Strona:PL Rolland - Colas Breugnon.djvu/176

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

Trzeba było czekać, aż się załatwią i ruszą w dalszą drogę. Pod miejscowością Boyhault nasz notarjusz Delavau zażądał, by trochę zboczyć z drogi. (Nie można było odmówić, jako że on jeden, chociaż ławnik, nie robił na całej wyprawie doraźnego interesu). Notarjusz chciał mianowicie wstąpić do jednego z klijentów swych w celu sporządzenia testamentu.
Wszyscy uznali słuszność, ale rzecz trwała jakoś za długo i Florimond wespół z aptekarzem uznali to jednozgodnie za niezbyt właściwe.
Nakoniec przybyliśmy na miejsce. Oczywiście, wszystko musi nakoniec przybyć na miejsce, niby musztarda po obiedzie. Spóźnieni, przybyliśmy jednak w porę. Nasze dostojne ptaszki skończyły właśnie dziobać jadło, gdy w sam czas zjawił się przywieziony deser.
Panowie radni, zbliżywszy się do zamku, po raz ostatni zatrzymali się i przywdziali swe szaty pontyfikalne, dotychczas starannie poskładane w miejscu bezpiecznem od słońca i kurzu. Były rzeczywiście piękne, barwne, porywały oczy i radowały serce. Mer przywdział zielony, jedwabny strój, czterej ławnicy wełniane żółte szaty. Wyglądali razem jak ogórek i cztery kawałki dyni na talerzyku. Weszliśmy przy dźwiękach orkiestry.