Strona:PL Rolland - Colas Breugnon.djvu/345

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

śmiejąc się Niwernejczyk: — Ja poprzestałbym na wysyłaniu ich całemi ładunkami okrętowemi na jedną z owych wysp gdzie, jak powiadają, radni berneńscy osadzają kłótliwych i nie mogących się zgodzić małżonków. W miesiąc po deportacji, gdy okręt wraca po nich, zastaje pono stadła gruchające miłośnie, niby pary turkaweczek! — Wamby się przydała taka właśnie kuracja. Boczycie się na siebie, smarkacze? Obracacie się do siebie tyłem? Ejże... spojrzyjcie jeno po sobie. Wydaje wam się, że każdy z innego ulepiony ciała, że każdy lepszy od brata? Tymczasem wszyscyście z jednej mąki ejusdem farinae, wszyscyście zatracone Breugnony i Burgundy setne! Popatrzcież tylko na swe nosy bezczelne, krzywe, sterczące na gębie, na usta rozcięte od ucha do ucha, poto by lać było w co trunek, na te oczy otoczone krzaczasto, co usiłują patrzyć koso. a śmieją się wbrew woli. Naznaczeniście i niema na to rady. Czyż nie widzicie, że szkodząc sobie, niszczycie się wzajem? Czyż nie lepiej by było podać sobie dłonie? Macie różne poglądy? Doskonale, wyśmienicie. Nie dobrze jest, gdy wszyscy uprawiają jedno pole. Im więcej pola i myśli posiędzie rodzina, tem będzie silniejsza i szczęśliwsza. Zawrzyjcie zgodę, pomnażajcie wszystko i ogarniajcie ile się jeno