Strona:PL Rolland - Colas Breugnon.djvu/73

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

Otrzymywał czasem koszyk jaj, lub parę kurcząt. Taki był już zwyczaj, i obrażano się, gdy się czasem upomniał. Wyrzekał, ale zostawiał sprawę naturalnemu biegowi rzeczy, a myślę, że będąc na miejscu owych klijentów, postępowałby tak samo.
Na szczęście, to, co posiadał, wystarczało mu w zupełności. Miał ładny mająteczek, przynoszący dochody, a potrzeb niewiele. Stary kawaler nie biegał za spódniczkami, co się zaś tyczy jadła, to Bogu dzięki wszystko dają nasze pola, winnice, sady, lasy i rzeki w ilości aż nadto dostatecznej. Najwięcej wydawał na książki. Pokazywał je tylko zdaleka (szelma nigdy nie pożyczył nikomu). Miał też drugą manję. Sprowadził sobie z Holandji jakąś nowo wynalezioną lunetę i obserwował księżyc. Sporządził sobie na szczycie dachu pomiędzy kominami dziwaczną ruchomą platformę i stamtąd starał się wyczytać w gwiazdach zasady, na których opiera się los rodzaju ludzkiego.
W gruncie rzeczy nie miał pojęcia o astronomji, czy astrologji, ale lubił to zajęcie. Rozumiem go doskonale. Miło spoglądać z okna na spacerujące po niebie, niby panienki po ulicy, ciała niebieskie. Można z niemi flirtować, intrygować je, nawiązywać stosunki, a choćby to wszystko było głupstwem, bawi jednak człowieka.