Strona:PL Rolland - Colas Breugnon.djvu/302

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

A to szelma baba. Uszczypała mnie do krwi... Trudno, musiałem iść.
Gdyśmy przyszli do domu, pokazała mi przeznaczony dla mnie pokoik za sklepem, miły, ciepły i w pobliżu jej pokoju położony. Poczciwa kobieta traktowała mnie jak dziecko przy piersi. Łóżko było gotowe, czyste, wonne, ponętne, a na stoliku nocnym stał w szklance bukiet. Byłem rozczulony, ale powiedziałem sobie:
— Doprowadzę ją do pasji — i rzekłem stanowczym głosem:
— To mi nie odpowiada!
Urażona pokazała mi inne pokoje na parterze, ale nie chciałem żadnego, natomiast obrałem sobie maleńką stancyjkę na poddaszu. Zaczęła się złościć, ale powiedziałem jej:
— Jak chcesz, moja droga. Tak, czy nie? Albo tu zamieszkam, albo wrócę do szałasu!
Musiała ustąpić.
Ale co dnia i co godziny wracała ciągle do swego.
— Nie możesz tu mieszkać, ojcze! Lepiej ci będzie na dole. Powiedz, co ci się tam nie podoba... U licha, gadajże raz, uparciuchu, czemu się opierasz?
Odparłem przekornie:
— Bo tak mi się podoba!