Strona:PL Rolland - Colas Breugnon.djvu/103

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

Rozmawialiśmy o pogodzie i deszczu, potem, jak należy, poszliśmy dalej. Człowiek ma przecież sumienie, idzie drogą najkrótszą i nie gada z nikim (nie spotkaliśmy psa kulawego). Potrochu tylko (któż nie jest wrażliwy na piękno przyrody?) obserwowaliśmy niebo, świeże, wiosenne pędy traw i krzaków, rozkwitającą w rowie pod murem jabłoń, potem jaskółkę w locie, wreszcie, przystanąwszy na moment, dysputowaliśmy o tem, skąd wiatr wieje.
W połowie drogi przypomniałem sobie, że nie pocałowałem dziś mojej maleńkiej Glodzi. Przeto powiedziałem chłopcom:
— Muszę wstąpić do mojej córki. Idźcie naprzód. Spotkamy się w składzie drzewa.
Gdym przyszedł, Martynka właśnie szorowała podłogę w sklepie. Wody było po kostki. Martynka szorowała jak oszalała, nie przestając: jednocześnie mleć językiem. Gadała z wszystkimi, z mężem, którego nie było, z chłopcami, z praktykantem, z Glodzią i kilku kumoszkami, oraz sąsiadem. Śmiała się, pracowała i pyskowała,, gadała, plotła bez przestanku.
Skończywszy... szorować, nie gadać... wstała i, zamachnąwszy się szeroko, lunęła wodą z wiadra na sam środek ulicy. Zatrzymałem się na moment przed wejściem, by ją podziwiać,