Strona:PL Rolland - Colas Breugnon.djvu/336

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

grzeczność słuchać z uwagą, ale po dwu zdaniach uczułem, że myśl. jej była daleko w polu, albo wędrowała po całym domu od piwnic do strychu.
W miejscu najciekawszem, kiedy starałem się jak najlepiej przygotować efekt końcowy, kiedy zniżałem głos do szeptu, by zagrzmieć potężnie finałem... uprzedzała mnie niespodzianie, wołając to Głodzi, to Florimonda tak, że słychać było na końcu podwórza.
Czułem urazę i dałem pokój. Nie można żądać od kobiety, by podzielała nasze marzenia. Kobieta to połowica mężczyzny... tak... ale która połowa... górna, czy może dolna? To tylko pewne, że nie można się z nią porozumiewać mózgiem. Każda z połówek ma własną szkatułkę z szaleństwami. Z babą można się porozumieć jeno... sercem.
Bardzo mi to łatwo przychodzi. Zresztą choć jestem stary brodacz-siwiec i kaleka, lubię kobietki i dokazałem tego, że codziennie otacza mnie przyboczna gwardja młodych, ponętnych kumoszeczek z całego miasta. Obsiadają moje łóżko, jak turkawki, i gruchają! Przybiega każda pod pozorem, że ma jakiś interes, albo ważną nowinę, wreszcie niby to chcąc pożyczyć naczynia. Każdy pretekst jest dobry, byle o nim zapomnieć po przekroczeniu progu.