Strona:PL Rolland - Colas Breugnon.djvu/133

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

dobrodziejstwa niebios spływają również na wszystkich bez różnicy. Rachunek zamyka się tem, że wszyscy, bogaci i biedni, piękni i brzydcy, pewnego dnia znajdą się razem na łonie jednego Ojca.
Staruszek mówił suchym, trzeszczącym głosem, w trawie śpiewały koniki polne, woda szumiała w wąwozie, od strony portu dolatywał zapach drzewa i smoły, przed nami sunęła gładko woda, a wszystko spływało w przedziwną harmonję.
Pastuch odszedł do domu, ja skierowałem się również do miasta. Szedłem zwolna, z rękami założonemi na grzbiecie, wpatrzony w koła powstające na wodzie. Byłem tak zajęty obrazami odbijającemi się w fali, że nie wiedziałem dokąd idę i gdzie jestem. Nagle podskoczyłem w górę, usłyszałem bowiem znany mi dobrze głos. Dolatywał z przeciwległego brzegu Beuwronu. Nie zdając sobie sprawy, przyszedłem do domu i stałem naprzeciwko własnej chałupy. Droga moja, słodka żoneczka stała w otwartem oknie i wygrażała mi pięściami. Udałem, że jej nie dostrzegam i patrzyłem w nurt rzeki. Ale właśnie w tym nurcie widziałem ją doskonale. Widziałem jak się rzuca, wymachuje rękami i pochyla głowę niby do ataku rogami. Milczałem, ale brzuch mój