Strona:PL Rolland - Colas Breugnon.djvu/57

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

W każdym razie nie zaniedbam włączyć ich do zbioru najlepszych facecyj, powiedzeń, przysłów i dowcipów burgundzkich, zasłyszanych czasu pobytu mego na tej dolinie łez, który to zbiór kompletuję od dwunastu lat. Brzuch się trzęsie na samo ich wspomnienie i robią się kleksy na rękopisie.


∗             ∗

Skończywszy wymianę obelg, należało się wziąć do roboty (dobrze robi wygadać się przed pracą). Ale ani my, ani oni nie mieliśmy ochoty posuwać sprawy za daleko. Oni... czuli, że się interes nie udał, gdyż zamknęliśmy na czas bramy, a leźć na mury nikt nie miał rozmachu. Można spaść i skręcić kark. Jednak musieli przecież zrobić coś... jakże pójść bez zakończenia. To nie wypada. Tedy zaczęto marnować proch, rzucać petardy... ale chyba wróble ucierpiały od tej pukaniny. Siedząc oparci o mury parapetów, czekaliśmy spokojnie, aż śliweczki przelecą i wówczas posyłaliśmy im garstkę naszych orzeszków, ale niebardzo mierząc (nie trzeba się nadto odsłaniać) a ten i ów wyjrzał dopiero wówczas, (tknięty ciekawością), gdy doleciały wrzaski ujętych za rowem jeńców naszych. Był tam