Strona:PL Rolland - Colas Breugnon.djvu/306

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

siedzieć na miejscu, włóczyłem się dwadzieścia razy na godzinę po schodach na strych i złaziłem znowu na dół. Czułem, że to drażni wszystkich. Sama Martynka podskakiwała ze zdenerwowania, ile razy usłyszała trzask schodów, uginających się pod memi stopami. Gdyby to było lato, uciekłbym w pole, teraz wracałem na strych. Jesień nastała ciemna, lodowata, gęsta mgla przysnuła pola a deszcz lał po całych dniach i nocach jak z cebra. Byłem przykuty do miejsca, a w dodatku do cudzych kątów... Boże wielki!
Martynka nie zdawała sobie dostatecznie sprawy, że poglądy estetyczne Florimonda były straszne, a cały dom zapchany był rzeczami, które doprowadzały mnie wprost do rozpaczy. Dałbym nie wiem co, by móc je zmienić w kształcie, albo przynajmniej przestawić na inne miejsce. Ale właściciel czuwał i robił zawsze awanturę, ile razy dotknąłem choćby palcem jego skarbów. Zwłaszcza w jadalni znajdowała się rzecz wprost ohydna, mianowicie duży dzban z podstawą metalową i ozdobami przedstawiającemi dwa całujące się gołąbki, oraz panienkę, uśmiechającą się z cielęcą czułością do młodzieńca. Mgliło mnie gdy spojrzałem, więc poprosiłem Florimonda, by tę potworność usunął ze stołu bodaj na czas jedzenia. Ale w poczuciu praw swoich odmówił