Strona:PL Rolland - Colas Breugnon.djvu/49

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

na swym kłapouchu twarzą do ogona w wysokim turbanie na głowie, a w ręku trzyma kubek i przysłuchuje się wrzaskliwej owacji swej świty, która prozą, wierszem i pieśnią opiewa jego historję i sławi go wymownie. Jako wytrawny mędrzec nie okazuje pychy. Zachowując równowagę umysłu, popija raz po raz. A tylko, gdy pochód mija jakiś dom, wsławiony podobną przygodą, wznosi puhar i woła: He, he... kolego, za twoje zdrowie!
Pochód zamyka „Wiosna“. Jest to śliczna, świeża dziewczyna, rumiana i rozśmiana. Jasne włosy, gładko zaczesane, zdobią pęki żółtych pierwiosnków. Taki sam wianuszek spływa jej z szyi ku zielonemu staniczkowi, w którym, niby jajka w gniazdku, kryją się krągłe piersiątka. W ręku trzyma koszyczek pełen kwiecia. Śpiewa, wznosząc w górę brwi, wytrzeszczając swe modre, wielkie ślepki i robiąc — o — z usteczek. Nieco piskliwym głosikiem zapowiada wszystkim, że jaskółki wnet nadlecą.
Za nią duży wóz, zaprzężony w cztery siwe woły, pełen młodych, pulchnych, kształtnych, wesołych, nawet za wesołych dziewcząt. Jest tam też kilkanaście podlotków w przejściowym wieku, które tkwią po kątach przyćmione zupełnie, niby młode, wątłe drzewiny, wtulone pomiędzy