Strona:PL Rolland - Colas Breugnon.djvu/75

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

kradł się cichaczem i palnął w łeb Złemu Duchowi, poczem spożył go w kruchem cieście ze słoninką. Taki to był spryciarz z naszego proboszcza.


∗             ∗

Ro zmawiając bez przerwy, przybyliśmy na miejsce. Całe Breves było jakby wymarłe. Drzwi domów stały otworem, słońce wpadało snopami do środka. Nigdzie ludzkiej twarzy, tylko w jednem miejscu nad rowem sterczały w górę pośladki jakiegoś smarkacza, oddającego się z zapałem znanym funkcjom fizjologicznym.
Ale w miarę, jakeśmy się wraz z Paillardem posuwali do środka wioski, ku placowi kościelnemu, idąc drogą zasłaną gnojem i słomą, wpadał nam w uszy coraz to wyraźniejszy szum, jakby pobrzęk rozgniewanych pszczół.
Na placu pełno było ludzi, a wszyscy krzyczeli, wymachiwali rękami, piszczeli, gwizdali, słowem, zachowywali się, jak szaleńcy. Pośrodku tłumu, stojąc w furtce ogrodu plebanji, proboszcz Chamaille, purpurowy ze złości, potrząsał obu rękami, pokazując pięści swym drogim parafjanom. Chcieliśmy się dowiedzieć, o co idzie, ale nie mogliśmy pochwycić nic prócz chaosu zmieszanych głosów, z pośród którego wyrywały się słowa: — Poczwarki!... Chrabąszcze!... Myszy polne!... Cum spiritu tuo!