Strona:PL Rolland - Colas Breugnon.djvu/144

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

chaty. Siedziała, napoły leżąc, z głową przechylona wstecz. Spała. Jedno ramię zwisało z polewaczki. Widocznie obezwładnił ją nagle sen.
Była bezbronna, całe ciało niedbale porzucone, półnagie, nieruchome oddawało się bezwiednie, jak ciało Danai. Poczułem w sobie moc Jowisza. Przelazłem przez mur i, depcąc w przelocie kapustę i sałatę, objąłem ją w ramiona. Całowałem jej usta. Gorąca, naga, okryta potem, napoły śpiąca poddawała się, przepojona pożądaniem rozkoszy. Nie otwierając oczu, szukała ustami moich ust, oddając mi pocałunki.
Burza huczała we mnie. Byłem pijany, szał mnie porwał, ogarniałem sobą to kochane ciało... dziękując losom, że oto gołąb pieczony wpada mi w usta... i nagle... (cóż za bałwan ze mnie!)... uczułem, że brak mi odwagi. Porwały mnie głupie skrupuły... Kochałem ją tak bardzo, że nie mogłem ścierpieć myśli, iż oto jeno bezwład snu mi ją daje, że tylko ciało, a nie duszę pięknej ogrodniczki trzymam w ramionach i posiąść ją mogę jeno zdradą.
Wyrwałem się, rozplotłem jej ramiona, ucałowałem usta... ileż mnie to kosztowało przezwyciężenia... ale zwyciężyłem, to jest... uciekłem. Już temu trzydzieści pięć lat, a dotąd