Strona:PL Rolland - Colas Breugnon.djvu/162

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

Chciałam krzyczyć: Breugnon, durniu jakiś, co wyrabiasz, wiesz przecież, że cię kocham! Nie dajże sobie wyrywać kawałków ciała, bo chcę męża kompletnego z wszystkiemi członkami! Tymczasem cóż się stało? Oto ty, mój ukochany... polazłeś razem z tym nosorożcem do szynku, zapomniałeś zaraz o co się biłeś, a potem pod rękę z przyjacielem poszedłeś sobie precz! (Podły to wilk, który ucieka przed owieczką...) Breugnon... w tej chwili znienawidziłam cię! Dzisiaj, oczywiście wszystko wydaje mi się tylko śmieszne. Byłabym cię tego dnia odarła ze skóry, upiekła żywcem, wybiła ci zęby... Nie mogąc jednak ukarać ciebie, ukarałam siebie samą. Właśnie nawinął się młynarz. Wściekła, bezprzytomna ze złości, oddałam mu się. Tej nocy byłabym przyjęła każdego... wszystko jedno kogo! Przez jednego nieboszczyka dziury nie będzie w niebie. Zemściłam się... myślałam tylko o tobie przez cały czas, gdy on...
— Mów dalej...
— Gdy on... mścił się na tobie za mnie. Myślałam sobie: Niechże teraz przyjdzie i zobaczy! Dobrze ci tak, Breugnon... I przyszedłeś... prędzej nawet, niż chciałam. Wiesz co się stało potem. Na całe życie zostałam złączona z tamtym osłem z młyna.