Strona:PL Rolland - Colas Breugnon.djvu/338

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

— Stary rozpustniku! — zawołała Martynka Czyż śmiesz twierdzić, że ci i teraz miłość w głowie?
— Czemużby nie? Właśnie nad tem rozmyślałam, czyby się nie ożenić powtórnie! A co... wściekłabyś się ze złości?
— Żeń się, Jasiu, żeń się, daj ci Boże szczęście! — powiedziała — To prawda... młodość musi się wy szumieć.


∗             ∗
Św. Mikołaja (6 grudnia)}

Na św. Mikołaja wstałem z łóżka i przytoczono mnie do okna w wielkim fotelu. Pod nogami miałem ogrzewaczkę, przed sobą pulpit drewniany z dziurą na świecę. Około dziesiątej przed południem przedefilowała przed domem naszym konfratemja marynarzy i robotników rzecznych z muzyką na czele, z godłem cechu, wysoko wzniesionem w górę. Obchodzili miasto przed udaniem się do kościoła. Ujrzawszy mnie, przystanęli i wydali okrzyk powitalny. Podniosłem się i oddałem hołd patronowi, potem otwarłszy okno, uściskałem prawicę każdego z nich, a wreszcie wlałem w każde gardło kropelkę napoju. Zaiste, była to kropelka w otchłani morza.