Strona:PL Rolland - Colas Breugnon.djvu/121

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

Poszliśmy razem na róg ulicy Wielkiej, do oberży „Pod herbem Francji i Delfinatu“. Od rana obaj nic nie mieliśmy w ustach, a już minęła druga po południu. Tripet, podobnie jak i ja, miał szanse zastania w domu zimną zupę i wściekłą żonę. Był to dzień targowy, to też na sali z trudnością jeno znaleźliśmy miejsce. Ale o ile przyjemnie czuć się swobodnym przy jedzeniu, o tyle przyjemniej jeszcze jest w ścisku, pośród dobrych kompanów. W ten sposób zawsze wszystko jest w porządku.
Na czas jakiś przestaliśmy rozmawiać, a raczej zaczęliśmy dyskurs ust i szczęk, oddając się z rozkoszą pochłanianiu wieprzowiny z kapustą. Była różowa, wonna i rozpływała się na języku. Na to wypiliśmy ciemnego piwa, by rozprószyć mgłę, która zasłaniała nam oczy. Mieli rację nasi przodkowie, twierdząc że jeść bez picia to znaczy paczyć sobie pogląd na świat!
Otóż odzyskawszy bystrość spojrzenia i przepłukawszy gardło, zacząłem znowu patrzyć na świat i ludzi w sposób właściwy i stwierdziłem ponownie, że jedno i drugie wydaje się po jedzeniu znacznie piękniejsze.
U sąsiedniego stolika siedział pewien proboszcz z okolicy, a naprzeciw stara gospodyni wiejska. Ustawicznie kłaniała się mu, mówiła