Strona:PL Rolland - Colas Breugnon.djvu/79

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

— Tedy wytłumacz nam jak przystało człowiekowi rozsądnemu.
— Nazwaliście mnie warjatem! — zawołał, ocierając zroszone potem czoło — Więc jakże, miałem zachować spokój, gdy oni insultują przez cafy dzień mnie i Pana Jezusa, żądając, byśmy się przychylili do ich warjackich żądań. Słuchajcież! (szlag mnie trafi... szlag mnie trafi!) Ci poganie, niedowiarki, którzy nie myją swych dusz ani nóg i nie mają wyobrażenia o życiu wiekuistem, żądają od swego proboszcza, by sprowadzał deszcz i pogodę stosownie do ich woli. Muszę wydawać polecenia słońcu i księżycowi.
— Troszkę ciepła... Troszkę wody... dosyć już... ojoj, za dużo... teraz promyk słońca... ale łagodny... słodki... poprzez mgłę... teraz trochę wiaterku... nie chcemy słyszeć o mrozie... jeszcze trochę polej, Panie Jezusie... tu... tu na moją winniczkę... dosyć... dosyć tego sikania! A teraz znowu ciepła... To niesłychane! Czyż Pan Bóg jest... daruj mi Chryste porównanie... czy Pan Bóg jest czemś w rodzaju osła rozwożącego wodę po polu? Czyż nie ma nic innego do roboty, jak znosić to wieczne batożenie za pomocą modłów i żebrań. A w dodatku (i to jest najlepsze) nie wszyscy godzą się na jedno!