Strona:PL Rolland - Colas Breugnon.djvu/294

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

o to, kto ma wejść pierwszy na łąkę. Jako wielbiciel wszystkich świętych pospieszyłem na pomoc.
— Bracia! Niema tutaj u nas pierwszych i ostatnich! Pierwszym jest sam tylko książę, reszta to ludzie równi sobie, a jeśli już chcecie, bym wam wskazał kogoś godniejszego od innych... oto macie go... macie przedstawiciela boga Bachusa!
W tej chwili chwyciłem za kołnierz stojącego tuż obok mego zacnego, napół pijanego Gambiego i, niosąc go przed sobą niby godło, wkroczyłem na łąkę wśród śmiechu tłumu.
Cała łąka zapełniła się ludźmi. Rozpoczęły się tańce wokoło księcia, zabawy, jedzono, pito, biwakowano do późnego wieczora, a nazajutrz łąka wyglądała, jak chlew, jak śmietnik. Ani śladu trawy, wszystko wdeptały w miękką ziemię podeszwy czcicieli księcia, a zapał, z jakim czciło go całe miasto, zniweczył doszczętnie jego własność. Sądzę, że był zadowolony, a my także.
Wprawdzie prokurator, wróciwszy nazajutrz, zaprotestował i rozpoczął śledztwo, ale go nie ukończył i... drzwi zostały otwarte. Nikomu zresztą nie zależało na tem, by rzecz wyjaśnić.
W ten sposób pokazaliśmy światu, iż możemy być dobrymi poddanymi księcia i czynić co się nam podoba, nie licząc się z jego wolą, a ta udana