Strona:PL Rolland - Colas Breugnon.djvu/77

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została przepisana.

    — Księże proboszczu!
    Umyślnie zmienialiśmy głos, by mieć większą uciechę.
    KsiężeChamaille, czy jegomość jest w domu?
    — Niema mnie do kroćset djabłów! — odkrzyknął wreszcie.
    A gdyśmy nastawali, zawołał:
    — Idźcie sobie do kroćset... inaczej spuszczę z łańcucha psy!... Dadzą wam one bobu, łajdaki!
    O mały włos, a byłby nam wylał nocnik prosto na głowy.
    — Chamaille! — zawołałem — Lej przynajmniej wino!
    Na te słowa burza przycichła, jakby cudem. Przez uchylone okno wyjrzała czerwona, uradowana już twarz zacnego Chamailla.
    — Do kroćset! To ty, Breugnon! To ty, Paillard! A tom was ładnie przyjął! Dzięki Bogu, żem nie spuścił psów... Niedobrzy figlarze, czemużeście nie powiedzieli nazwisk?
    Pędem zbiegł ku drzwiom.
    — Chodźcież! Chodźcie! Niech was Bóg błogosławi! Dajcież pyska! Nie uwierzycie, jak mi miło widzieć ludzkie twarze i móc zapomnieć o tych małpich mordach. Widzieliście tę hecę. Ładne przedstawienie... prawda? Niech się