Strona:PL Rolland - Colas Breugnon.djvu/305

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

Zadumała się, a potem odparła:
— To samobym uczyniła, ojcze, co ty!
— A widzisz. Tedy basta i pocałuj mnie na dobranoc!
Pocałowała mnie serdecznie, potem zaś odeszła mrucząc:
— Czyste utrapienie, kiedy niebo obdarzy człowieka dwoma takiemi ananasami!
— Racja! — dodałem — Powiedz tedy kazanie twemu drugiemu ananasowi, nie mnie.
— Usłyszy co trzeba, ale to nie skwituje nas obojga!
I nie skwitowaliśmy się. Zaczęła na nowo następnego ranka. Nie wiem co o tem sądziły niebiosy, ja jednak utrzymałem się na posterunku.


∗             ∗

Przez kilka pierwszych dni było mi jak w raju. Wszyscy mnie psuli, nadskakiwali mi. sam Florimond starał się odgadywać me myśli i zasypywał mnie dowodami miłości synowskiej. Martynka wodziła za mną oczyma, a Glodzia ćwierkała, jak ptaszynka. Miałem najlepszy — fotel, podawano mi pierwszemu półmisek, słuchano nabożeństwem, gdym otworzył usta... Było tak dobrze... ach, tak wyśmienicie, że nie mogłem wytrzymać. Djabli mnie brali, nie mogłem do-