jak do familjantów to właśnie, że są ludźmi, mymi krewniakami!
Ach, jakże serdecznie współczuję wydziedziczonym, którzy nie znają rozkoszy czytania! Zdarzają się ludzie, drwiący z przeszłości i bardzo dumni z tego, że ich jeno teraźniejszość obchodzi. To ślepcy, nie widzący poza koniec swego nosa. Oczywiście, dobrą jest chwila bieżąca. Ale u licha, wszystko jest dobre, przeto biorę co się da i gdzie się da i nie myślę dąsać się na żadną zastawioną ucztę. Nie mówilibyście tak, drodzy przyjaciele, gdybyście wiedzieli co to jest przeszłość. A może macie kiepskie żołądki? Mojem zdaniem pchać trzeba, ile się zmieści. Wy, zdaje się, nie jesteście pojemni, a kochanki wasze są również chude. Dobrze, a niewiele, to suma sumarum — mało. Wolę dużo i dobrze. Trzymać się chwili bieżącej, to uchodziło, moi mili, za czasów Adama, który, z braku odzieży chadzał nago, a nie widząc nic, poprzestawać musiał na pośladkach swej samicy. Ale nam przypadło żyć w długi czas po nim i zamieszkać w domu dostatnim, do którego ojcowie, i arcyprzodkowie nasi naznosili wszelakiego dobra. To też bylibyśmy szaleńcami, paląc nasze śpichrze dlatego jeno, że pola rodzą świeże zboże. Poczciwy, stary Adam był dzieckiem. Jestem również starym Adamem, albowiem jestem człowiekiem, ale urosłem znacznie od tego czasu. Jesteśmy te same drzewa, ale korony nasze sięgają wyżej. Każdy cios odrębujący gałąź, odczuwam we własnym pniu. Mam współudział w radościach i troskach wszechświata, cierpię z cierpiącymi, śmieję się ze szczęśliwymi. Lepiej niźli w życiu, przez książki czuję braterstwo, łączące ludzkość całą, wszystkich, noszących łachmany i korony, albowiem z jednych i drugich nie pozostanie nic prócz popiołu i płomienia, który sycony samą treścią dusz naszych jedną a wieloraką wzlata ku niebu, głosząc niezliczonemi krwawemi językami chwałę Wszechmocnego...
Długo tak marzyłem samotny na strychu... Jesienny wichr ustał, ściemniło się jeszcze bardziej, śnieg zaczął muskać szyby końcami swych skrzydeł. Cienie rozesłały kobierce od ściany do ściany. Coraz mniej widzę. Pochylam się nad kartkami, chwytam opowieść, co czmycha przede mną, kędyś ku mrokom dążąc. Dotykam nosem papieru, niby pies idący tropem... Daremnie... nadchodzi noc,... zwierzyna pierzchła, przepadła.
Zatrzymuję się pośród boru i nadsłuchuję, a serce mi bije mocno. Pogłosy giną, topią się w dali. Zamykam oczy, by widzieć lepiej i marzę nieruchomy, wyciągnięty na łóżku. Nie sypiam... wolę przetrawiać swe myśli, delektować się obrazami, dumam... spoglądam nieraz przez pół nocy w niebo pocięte prostokątami szyb. Wyciągam ramiona, tykam wklęsłej, hebanowej kopuły nieba i myślę o tem, gdzie jest teraz gwiazda Cezara...
Świta, ja ciągle marzę...
Jawi się dzień niedzielny, dzwony grają, a ja upajam się tą muzyką, wypełniającą dom od piwnic do mego strychu.
I znowu wraca wizja. Niby opar wzbija się z kart książki, (kart pokrytych memi dopiskami... o biedny Paillardzie!). Słyszę tętniące wozy, łomot nóg zbrojnych kohort, brzmią fanfary, huczą rogi, rżą konie! Drżą szyby, dzwoni mi w uszach, bije młotem serce i już mam zawołać:
— Ave Cesar Imperator!
Nagle wchodzi mój zięć, Florimond, wita mnie, pyta jak spałem, potem zbliża się do okna, ziewa głośno i oświadcza:

— Djabeł dziś hula po polach, zadymka straszna! Psa kulawego nie było od rana na gościńcu!


XIV.
KRÓL SIĘ BAWI
Św. Marcina (11 listopada).

Ciepło się zrobiło na świecie. Powietrze muskało człowieka tak rozkosznie, jakbyś przemknął cichem, pulchnem liczku dziewczęcem. Poprostu świat ocierał się o ciebie, by kotka rozpieszczona. Płynął od okna nektar jakowyś, prześwietlony słońcem. Rozwarły się powieki chmur i niebiosa poglądały szaro-błękitną źrenicą, zaś po dachu tańczyły kadryla wiązki świetlistych promieni.
Dziwnie się czułem. Trochę jak zwierzątko, trochę jak marzyciel, a nadewszystko jak zwyczajny smarkacz. (Postanowiłem sobie nie starzeć się. Na złość cofam się wstecz w latach, tak że niebawem trzeba będzie postarać się o pieluszki...) Serce wezbrało tęsknem oczekiwaniem, gapiło się na świat, rzec można, jak Jmć. pan Roger na boską Alcynę. Patrzyłem na wszystko z jakiemś wnętrznem rozczuleniem. Niezdolny byłbym dzisiaj zrobić krzywdy muszę.
Myślałem, że jestem sam. Nagle spostrzegłem, że w kącie siedzi Martynka. Nie zauważyłem jej dotąd wcale. Nie rzekła ni słowa, co stało w sprzeczności z jej usposobieniem, siadła tylko, zajęła się jakąś robótką ręczną i nie patrzyła wcale na mnie. Uczułem potrzebę podzielenia się z nią szczęśliwością, która mnie ogarnęła, spytałem tedy, na chybi-trafi, by rozpocząć rozmowę:
— Z jakiegoż to powodu dzwoniono dzisiaj rano u Św. Marcina?
Wzruszyła ramionami i odparła:
— Dziś właśnie mamy Św. Marcina.
Spadłem z wyżyn uniesienia na ziemię. W marzeniach swych zapomniałem całkiem o wielkim patronie rodzinnego miasta.
— Jakto? — zawołałem zdumiony.
Ujrzałem w tej chwili wśród tłumu mych przyjaciół-bohaterów z Plutarcha, starego, a równego im zaprawdę męża, tnącego mieczem swój płaszcz, by się nim podzielić z biedakiem.
— Marcinku... przyjacielu drogi! — zawołałem — Jakże mogłem zapomnieć o tobie?
— Dziwisz się? — zauważyła złośliwie Martynka — No... to dobrze! Czas ostatni, byś ojcze odzyskał zmysły! Zapominasz o Panu Bogu, o rodzinie, szatanie, wszystkich świętych, Marcinie i Martynce... Nie istnieje dla ciebie nic, prócz tej przeklętej książki.
Roześmiałem się. Zauważyłem już oddawna złe spojrzenie rzucane w mą stronę, gdy przychodziła rano i widziała, że śpię ze swoim umiłowanym Plutarchem. Kobieta nie jest zdolna pokochać książki miłością bezinteresowaną. Widzi w niej rywalkę, lub kochanka. Czytając, kobieta czy dziewczyna oddaje się bohaterowi, oszukując mężczyznę. Dlatego, widząc że mężczyzna czyta, sądzi, że ją zdradza.
— To wina Św. Marcina! — odparłem — Nie pokazuje się. Zabrał do nieba swoją połowę płaszcza i poszedł. Córko moja, zapamiętaj, że nie należy dać zapominać o sobie. Kto znika, o tym świat zapomina.
— Nie potrzebuję tej nauczki. Gdziekolwiek jestem, wszyscy o mnie wiedzą dobrze!
— Racja! Wszędzie cię widać, a jeszcze bardziej słychać. Dziwię się, że nie zwymyślałaś mnie dzisiaj. Czuję brak besztaniny! Ano... zaczynaj!
Odwróciła głowę.
— Na nic się nie przyda! — odburknęła.
Żal mi się jej zrobiło, więc powiedziałem:
— Chodźże, pocałuj mnie! Zapomniałem o Marcinie. Dziś twoje imieniny... mam dla ciebie podarek. Chodź, weź go sobie...
Zmarszczyła brwi:
— Kiepskie żarciki! — rzekła cierpko.
— Nie żartuję! — odparłem — Chodź, a przekonasz się!
— Nie mam ochoty!
— Wyrodna córko! — zawołałem — Nie masz ochoty pocałować chorego ojca?
Wstała i podeszła z wahaniem.
— Cóż to znowu za psi figiel... hę? — spytała.
Wysciągnąłem ramiona.
— Pocałuj mnie!
— A podarek?
— Masz go w ramionach... to ja sam!
— Ładny prezent! Niema co mówić...
— Ładny, czy nie ładny... Ale daję wszystko, co mam bez zastrzeżeń, zdając się na łaskę i niełaskę. Zrób ze mną, co ci się podoba!
— Więc godzisz się zamieszkać na dole?
— Jestem twym niewolnikiem...
— I przyrzekasz słuchać mnie, godzisz się, byśmy ci okazywali przywiązanie, zezwalasz, bym tobą kierowała, pielęgnowała cię, burczała...
— Wyrzekam się własnej woli...
— To doskonale! Teraz poznasz mą zemstę £ Drogi ojczaszku, kochany staruszku, jakże jesteś dobry... jakże cię kocham! Nie masz pojęcia, ile się przez ciebie nacierpiałam!
Ucałowała mnie serdecznie i zaraz zabrała, się do roboty. Nie chciała czekać ani godziny. Zawinięto mnie, Florimond wraz z piekarczykami w białych myckach znieśli mnie wąskiemi schodami na dół wprost do wielkiego łóżka, a Martynka i Glodzia usiadły zaraz koło mnie i powtarzały po sto razy w kółko:
— Mamy cię, włóczęgo! Wpadłeś nareszcie w sidła!
Bardzo mi było słodko.
Od czasu niewoli odrzuciłem precz pychę „ poddałem się pokornie Martynce, ale zdaje mi się, nie wiem czy to prawda, że od tej pory właśnie ja zacząłem rządzić wszystkiem w całym domu.


∗             ∗

Martynka siaduje teraz często przy mnie i rozmawiamy sobie. Wspominamy także posiedzenia i pogadanki z dawnych czasów. Ale wtedy ona była przywiązana do łóżka, albowiem zwichnęła sobie nogę, wyskakując pewnej nocy oknem, by biec do kochanka. Mimo, że była już ukarana przez Opatrzność, nie pożałowałem od siebie nauczki i sprałem ją na kwaśne jabłko. Śmieje się teraz z przygody i powiada, że trzeba było jeszcze mocniej bić. Wówczas jednak miałem z nią krzyż pański. Nie pomagały wały, znikała jak kamfora ledwo się obróciłem plecami. Trafiła kosa na kamień, córka przechytrzyła zawsze ojca Ale ostatecznie nic się złego nie stało. Martynka miała nadto zdrowego sensu, by stracić głowę (i inne rzeczy) i właśnie kochanek wpadł nie ona, gdyż został potem jej mężem.
Śmieje się dziś ze swych szaleństw i powiada, że nie codzień Świętego Mikołaja. Życie jest życiem i trzeba się doń zastosować.
— Każdy to wie, ale nie wszyscy wyciągają praktyczne wnioski! — mawiała — Trzeba mieć rozsądek. Szukać miłości u męża, to takie samo głupstwo, jak chcieć czerpać wodę przetakiem. Nie jestem głupia, przeto nie pożądam rzeczy, które są niemożliwe do osiągnięcia. Zadowalniam się tem, co posiadam, nie żałuję niczego. Mimo to widzę teraz jak daleko ot tego co się osięgnąć da, od tego, coby się chciało i od marzeń młodości, do tego co się osiąga w starości lub w czasie, gdy się zbliża. Ale człowiek czuje się zadowolony z tego, że ma wogóle coś. Nie wiem doprawdy, czy jest to bardziej bolesne, czy śmieszne? Ileż nadziei, rozpaczy, namiętności i tęsknot, ileż przecudnych marzeń, ileż pięknego płomienia zużywa się na to, by wreszcie, zagrzać przy tem wszystkiem saganek i zgotować trochę pożywienia. Dobre jest to jadło, ani słowa, starczy dla nas i nie warciśmy niczego więcej... Ale gdybym to była wiedziała dawniej... Zresztą na wszelki wypadek pozostaje nam w odwodzie wesołość, będąca tak doskonałą przyprawą, że można strawić nawet kamienie. Bogactwo to niezmierne i nie zbraknie nigdy zapasów ani mnie ani tobie, bo nawykliśmy oboje śmiać się z głupstw własnych, gdy się przekonamy, żeśmy je popełnili.
Nie bronimy sobie również śmiać się z bliźnich naszych. Czasem milczymy, marzymy, dumamy, ja siedzę z nosem wsadzonymi w książkę, ona w robotę, ale nie przeszkadza to językom, które pocichu pracują dalej w sposób podobny do podziemnych strumieni, co wybłyskują nagle na światło. Martynka wybucha po długiem milczeniu śmiechem, a języki zaczynają taniec na nowo.
Tak sobie rozmawiamy, a ja czasem próbuję włączyć mego kochanego Plutarcha do towarzystwa. Razu pewnego koniecznie zapragnąłem dać poznać Martynce wielkie piękno tych opowieści bohaterskich. Ale nie odniosłem sukcesu. Jabłko, lub ryba obchodzą ją znacznie więcej od owych Greków i Rzymian. Starała się przez Romain grzeczność słuchać z uwagą, ale po dwu zdaniach uczułem, że myśl. jej była daleko w polu, albo wędrowała po całym domu od piwnic do strychu.
W miejscu najciekawszem, kiedy starałem się jak najlepiej przygotować efekt końcowy, kiedy zniżałem głos do szeptu, by zagrzmieć potężnie finałem... uprzedzała mnie niespodzianie, wołając to Głodzi, to Florimonda tak, że słychać było na końcu podwórza.
Czułem urazę i dałem pokój. Nie można żądać od kobiety, by podzielała nasze marzenia. Kobieta to połowica mężczyzny... tak... ale która połowa... górna, czy może dolna? To tylko pewne, że nie można się z nią porozumiewać mózgiem. Każda z połówek ma własną szkatułkę z szaleństwami. Z babą można się porozumieć jeno... sercem.
Bardzo mi to łatwo przychodzi. Zresztą choć jestem stary brodacz-siwiec i kaleka, lubię kobietki i dokazałem tego, że codziennie otacza mnie przyboczna gwardja młodych, ponętnych kumoszeczek z całego miasta. Obsiadają moje łóżko, jak turkawki, i gruchają! Przybiega każda pod pozorem, że ma jakiś interes, albo ważną nowinę, wreszcie niby to chcąc pożyczyć naczynia. Każdy pretekst jest dobry, byle o nim zapomnieć po przekroczeniu progu.
Gdy raz się zbiegną, siadają niby na jarmarku wokół cielęcia nakrytego pierzyną, to jest mnie. Bywa wesoła Wilhelminka, Huquette, o pięknym nosku, Jacquette, która wie wszystko, Marqueron, Alizon, Gilletka i Macetka. Oblegają mnie te ślicznotki i gdaczą niby kurki, ćwierkają niby wróbelki, gęgają niby gąski. Gadamy, śmiejemy się, a że chociaż kaleka i staruch mam pełen worek anegdotek, łaskotliwych przypowiastek i kalemburów, dotyczących rzeczy, których pono tykać nie wolno, przeto lubią mnie.
Śmiech słychać aż na ulicy, a Florimond czuje zazdrość i pyta o tajemnicę powodzenia.
— Tajemnica moja... ha... ha! Całą tajemnicą jest młodość moja! Tak, drogi staruszku!
— Ej nie! — odparł — Nie! Stary kobieciarz ma zawsze szczęście do bab. Latają za nim, jak opętane.
— I słusznie! — zawołałem — Czyż wysłużonemu żołnierzowi nie należy się uznanie? Wszyscy tłoczą się dokoła niego, mówiąc: on wraca z pola chwały! Podobnie kobiety mówią sobie: Colas odbył tyle kampanij w krainie miłości. Zna on kobiety i wie, jak z niemi walczyć. Zresztą, któż wie... może zacznie jeszcze wojować na nowo?
— Stary rozpustniku! — zawołała Martynka Czyż śmiesz twierdzić, że ci i teraz miłość w głowie?
— Czemużby nie? Właśnie nad tem rozmyślałam, czyby się nie ożenić powtórnie! A co... wściekłabyś się ze złości?
— Żeń się, Jasiu, żeń się, daj ci Boże szczęście! — powiedziała — To prawda... młodość musi się wy szumieć.


∗             ∗
Św. Mikołaja (6 grudnia)}

Na św. Mikołaja wstałem z łóżka i przytoczono mnie do okna w wielkim fotelu. Pod nogami miałem ogrzewaczkę, przed sobą pulpit drewniany z dziurą na świecę. Około dziesiątej przed południem przedefilowała przed domem naszym konfratemja marynarzy i robotników rzecznych z muzyką na czele, z godłem cechu, wysoko wzniesionem w górę. Obchodzili miasto przed udaniem się do kościoła. Ujrzawszy mnie, przystanęli i wydali okrzyk powitalny. Podniosłem się i oddałem hołd patronowi, potem otwarłszy okno, uściskałem prawicę każdego z nich, a wreszcie wlałem w każde gardło kropelkę napoju. Zaiste, była to kropelka w otchłani morza.
Około południa zjawili się moi synaczkowie i złożyli mi powinszowanie. Chociaż są w rodzinie nieporozumienia, raz do roku trzeba się porozumieć, a imieniny ojca to u nas rzecz święta, to oś, dokoła której obraca się instytucja rodziny. Trzymam się tego i nie popuszczę do śmierci.
Tedy dnia onego cała rodzina zebrała się razem. Niebardzo uradowane mieli miny chłopcy moi. Zdaje mi się, że mimo wszystko ja jestem jedynym pomiędzy nimi łącznikiem.
W czasach naszych rozluźnia się wszystko, co stanowiło łącznik pomiędzy ludźmi, a więc dom, rodzina i religja, każdemu wydaje się, że on sam jeno ma rację i każdy żyje zosobna. Nie chcę odgrywać niewdzięcznej roli starca, który oburza się na wszystko, dąsa i sądzi, iż świat się wraz z nim skończy. Jakoś sobie świat poradzi bez niego, a wiem, że młodzi znają lepiej od starych własne potrzeby. Świat zmienia się wkoło nas, a kto się wraz z nim nie zmienia, dla tego miejsca niema. Nie jestem tego, co inni starcy zdania. Siedzę w swoim fotelu, zostanę w nim i basta. A jeśli trzeba zmienić zapatrywanie, by ocalić fotel... zgoda... zdobędę się i na to i tak zrobię, że nie przestając być tem czem byłem, zmienię się nie do poznania. Narazie z fotelu mego przyglądam się zmianom w świecie i słucham sporów młodych ludzi. Podziwiam ich, przytakuję, a w cichości czekam sposobnego momentu, by ich tam zawieść gdzie mi się podoba.
Czterej synowie moi siedzieli tedy przy stole. Po prawicy tkwił Jan-Franciszek, bigot-katolik, po lewicy Antoni hugenot z Ljonu. Nie patrzyli na siebie wcale, szyje ich oprawione były w sztywne kołnierze, plecy obciągnięte suknem, a kuperki z dystynkcją zadarte. Jan-Franciszek był rumiany, świeży, miał uśmiech na twarzy, a oczy surowe. Mówił ciągle o swych interesach, zasobach pieniężnych, powodzeniach, wychwalając sukno i Pana Boga, który popierał jego handel.
Antoni wygolony, z kręgiem włosów poniżej brody, niemiecką, czy angielską modą, blady, zimny, sztywny, ponury, mówił, jakby do siebie o swych obrotach księgarskich, podróżach do Genewy i także wychwalał Boga, ale dawał do poznania, że to całkiem inna osobistość. Mówili naprzemian, ale nie zwracali uwagi na słowa poprzednika, podejmując ciągle swój własny refren.
Nakoniec obaj przeszli na kwestje religijne. Franciszek sławił potęgę prawdziwej wiary, Antoni rozpowiadał o postępach wiary prawdziwej w świecie. Przytem ciągle udawali, że się nie widzą i nie zwracali wzajemnie uwagi na swe słowa. Tylko w intonacji głosów przebijała głęboka pogarda, jaką każdy czuł dla Boga swego przeciwnika.
. Trzeci synalek, Michał, sierżant pułku sacermońskiego, (niezły to chłopak), chodził po izbie jak wilk po klatce, gwizdał, bębnił po szybach, nucił urywki piosnek, patrzył na obu gadających braci, mieszał się do rozmowy, przerywał dowcipkami... śmiał im się w nos, albo wreszcie przerywał im brutalnie i oznajmiał, że są dwa barany, a bez względu na to, który z nich naznaczony jest krzyżem czerwonym, a który białym, obaj utuczyli się jak należy, tedy mięso mają smaczne, co się przy okazji pokaże... jadało się już rozmaite baranki w życiu... Nakoniec czwarty, Anisse, siedział z gębą szeroko otwartą. Nie wiem czym nie zapomniał powiedzieć, że to nie on wynalazł proch... Lubił jeno ziewać i nudzić się po całych dniach. Dyskusja go niepokoiła. Uważał politykę i religję za wymysł szatana, który dręczy umysł ludzi zamiłowanych w drzemce. Był tego zdania, że świat to materac, w którym każdy ma swój wyleżany dołek. Leżał w swoim dołku i nie lubił, by trzepano materac. To też, gdy ton mowy się podnosił, kurczył się i zasuwał w swój dołek, postanawiając bronić do upadłego ustalonego porządku materaca... świata.
Ja słuchałem i zabawiałem się doskonale śledzeniem, co ze mnie przeszło w mych synów i w jaki sposób zostało odkształcone. Tak poznawałem ziarno, chwytałem gesty, zwroty, nawet ślady myśli. Ale wszystko zmieszane było z elementami zgoła obcemi. W każdym tkwiło kilku, czy kilkunastu ludzi. Zrozumiałem teraz, co daje wychowanie i obcowanie ze światem.
Rozmowa się zaostrzała. Franciszek i Antoni zaczęli mówić wprost do siebie. Podrywali się na krzesłach, grozili sobie oczyma, rękami, coraz więcej przypominając koguty, gotujące się dowalki! Michał wmieszał się do rozmowy, a nawet wielbiciel materaca, zdenerwowany i troszkę już pijanawy, pokrzykiwał to i owo, choć całkiem bez związku.
Patrzyłem pobłażliwie czas jakiś, potem zawołałem:
— Cicho... sza! Cieszę się, żeście takie zuchy... to moja krew, a głos matki! Ale dość tego... hola. Teraz ja gadam!
Ale nie słuchali. Padło jakieś słowo. Jan Franciszek pochwycił krzesło, Michał dobył szpady, Antoni noża, a Anisse zaczął beczeć głosem cielęcia: — Gwałtu! gwałtu! Gore! Wody! — Byłem pewny, że lada moment rzucą się na siebie, chwyciłem przeto pierwszy lepszy ciężki przedmiot (dziwnym trafem był to właśnie słynny dzban Fiorimonda) i strzaskałem go o stół. Jednocześnie, nadbiegła Martynka z garnkiem kipiącej wody i zagroziła, że im wyleje ukrop na głowy.
Wrzeszczeli jeszcze jak gęsi, ale podali tył i rozstąpili się. Wówczas powiedziałem:
— Umilknijcie! Jestem tu panem i taka jest moja wola. Czyście oszaleli? Czyż poto zebraliśmy się, by toczyć spory o credo nicejskie? Lubię dyskusję, ale możebyśmy obrali bardziej zajmujący temat. Czemuż nie roztrząsacie zalet wina burgundzkiego i salcesonu, słowrem, czemu nie mówicie o rzeczach konkretnych, które można jeść i pić. Wprost nie wypada przy stole rozprawiać o Bogu, Duchu Świętym, gdy się w dodatku nie ma wcale rozumu.
Nie mówię źle o tych co wierzą. Ja wierzę, wierzymy, wierzycie itd., wierzmy sobie w co chcemy. Ale mówić należy o czem innem. Czyż mało rzeczy w świecie? Każdy z was pewny jest raju. Doskonale, cieszy mnie to niewymownie. Czeka was, tam w górze miejsce zarezerwowane dla każdego z wybranych. Reszta oczywiście zostanie pod bramą. Pozwólcież Bogu, by lokował swych gości wedle własnej woli. To jego urząd, wam zaś zasię od funkcji policjantów. Każdy ma królestwo swoje, Bóg niebo, my ziemię. Nasza rzecz to uczynić ją wygodniejszą do zamieszkania. Dosyć będziemy mieli z tem roboty, ale muszą się wziąć wszyscy, bo brak każdego stanie się dotkliwy. Wszyscy czterej potrzebniście krajowi. Zarówno potrzebna jest twoja wiara, Franciszku, odnośnie do tego co było, jak twoja, Antoni, odnośnie do tego co staćby się powinno, a także twoje awanturnicze usposobienie, Michale, jak i twa nieruchawość, drogi Anisse. Stanowicie cztery filary, gdy się ugną, cały budynek runąć może i wszystko przemienić się w bezpożyteczną ruinę. Wszakże to nie jest celem waszym? Cóżbyście powiedzieli o czterech marynarzach, którzyby czasu burzy na pełnem morzu dyskutowali zamiast manewrować jak należy? Przypominam sobie, że opowiadano mi swego czasu rozmowę króla Henryka z księciem niwernejskim. Obaj narzekali na manję zaciekłego niszczenia się wzajem, jaka ogarnęła Francuzów. Król rzekł: — Do kroćset starych chodaków! Mam ochotę, dla uspokojenia, pozaszywać w worki parami zacietrzewionych mnichów i głosicieli nowej ewangelji i powrzucać do Loary, jak się to robić zwykło z pomiotem kocim! — Na to odrzekł śmiejąc się Niwernejczyk: — Ja poprzestałbym na wysyłaniu ich całemi ładunkami okrętowemi na jedną z owych wysp gdzie, jak powiadają, radni berneńscy osadzają kłótliwych i nie mogących się zgodzić małżonków. W miesiąc po deportacji, gdy okręt wraca po nich, zastaje pono stadła gruchające miłośnie, niby pary turkaweczek! — Wamby się przydała taka właśnie kuracja. Boczycie się na siebie, smarkacze? Obracacie się do siebie tyłem? Ejże... spojrzyjcie jeno po sobie. Wydaje wam się, że każdy z innego ulepiony ciała, że każdy lepszy od brata? Tymczasem wszyscyście z jednej mąki ejusdem farinae, wszyscyście zatracone Breugnony i Burgundy setne! Popatrzcież tylko na swe nosy bezczelne, krzywe, sterczące na gębie, na usta rozcięte od ucha do ucha, poto by lać było w co trunek, na te oczy otoczone krzaczasto, co usiłują patrzyć koso. a śmieją się wbrew woli. Naznaczeniście i niema na to rady. Czyż nie widzicie, że szkodząc sobie, niszczycie się wzajem? Czyż nie lepiej by było podać sobie dłonie? Macie różne poglądy? Doskonale, wyśmienicie. Nie dobrze jest, gdy wszyscy uprawiają jedno pole. Im więcej pola i myśli posiędzie rodzina, tem będzie silniejsza i szczęśliwsza. Zawrzyjcie zgodę, pomnażajcie wszystko i ogarniajcie ile się jeno da ogarnąć pola i myśli. Każdy niech działa jak może (hej, pocałować mi się zaraz!) z tym celem, by wielki nos Breugnonów rzucał jak najszerszy cień po świecie i wdychiwał w nozdrza piękny aromat świata.
Zamilkli, spuścili głowy i widać było, że mają ochotę roześmiać się. Pierwszy huknął śmiechem Michałek, podał rękę Franciszkowi i powiedział: Jechał sęk... pocałujmy się! — Uściskali się!
— Martynko! Nasze zdrowie! — zawołałem. Wypiliśmy.
W tej chwili spostrzegłem, że tłukąc dzban, skaleczyłem sobie dłoń. Kilka kropel krwi spadło na obrus. Antoni, zawsze uroczysty wziął mnie za rękę, otarł krew brzegiem szklanki i powiedział z emfazą:
— Dla przypieczętowania zgody, wypijemy wszyscy czterej razem tę szklankę wina.
— Antosiu! Nie psuj wina! — zawołałem — Robisz obrzydliwości. Nie pij tego świństwa...
Popiliśmy tęgo raz, drugi i trzeci i nie było swarów na temat wina. Gdy odeszli, Martynka obwiązała mi dłoń, mówiąc:
— Stary grzeszniku! Tym razem postawiłeś na swojem.
— O czem mówisz? — spytałem — Może o tem, żem ich przywiódł do zgody?
— Nie, myślę o czemś innem.
— No? Cóż takiego?
Wskazała szczątki dzbana na stole.
— Nie udawaj... wiesz dobrze o czem mówię... Przyznaj się. . Powiedz mi do ucha... Ręczę, że on się nigdy nie dowie...
Broniłem się, przeczyłem, udawałem głupiego, ale śmiech mnie rozpierał...
A ona powtarzała:
— Grzeszniku, zbrodniarzu, rozbójniku...
Powiedziałem wreszcie:
— Był tak szkaradny... Nie mogłem wytrzymać... Jeden z nas zniknąć musiał!
— Ten, który został, także nie jest bardzo piękny!
— Zapewne... odpowiedziałem — zapewne, ale, widzisz, tego drugiego nie widzę... nie muszę nań ciągle patrzyć...


∗             ∗
Wigilja B. Narodzenia.

Rok posuwa się cichutko, nieznacznie. Drzwi otwierają się i zamykają z powrotem. Niby składki jakiejś miękkiej materji, dni ścielą się w głęboki kufer nocy. Kurczą się, kinezą, a potem zaczną wychodzić, wydłużać się, tak że na Nowy Rok, przybędzie na zajęczy skok. Przez szczelinę widzę już ten rok nowy.
Siedzę sam pod okapem wielkiego komina. Zbliża się północ, za chwilę nadejdzie dzień Bożego Narodzenia, dzień wielki, kiedy to panuje

Radość wszelkiego stworzenia,
Ptaszki w górę podlatują,
Jezusowi wyśpiewują...

Sam jestem, po raz pierwszy nie poszedłem na Pasterkę i siedzę sobie z psem Cytrynkiem i kotem Pantoponem. Marzymy, drzemiemy potrochu. Przeżuwam wspomnienia wieczoru. Przed godziną miałem koło siebie córkę i wnuczkę. Opowiadałem Głodzi, wytrzeszczającej oczęta, bajki o wieszczkach, kaczusi, którą djabeł kusi. Jasiu dyrdasiu, o chłopczyku z kogutkiem, który dorobił się wielkiego majątku, prorokując pogodę oraczom... Bawiliśmy się doskonale. Starzy i młodzi słuchali opowiadania, a każdy dorzucał coś od siebie. Milkliśmy potem, słuchali jak woda kipi w garnku, patrzyli, jak mróz maluje cudne wzory na szybach, lub znów nadstawiali ucha na świegot świerszcza w ścianie. O jakże cudną jest noc zimowa... jakże przytulnie i ciepło pośród swoich, jak przyjemnie błądzić myślą po oddalach, wiedząc że się wróci do domu...
Siedzę i robię bilans za rok ubiegły. Stwierdzam, że w ciągu sześciu miesięcy straciłem wszystko: żonę, dom, pieniądze i wreszcie nogę. Ale najdziwniejsze jest to, iż mimo strat posiadam wszystko, co dawniej posiadałem. Posiadam zdrowie, świeżość umysłu i spokój ducha. Nie uwierzyłbym przed rokiem, że zniosę wszystkie nieszczęścia tak łatwo. Czyż nie przysięgałem sobie niedawno jeszcze, iż do samej śmierci będę panem na własnych śmieciach, że zachowam niezależność, prawo dbania o utrzymanie własne i prawo do własnych wybryków-. Człowiek strzela a Bóg kule nosi... Wszystko poszło inaczej, niż chciałem i właśnie dobrze się stało! Człowiek, to poczciwe bydlątko, zastosuje się do wszystkiego, nawyknie do szczęścia i cierpienia, do obfitości i głodu. Daj mu cztery nogi, zabierz mu trzy, uczyń go głuchym, ślepym, niemową, zawsze sobie jakoś poradzi, będzie mówił, słyszał i widział.
Jest niby wosk w ręku ducha, który zeń lepi formę potrzebną w danej chwili. O, jakże miło czuć tę podatność w sobie, jakże przyjemnie wiedzieć, że się może być rybą w wodzie, ptakiem w powietrzu, salamandrą w ogniu, a na ziemi człowiekiem, który walczy z wszystkiemi przeciwnościami. Im się mniej posiada, tem się jest bogatszym, bo duch włada wówczas swobodniej gliną i tworzy to, czego mu potrzeba. Drzewo gęste rośnie lepiej wzwyż, gdy mu się przerzedzi gałęzie...
Cicho... bije północ:
W żłobie leży... któż pobieży...
Śpiewam kolendę, jedną, drugą... potem nachodzi mnie drzemota...
Im się mniej posiada tem się jest bogat...


∗             ∗
Trzech Króli.

Jestem sobie figlarz nielada. Im mniej posiadam, tem jestem bogatszy. Zauważyłem to już w noc wigilijną, a teraz wiem napewno, że tak jest. A czemu? Oto stałem się pasorzytem, umiem żyć szczęściem innych ludzi. Mam bogactwa bez żadnych kosztów. Drwię sobie z owych ojców, którzy, wyzbywszy się wszystkiego dla dzieci, są zawadą w domu, którą się pomiata. Ci ojcowie to ludzie zgoła niezręczni i ograniczeni. Nigdy nie kochała mnie moja rodzina bardziej, nigdy nie troszczyła się o mnie tak, jak wówczas kiedy zubożałem zupełnie. Acha! A wiecie, dlaczego? Oto dlatego, iż nie byłem tak głupi i nie dałem sobie wydrzeć wszystkiego do ostatka. Straciłem mienie, to prawda, ale zachowałem skarb wesołości, ów skarb ogromny, gromadzony mozolnie grosz do grosza czasu mych dalekich wędrówek i spacerów, wdłuż i wszerz życia, poprzez rozłogi pogody, radości i złośliwości, poprzez roztocze pełnej głębi mądrości szaleńca i szału mędrca, uwielbiającego byt cały.
Nagromadziłem zapasy nieprzebrane, których zużyć nie sposób. Niechże czerpią wszyscy dowoli, starczy na lata całe. Biorę to i owo od mych dzieci, a daję garściami skarby swoje i... wszystko w porządku.
Kto chce widzieć króla bez królestwa „Jana bez Ziemi“, szczęśliwego człeka, niech spojrzy na mnie teraz oto, gdy siedzę na tronie, przewodnicząc bankietowi. Dziś mamy Trzech Króli. Po południu zjawił się w naszej ulicy orszak trzech magów. Jechali na wspaniałym wozie, ciągnionym przez sześciu pastuszków i sześć pasterek biało ubranych. Wszyscy śpiewali, a psy wtórowały, grając na swych instrumentach przyrodzonych.
Jest teraz wieczór, siedzę przy stole, a wokół mnie wszystkie moje dzieci i wnuki. Razem ze mną... trzydzieści sztuk, a wszyscy krzyczą: król się bawi!
Król, to ja. Mam na głowie koronę, formę blaszaną do pasztetu. Moją królową jest Martynka Podobnie jak się to czyta w Piśmie Świętem, poślubiłem własną córkę. Ile razy podnoszę do ust szklankę, wszyscy klaskają w ręce, a ja śmieję się i łykam... Trochę może krzywo trzymam szklankę, ale to nic... bo nie uroniłem dotąd ni jednej kropelki.
Królowa pije także, a jednocześnie poi swe rumieniutkie bobo, które chciwie chwyta różową sutkę jej piersi, puszcza ją, wrzeszczy, ssie ponownie, gada coś i kręci zadeczkiem. Pies pod stołem warczy i naszczekuje, a kot najeżony z wygiętym grzbietem ucieka, unosząc w zębach smaczną kość.
Myślę głośno (nie lubię myśleć po cichu): — Życie, to dobra rzecz... o tak! Drodzy przyjaciele, cała jego wada to to, że trwa za krótko. Człowiek nie wychodzi na swoje. Powie ktoś: — Nie narzekaj! Bądź kontent z tej porcji, którą przed tobą postawiono! — Zgoda! nie przeczę... Ale proszę o drugą porcję... byle wielką! No i któż wie? Jeśli nie będę krzyczał zbyt głośno i zachowam się przyzwoicie, może dostanę... choćby deser maleńki... Ha... ha... jakże jednak smutno! Gdzież się podziało tylu dzielnych ludzi... gdzież nasz Henryczek kochany, gdzie książę Ludwik...
Wszedłszy raz na ścieżkę wspomnień, gadam, gadam, gadam, co krok schylając się po jakiś liść spadły z drzewa życia. Opowiadam nieskończone historje, a oni słuchają poczciwie. Czasem nawet, kiedy braknie mi słowa, albo się pomylę... podszeptują. Naonczas budzę się, jakby ze snu i podchwytuję złośliwe uśmieszki.
— Tak, tak, ojczaszku! — powiada ten, lub ów — Dobrze to było, kiedy się miało lat dwadzieścia. Piękniejsze były kobietki i wznioślejsze miały... przedsięwzięcia, a mężczyźni mieli serca w piersiach, a resztę... gdzie trzeba. Było widzieć naszego kochanego Henryczka i drogiego Ludwiczka...
— Hola! — wołam — Kpicie sobie, widzę, z waszego króla, moi drodzy wasale! Nie twierdzę wcale, że świat nie miał swego „ale“, wówczas gdy liczyłem sobie lat dwadzieścia. Nie powiadam też, że dziś niema u nas komu siać sadzić, okopywać i zbierać! Wiem, że przybywa ludzi, że drzewo, z którego dziś fabrykują Burgundów, jest twarde, proste i zdrowe. Mówię jeno, że przyszły czasy inne i inni ludzie. Twierdzę śmiało, że niema już Henryków i Ludwików, a to jest prawda! Ale, Colasie, nie rozczulaj się. Bacz, byś nie nudził kompanji. Nie wolno przeżuwać wiecznie jednego siana, stary byku. Dziś inne wino, powiadasz! To prawda, ale wino to jest dobre! Przeto pijmy. Zdrowie króla-opoja, zdrowie twoje, ludu mój pijacki!
Powiem wam jeszcze słowo. Dobra to rzecz król, ale niemasz lepszego nade mnie króla. Bądźmy wolni! Dzierżmy silnie prawa nasze, a królów poślijmy na paszę! Starczy nam za wszystkich wielmożów ziemia nasza, najpotężniejsza pani. Cóż po tronach? Każdemu przystoi miejsce pod słońcem, każdy ma prawo do własnego cienia. Kawałeczek ziemi do pracy i szklaneczka wina na pociechę, to wszystko.
Gdyby przybył do mnie król w odwiedziny, rzekłbym mu:
— Siadaj! Witam cię i piję za zdrowie twoje, drogi kuzynie. Król jest królowi równy, zwłaszcza w święto Trzech Króli... a ponadto wiedz, iż każdy Francuz jest królem na własnych śmieciach...

KONIEC.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Romain Rolland i tłumacza: Franciszek Mirandola.