Strona:PL Rolland - Colas Breugnon.djvu/76

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

Chamaille krzyczał:
— Nie, nie, nie pójdę!
A tłum odpowiadał:
— U djabła! Jesteś ksiądz proboszczem, czy nie? Gadaj raz... co... tak, czy nie? Jeśli jesteś, to musisz nam służyć!
— Bogu służę, nie wam, obwiesie!
Wrzasku było, co niemiara. Na zakończenie proboszcz zatrzasnął drzwi przed nosem swych pupilów i przeszedł do plebanji. Tam przez zakratowane okno przedsionka wystawił jeszcze ręce. Prawa z przyzwyczajenia, z namaszczeniem kreśliła znaki błogosławieństwa, lewa zaś miotała na całą wieś i cały świat pioruny zagłady. Potem mignął jeszcze w oknie domu jego brzuch i kwadratowa twarz. Nie mogąc mówić skutkiem wrzasku, pokazał swym owieczkom figę, potem kiwał rozczapierzonemu palcami przyłożonemi do nosa na znak lekceważenia. Nakoniec zatrzasnął okiennice wewnętrzne i znikł z przed oczu zebranych.
Ludzie widocznie dość mieli krzyków, bo niebawem plac się opróżnił, a my poza plecami gapiów, łażących tu i tam, prześliznęliśmy się i zapukaliśmy do drzwi plebanji.
Długo musieliśmy kołatać. Uparciuch nie myślał otwierać.