Strona:PL Rolland - Colas Breugnon.djvu/282

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

Zdało się doprawdy, że ta kochana matka nasza chce nam w winie oddać krew, która w nią wsiąkła. Zaprawdę nic nie ginie w świecie. Wszakże woda, spadająca z nieba, wraca w postaci oparu, czemuż tedy wino nie ulegałoby takiej samej cyrkulacji pomiędzy ziemią, a krwią ludzi. Toż to ten sam sok! Wyobraźmy sobie, że jestem szczep winny albo, że byłem nim ongiś, lub kiedyś będę. O, jakżebym pragnął zostać w ten sposób nieśmiertelnym, odnawiać się z każdą wiosną, czuć że rosnę, puszczam liście, wydaję krągłe pełne jagody, pękające z obfitości soku na słońcu a potem... zostać zjedzonym... (to najlepsze!). Jak się tedy powiedziało, soku winogradowego było tego roku co niemiara, aż zbrakło beczek. Musiano użyć wszystkich garnków, balij, koryt i nie można było dać rady z wyciskaniem. Zdarzyła się rzecz niesłychana dotąd, mianowicie stary winiarz z Andrie, ojciec Coullemard obwieścił, iż sprzeda beczkę winogron za trzydzieści sous, pod warunkiem, że nabywca sam sobie je zabierze z winnicy.
Wyobrazić sobie łatwo nasze wzruszenie. Wszakże, jako ludzie oszczędni i stateczni nie mogliśmy ścierpieć, by się dar boży zmarnował. Musieliśmy się poświęcić i pić... pić... pić... bohatersko, by sprostać tej pracy Herkulesa.