Strona:PL Rolland - Colas Breugnon.djvu/283

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

Nieraz też biedny Herkules musiał dotykać ziemi, wyręczając w tem słynnego Anteusza. Dobrą stroną tej ciężkiej pracy było, że myśli nasze przybrały inny kierunek, że czoła się rozchmurzyły, a policzki nabrały kolorów.
Ale mimo wszystko zostało coś na dnie puharu, jakieś męty ciemne i niesamowite sprawiały, że ludzie trzymali się zosobna, unikali się i patrzyli na się zpodełba. Każdy przyszedł potrochu do siebie, odzyskał równowagę (zresztą bardzo chwiejną) umysłu, ale nikt nie chciał zbliżać się do sąsiada, pito w pojedynkę, zamykano się u siebie, a jak wiadomo, jest to bardzo niezdrowa rzecz. I byłby ten przykry stan trwał Bóg wie jak długo, gdyby nie przypadek. Przypadek to chytra sztuka. Dzięki niemu właśnie natrafiliśmy na coś, co łączy ludzi, mianowicie na wspólnego wroga. Miłość także zbliża, ale uczynić z całej gminy jednego męża może tylko wróg wspólny, zaś wrogiem owym stał się nasz władca.
Tej jesieni strzeliło do głowy księciu Karolowi, by zabronić nam używania łąk podmiejskich, będących rzekomo jego własnością, a zwłaszcza pastwisk zwanych zdawna Pre-le-Comte. Łąki owe czy pastwiska, położone tuż za bramami miasta, przez które snuje się kapryśny wężyk