Strona:PL Rolland - Colas Breugnon.djvu/78

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

powściekają, nie ruszę się z miejsca! Chodźcież na górę! Musimy popić. Pewnieście zmęczeni. Chcieli, bym wyszedł z Przen. Sakramentem, a tu deszcz wisi w powietrzu, zmoklibyśmy do nitki ja i Pan.Jezus. Czyż mamy im służyć obaj... co? Czyż jestem lokajem? Jak te kanał je traktują osobę duchowną? To łotry... niedowiarki, heretyki. Jestem pasterzem ich dusz; a nie stróżem pól..
— Cóż ty gadasz? — pytaliśmy na przemian — Czy cię djabeł opętał?
— Chodźmy na górę, tam pomówimy obszerniej! — nalegał proboszcz — Ale przedewszystkiem musimy się napić. Już mi sił nie staje, duszę się! Jakże wam smakuje to wino? Prawda... bywa gorsze? To coś niesłychanego! Te idjoty chcieliby mnie zmusić, bym codziennie włóczył się po polach i urządzał modły błagalne, albo egzorcyzmy, od samych Trzech Króli do Wszystkich Świętych... ha? I to z powodu tych głupich chrabąszczy?
— Chrabąszczy? — zawołaliśmy zdumieni — Niezawodnie musiał ci jeden wleźć do mózgu! Tyś zwarjował, Chamaille.
— Nie zwarjowałem! — ryknął oburzony — Ha... to coś niesłychanego! Ja, który jestem ofiarą ich szaleństw, mam być warjatem?