Strona:PL Rolland - Colas Breugnon.djvu/352

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

Podobnie jak się to czyta w Piśmie Świętem, poślubiłem własną córkę. Ile razy podnoszę do ust szklankę, wszyscy klaskają w ręce, a ja śmieję się i łykam... Trochę może krzywo trzymam szklankę, ale to nic... bo nie uroniłem dotąd ni jednej kropelki.
Królowa pije także, a jednocześnie poi swe rumieniutkie bobo, które chciwie chwyta różową sutkę jej piersi, puszcza ją, wrzeszczy, ssie ponownie, gada coś i kręci zadeczkiem. Pies pod stołem warczy i naszczekuje, a kot najeżony z wygiętym grzbietem ucieka, unosząc w zębach smaczną kość.
Myślę głośno (nie lubię myśleć po cichu): — Życie, to dobra rzecz... o tak! Drodzy przyjaciele, cała jego wada to to, że trwa za krótko. Człowiek nie wychodzi na swoje. Powie ktoś: — Nie narzekaj! Bądź kontent z tej porcji, którą przed tobą postawiono! — Zgoda! nie przeczę... Ale proszę o drugą porcję... byle wielką! No i któż wie? Jeśli nie będę krzyczał zbyt głośno i zachowam się przyzwoicie, może dostanę... choćby deser maleńki... Ha... ha... jakże jednak smutno! Gdzież się podziało tylu dzielnych ludzi... gdzież nasz Henryczek kochany, gdzie książę Ludwik...