Strona:PL Rolland - Colas Breugnon.djvu/353

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

Wszedłszy raz na ścieżkę wspomnień, gadam, gadam, gadam, co krok schylając się po jakiś liść spadły z drzewa życia. Opowiadam nieskończone historje, a oni słuchają poczciwie. Czasem nawet, kiedy braknie mi słowa, albo się pomylę... podszeptują. Naonczas budzę się, jakby ze snu i podchwytuję złośliwe uśmieszki.
— Tak, tak, ojczaszku! — powiada ten, lub ów — Dobrze to było, kiedy się miało lat dwadzieścia. Piękniejsze były kobietki i wznioślejsze miały... przedsięwzięcia, a mężczyźni mieli serca w piersiach, a resztę... gdzie trzeba. Było widzieć naszego kochanego Henryczka i drogiego Ludwiczka...
— Hola! — wołam — Kpicie sobie, widzę, z waszego króla, moi drodzy wasale! Nie twierdzę wcale, że świat nie miał swego „ale“, wówczas gdy liczyłem sobie lat dwadzieścia. Nie powiadam też, że dziś niema u nas komu siać sadzić, okopywać i zbierać! Wiem, że przybywa ludzi, że drzewo, z którego dziś fabrykują Burgundów, jest twarde, proste i zdrowe. Mówię jeno, że przyszły czasy inne i inni ludzie. Twierdzę śmiało, że niema już Henryków i Ludwików, a to jest prawda! Ale, Colasie, nie rozczulaj się. Bacz, byś nie nudził kompanji. Nie wolno przeżuwać wiecznie jednego siana, stary byku. Dziś