Strona:PL Rolland - Colas Breugnon.djvu/22

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została przepisana.

    Stara bajka! Każdy sobie nuci własną piosenkę. Niech tylko nie ośmiela się zamykać mi gęby, (o... wie dobrze, coby ją to kosztowało), a chętnie godzę się, by rozdziawiała swoją od ucha do ucha... Każdy pon ma swój ton!
    Zresztą, mimo, że instrumenty nasze niebardzo są dostrojone do siebie, odegraliśmy wcale, wcale ładne kawałki: córkę i czterech synów. Wszystkie sztuki zrobione na urząd, wykończone, jak się należy. Nie szczędziłem materjału, ani pracy. Najlepiej mi się udała dziewczyna i w tym plonie odnajduję własne nasienie... Bestyjka bo ta Martynka, kochana odrobinka! Miałem krzyż pański, zanim dożeglowałem z nią do małżeńskiego portu. No! Nareszcie stoi na kotwicy, nie nadwerężona po drodze! Ha... i tak przecie, trudno dowierzać kobiecie... ale to już nie moja sprawa! Dosyć miałem czuwania, dreptania... teraz kolej na drogiego zięciaszka mego... Florymonda... Dostał ciasto, jak się patrzy... niechże baczy, by się nie przypaliło w piecu.
    Dysputujemy z Martynka za każdem widzeniem i rozumiemy się doskonale. Dzielna dziewczyna, wie co robi, nawet robiąc głupstwa i uczciwa... z warunkiem, by uczciwość miała uśmiech na twarzy. Wadą najwyższą jest dla niej nuda. Nic lęka się trosk. Troska to walka, a walka, to