Strona:PL Rolland - Colas Breugnon.djvu/292

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

A przed nią, niby przed arką przymierza, kroczyły biało ubrane dziewczęta, piszcząc jakieś pieśni. Mer i trzej ławnicy postępowali obok, dzierżąc w dłoniach kwasty wstążek spływających z baldachimu. Radnych otaczała świta dzieci Iwona i Kośmy, za nimi kroczył szwajcar katedralny, wyglądający niby czerwony kogut, a za nim kanonik w asyście księży, którzy śpiewali litanję.
Dalej płynęła fala tłumu, zbita, gęsta jak powidło, a ruchliwa, jak rój os. Wyszliśmy z miasta i udali się wprost na łąkę. Wstępu na nią broniła świeżo ustawiona bar jera, trzej policjanci oraz kapitan, który niedawno objął służbę w zamku. Kapitan był przybyszem świeżym, przeto wziął wszystko zbyt poważnie i w pierwszej chwili chciał wzbronić procesji wstępu (biegał i przewracał oczyma). Toż samo, ale tylko na pozór czynili wtajemniczeni policjanci. Z tłumu, jak to było zawczasu ułożone, podniosły się okrzyki i pogróżki, które jednak mogły bardzo łatwo zmienić farsę w walną bitwę, bo godło Św. Mikołaja drgało już w rękach Kalabryjczyka, a świece w dłoniach jego akolitów.
W sam czas wysunął się mer i zawołał:
— Odkryć głowy!