Strona:PL Rolland - Colas Breugnon.djvu/74

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

Rozprawialiśmy naturalnie długo o cudzie, o ognistym mieczu, który się w zeszły czwartek pojawił na niebie, a każdy tłumaczył ten znak po swojemu i upierał się przy swem zdaniu. Wkońcu jednak przekonaliśmy się, że żaden z nas nie widział komety, gdyż właśnie tego wieczora zdrzemnął się astronom przy swym teleskopie. Z chwilą gdy się człek dowie, że nie sam jeden jest głupcem, doznaje ulgi i przyznaje rację drugiemu głupcowi. Przeto dyskusja zakończyła się wesoło.
Wyszliśmy razem, postanowiwszy nic o tem nie mówić proboszczowi. Wędrując przez pole, patrzyliśmy na świeże pędy zieleni, czerwone witki krzewów, ptaki, krzątające się koło budowy gniazd i zawieszonego na jasnem niebie jastrzębia.
Wspominaliśmy też ze śmiechem dobry figiel, któryśmy niedawno spłatali proboszczowi Chamaille. Przez ciąg całych miesięcy wysilaliśmy się, by wyuczyć szpaka w klatce hugenockich hymnów. Gdy już umiał co trzeba, puściliśmy go w ogrodzie proboszcza na wolność. Czuł się tam bardzo dobrze i śpiewał po całych dniach, a w dodatku stał się nauczycielem innych szpaków całej miejscowości. Chamaille ,słysząc ten chorał, nie mógł odmawiać brewiarza, żegnał się, klął, miotał egzorcyzmy, wściekał się, aż nareszcie za-