Strona:PL Rolland - Colas Breugnon.djvu/108

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

— Miłyż to obowiązek!
— A on się czasem uskarża, że ma zbyt ładną żonę!
— A widzisz! Wyszło szydło z worka! To coś takiego, jak w owej przypowieści o kani, (jak wiadomo, jest to ptak bardzo głupi i kanią zowią u nas każdego głuptaka).
— Wiem, wiem. Te kanie bez piór to największe głuptaki!
— Otóż razu pewnego kumoszki wysłały kanię do Pana Boga z prośbą, by bachory zaraz po przyjściu na świat mogły chodzić prosto na dwu nogach. Pan Bóg (jako, że jest zawsze uprzejmym dla kobiet), odparł:
— Dobrze! Zgadzam się! Ale w zamian żądam, by moje drogie parafjanki dopełniły jednego warunku. Oto, by odtąd panienka, dziewczynka, czy dama sypiała pod pierzynką sama! — Głupie ptaszysko zaniosło odpowiedź na ziemię i powtórzyło dosłownie. Nie wiem co się stało tejże nocy, ale wiem, że kania została sromotnie poturbowana.
Martynka przysiadła na piętach, przestała szorować i wybuchnęła rozgłośnym śmiechem. Potem dała mi szturchańca i krzyknęła:
— Stary pleciugo! Wygadujesz ojciec głupstwa... Dość tego! Nie mam czasu słuchać!