Strona:PL Rolland - Colas Breugnon.djvu/109

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

Tracisz mnóstwo czasu... Słuchaj, idź już sobie, a zabierz też tę małą srokę bez ogona, bo plącze mi się pod nogami. Weź sobie Glodzię. Oo... już grzebała w cieście, ma cały nos zasmarowany... Dalejże, wynoście mi się oboje, niezawadzajcie tu, bo inaczej wezmę się do miotły!
Wygnała nas oboje z domu. Poszliśmy sobie bardzo zadowoleni i udaliśmy się do składu drzewa kumotra Rioux. Ale zatrzymaliśmy się na chwilę nad brzegiem Jonny, przyglądając się łapaniu ryb. Udzielaliśmy rybakom rad i cieszyło nas zawsze, gdy pływak wędki zanurzał się w wodę, lub gdy wybłyskiwała nad falami srebrzysta rybka. Glodzia, widząc na haczyku robaka wijącego się ze śmiechu, powiedziała z minką zniechęcenia:
— Dziadziu! Jego to boli... Jego połknie rybka!
— Naturalnie, dziecinko! Nie jest to wielka przyjemność zostać połkniętym... tak... tak... Ale pocóż o tem myśleć? Myśl raczej o tem, ktobędzie jadł tę śliczną rybkę i powiedz: Jaka dobra!
— Ale, gdyby ciebie kto zjadł, dziadziu?
— Ha, trudno... powiedziałbym: Niech ci wyjdzie na zdrowie, szelmo jedna! Widzisz, moja Glodziu, że dziadzio jest zawsze zadowolony. Czy ja go połknę, czy on mnie, to właściwe