Strona:PL Rolland - Colas Breugnon.djvu/106

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

— Dość tego! Nie kpij z ludzi! — zawołala Martynka, szorując tafle posadzki z zapałem bezprzykładnym.
Pracowała, nie przerywając ani na chwilę. Mimo to prowadziliśmy wesołą pogadankę, naszpikowaną mocnemi, dosadnemi wyrażeniami burgundzkiemi. Martynka wypełniła po brzegi sklep swą bujną, kipiącą życiem osobą i elokwencją, a biedny Florimond sterczał w głębi, obrażony, zimny, zapięty aż pod samą brodę. Nie czuje się nigdy dobrze w naszem towarzystwie, mocne słowa płoszą go, a zdrowe, jędrne dowcipy dotykają rzekomo jego godność osobistą. Nie pojmuje, że człowiek może się śmiać bez zamiaru obrazy, z samej tylko wesołości. Jest sucherlawy, bledziutki, chudziutki, ponurawy i ciągle na wszystko narzeka. Nic mu nie dogadza nigdy, zapewne dlatego, że poza sobą nic nie widzi. Miał na szyi chusteczkę i oczy jego ciągle biegały nie spokojnie w prawo i lewo, wreszcie, nie mogąc wytrzymać, powiedział:
— Okropny przeciąg tutaj!... Naturalnie, wszystkie okna pootwierane!
Martynka, nie zatrzymując się, odparła:
— Ja się duszę z gorąca! Florimond próbował przezwyciężyć się, ale po kilku minutach (prawdę mówiąc, wiatr latał