Strona:PL Rolland - Colas Breugnon.djvu/101

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

rzucającej komuś jakieś przekleństwa. Może mnie beształa, ale nie słuchałem. Tylko młodość pierzchła przestraszona. Pal licho wszelkie chorągiewki! Słyszę tę wiedźmę... idzie... idzie prosto do mnie, będzie się produkowała:
— Znowu próżniaczysz? Znowuś założył ręce i znowu z gębą otwartą, jak wrota stodoły, gapisz się na chmury i wróble? Na cóż czekasz? Czy może, by pieczony gołąb wpadł ci prosto do gardła. A ja muszę pracować, jak wół, męczyć się, niszczyć zdrowie, pocić się krwawym potem dla tego bydlaka! Oto los słabej niewiasty na tym świecie! Ale nie! Pan Bóg nie nakazał, by kobieta jeno pracowała, a mężczyzna używał życia i włóczył się z kąta w kąt. Nie same rozkosze są dla was, darmozjady, musicie i wy cierpieć! Od tego jesteśmy, my, kobiety. I ja przynajmniej spełnię jego świętą wolę... Co, śmiejesz się? Dalej, bierz się do roboty, jeśli chcesz jeść dzisiaj obiad... Patrzcież, moi państwo, on mnie nie słucha... Czekaj, pożałujesz tego niezadługo!
Odpowiadam ze słodkim uśmiechem:
— Ależ tak... tak... moja najmilsza. Masz rację. byłoby to rzeczą nie do darowania spędzać tak cudny dzień przy pracy, w dusznej izbie!