Strona:PL Rolland - Colas Breugnon.djvu/347

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

— Nie, myślę o czemś innem.
— No? Cóż takiego?
Wskazała szczątki dzbana na stole.
— Nie udawaj... wiesz dobrze o czem mówię... Przyznaj się. . Powiedz mi do ucha... Ręczę, że on się nigdy nie dowie...
Broniłem się, przeczyłem, udawałem głupiego, ale śmiech mnie rozpierał...
A ona powtarzała:
— Grzeszniku, zbrodniarzu, rozbójniku...
Powiedziałem wreszcie:
— Był tak szkaradny... Nie mogłem wytrzymać... Jeden z nas zniknąć musiał!
— Ten, który został, także nie jest bardzo piękny!
— Zapewne... odpowiedziałem — zapewne, ale, widzisz, tego drugiego nie widzę... nie muszę nań ciągle patrzyć...


∗             ∗
Wigilja B. Narodzenia.

Rok posuwa się cichutko, nieznacznie. Drzwi otwierają się i zamykają z powrotem. Niby składki jakiejś miękkiej materji, dni ścielą się w głęboki kufer nocy. Kurczą się, kinezą, a potem zaczną wychodzić, wydłużać się, tak że na Nowy