Strona:PL Rolland - Colas Breugnon.djvu/91

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

Kocham ich, oddaję należne honory, uśmiecham się do nich... zapraszam na pogadankę. Prawdę powiedziawszy, jeden nie wystarcza mi, jestem łakomy, jedno bóstwo wydaje mi się czemś w rodzaju postu. Mam swoich świętych i święte, boginki, duchy powietrza, ziemi, drzew i wody, wierzę w rozum, wierzę również w szaleńców widzących prawdę, a ponadto w czarowników i czarownice. Z przyjemnością rozmyślam, jak to ziemia kręci się w przestrzeni, otoczona mgłami, i radbym ją wziąć w rękę, obejrzyć, przypatrzyć się cudnemu mechanizmowi zegara świata. A obok tego z zachwytem słucham owych świerszczy niebiańskich, owych krągłookich gwiazd i szukam po księżycu owego człowieka z naręczem chrustu, który tam jest podobno.
Wzruszacie ramionami? Wzywacie mnie do porządku? O tak, porządek to wielka rzecz, ale drogo kosztuje. Porządek, to nie znaczy, czynić to, co się chce, ale to, co czynić potrzeba. To znaczy wydłubać sobie jedno oko, by lepiej widzieć drugiem, to wyrąbać las, by przezeń przeprowadzić gościniec. Jakież to wygodne, ale jakie brzydkie jednocześnie! Jestem Gallijczyk starej daty, przeto wyznaję zasadę: mnóstwo władz, mnóstwo praw jako gwiazd na niebie, każdy brat, każdy swat, a każdy dla siebie!