Strona:PL Rolland - Colas Breugnon.djvu/64

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

że ich wybiją do nogi, a każdy malec, który wystawi nos za mury, zostanie zastrzelony.
Przyobiecaliśmy czuwać nad tą hałastrą, ale daremnie naciągaliśmy im uszy i obtłukali pośladki, znikali jak duchy i pojawiali się tam, gdzie nie trzeba. Do tego doszło, proszę jeno pomyśleć, że pewnego dnia, ów aniołek, ono niewiniątko (drżę jeszcze dotąd), Glodzia moja, wdrapawszy się wraz z chłopcami na mury, spadła jak tłumoczek prosto w rów forteczny. Byłbym ją obił w tej chwili. Oczywiście bez namysłu skoczyłem za nią, a cała załoga wychyliła się, patrząc, co się dzieje. Gdyby nieprzyjaciel skorzystał ze sposobności, niktby żywy nie uszedł. Ale oblegający również spoglądali w rów, na dnie którego siedziało sobie spokojnie dziecko. Spadła jak kociak w trawę i nawet się nie przestraszyła. Siedziała i, wzniósłszy głowinę, uśmiechała się do dwu szeregów twarzy spoglądających na nią. Potem zaczęła zrywać kwiatki.
Wszyscy śmiali się z przygody, a zacny kapitan napastników de Raguy dał nawet malej pudełeczko z miętówkami, jakie miał przy sobie, zapowiedziawszy poprzód, by jej nikt palcem nie śmiał tknąć.
Ale, czyż kto poradzi z babami? Podczas gdyśmy byli zajęci Glodzią, Martynka, chcąc