Notturno

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
>>> Dane tekstu >>>
Autor Gabriele D’Annunzio
Tytuł Notturno
Wydawca Instytut Wydawniczy „Renaissance“
Data wydania 1924
Druk Drukarnia »Norbertus«
Miejsce wyd. Warszawa — Lwów — Poznań — Nowy Jork
Tłumacz Henryk Monat
Tytuł orygin. Notturno
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron


Gabriele d’Annunzio
NOTTURNO
Instytut Wydawniczy Renaissance logo.jpg



Instytut wydawniczy »Renaissance« (Erdtracht)
Warszawa — Lwów — Poznań — Nowy York

Autoryzowany przekład.
Dr. Henryka Monata.

Wszelkie prawa zastrzeżone.
Copyright by Interterritorial Publishing Concern
„Renaissance” (Erdtracht).
Warszawa — Lwów — Poznań — Nowy Jork.

Drukarnia »Norbertus« przedtem J. Roller i Komp., Tow. z ogr. poręką.

Miłości, bolom i śmierci mojej matki.
Karty te, krwią pisane poświęcam.


AEGRI SOMNIA.

Oczy mam obwiązane. Leżę na wznak w łóżku, kadłub mój nieruchomy, głowa w tył zwrócona, nieco niżej poziomu nóg.
Lekko podnoszę kolana, aby nachylić ku sobie tabliczkę na nich położoną.
Piszę na wąskim skrawku papieru, który jedną zawiera linię. Między palcami mam ołówek podatny w pisaniu. Gruby i średni palec prawej ręki oparte na krawędziach paska papieru, przesuwają go raz wraz po każdem słowie napisanem.
Końcowym członkiem małego palca prawego wyczuwam dolny skraj paska i posługuję się nim, jako przewodnikiem, aby prostą zachować linię. Łokcie przylegają mocno do moich boków. Ruchowi ręki nadać usiłuję jak największą lekkość, aby nie wyszedł po za jej przegub i aby żadne wstrząśnienie nie udzieliło się obwiązanej głowie.
W całej swojej podstawie czuję sztywność egipskiego pisarza, wyrytego w bazalcie.
Pokój pozbawiony jest wszelkiego światła. Piszę w ciemności. Znaczę moje litery w nocy, która zwarła się po obu moich bokach, jakby deskami przybitych. Uczę się nowej sztuki.
Kiedy wyrok surowy lekarza strącił mnie w ciemność a w ciemności wyznaczył mi ciasną przestrzeń, jaką zająć wypadnie memu ciału w grobie, kiedy porywy do czynów zastygfy na twarzy mojej zmrożonej a widma wojny zapadły się gdzieś przed tym progiem czarnym, kiedy milczenie zaległo we mnie i dokoła mnie, kiedy zwlokłem z siebie cielesność a odnalazłem ducha swego, z pierwszej nieokreślonej trwogi wyrosła potrzeba tłómaozenia się, wyrażenia. I natychmiast prawie szukać począłem pomysłu, jakby wymknąć się z pod rygoru kuracyi i jakby omylić surowego lekarza, nie uchybiając jego przepisom. Zakazano mi rozmawiać a zwłaszcza rozmawiać głośniej i bardzo trudno byłoby mi przezwyciężyć w sobie stary wstręt do dyktowania i zakorzenioną wstydliwość artysty, który między sobą a przedmiotem przez siebie traktowanym mieć nie chce pośredników, ani świadków. Doświadczenie odradzało mi próby pisania z oczyma zamkniętemi na ćwiartkach dużych. Trudność leży nie w pierwszej linii, ale w drugiej i następnych. Wtedy na myśl mi przyszedł sposób, w jaki Sybile pisały: oto na luźnych kartkach rzucanych potem, gdzie je los zawieje, kreśliły zdania krótkie.
Uśmiechnąłem się niewidzialnym w ciemności dla nikogo uśmiechem, kiedy usłyszałem szmer papieru, który przy świetle niskiej lampy w przyległym pokoju Sirenetta, usiadłszy na dywanie przecinała na skrawki.
Zapewnie podbródek jej oświetlony był teraz, jak w owe czasy wesołe, kiedy obok siebie rozciągaliśmy się na wybrzeżu Pizańskiem, oświecał je odblask rozżarzonego piasku.
Papier sprawia regularny szmer, który wyobraźni mojej przypomina szum fal, roztrącających się o stopy tamarysk i jałowców, spalonych w południowym wietrze.
Wnętrze mego oka zranionego żarzy się pod przepaską, jak południe letnie w zatoce Arna. Widzę piasek zmarszczony od wiatru, wyżłobiony falą.
Policzyć mogę ziarnka, zanurzyć w nich ręce, wypełnić niemi dłoń i przecedzić je między palcami.
Płomień się wzmaga, kanikuła szaleje. Piasek lśni w mojej wizyi jak mika i kwarc. Cmi mnie, nabawia zawrotu głowy i strachu, jak puszcza libyjska w poranek ów, kiedy sam jeździłem ku grobom w Sakkarah.
W powiekach nie mam na to obrony — ani też żadnej osłony innej. Kłujący ogień pali mnie pod czołem; niepodobna mu umknąć. Wszystko jakby szczecinami mnie razi, jakby nożami tnie. Potem — jak ręka twórcza kształtuje w kredzie miękkiej figury — powiew tajemniczy podnosi z oślepiających piasków zarysy form ludzkich i zwierzęcych.
Od tej chwili ogień skupiony staje się niby kamieniem pod dłutem.
Mam przed sobą twardą ścianę rozżarzonej skały z wyrytymi na niej ludźmi i potworami. Od czasu do czasu porusza się jak żagiel olbrzymi i obrazy nabywają życia. Potem wszystko umyka, porwane przez wicher czerwony, jak namiotów kupa w pustyni.
Kraj mojej siatkówki rozdartej goreje, coraz wolniej, układając się w zwój, jak papyrus Dantego — aż ciemność w końcu gasi słowa wypisane w płomieniu.
Czytam: „Dla czego zwiodłaś mnie dwa razy?“
Słony pot spływa mi aż do ust i miesza się z łzami ściekającemi z przyciśnionych powiek. Mam pragnienie. Proszę o łyk wody.
Pielęgniarka mi go odmawia, ponieważ zakazano mi pić.
„Uciszysz pragnienie w pocie i płaczu swoim.“ Prześcieradło przylega do mego ciała, jakby owijało topielca, kapiącego jeszcze od słonej wody, a wyciągniętego na brzeg i złożonego na piasku, aż ktoś przyjdzie, co go pozna, co zamknie mu powieki okryte pianą i nad jego milczeniem wielkim wybuchnie płaczem.

Kiedy Sirenetta przybliżyła się, ostrożnie stąpając, do mego łoża i przyniosła paczkę pierwszą równych pasków papieru, podniosłem zwolna ręce złożone wzdłuż mych bioder. Czuję, że stały się wrażliwsze, że coś niezwykłego weszło w końce moich palców, coś jakby przypływ jasności.
Wszystko w ciemności. Jestem na dnie grobu. Leżę w mojej drewnianej trumnie, ciasnej i dostosowanej do mego ciała, jak futerał.
Innym zmarłym krewni przynosili owoce i chleb. Mnie pisarzowi litosna osoba podaje narzędzia mojego zawodu.
Gdybym się podniósł, czyż głowa moja nie natrąciłaby na wieko, zewnątrz wymalowane obrazem moim dawniejszym z wielkiemi i jasnemi oczami, wpatrzonemi w piękność i zgrozę życia? Moja głowa pozostaje nieruchomą, wciśniętą w przepaski. Bezwład jakiś opanował mnie od bioder aż do karku, jakby ktoś istotnie dokonał na mnie zabalzamowania.
Ręce moje szybko odnajdują kierunek ruchów z tym niezawodnym instynktem, który jest w błonkach nietoperzy, przelatających przez zakręty ciemnych jaskiń.
Biorę pasek papieru, dotykam się go, mierzę. Poznaję jakość papieru po lekkim szeleście.
Nie jest to mój papier zwykły, który arkusz za arkuszem ręcznie sporządzali dla mnie rzemieślnicy w Fabriano, umieszczając w nim znak wodny mego zamierzonego dzieła, które dziś wydaje mi się strasznem, jak wieczysta kara. Jest on gładki, nieco twardy z ostremi krawędziami i końcami. Podobny on do papieru nie walcowanego, do karty uświęconej, którą malarze umieszczali w swoich obrazach.
Otóż z uczuciem jakiejś religijności trzymam go w rękach. Odnawia się we mnie tajemnica pisma, znaku pisanego, jakby po raz pierwszy odsłonięta.
Słyszę szelest papieru między drzącemi mojemi rękami.
Zdaje się, że podrażnienie rozdmuchuje iskrę jarzącą się we wnętrzu oka. Skry i płomienie buchają z duszy.
Na kolanach moich czuję rękę litośnej pielęgniarki. Podnoszę je lekko, aby dosięgnąć tabliczki. Dla mnie ślepca jest ona, jakby tabliczka wotywna. Leży na niej skrawek papieru. Między palcem grubym, wskazującym i średnim trzymam ołówek. Palec średni wciąż ma zadanie najuciążliwszej pracy. Nulla dies sine linea.
I drżę przed tą pierwszą linią, którą napisać mam w ciemności.
O sztuko! sztuko uprawiana z taką namiętnością, na skróś rozpatrywana z taką tęsknotą.
Rozpaczliwa miłości słowa rzeźbionego na stulecia.
Mistyczne upojenie, które tylekroć z mojego ciała własnego, z krwi mojej własnej stwarzało słowo.
Ogień natchnienia, który niespodzianie zlewał to, co stare i co nowe na nieznany związek. Ręka na wagę brała przedmiot. Przedmiot miał kolor, wypukłość i dźwięk.
Pióro było pęzlem, dłutem, smyczkiem muzyka. Władać niem było przyjemnością zaszczytną.
Pokorny a dumny duch drżał, oglądając ryz nietkniętego, zbitego papieru, który zmienić się miał w żywą książkę.
Rodzaj oliwy do lampy dobierałem, jakby na ofiarę jakiemuś bogu surowemu.
A w godzinach szczęśliwej twórczości krzesło stawało się klęcznikiem, trzeszczącym pod kolanami dźwigającymi ciężar ciała przytłóczonego.
Teraz moje ciało jest w trumnie — wyciągnięte i ściśnione.
Wczoraj mój duch szamotał się jak wielki orzeł schwycony w pułapce. Dziś zebrał się w sobie, skupił, zaostrzył.
Ale serce bije niepomiernie.
Dotykam się papieru — ręka, która trzyma ołówek jakby kurcz ją chwycił, sprawia mi prawie ból.
Odrazu w rozpalonem mojem oku zjawia się postać Wincentego Gemita, jak go widziałem w pierwszych czasach jego obłędu, kiedy wspinał się do swego więzienia po skalistym, zawrotnym stoku, gdzie demoniczne trzody kóz gryzły trawę spaloną.
Widzę go w pokoju ciasnym, jak cela, przebiegającego między drzwiami i oknem z nieustannym ruchem zwierza w klatce.
Głowę wielką o długich włosach i brodzie, głowę oszalałego od wiatru pustynnego proroka źle podtrzymuje ciało słabe, skrzywione na dwóch nogach złamanych trudem a opierających się w stopach nieprzezwyciężoną odpornością, jaką mieć musiały nogi Michała Anioła na rusztowaniu w kaplicy Sykstyńskiej.
Rękę prawą trzyma w kieszeni i nigdy jej nie wyciąga, jakby ją coś tam przytrzymywało, drugą zaś ręką giestykuluje.
Dławi mnie teraz to samo współczucie i ten sam smutek, jakie zawładnęły mną, kiedy dowiedziałem się, że od lat już, od samego początku swego obłąkania trzymał w schowanej rące kawałek czerwonego wosku do modelowania a grubym i wskazującym palcem wciąż wykonywał ruchy modelownika, chcącego go urobić i formować. Po udarze, pozbawiony siły twórczej zachował tylko instynktowny giest, ruch kształtujący, techniczny nawyk pracownika w sztuce Celliniego, odlewacza, któremu wosk odjęto.
I oto: tu w otchłani mego obwiązanego oka żyje on strasznym życiem.
Spogląda na mnie z głębin rozpaczliwego smutku.
Zestarzał się. Grzywa jego i broda posiwiały, rozczochrały je burza i los, jak u króla Leara.
Ręki swej już nie chowa, a ułamek wosku czerwonego trzyma między grubym a wskazującym palcem.
Schudzona ta ręka — kości tylko i nerwy — podobne do korzenia obumarłego, powtarza bez końca ruch jeden.
Teraz głowa jego znika, ciało jego znika, pożarte ogniem gorejącym pod moją powieką, jak pod pokrywą pieca hutniczego.
Ręka zostaje, ręka tylko jedynie, jakby rozbitka w morzu płomieni.
A wosk nietopnieje... oto jest tu: bryłka krwawego koloru między grubym a wskazującym palcem, które nie ustają nigdy w swoich ruchach.
Wizya przybiera kształty tak wyraźne, że się wysilać muszę, aby nie krzyknąć z przerażenia i bolu.
Błyski obłędu przelatują mi przez mózg. Coś mnie porywa, abym oczy wydarł z dołów, abym nic już nie widział.
Noc zaległa dokoła mnie, ale ta noc moja bucha ogniami.
Pielęgniarka moja odeszła. Z przyległego dochodzi mnie cichy szelest przykrawanego przez mą papieru.
Zapanowuję nad drżeniem i przytykam koniec ołówka do skraju paska papierowego. Przez chwilę mam wrażenie że trzymam: nie ołówek, ale kawałek czerwonego, ciepłego wosku. Chwila to nie określonej trwogi.
W końcu piszę na niewidzialnym papierze. Piszę oto słowa:
„Siostro, dlaczego zwiodłaś mnie dwa razy?“
Pełen niepokoju przerywam czujną pielęgniarkę. Przybiega. Mówię jej; „Weź to i patrz, czy odczytać możesz, co napisałem.“
Odchodzi z karteczką, która szeleści, jak liść palmowy.
Milczenie.
Chwile wydają mi się wiecznością odmierzoną biciem serca ściśnionego.
Słucham.
W sąsiednim pokoju dźwięczny głos odczytuje bez przestanków słowa, które wydają się czytającej zapewnie sybillinskiemi:
„Siostro, dlaczego zawiodłaś mnie dwa razy.“
Pierwszy raz małą zdobyła sławę, zabijając mego towarzysza, co przysiągł się ze mną na wyprawę bez powrotu.
Drugi raz — w zbiegu fatalnym kilku godzin — innego obdarzyła pięknym losem, który mnie wyznaczył mój towarzysz, godnym go mnie uznając wedle prawa boskiego. Anioł, czy demon nocy rozdmuchuje pożar zamknięty w moim oku zranionem.
Iskry bez liku rozpryskują się w wietrze. Głowa moja w tył zwieszona, opuszczona opada w próżnię.
Nie czuję już poduszki, nie czuję łóżka.
Słyszę zmieszany turkot, słyszę łoskot samolotu, słyszę huk bitwy.
Litosna a stanowcza ręka przesunęła mnie, trąciła. Głowa moja waha się w próżni na krawędzi statku drgającego.
Cień prawego skrzydła samolotu okrywa mnie, a śruba wieńczy mnie jak gwiazda rozwiana.
To już nie ogień, to krew pryska. To już nie iskry, to krople! Bohaterski sternik odwozi do ojczyzny poetę poświęconego na ofiarę.
O chwało niezmierzona!
Jakaż ręka boska, czy ludzka wspanialsze rzucała kiedykolwiek ziarno w brózdy ziemi?
W burzach wojny krew niewyczerpana rozlewa się, jak ziarna rozwiane.
Każdy wylew tysiąckrotnie a tysiąckrotnie rozpryskuje się, jak pył szumiącego wodospadu, w którym tworzy się tęcza. Nie sączy się, ale ulatuje, nie pada, ale się unosi.
Czem jest w porównaniu z tem wzniosłem kropidłem głowa Orfeusza unosząca się nad lirą?
Nowy mit jest piękniejszy.
Widzę oblicze moje przemienione w stuleciach, które się zbliżą do wielkości.
Moja dusza nie uchodzi, ale wciąż wiąże się z raną, jak pochodnia ze swoim blaskiem, który wiatrem trącony odrywa się i znów wraca, tłumi się i znów wybucha, ugina się i znów się podnosi, trzymany na więzi niewidzialnej, żądzą swoją rozpłonięcia silniejszej od burzy.
Długi ból przeradza się w radość nagłą, długa nędza przemienia się w szczyt czystości, dusza ogląda cudowne oblicze, które teraz istotnie jej jest obliczem, a które posiadać tak pragnęła i — napróżno Widziała, że śmierć jest zwycięstwem, ale nie doceniała jego wielkości.
Dusza — nieśmiertelna promienna jest wiecznie, promienna i w śmierci samej — a powiew przelotu nagrobnego nie utrąca jej.
Ciało było jej ciężarem a teraz jest jej zachwytem. Krew była jej zaburzeniem, a teraz jest jej cudem.
Życie było jej granicą, a teraz jest jej wolnością.
Ciało unosi ją, jak pęd piękności twórczej.
Żadna głowa wyznawcy, czy męczennika na rusztowaniu nigdy nie była równie piękną, jak ta głowa na kruchej krawędzi otchłani porannej.
Żaden przebity orzeł nie był tak dumny, krwawiąc światło uderzeniem ociekających skrzydeł.
Krew ta skrzy się na wieki, jak droga mleczna wieczyście bieleje w noc.
Oto ziemia, oto cel.
Ostatnia kropla rozlała się w łoskocie lotu.
Bohaterski sternik na nietkniętych skrzydłach wzniósł skrwawione ciało poety ofiarnika z powrotem do ojczyzny.
Wieść o tem przytomną jest, jak błyskawica a daleką, jak wspomnienie czynu bohaterskiego.
Wszystkie wybrzeża Włoch drżą, jak obrąbki ich chorągwi.
Sława klęka i całuje proch.

Kto ślepców przedstawił jako widzących i ku przyszłości zwróconych? jako głosicieli tego, co nadchodzi?
Jak Tireziasz usta swoje wieszcze umoczył we krwi czarnego barana zarżniętego nad dołem, tak od wielu już nocy spijam moją ofiarę, ale nie widzę przyszłości, ani żyję w teraźniejszości.
A tylko jedna przeszłość istnieje, tylko przeszłość rzeczywistą jest, jak przepaska, którą mam na oczach, dotykalna jest, jak moje ciało ukrzyżowane.
Czuję przewiew i ciepło moich wizyi. W mojem oku zranionem sprzęgła się cała treść mojego życia, cała suma mojej wiedzy. Zamieszkał w niem ogień wywołujący wspomnienia, bezustannie utrudzony.
Kto się zbliża do mego łóżka, mniej żywym jest od wspomnienia przejść moich, które przytłacza mnie obliczem rozżarzonych węgli, jakby wstawało z czeluści płonących piekła.
Nie piszę na piasku, piszę na wodzie. Każde słowo napisane rozprasza się, jakby porwane ciemnym strumieniem.
Zdaje mi się, że końcem wskazującego i średniego palca widzę formę litery, którą znaczę.
Jest to chwila jakby błysku światła, jak fosforescencyi.
Litera gaśnie, zaciera się, ginie w strumieniu nocy.
Zdaje mi się, że biegnę przez most, który się wali za mną. Łuk oparty o brzeg — zniszczony, nagle w posadach załamuje się łuk średni. W trwodze dobiegam do przeciwległego brzegu wątpiąc, czy się uratuję, podczas gdy trzeci łuk zapada się i znika.
Piszę, jak człowiek zapuszczający kotwicę, której lina coraz szybciej się odwija, podczas gdy morze wydaje się bez dna, a hak nie trafia na nic, o co by zaczepił, ani lina nie zdąży nigdy wyprężyć się.
Jak poryw melodyi, rodzącej się nagle z głębi orkiestry, jak objawienie wieszcza, który wywołuje utajone dźwięki duszy, jak poselstwo wiatru w drodze przelotnej ku wieczności, duchem bezbrzeżnym, ciałem bezksztaltnem, radością, która strachem się wydaje, czuję nadzmysłowość świata.




Towarzysz mój leży na wyspie zmarłych za murem z cegieł, za żałobną osłoną cyprysów. Leży w czworoboku cmentarnym, gdzie pogrzebano marynarzy, ciasno umieszczony w trumnie ołowianej, którą widziałem, kiedy przywierano jej wieko płomieniem syczącym.
Leży pod ściętą kolumną z kamienia istryjskiego, którą wkopano na wierzchu wzgórza w grudy ziemi.
Ta jego kolumna jest jakby zegar słoneczny, na którym rozpięte skrzydło Ikara, niby wskazówka spiżowa nad wyrytem nazwiskiem jedną wskazuje godzinę: godzinę najwyższej odwagi.
Towarzysz mój umarł, pogrzebano go, znikł. Ja żyję, ale ciasno umieszczony w ciemności, jak on w swojej. Oddycham, ale czuję, że tchnienie moje przechodzi przez wargi zsiniałe, jak jego były w pierwszych godzinach pośmiertnych, czuję, że tchnienie otwiera mi usta prawie znieczulone, ścierpłe od smaku metalicznego jodu, który krąży w mojem ciele.
W samej ranie podobny jestem do niego; widzę jeszcze watę opatrunku na jego prawem oku, rozbitem od uderzenia.
Tak jego śmierć i moje życie są jedno i to samo.
Z jego nieruchomości tam w dole płynie ku mnie coś, co umiałem u niego pokochać, z mojego tu znieruchomienia idzie ku niemu coś, co warte jego miłości.
Choć ja cierpię, choć on już nie cierpi, u obu nas ciało przezwyciężone, a duchy się łączą.
Ostatnie jego słowa, posłyszane przezemnie nad znikającem wybrzeżem, zsiniała i zimna ręka jego, którą musnęły moje wargi na chwilę, zanim wieko trumny mi ją zakryło!! między tym głosem i tym chłodem śmierci czyż z nim żyłem, czy umarłem wraz z nim?
W duszy jest kąt, gdzie czarny strumień i jasny zlewają się.
Jest to kąt naszej przyjaźni wiecznie żywej. Nasze obrazy odzwierciedlają się tu i łączą w jedno.

Nie jest to już wizya — to ciągła obecność. Ale wizya pierwsza uprzytomnia mi się, owiana strachem.
Było to wieczorem przededniem jego pogrzebu. Ból mój zawisł nad jego ciałem zniszczonem.
Była to noc świętego Stefana. Na kominku pali się ogień. Siedzę, gdzie on zwykł siadywać. Coraz to więcej zawładnął całą moją istotą. Zatracam się w nim.
Nie słyszę już, co tuż przy mnie mówią żywi. Jest tu przy mnie Cinerina z tym swoim cudownym, genialnym wyrazem twarzy, przypominającym mi młodego Beethovena, z temi swojemi większemi, niż zwykle oczami, których spojrzenie pogłębia melancholia i ironia, zmieszane jakby na tajemniczą maść na oczy. I Manfredi Gravina przyszedł pocieszyć mnie, obudzić we mnie wiarę, że są jeszcze przyjaciele w świecie, że istnieją jeszcze towarzysze, zaprzysiężeni na wojnę!
26. grudnia 1915. Jaka tam pogoda na dworze? Cinerina mówi, że o siódmej, kiedy przyszła, niebo było przejrzyste i wygwieżdżone. Manfredi mówi, że teraz jest gęsta mgła.
Dziewiąta godzina. Czas iść. Renatę nachodzi sen.
Wkładam wielki mój płaszcz szary na grubą koszulkę lotnika. W przedpokoju wszystko odbywa się tak, jak kiedy tu jeszcze był. Ale czarny jego już nie wisi... ani się słyszy jego dźwięcznego, ironicznego głosu.
Wychodzimy. Brniemy w mgle.
Miasto pełne jest widm.
Ludzie przesuwają, się cicho, toną w ciemności. Na mostach widać tylko krawędzie białego kamienia w każdym stopniu.
Czasem rozlegnie się śpiew pijanego, jakiś krzyk niewyraźny, jakiś hałas.
Latarnie błękitnieją we mgle.
Krzyk posterunków lotniczych chrypnieje w wyziewach.
Oto miasto snu, miasto z zaświata, miasto zanurzone w wodach Lety, czy w podziemiu piekielnem.
Widma mijają, muskają nas, rozpływają się.
Renata idzie przedemną, jak zazwyczaj, a Manfredi idzie u jej boku. Rozmawiają, jak rozmawiali, bywało Renata i mój zmarły towarzysz. Od czasu do czasu mgła kładzie się między mną a nimi.
Przechodzimy przez mosty. Lampki świecą, jak błędne ogniki cmentarza.
Piazzę[1] wypełnia mgła, jakby wazę woda opalizująca.
„Stare Prokuracye“[2] są prawie niewidzialne. Campanile[3] wierzchem swoim znika w wyziewach. Bazylika wydaje się skałą sterczącą z morza obłoków.
Dwie kolumny Piazzety[4] podobne są do dwóch słupów dymu, unoszącego się z dwóch równych kup popiołu.
Nad Riva degli Schiavoni[5] świecą latarnie statków.
W „Caffe Orientale“ rozlega się za drzwiami zamkniętemi lekka muzyka jekiegoś tańca.
Pijani śpiewają.
Widma błąkają się.
Zmarli chodzą po ziemi tej nocy, jak w noc z dnia wszystkich świętych na dzień zaduszny.
Pożegnaliśmy się w przedsionku hotelu Danieli. Spodziewam się, że Renata spać będzie tej nocy.
Wracam do „Czerwonego Domu“ sam. Mój przyjaciel jest ze mną, w duchu moim. Głęboki żal sączy mi się z serca.
Oglądam brzeg, gdzie łódź jego przybijała wieczorem, gdzie podawaliśmy sobie ręce i mówiliśmy: „Do widzenia“.
Na Piazzecie na odgłos mych kroków jakiś człowiek się odwraca.
I jeszcze raz odwraca się, oddala, staje się mglistym cieniem, znika.
W chodzę pod „Prokuracye“ oświetlone niebieskiemi lampami. Dziwi mnie, że słyszę tu liczną rodzinę, rozmawiającą o powszednich sprawach, z tą tępotą, jaka ciąży na ludziach idących z biesiady. Czy to ludzie żywi? czy umarli? Mijam ich. Zmieniają się w cienie.
Za mostem San Moisé,[6] podczas gdy z drżeniem myślę, że wypadnie mi przejść przed uliczką Corte Michiel, spostrzegam kogoś, co chodzi u mego boku bez szelestu, jakby bosemi nogami.
Jest to ktoś, co ma wzrost mego towarzysza, tę samą budowę, ten sam chód.
Ma odzienie jakieś nieokreślonego koloru szarawego i nakrycie głowy także szarawe.
Milczy dziwnem milczeniem, jakby w nim głosu nie było, ani tchnienia żadnego.
Idzie bez obcasów, bez trzewików, bez sandałów. Odczuwam jakiś strach instynktowny. Zwalniam kroku. Widzę go przed sobą.
Chód jego jest taki sam, jak mego towarzysza. Po chwili znowu jest u mojego boku... tu przed pasażem, wiodącym do uliczki Corte Michiel. Na drodze nie ma żywej duszy. Na rogu rzucam światło lampki elektrycznej przed siebie i idę powoli. Udaje mi się zachować dystans dwóch, czy trzech metrów między nim a mną. Nie odwraca się nigdy.
Jego krok jest tak cichy, tak dziwny, że nieliczni przechodnie zatrzymują się na chwilę i oglądają go.
Doszliśmy do Santa Maria del Giglio. Mgła wciska mi się w usta, zachodzi w płuca. Kłębi się ona w stronę ku kanałowi i gęstnieje.
Nieznajomy szarzeje, odcieleśnia się jeszcze więcej, staje się cieniem.
Idę więc raźniej, abym go nie stracił z oczu. Pod domem, w którym wieczorami słychać zawsze grę fortepianową, pod domem antykwaryusza znika nagle.
Nie wpadł do kanału, nie przeszedł przez most, nie wszedł do żadnej bramy. Sklepy i drzwi są zamknięte. Przeszukuję je moją lampą. Wracam wstecz aby się upewnić. Potem wbiegam na most i szybko przechodzę ulicą, chcąc się przekonać, czym się nie omylił i czy nie idzie tam przedemną.
Droga osamotniona jest, pustym jest plac San Maurizio.
Może odnajdę go w ciasnej ulicy, która wiedzie do Czerwonego Domu? Serce mi bije. Pasmo mgły przesuwa się po mojej twarzy. Tłum pijanych ludzi hałasuje tam w dole przy przeprawie łodzi.

Usta moje pełne są śmierci. Ból mój nasycił się nad marami, jak nad żłobem. I znosić potem nie mogłem innego pokarmu.
Znowu przeżywam dni żałoby; godzina za godziną, chwila za chwilą. Obwiązanemi oczami chcę widzieć. Czołem rozbolałem chcę rozumieć.
To, co się przydarzyło, wydaje się czemś potwornem.
Konieczność, choćby jak twarda, może się piękną wydawać. Ale niespodziany ten wypadek tyle ma chyba tylko pięknego w sobie, ile mu użycza mój smutek.
Znaliśmy niebezpieczeństwo, któremu dobrowolnie poświęcaliśmy się z świadomością, zdradzającą się między nami tylko jakimś przelotnym uśmiechem. Widzieliśmy, że przedsięwzięcie nasze było rozpaczliwe i nie pragnęliśmy uniknąć pięknego losu.
W ostatnich dniach postacie nasze rysowały się wyolbrzymione nad głębinami morza bez widnokręgu. Serdeczny smutek rozstania podnosił cenę każdej godziny razem spędzonej.
Utrwalaliśmy się w zamiarze silnym śród bezczynności Wenecyi, w ciemnych mgłach miasta znikającego, które wojna — jak się zdawało — wyniszczyła aż do ostatnich resztek.
Zdwoiliśmy wysiłek czynności, co dzień na nowo podejmywanej, jakby przeniknąć miała brzemię ciemne i leniwe zalegającego smutku.
Jedna para mężczyzn, para wojenna odrodziła się w stworzeniu uskrzydlonego statku, który wieść ich miał i rany zadawać bronią wyżyn, bronią niebieską, kierowaną przez wolę jedną, jak włócznia o dwóch ostrzach młodego Greka.
Nie ma dziś na świecie szlachetniejszego związku, niż układ milczący, który z dwóch żywotów, z dwóch skrzydeł, jedną rodzi szybkość, jedno męstwo, jedną śmierć. Najtajniejsze drgnięcie miłości niewyznanej niczem jest w porównaniu ze spojrzeniami, które w godzinach mniej ciężkich utwierdzały w tych dwóch ludziach wierność dla idei, uczucie całej wagi ich postanowienia i bezmowne poświęcenie, czekające ich jutro. A śmierć, która zabrać miała nas obu, zabrała tylko jednego, sprzeczna z naszym układem, z naszem ofiarowaniem się, ze sprawiedliwością, ze sławą.
Szczytem sławy dla uskrzydlonej pary jest całopalenie — poświęcenie, w którem cała spłonęła ofiara.
Ogień jest ich prawdziwym losem. Ich skrzydła łoskocące stają się dla nich stosem płonącym.
Jak w ósmym kręgu piekielnym obydwaj są w ogniu, ale ogień ten jest niepodzielnym ich losem, objąć ma obu społem.[7] Nie mówili z sobą na wyżynach i mówić nie będą, kiedy runą w przepastne płomienie.
Jak lot ich był milczeniem niebieskiem, odmierzanem przez eksplozye w motorze, tak całopalenie w ponurem odbyć się ma milczeniu. Dla pary skrzydlatej, gdyby uledz miała w walce, koniecznością heroiczną jest; spłonąć do szczętu.
Kto się jeńcem odda i zabrać pozwoli samolot, o tym powiedzieć można istotnie, że grzeszy przeciw ojczyźnie, przeciw duszy i przeciw niebu. Nieszczęsny, czy bezwstydny traci wszelkie prawo do sławy.
Unoszony ogniem bojownik w powietrzu jest podpalaczem w życiu i śmierci.
Szczęśni dwaj bohaterscy towarzysze, których kości nie do poznania zmieszały się na noszach, jak dymiące ognie!
Wracają dnie zgrozy, noce czuwania.
Przeszłość przytomną jest ze wszystkiemi swojemi zjawami, ze wszystkiemi wypadkami.
Na nowo cierpię męki przebyte, na nowo płaczę łzami, raz już wylanemi.
Odgrzebano mego przyjaciela i napowrót pogrzebie się go.
Jakiś ruch, jakieś słowo, zapach, światło, łoskot śruby, pobłysk bagnetu, załom chorągwi, kapienie świecy, siniejąca ręka z paznokciami prawie białemi, plama niewyraźna na podłodze, syk płomienia strzelającego ku spojeniom ołowianym, odgłos pierwszej grudki ziemi na trumnę spadającej, dźwięk echowy wieczności: cała zgroza pogrzebna ze wszystkiemi swojemi szczegółami odbija się w nieubłaganej jasności moich wspomnień.

Czasem widzę siebie samego, jakby przyjaciel mój widzieć mnie mógł z swoich mar.
Czasem ja jestem trupem — i zarazem owym, co siebie samego — trupa ogląda.
Wielkie snopy światła olśniewają mnie z migającą idąc po sobie szybkością, jak w ową noc wrześniową, kiedy przechodziliśmy razem, podobni dwom ślepcom, cisnąc się wzajem, nad wybrzeżem zalanem deszczem nawalnym i kiedy błyskawice nieustanne raziły oczy, ilekroć otwieraliśmy powieki.
Pragnę chwili spoczynku, aby objąć jego twarz, jak ją widziałem raz ostatni. Chciałem odnaleść w sobie tą część ukrytą mej istoty, która może wiedziała, że raz ostatni go widzę, podczas gdy sobie z tego sprawy nie zdawałem.
Jak obudziłem się owego ranka? Cóż to za sen był, który towarzyszył duszy aż do progów światła?
Jak drzewa, na które pada skośne światło słoneczne, tak i ludzkie wypadki rzucają za sobą cień długi, którego nikt nie odmierzy.
Oto wstałem, ubrałem się, mam płaszcz swój, odwagę moją, jak każdego rana. Nic nie wiąże mnie z domem. Dom ten mniej waży, niż namiot doraźny.
Wolny jestem i plan swój mam — a plan mój jest wszystkiem dla mnie.
Życie ma tylko wartość pocisku, którym pięść wstrząsa, zanim go ciśnie. Kościom jakby wagi ubyło. W całem ciele żyje tylko serce.
Wychodzę. Ten mały dom ma bramę żelazną, która zamyka się przy zatrzaśnięciu.
Wichr. Deszcz. Kanał wyje.
20. grudnia. Łódź motorowa z Sant Andrea, warcząc przybija do brzegu. Noszę moje waliski i worek z listami.
Laguna jest wzburzona. Woda pieni się w bałwanach.
U steru łodzi stoi Sycylianin, z którym wdaję się w rozmowę.
Opowiada mi, jak okręty, na których przebywał, rozbijały się w Oceanie spokojnym i na wybrzeżu Tryesteńskim.
Przybywam do Sant Andrea. Beppino mnie czeka. Ma nowy ubiór, niebieską kurtkę, guziki złote i krótkie spodnie w kamaszach. Dziwne to czyni wrażenie. Jestem krótkowidzący, nie poznaję go zrazu. Coś nieokreślonego unosi się w tej chwili między mną a nim.
Kroczę po przez łodzie i wstępuję na ląd. On mi towarzyszy z tą ustępną grzecznością, którą zawsze zachował nawet w ścisłem naszem obcowaniu, a bora silniejsza dmie tu wzdłuż zamulonego brzegu.
Wchodzimy do baraku drewnianego. W korytarzu gorąco. W piecu pali się... czerwienieje żarem.
Prowadzi mnie do swojego małego biura, pokazuje mi gałązkę jemioły, którą dostał, a którą zabrać chce ze sobą do samolotu, aby mu się szczęściło. Każe pochować walizki i wór.
Godzina to właśnie śniadania.
Trzej oficerowie francuscy zasiedli do naszego stołu.
Kwiaty, potrawy specyalne, coś wyszukanego — wszystko na cześć moją.
Siedzą u boku mego towarzysza. Toczy się rozmowa o misteryach życia, o świecie nadzmysłowym a potem o szczęściu, o talizmanach, fetyszach, czarach. Beppino[8] przysłuchuje się, a czasem rzuci jakieś słowo trafne, nowe, głębokie.
Powstaliśmy, aby napić się kawy. On pokazuje mi kilka zabawnych rycin, które zdobić mają korytarz. Mówi się o tem, jakie książki umieścić wypadałoby na półce, „w czworoboku“ — mówi się o Sant Andrea, o nowych budowach, o wiośnie najbliższej.
Jest tu z nami Manfredi Gravina, Gigi[9] Bresciani, Aberto Blanc.
Mówi się o przyrządzie, który Gigi Bresciani wynalazł.
Zapobieże się hawaryom.
Bresciani to młodzieniec z Werony; blondyn, mizerny, blady, z bródką, cienkiemi wargami, oczami jasnemi, z wyglądem małego oficera angielskiego z czasów Horacego Nelsona.
Beppino bawi się, dogadując Albertowi Blank, który skonstruował nowego rodzaju bomby wybuchowe i przyrządy do mierzenia odległości. Ktoś z nas opisuje gniew Miraglii, kiedy mu zgłoszono przybycie komisyi japońskiej. Mówi się o „duszy“ japońskiej potem o psychice Chińczyków. Manfredi z zacięciem przedstawia szlachcica chińskiego, jak trudno wejść w jego tajniki, jak nieprzenikliwą jest jego grzeczność.
Druga godzina. Czas wyruszyć. Łódź motorowa czeka.
Czarny kot chowa się pod dywanem. Podczas śniadania jadł z miseczki z takiem upodobaniem, że ogon jego wciąż poruszał się, jak u zakochanych kocurów.

Stół stoi w pobliżu okna i pieca. Okno jest niedomknięte, gdyż w pokoju za gorąco. Za każdym silniejszym powiewem otwiera się.
Na stół i kwiaty pada światło zimne, szarawe.
Bora była tak silna, że majtek łodzi motorowej przepowiadał jej trwanie na co najmniej jeden tydzień!
Ten majtek pochodzi z Syrakuzy, Mówiliśmy o słońcu, upale, pomarańczach, kwitnących drzewach migdałowych, o Taorminie.[10]
Widziałem znowu Latomie,[11] teatr, Venerę... i konstelacyę barana.

Wstajemy, aby odejść. Beppino odprowadza mnie. Tego wieczora ma straż odbywać. Mówimy o samotności i o spoczynku w osamotnieniu.
Położy się niebawem, będzie spał długo. I ja wraz z Renatą zostaniemy sami — nie przyjmujemy tedy zaproszenia Alberta, abyśmy z nim udali się do restauracyi, gdyż przyjaciel nasz Beppino nie może pójść z nami.
Towarzyszy on mi jeszcze i po przez czółna podchodzę do łodzi motorowej wraz z Manfredim, Albertem i Brescianim, który ma wyraz jakiejś zadumy.
Beppino zadowolony jest, że przyjdzie jutro na śniadanie do mnie, na ostatnią biesiadę przed lotem — bez powrotu.
„Jedzmy i pijmy, towarzyszu. Jutro będziemy paszą dla ryb!“
Oczy śmieją mu się w dziecinnem uniesieniu. Żegnamy się. Stoi na pokładzie wielkiego statku i patrzy za mną.
Dwa lub trzy razy odwracam się, abu mu ręką przesłać pozdrowienie. Znika.

Zimno — deszcz pada — wiatr. Otuliłem się w mój wielki szary płaszcz.
Laguna jest brudno-żółta, wzburzona. Mija nas czarna łódź z czerwonym żaglem.
Pogrążyłem się w milczeniu, podczas gdy przyjaciele moi rozmawiają. Mówią o nim. Manfredi zamierza urządzić krotochwilę. Oto w karnawale (a więc będziemy karnawał mieli w tej rzezi ludzkiej? zapusty niekończącej się zabawy?) w karnawale przebrać by można kilku majtków jako serbskich oficerów w łachmanach, rozczochranych, brudnych i posłać ich, niby „misyę serbską“ do zwiedzania placówek w Sant Andrea, aby ucieszyć się wściekłością komendanta.
Nastąpił wybuch wesołości, prawie rzewnej... tak go kochaliśmy, tak lubowaliśmy się w jego osobliwej żartobliwości.
Ponura wilgoć powietrza tłumi jednak śmiech i dowcip pomysłu,[12] Luigi Bresciani zabiera się do pracy nad swoim powietrznjon statkiem wojennym. Manfredi wraca do admiralicyi. Po przez melanckolią chwili przelotnej jaśnieje wola.

Żegnając się z Albertem, na jego nalegania, abym z nim jadł kolacyę, mówię mu, aby przyszedł do mnie około siódmej i że wtedy zależnie od usposobienia, roztrzygnę się, czy wyjść, czy w domu zostać.
Głuszący smutek. Życie rwie się nagle, jak struna napięta — a trudno spiąć je na nowo.
I Renata jest smutną. Postanawiam pójść na kolacyę z Albertem, aby ją rozerwać. I ona uskarża się na nieobecność naszego przyjaciela. Zdaje się, że bez niego nigdy żadnej przyjemności nie odczujemy. Piszę do Cineriny i proszę, by przyszła. Renata idzie się przebrać. Około ósmej wychodzimy. Ciemno dokoła nas, trzymamy się za ręce.
Przed oszklonemi drzwiami restauracji, przez które widać ludzi jedzących i palących, niesmak i wstręt budzą się we mnie. Chciałbym zawrócić.
Ktoś mnie zachęca, idzie ku mnie, prowadzi do drugiej, spokojniejszej sali, gdzie czekają na mnie Alberto i Manfredi.
Kolacya marna — rozmowa bez wszelkiego ożywienia. Renata jest smutna, Alberto w ponurem usposobieniu, mówi mało. Czyni wysiłek: czuje się przygnębionym, starym. Jutro rano, albo jutrzejszego wieczora odjechać ma za urlopem.
Przynoszą mdłe owoce. Życie traci tu odrazu całą swoją wartość. Pokój zimny jest i pobielany jak w szpitalu. Jakiś obcy człowiek usiadł przy stole obok, słucha i patrzy z wyrazem ciekawej bezmyślności.
Zrzekamy się kawy tu i idziemy się jej napić do bottegi dei Baretteri. Melancholijnie kroczymy w ciemności. Manfredi opowiada, jak Miraglia, za każdym razem, kiedy wychodzi z restauracji, nosem uderza o mur.
Po kilku chwilach zaczyna nam jasność księżycowa przyświecać. Po pod portykiem wchodzimy na Piazzę, wstępujemy w pełny czar nocy.
Miesiąc jest prawie w pełni, powietrze zimne. Targ z kramami, ciasny i zawalony pogrąża się w ciemności.
Zanim dochodzimy do mostu Baretteri, zalatuje nas silny zapach kawy, jak go się odczuwa w pobliżu małych kawiarni arabskich. Wstępujemy po wschodach, wchodzimy. Ruda dziewczyna szuka — zdaje się — oczyma Beppina, który nam zawsze towarzyszy, a którego dziś nie ma.
Pijemy kawę, nie usiadłszy. Alberto pije mocną limoniadę, która zdaje się go podniecać. Przy wyjściu Manfredi i Renata idą pierwsi. Z poszczególnych słów, które mnie dochodzą, wyrozumiałem, że opowiada jej o latach, akademickich, spędzonych z przyjacielem naszym w Livornie.
Kiedyśmy stanęli nad mostem della Paglia, Renata oświadcza, że nie chce jeszcze wrócić do domu.
Riva degli Schavoni lśni w księżycowem świetle. Przez drzwi zamknięte kawiarni Orientale słychać dźwięki mandolin.
Idziemy z Manfredim Graviną aż do arsenału. W drodze oglądamy lwy, które Francesco Morosini[13] podarował ojczyźnie swojej po zdobyciu Morei. Zatrzymujemy się tu, aby ocenić, który z nich jest piękniejszy.
Rozchodzimy się... wracamy przez most.
Odprowadzam Renatę do hotelu. Smutni jesteśmy, jakbyśmy stracili ten wieczór. (Wczoraj odprowadziliśmy Beppina aż do wybrzeża, gdzie go łódka czekała, on jednak wrócić chciał, aby towarzyszyć Renacie aż do bramy).
Idę sam do domu. Zatrzymuję się przez chwilę, jak zawsze przed kościołem Santa Maria del Giglio i dotykam płaskorzeźby ze Zary[14]
Myślę o przyjacielu, który tam dole w Sant Andrea samotny stoi na straży.

21. grudnia. Niespokojna noc. Budzę się o trzeciej i nie mogę zasnąć z powrotem. Czytam do piątej i w lekki zapadam sen.
Przez okna otwarte słońce pada na wezgłowia.
Dzień jest jasny bez wiatru najmniejszego, jakby stworzony do podjęcia lotu na większą odległość.
Jakaś nieokreślona trwoga przytłacza mi piersi. Martwi mnie, że tracę tak niespodziany dzień. Myśli moje wciąż zwracają się ku Sant Andrea. Obciąłbym tam pójść na śniadanie, aby rozmówić się z moim towarzyszem, ale Manfredi powiedział mi wczoraj, że pozostanie w mieście.
Zaczynam pisać do niego. Proszę go, by telefonował do Sant Andrea. Przerywam list. Przychodzi Renata.
Jestem tak przybity i milczący, że pyta mnie „Co ci jest?“ Nie mam na to odpowiedzi.
Brak kilku minut do południa. Niebo jest czyste. Oglądam kwiaty w ogrodzie. Przewiew jest bardzo lekki. Słyszę szum samolotu, unoszącego się nad kanałem.
Dlaczego takie cienie zapadają mi w serce? Czym chory? — Schodzimy śniadać. Nic nie mówię. Myśli moje zwarły się w jednym przedmiocie. Jem mechanicznie.
Renata rozstawiła kwiaty w wazach: róże czerwone, złocieńce, fiołki, gwoździki. Dziś wieczorem Beppino przyjść ma do kolacyi z nami — przyrzekł. Renata uśmiecha się. Będziemy tylko we troje, wedle miłego nam nawyknienia.
Nie mam wcale ochoty pójść do pracowni Zattery i pozować do mego portretu, ale Cinerina oczekuje mnie. Jest to może ostatni mój obraz. Renata chce iść ze mną. Wychodzimy.
Nad jasnym brzegiem pogoda wiosenna.
Szare łodzie torpedowe zarzuciły tu kotwice.
Na czerwonych drzwiach domu, gdzie pracownia się znajduje, wypisane są kredką trzy cyfry: 41, 5, 9.
Renata zostawia mnie i zawraca do domu. Wstępuję po wschodach.
Nie mogę ukryć mego ponurego usposobienia. Cinerina tu przedemną, cała wydaje się okiem, myślą, nie kobietą już, ale tylko wolą artyzmu w tej swojej białej tunice płóciennej, ze swojemi czystemi pęzlami w ręku. Przybieram postawę... rozmarzony. Nie słyszę, co do mnie mówi przez samą tylko chęć mówienia. Jakiś czas mija... pewnie dość krótki.
Słyszymy kogoś stąpającego po schodach drewnianych. Puka do drzwi, woła mnie. To głos Renaty. Otwieram.
Renata jest bladą i wzburzoną.
„Chodź! stało się nieszczęście!“
„Co za nieszczęście? Miraglia?“
W tej chwili o nim zaraz myślę.
„Zejdź! Genua jest tu. Powie ci.“
Schodzę z biciem serca. Na progu spotykam Memma Genuę, mocno poruszonego. Opowiada... przez telefon twierdzy dowiedział się, że samolot, na którym wzniósł się Giuseppe Miraglia, spadł w morze i że sternik w niebezpiecznym znajduje się stanie. Giorgio Fracassini, który obsługiwał motor, nasz Giorgio Fracassini znikł... nie można go odnaleść! Może pogrążyły go fale.
Wchodzę znowu do góry, żegnam się z Cineriną bardzo zaniepokojoną. Schodzę.
Ja, Genua i Renata biegniemy przez pomosty, szukając jakiejś gondoli, jakiejś łodzi.
Miraglię przeniesione do szpitalu marynarzy. Bezustannie zagaduję Genuę, aby się całej prawdy dowiedzieć.
Kolana chwieją się podemną. Język mi się plącze. Zostawiam Renatę na placu San Maurizio. Idę dalej przez Via XXII Marżo. Mijam dom Beppina u wylotu uliczki Corte Michiel. Ludzie oglądają się na mnie. Nie mogę zapanować nad strasznem mojem wzburzeniem. Spotykamy marynarza, który pospiesznie pomyka ku nam. Genua zatrzymuje go. Nie słyszę co mówi do niego. Zbliżam się. Majtka tego wysłano do mego domu. Rozumiem wreszcie tylko, że ciało przeniesiono do szpitalu Sant Anna.
Ciało! On martwy jest. Genua podtrzymuje mnie.
Puszczam się pędem, szukać jakiegoś sposobu, aby dojść do celu i umknąć ciekawości przechodniów. Majtek dogania nas i ofiaruje nam łódź motorową, która czeka przed Santa Maria del Giglio. Idziemy.
Zatoka San Marco błękitnieje — niebo jasne nad światem całym — odrętwienie, rozpacz — zasłona gęsta z łez — cisza. Stuk motoru. Oto ogrody. Skręcamy do kanału. Po prawej stronie brzeg z obnażonemi drzewami, coś dalekiego i żałobnego.
Przed nami, nisko pod niebem, w pobliżu swego schronienia kształt ociężały i nieprzyzwoity balonu na uwięzi, koloru srebra.
Było około trzeciej po południu.

Nadjeżdżamy. Skaczą na pomost, wstąpują. Pytam oficera straży o Griuseppa Miraglię. Wskazuje mi drzwi. Wchodzą.
Na małem łożu na kółkach leżą zwłoki. — Głowa obwiązana. Usta zamkniąte. Prawe oko zranione, zsiniałe. Prawa szczęka złamana, poczyna się pośmiertne rozdęcie.
Twarz oliwkowo-żółtawa — z wyrazem niezwykłej pogody.
Warga górna wystaje nieco, trochę nabrzmiała. Nozdrza zatkane watą.
Wygląda, jak indyjski książę z białym turbanem.
Żółtawe ręce skrzyżowane na piersi.
Obie nogi owinięte białemi paskami.
Prawa stopa złamana, gruby palec jednej ręki złamany. Jedna noga złamana. Kilka żeber połamanych.
Ma na sobie kurtkę niebieską z guzikami złotemi, wczorajszą.
Chcą mnie odciągnąć... wzbraniam się, pozostaję na kolanach. Proszę, by mnie zostawiono samego.
Kiedy zostałem sam, schylam się nad zmarłym, wołam go kilka razy. Łzy moje padają mu na twarz, nie odpowiada, nie rusza się.
Znowu zesuwam się na kolana. Hałas dnia.
Odgłosy łodzi motorowych, posuwających się w kanale. Stuk kroków na bruku.
Wchodzi majtek z paczką świec; umieszcza cztery świece w kątach łóżka.
Wchodzi Luigi Bologna; wchodzi Carlo della Rocca. Nie mogę się ruszyć, nie mogę się podnieść.
Ktoś u stóp zmarłego kładzie bukiet kwiatów. Zdaje mi się, że to Silvio Montanarella, najmłodszy lotnik.
Wchodzą dwaj majtkowie z osadzonemi na karabinach bagnetami, przystanęli u wezgłowia małego łoża i pozostają tu nieruchomi.
Inny majtek w głębi, w ścianie naprzeciw okna przytwierdza chorągiew statku wojennego.
Jedna chorągiew leży już na poduszce.
Po niejakim czasie, nie wiem jak długim, majtek przychodzi z inną paczką świec i otwiera drzwi w ścianie przeciwległej mi.
Drzwi były zamknięte.
Słyszę głosy jakieś. Dwaj majtkowie dźwigają na noszach ciało Giorgia Fracassiniego, które po dwóch godzinach odnaleziono między podartemi żeglami i pokręconemi linami, kiedy przenoszono szczątki samolotu do Sant Andrea.
Przechodzą przez próg i w drugim pokoju stawiają nosze.
Wstaję, idę tam, aby zobaczyć zwłoki. Przypomina mi się dzień nad Trystem, jego zlecenia o zapotrzebowaniu benzyny, jego bystrość, z jaką ukrył dwudziesty pierwszy worek i tricolore.
Wygląda, jakby spał — wyraz twarzy ma spokojny, surowy. Nosi swój ubiór ciemny, skórzany.
Wydaje się mnichem, uświęconym przez śmierć. Jego męska twarz, zawsze prawie lśniąca, ociekająca potem, z oczami jasnemi, płonącemi, czołem prostem, nosem orlim, spokojna jest teraz, wyszlachetniona. W rzeczy samej spoczywa.
Wracam do przyległego pokoju i znajduję ciało mego towarzysza, przykryte czarnem suknem z brzegiem złotym.
Twarz jego zakryta jest jeszcze muślinem.
Majtek chce właśnie zdjąć z poduszki banderę i zastąpić ją małą chorągwią Czerwonego krzyża. Bronię mu tego. Bierze ją i rozwiesza na ścianie przyległego pokoju.
Po lewej i prawej stronie czarnego sukna rozkładam czerwień i zieleń: magnetyczną siłą życiową wojennego tricolore morskiego.
A białem spojeniem jest kokarda.
Idą po inną chorągiew dla Giorgia.
Wchodzi Umberto Cagni w towarzystwie innych oficerów. Widzą go rozpalonemi mojemi oczami. Zbliża się, odkrywa twarz zmarłego, szepce coś niezrozumiałego dla, mnie. Idzie też oglądać Fracassiniego. Potem podchodzi do mnie. Oparty jestem o ścianę i wysilam się, abym zapanował nad zgrozą. Bierze moją rękę, ściska ją i mówi szorstkim, żołnierskim, prawie surowym głosem: „Dzień dobry!“ Poczem odchodzi.
Rozlega się huk i turkot łodzi motorowej. Odpływa szalupa.
Oto zjawia się Manfredi Gravina, oto Alberto Blanc.
Nie ruszam się. Majtek kładzie pod moje kolana czarną poduszkę, poduszkę klęcznika.
Noc nastała. Słyszą pierwszy krzyk z fortyfikacyi: „Baczność — co w powietrzu!?“ Myślę o Renacie, myślę o kwiatach, które złożyła dla niego w naszych wazach.
Wstaję, wychodzę na pomost.
Złoty księżyc nisko na niebioskłonie świeci wprost na mnie.
Zstępuję do łódki, wracam przez kanał. Migają przedemną znowu: mur ogrodu, brzeg z drzewami nagiemi, czarne cielsko balonu.
Genua towarzyszy mi, aby zabrać przygotowane przezemnie paczki i aby je oddać Albertowi Blanc, który przewieść je ma do Rzymu.
Unoszę z sobą śmierć, zapach śmierci. Renata mnie oczekuje, wie wszystko. Ściskamy się z płaczem. Chce iść — go widzieć.
Idę do jadalni, zabrać kwiaty. Nakryto tu dla trzech osób. Wyjmuję wszystkie kwiaty ze wszystkich waz, zabieram je w jednej wiązance ze sobą.

Wstępuję z powrotem do izby żałobnej.
Świece palą się. Małe ogniki chwieją się i odbijają od ostrz bagnetów. Dwaj majtkowie pełnią straż, nieruchomi.
Rozkładam kwiaty po bokach zmarłego, dotykam się linii jego bioder, jego nóg. Białe narcyzy kładę na czerwień i zieleń chorągwi.
Odkrywam biedne jego lica. Prawa strona nabrzmiewa i czarnieje. Usta, jakby zamknięte.
Chwilami tracę poczucie rzeczywistości. Zastanawiam się. Zamykam oczy. Przedstawiam go sobie żywym, jak wczoraj. Potem oglądam go i widzę jego bezwładność, biel śmierci. Czy to prawda?
Poczyna się straż nocna.
Naprzeciw mnie są drzwi drugiej izby żałobnej, gdzie leży Giorgio Fracassini, w oświetleniu, śród migających cieni.
Dwaj majtkowie nieruchomi. Zimny pobłysk osadzonych bagnetów.
Plusk kanału pod oknem.
Okrzyki z fortyfikacyi.
Dokoła zwłok dziwna jakaś atmosfera, jakby masa zastygłego kryształu.
Około dziesiątej przychodzi komendant portu. Wstępuje krokiem energicznym. Panuje nad wzruszeniem. Klęka, modli się. Wstaje, idzie do izby, w której leży Giorgio Fracassini. Potem milcząc, ściska mi dłoń i odchodzi.
Słyszę łoskot motoru jego łodzi. A potem znowu zalega milczenie.

Około północy przychodzi komendant Gitdio Valli. Siada koło mnie. Mówi do mnie o zmarłym.
Słowa żalu, pełne przywiązania, wyrzuty sumienia. Przyznaje, że siłom Giuseppa Miraglii nałożono wszystko, co tylko podjąć mogły i — nadto.
W pierwszych dniach wojny wzlatywał przeciw wrogowi na marnym aparaciku i z pistoletem Mauzerowskim. Tak bronił Wenecyi, podglądał Polę.
Mówił mi o zaufaniu, które ten lotnik pokładał we mnie, i które on budził u mnie nawzajem do siebie. Dwa dni temu Giuseppe Miraglia powiedział mu: „Gdybym zaproponował Gabryelowi d’Annunzio lot na Wiedeń, odpowiedziałby z prostotą; „Idźmy!“ zająłby swoje małe miejsce i nieodwróciłby się wstecz.“[15]
Komendant wyraża swój żal nad rozdarciem tej pary, która miała tak wielkie plany i zdolną była je wykonać.
Ból mój wchłania, obraca, porywa jak wir jego spokojne słowa.
Giuglio Valli jest przedni umysł, filozof, nieco ironiczny, przytem jednak pobłażliwy, silny a giętki, nadający się do zrozumienia i ocenienia takiej natury jak Giuseppa Miraglii.
Około drugiej przed ranem odchodzi. Polecam Luigiemu Bologna i Carlowi della Rocca, aby poszli spocząć. Silvio Montanarella ma przyjść o czwartej.
Nowy poczyna się dla mnie czas. Toczy się we mnie walka między obrazem żywym, wciąż odtwarzanym we wspomnieniu a nieruchomem ciałem.
Kiedy smutek mój i ból stają się nie do zniesienia, a całun czarny wydaje mi się czemś nieistniejącem, kiedy miłość moja wierzyć zaczyna, że mój towarzysz spi sobie tu spokojnie w swojem łóżku w Sant Andrea, tedy wstaję i podnoszę biały muślin. Pokazuje mi się obrzmiała twarz. Usta zamykają się coraz więcej, przypieczętowują coraz silniej. Kolor bronzowy ciemnieje.
Jestem do cna wyczerpany. Carlo wchodzi w swoim czarnym tużurku i prosi mnie, abym poszedł nieco spocząć. Opieram się.
Straż marynarzy zmienia się co dwie godziny. Wszyscy prawie są piękni, rośli, poważni mężowie z szlachetnym wyrazem holu. Mają pasy rzemienne i ładownice. Ubrani są w uniformy ciemno-niebieskie z kołnierzami jasno niebieskiemi — kapturki noszą sukienne.
Bije piąta. Z najbliższego fortu dochodzi krzyk; dalsze odpowiadają.
W kanale plusk ciągły. Moje stopy zmarzły na posadzce nagiej. Zimno przenika wszystkie moje kości.

Wstaję i idę rzucić się na łóżko w pokoju na pierwszem piętrze. Majtek prowadzi mnie przez ciemne korytarze. Przed drzwiami pokoju śpi sternik, siedząc, oparłszy ramię na poręczy krzesła a twarz na przegubie łokcia. Wchodzę. Pokój jest biały, łóżko białe.
Nad łóżkiem świeci lampa elektryczna. Choć mnie razi, nie mam odwagi jej zgasić.
Posługuję się wielkim, szarym płaszczem do przykrycia się. Zasłaniam głowę, abym światła nie widział. Martwieję ze znużenia, ale zasnąć nie mogę.
Kiedy oczy zamykam i senność mnie ogarnia, widzę przyjaciela — żywego, idącego ku mnie. Zrywam się.
Majaczy mi się, że oto wchodzi do Czerwonego domu a ja mówię: „Czy to ty jesteś? czy wróciłeś?“
Odkrywa głowę, zdejmuje czarny płaszcz. Nie! to nie on; to jakaś biała maska, jak ją nosili Wenecyanie wraz z dominem.
Minął jakiś czas nieokreślony.
Słyszę kroki na korytarzu. Słyszę głos trąb porannych w pobliskich koszarach.
Głowa mnie boli. W karku i w tyle głowy czuję dotkliwe uderzenia krwi.
Słyszę tupot majtków, czyszczących korytarze szpitalu.
Czy już dzień? Znowu tracę poczucie rzeczywistości. Czy to wszystko prawdą? Zeskakuję z łóżka, zwilżam oczy chusteczką, zmoczoną w dzbanie wody. Schodzę.
Gubię się w korytarzach i na schodach. Odnajduję wreszcie izbę z katafalkiem. Wchodzę. Zapach kwiatów i świec woskowych. Czarne sukno, nie poruszone — postać trupa ta sama.
Dwaj majtkowie na straży.
Z ulicy dochodzi gwar dnia: trąby, dzwony budzące się miasto, niechybne nowe odżycie.
Jest tu dobry Silvio, z oczami zaczerwienionemi. Mój ból głowy tak straszny, że nie mogę się już ostać. Wołam po łódź. Idę na pomost. Patrzę na poranek zimny, szary.

Wracam do domu, zupełnie wyczerpany. Rozbieram się. Zdaje mi się, że uniform ma zapach śmierci. Tym samym zapachem trąci bielizna. Zdejmuję wszystko. Biorę ciepłą kąpiel. Czy jest we mnie coś z trupa? Nagle przychodzi mi na myśl, czy też zmyto ciało poranione zmarłego, zanim je ubrano.
W domu zaległy: pustka i smutek. I wspominam weselsze chwile:
Jego delikatne uczucie rozmiłowane w moim małym Watteau, jego uśmiech mandaryna, kiedy kreśliłem mu krótko obraz poety dalekiego wschodu.
Renata przychodzi. Jest blada, nie spała. Wypytuje mnie. Odpowiadam.
Muszę w czas południowy wrócić do szpitalu Sant Anna. Zamawiam wieniec i kilka bukietów róż.
Renata chce iść ze mną. Nic prawie nie jemy. Łódź czeka — jedziemy.
Wenecya szara cała. Wszędzie śmierć. Mewy w gromadach nad zatoką. Ich śmiech zachrypły rozlega się nad powierzchnią smutnej wody.
Renata niesie bukiet czerwonych róż, obwiązany wstążką niebieską.
Milczenie.
Proszę ją, by zapanowała nad sobą. Patrzy na mnie dwojgiem oczu odważnych.
Jesteśmy u miejsca wylądowania. Wychodzimy. Niema żadnego oficera na straży.
Renata składa róże u stóp zmarłego, klęka i modli się. Twarz przykryła rękami. Nie płacze.
Po kilku chwilach bolesnych budzę ją, odciągam. Odjeżdża sama. Zostaję.
Dwadzieścia cztery godzin minęło po jego śmierci.
Przypatruję się twarzy... nabrzmiała, zczerniała, nabiegła krwią w otworach nosa, w kątach ust.
Czas przechodzi. Luzują, straż. A we mnie jedno tylko nieustanne powtarza się pytanie: „Dlaczego?“

Wchodzi Luigi Bresciani, jeden z najwierniejszych przyjaciół Giuseppa Miraglii, jego nauczyciel w lotnictwie, choć o wiele odeń młodszy. Patrzymy na siebie i nie możemy się wstrzymać od łez. Ściskamy się i płaczemy.
Potem w urywanych mówimy słowach... opisujemy katastrofę, roztrząsamy techniczną jej stronę, nowe szczegóły odkrycia — a nieme spojrzenia nasze sięgają w głąb duszy.
Dwaj majtkowie przynoszą mój wieniec z czerwonych i białych róż. Kładę go tuż przy jego głowie. Po prawej stronie twarzy, która jest zniekształcona, kładę też bukiet Renaty.
Czas mija w tej samej wciąż zgrozie. Idę oglądać twarz Giorgia. Pożółkła, ale spokojna. Głęboko uciszona i uświęcona.
Noc już. Wychodzę. Wracam do domu pieszo, wyszedłszy brukiem z szpitalu.
Księżyc wypłynął już wysoko po za dachem z dziesięciu kominami. Zimno i to suchem zimnem. Via Garibaldi pełna ludzi. Co chwila mam halucynacyę: widzę Beppina w czarnym płaszczu, idącego przedemną swoim krokiem lekkim.
Idę przez Riva degli Schiavoni, przez Piazettę, przez Piazzę.
Przechodzę przed jego domem. Wchodzę w sień sklepioną, która prowadzi do uliczki Corte Michiel. Mury pałaców zamykają mnie jakby ściany z lodu.
Przedsionek skąpo jest oświetlony. Drżąc idę po ciemnych wschodach. Jakiś głos kobiecy pyta: „Kto tam?“
„Przyjaciele!“
Na rogu schodów stoi gospodyni. Powiada mi, że pokój zamknięty na klucz, że zamknął go Gigi Bologna, przyszedłszy zabrać szpadę, kapelusz, medale. Schodzę znowu, takim przybity smutkiem, że najchętniej chciałbym nie dojść do końca schodów.
Uciekam. Krzyżami mojemi wstrząsa dreszcz zimny.
Santa Maria del Giglio — płaskorzeźba ze Zary — Mosty.
Ciasna ulica.
Dom czerwony. Eenata w ciężkim żalu, blada.
Siadamy do stołu. Nic prawie nie spożywamy. Nasz przyjaciel jest z nami. Oto łakocie, które lubił, jak łakome dziecko. Ale kwiatów nie ma. Pozostały na srebrnej tacy dwie szklane figury; Arlekina i Pantalona. Zdejmuję je i stawiam na kominku. Mówimy o nim, nasycamy się rozpaczą.
Śpię kilka godzin, zmory mnie dręczą. Wstaję o trzeciej w nocy. Biorę ze sobą gorącą kawę, pełną flaszkę, jak ją zwykle zabierałem przy wzlotach.
Wychodzę.
Noc księżycowa, oświecona brylantami gwiazd.
Wenecya umarła, wtrumniona w powłokę wieczystych dyamentów.
Ulice i place puste. Odgłos mych kroków prawie mnie trwoży.
Nad mostem della Paglia bije zegar, a nawoływania z twierdz rozlegają się w świetle, jakby dźwięczącem.
Wzdłuż murów szpitalu Sant Anna widzę na ścianie jednego domu, oświeconego księżycem, cień żołnierza, odprawiającego straż na szańcu wzniesionym.

23. grudnia Wstał dzień, naznaczony do wielkiego naszego lotu, dzień chwały. Najlżejszego nie ma wiatru. Laguna bez zmarszczki, niebo niepokalanej czystości.
Gdyby żyl! O tej godzinie czynilibyśmy przygotowania, ubralibyśmy się w nasze futra, zaopatrzylibyśmy naszą broń, nałożylibyśmy nasze kaptury wełniane, przywdziali kamaszy skórzane. Bylibyśmy weseli, rzutcy, pełni ufności. Giorgio byłby tu i przygotowałby nasze siedzenia. Wór z wiadomościami leżałby już w skrzyni motoru, jak wór ów przy locie do Tryestu.
Wchodzę do izby z katafalkiem. Przyszedł Angelo Belloni. Trójkątna głowa, szerokie czoło, wielkie oczy, bystro patrzące, bez zadrgnienia, jak oczy sokoła.
Ściskamy sobie ręce. Nagle spostrzegam, że ktoś ruszył pokrycie zmarłego, gdyż kwiaty rozrzucono, które ułożyłem tu dokoła ciała. Lekarz robił injekcye, aby powstrzymać rozkładanie się ciała.
Od krewnych nie ma wiadomości. Niewiadomo, czy brat przyjedzie z Valony, gdzie doszła go wieść druzgocąca.
Dwaj majtkowie nie stoją już u głowy, ale u stóp. Izba pełna już wieńców, złożonych na podstawkach.
Nie są pięknie wiązane.
Czysta forma wieńca zaginęła.
I oto bezmyślne wieńce żałobne, ułożone przez handlarzy płytkich. Jest tu też wieniec sztucznych kwiatów z porcelany i cynku.
Cienie wieńców drżą na ścianach. Płomyki świec wahają się i lśnią odblaskiem w bagnetach.
Widzę dwóch innych majtków za rozchylonemi drzwiami przyległego pokoju z katafalkiem Fracassiniego.
Angelo Belloni siada koło mnie. Ma słuch nieco przytępiony. Mówi... mówi...
Chcąc mu odpowiedzieć, muszę usta przytknąć do jego prawego ucha.
To szczery i wielki przyjaciel zmarłego. Mówi o nim. A jak go zna!
Przyjaźń to wzruszająca serca młodocianych. Naśladuje niektóre nawyknienia zmarłego, opowiada o niektórych drobnych jego właściwościach.
Chwali szczególnie jego dobroć głęboką, kryjącą, się, wstydliwą. Przytacza przykłady, jeden po drugim.
I on mi też mówi, jak bardzo zmarły mnie kochał, co za korzyści odniósł ze znajomości ze mną.
Rozmowa toczy się i toczy. Dusza zmarłego żyje tu wśród nas, obecna, czynna. Wstajemy obaj prawie równocześnie i z tą samą myślą.
Odsłaniam twarz zmarłego. Ach! Nos nabrzmiał, krwią nabiegł, otwory zatkane watą. Przeraźliwy kłąb waty zatyka mu usta. Odcień brązu ściemniał jeszcze, nie jest już złotawy.
Woń kwiatów, świec, śmierci tłumi oddech. Ostry jakiś posmak czuję na języku. Wychodzimy a przez drzwi oszklone widzimy, że już jasny dzień. Ile godzin minęło?
To dzień, dzień wielkiego lotu. Ósma prawie dochodzi. O tej godzinie bylibyśmy już w drodze do Ancony, bylibyśmy już z tamtej strony Punta Maestra,[16] z tamtej strony nędzy... życia... nas samych.
Wchodzę na pomost.
Nad powierzchnią wody unosi się słońce purpurowe. Niebo jest jasne. Słońce jest młode i silne, szybko się wznosi, dąży ku południowej stronie.
Laguna podobna do jedwabiu mieniącego się jak opal. Nachylona wieża kościoła San Pietro wydaje się, jakby z muszli perłowej.
Motor łodzi odzywa się energicznym łoskotem. Giorgio nie słyszy go już, jak nie słyszy bicia swojego serca ze stali.
Smutek, płacz żałoby, wszystko się skończyło. Wchodzę znowu do izby. Rażą mnie formy wieńców na koziołkach z trzciny — szerokie, bezmyślne, zwisające wstęgi z literami złoconemi. Tylko białe róże Renaty wydają się, jakby żyły i czuły. Tylko wielkie bukiety fiołków ciemnych wydają się godne uczczenia śmierci.
Nie mogę tego znieść dłużej. Odchodzę pieszo wzdłuż murów. W wodzie odbija się dom czerwony o dziesięciu kominach. Rozlewa się już życie, nędzne, gadatliwe. Ludzie patrzą na moją bladą twarz, twarz pozostałego przy życiu.

Idę do arsenału. Admirał przyjmuje mnie w tej chwili. Serce mi coś przeszyło! Wymogi i zwyczaj wojenny nakazywały zastąpić poległego i przedsięwzięć dziś jeszcze, w dniu naznaczonym lot zamierzony. Był to najlepszy rodzaj uczczenia zmarłego bohatera.
Otóż przed tym wysokim a surowym sądem w krótkich słowach wykładam konieczność podtrzymania wielkiego zamysłu. Admirał rozumie, godzi się ze mną. Oświadcza mi, że poprze ekspedycyę jak przyrzekł był. Radzi mi porozumieć się z jakimś sternikiem, który godny byłby zająć miejsce poległego. Słowa jego proste są, szorstkie, jasne. Podziwiałem go dawniej. Od tej godziny go kocham.
Mówimy o złożeniu zmarłego do trumny, o pogrzebie. Powiada mi, że ojciec, stary i chory nie przyjdzie. Niedługo czterdzieściośm godzin minie. Postanowiono, że dziś o czwartej po południu przypieczętuje się wieko trumny ze zwłokami.
Żegnam się. Wracam do domu. Dzień jest tak piękny! Zdaje mi się, że nigdy piękniejszego nie widziałem. To 23 grudnia, to nasz dzień.
Los za jednym razem nietylko uśmiercił mojego towarzysza, ale jakby na pośmiewisko głębinom morza odjął dzień jeden chwały. Słońce wznosi się z niezwykłą jakąś siłą, która w mojem strasznem wyczerpaniu wydaje mi się nadzwyczajną.
Wchodzę do domu, jakby z krzyżami wpół utrąconemi, skrzywiony. Każę zamknąć okiennice.
Zdejmuję ubiór, przesiąkły śmiercią. Chustka, którą wyjmuję z kieszeni, ma zapach kwiatów zwiędłych i wosku roztopionego.
Renata przygotowuje jeszcze jeden bukiet róż. Chce ze mną wrócić tam... do szpitalu Sant Anna.
Najmujemy gondolę.
Woda jest lazurowa, szczęśliwość przepływa powietrze złote, gromady mew śmieją się swoim chrapliwym śmiechem.
Przybijamy do ogrodów, aby trochę iść pieszo. Grunt pod nami twardy, dźwięczący. Drzewa obnażone, smutne. Kiedy gałęzie oglądam, zdaje mi się, że załamują się pod bolem, pod moim własnym bolem.
Schodzimy znowu do gondoli, jedziemy przez kanał wzdłuż brzegu z nagiemi drzewami. Balon na uwięzi kołysze się bezmyślnie w powietrzu nad czarną swoją klatką.
Izba ze zwłokami pełna jest nowych wieńców — zaduch tu coraz większy.
Renata klęka, składa róże, modli się. Wychodzi, odjeżdża. Wraca w gondoli, sama ze swoją tajemnicą.
I rozpoczyna się najstraszniejsza męczarnia. Czwarta już, ale trumny jeszcze nie gotowe, a ten, co je lutować ma, jeszcze nie przyszedł.
Około piątej, czy szóstej odór śmierci w izbie staje się nieznośnym. Wychodzę, wracam, wychodzę znowu.
Spotykam dobrego towarzysza broni, młodego sternika, który złożył już próby swojej odwagi. Odciągam go na stronę, idę z nim na deski pomostu i mówię z nim. Pytam, czy chciałby zastąpić poległego w przedsięwzięciu dalmatyńskiem.
Waha się. W końcu mówi, że w żadną nie wierzy możność dobrego wyniku, że jednak jako dobry żołnierz posłuszny będzie wyraźnie mu danemu rozkazowi.
Dodał: „Jeden tylko motor. Aparat jest niepewny. Lot potrwa blisko dziewięć godzin. Z pewnością spadniemy i zostaniemy w morzu. Nie ma co liczyć na pomoc łodzi torpedowch. Ja zresztą przywykłem godzinami trzymać się na wodzie.“
„A ja szybko nawykam do wszystkiego,“ odpowiadam na to, odnajdując na chwilę mój uśmiech.
Zapał zamknięty w sobie straconego mego przyjaciela wstaje w mej myśli. Widzę znowu jego ręce u steru, jego zielonawe oczy za szkiełkami maski. I czuję, że nigdy może nie znajdę już partnera w mojem zamiłowaniu do ślepego losu.
Postanawiamy rozmówić się z komendantem Valli. Wobec mojej zastygłej w twarzy stanowczości, młodzieniec zbiera się w sobie i zapewnia mnie, że szczęśliwym będzie spróbować lotu ze mną, jeśli okaże się potrzeba. Ale jeden z jego towarzyszy broni, nadchodząc na nowo wznieca spór, mówiąc: że podjęcie tego lotu jest obrazą dla pamięci zmarłego.

Wieczór jest z opalu, złota i bursztynu. Horyzont klejnotami osadzony, jak długi szereg tronów.
Potem bogactwo to przysłania się, wyziębia. Niebo i laguna to dwa obrazy mroźnego piękna.
Czy istnieje słodycz, która tnie nożem? Otóż jest taka.
Człowiek na marach równa się widnokręgowi, pierścieniowi wszechświata.
Wchodzę znowu. Widzę, że wynoszą wieńce. Majtkowie wypróżniają izbę żałobną. Po stronie łóżka widzę trumnę bez wieka. Wieko oparte pionowo przy ścianie.
Serce drga mi tak silnie, że opieram się o plecy Luigiego Brescianiego. Ale zdaje mi się, że i on też potrzebowałby oparcia.
Zbieram całą moją odwagę, odsuwam każdego, co próbuje mnie wyprowadzić. Stanowczo wytrwać chcę przy moim przyjacielu aż do ostatka.
Zostaję stojąc, milczący.
Izba już wypróżniona. Majtkowie wynieśli z niej wszystkie wieńce. Świece odstawiono. Moje kwiaty złożone na suknie, wszystkie wynieść daję, dawniej przyniesione, jak i ostatnie, prócz bukietu białych róż z białą wstęgą.
Pokrycie zdjęto. Okazuje się oprawa łóżka, widać kółka. I ze zgrozą spostrzegam przy pobłysku płomyka ciemną plamę pod łóżkiem.
Zdjęto chorągiew z poduszki, zdjęto muślin z twarzy zmienionej nie do poznania. Czterech majtków ujęło prześcieradło na czterech końcach.
Trumna stoi otwarta na podłodze, równolegle z łóżkiem. Wyłożona ołowiem, spoczywa na złoconych nogach.
Podpieram swoją brodą, aby zatrzymać szczękanie zębów.
Majtkowie podnoszą prześcieradło. Ułożenie zwłok zaburza się. Widzę, jak ręce skrzyżowane rozlatują się, jak nogi związane się chwieją, jak głowa bezwładnym ciężarem swoim opada ku ramionom majtków. Widzę, jak ludzie nad trumną, dwaj rzemieślnicy śmierci u głowy i u stóp regulują złożenie zwłok z obojętnością, jakby szło o towar spożywczy.
Przez kilka chwil pochylone ciała majtków przesłaniają mi widok zmarłego. Owi dwaj ludzie kierują grupą majtków przyciszonemi słowami: „Bliżej tu, bliżej tam! Tak. Teraz w dół! Tak. Miara jest dobra — najdokładniej)“
Miara jest dobra: ciało najściślej wchodzi do trumny. Związane nogi przytykają do jednego końca, głowa do drugiego.
Jakaś kamieniejąca trwoga owiewa mnie. Ozują w duszy odzew duszy Luigiego Brescianiego najdelikatniejszej, najbardziej oddanej, najczystszej.
Sam zbliżam się, klękam, patrzę na zwłoki, składam bukiet róż na jego biedne nogi związane.
Ręce są żółte, twarz poczerniała, prawie jak twarz mulata. Usta zamknięte są kłębem waty.
Mam odwagą dotknąć jego rąk wargami.
Wstaję, dusząc się od tłumionego łkania, odwracam się, idę do Luigiego, który bez kropli krwi w twarzy, usta wykrzywił w bolu kurczowym, jak dziecko małe. Szlochając chylą twarz na plecy jego.
Słyszę, jak małe łoże toczy się na kółkach koło mnie, popychane ku drzwiom otwartym w głębi, wychodzącym na dziedziniec kościelny. Powietrze z podwórza napływa i wywietrza nieznośny zaduch pozostały po kwiatach, wosku i rozkładającem się ciele.
Znowu otwieram oczy.
Trumnę nakryto metalowem wiekiem. Człowiek, lutujący, trzyma w pięści lampę, której płomień językiem niebieskim o żółtem ostrzu syczy i sykiem swoim napełnia powietrze.
Jeden z dwóch łudzi trzyma lampę, służącą do roboty, drugi świeci mu odłamkiem świecy.
Drzwi do przedsionku stoją jeszcze otworem. Zimny prąd powietrza nachyla płomyki świec. Topią się i kapią. Dym kopcących świec zalatuje mi w nos.
Człowiek trzymający lampę jest młodzieńcem o ciemnej cerze, z twarzą jakby zastygłą, wielkiego wzrostu, silnej budowy. Drugi liczy już jakąś pięćdziesiątkę; twarz jego poorana, wąsy i włosy ma szpakowate. Stoją obok siebie zgięci, trzymając rurkę, lutownik, sztabkę cyny do stapiania i pracują nad spojeniami trumny ołowianej.
Słyszy się syk płomienia przesuwanego po ołowiu.
Wszelki głos inny przygłuchł. Milczenie tu tylko zaległo i — ten syk. Czasem przybiera on jakiś rytm: przypomina stuk motoru.
Pryskający ogień pieczętuje wieczność. Czas jest nieskończony.
Przy każdej przerwie myślę; „Oto dokonało się!“ — ale syk wszczyna się na nowo.
Człowiek ściera pot grzbietem ręki i dalej pracuje. Drugi ogląda bok już zlutowany, przykładając twarz do spojenia i patrząc z ukosa. Znajduje błąd, zwraca uwagę towarzyszowi, który jeszcze raz podchodzi i płomieniem miejsce przeciera.
Jest to druga stacya rozstania się. Oto zmarłego oddalono odemnie, zamknięto go, sam jest, już jest własnością grobu. Niedługo oddadzą go kościołowi. Jutro poniosą go na cmentarz, złożą go w kostnicy, w obcem, nieznanem miejscu. Trzykrotnie oddalon odemnie!
W jednym z dni najbliższych pogrążą go w ziemi, zesuną w grób, pogrzebią. Czterokrotnie oddalon odemnie.
Oto wydawał się jeszcze moim, choć już rozkładał się, choć tak zniekształcony. Teraz uwięziono go.
Róże ma na złamanych swoich nogach. A powstać nie mógłby, choćby go i Chrystus wołał. Płyta ołowiana naciska go. Dokonano zalutowania, pieczęć jest szczelna.
Tam on już — i nie owiewa go powietrze nasze, powietrze, którem ja oddycham, ale powietrze grobu, powietrze wieczności, którego nie wchłoną jego płuca między żebrami.
Siwy człowiek bada jeszcze raz lutowania, oświetlając je ogarkiem, który mu prawie opala palce. I jeszcze znajduje wady. Znowu więc przykłada syczącą lampą, która już w kącie stała. Płomień znowu pryska a wreszcie wszystkie szczeliny gładko są spojone.
Jakiś głos ponury, wszelkiego uczucia pozbawiony woła: „Trociny!“
Odwracam głowę. To lekarz szpitalny, lekarz marynarki, mały, siwy, pilny, dokładny. Powtarza: „Teraz trociny!“
Nie rozumiem, a wzrok mój szuka po całej posadzce.
Opodal, u nóg moich dostrzegam coś białego, co znużonym oczom moim wydaje się, jakby liście róż, róż Renaty.
Schylam się nieco; są to strzępy waty. Dalej w środku pokoju znowu widzę tę plamę ciemną, którą zauważyłem był pod łóżkiem.
To krew, krew i ropa, co pociekły przez materace.
Serce mi omal nie pęka — stratowane. Majtek przynosi trociny i widzę, jak owi dwaj ludzie rozrzucają je na wieko trumny. Po co?
Aby kruszec uchronić od wilgoci.
Aby zaś trociny lepiej wcisnęły się między trumną drewnianą i ołowianą, biją obaj szybko dłońmi, o ściany drewniane trumny, jak masażyści to czynią, nacierając muszkuły. Wiem, że ten sposób w ich sztuce oznacza się jakimś specyalnym wyrazem. Trumna stęka. Zamykam oczy.
Wyobrażam sobie, że leżący tam przyjaciel mój obudził się i wewnątrz stuka. Czuję jak wyczerpany mój umysł bliskim jest obłędu i halucynacyi.
„Dosyć! dosyć! krzyczę w sobie, ale piersi moje nie wydają krzyku.
Owi ludzie ciągną dalej swoją robotę jak najdokładniej, aż wszystkie wypełnili luki. Potem rozsiewają po wieku trumny resztę trocin.
I przynoszą drewniane wieko, które stało nachylone ku ścianie.
Płomień lampy, postawionej na ziemi, obok okna zakrytego chorągwią, wciąż syczy. Wieko drewniane idzie na swoje miejsce, naciskane, przymknięte. Jeden z ludzi przytwierdza i zaciska śruby.
Na wieku jest krzyż złocony i tabliczka mosiężna z napisem.
Jeden z majtków tymczasem ścierką uwiązaną do drążka, wyciera na podłodze plamę krwawą. Kiedy skończył, przechodzi koło mnie z drążkiem podniesionym w górę i ścierką zwisającą i prawie mnie dotyka.
Trumna ostatecznie gotowa. Jest około siódmej wieczorem. Słychać wołanie z szańca.
Czterech majtków dwoma pasami konopianemi podnosi trumnę. Podchodzą, kładą ręce pod spód i podtrzymują ciężar.
Przy wyjściu cisną mnie o oddrzwia.
Wychodzimy na dziedziniec kościoła. Kładziemy trumnę na łóżko z kółkami. Praca się przedłuża, bo trumna się chwieje i nie osadza się w równowadze.
Schylam się, aby odczytać napis tabliczki: nazwisko i dwie daty. Urodził się w dzień przesilenia letniego dnia z nocą: 21. czerwca 1883, umarł w dzień przesilenia zimowego dnia z nocą 21. grudnia 1915 w wieku lat trzydziestu dwóch i sześciu miesięcy.

Łóżko toczy się na kółkach do kaplicy. Kaplica to bez wdzięku. Ołtarz w niej bez ozdób.
Nie widzę nic, nie czuję. Jakieś straszne stępienie obezwładnia mnie.
Osłonę czarną i złotą przynieśli tu, by okryć trumnę. Majtek stoi koło mnie z mojemi kwiatami i czeka, bym je wziął i nanowo ułożył na całunie.
Tymczasem dwaj ludzie pracują nad trumną Giorgia.
Kiedy przechodzę obok drzwi pierwszej izby, już wypróżnionej, w uszy bije mi syk lampy. Idę czemprędzej.
Zapach kwiatów i świec zadręcza mnie. Wychodzę.
Ciemność. Cienie przesuwają się, Jakieś gadaniny. Zapachy kuchni, zapachy nędzy.
Chwilami dreszcz mną wstrząsa. Powiewa przedemną mały, czarny płaszcz. Kolana uginają się podemną, jakby złamane. Zdaje mi się, że nie dojdę nigdy do domu.

24. grudnia. Na braku przed szpitalem Sant Anna mrowi się od kobiet z ludu, cisnących się do kratek wejścia.
Twarze Matki Boskiej Bolesnej, twarze trudem i nieszczęściem znękane, twarze litość budzące.
Dzieci schudzone, zbrukane, smutne, w których oko tylko płonie.
Woda w kanale odzywa się jakby chorym szumem.
Dom czerwony sterczy dziesięciu kominami, jakby lejkami.
Niebo szare, wilgotne, zimne. Kiedy przestąpiłem próg kaplicy, widzę tylko dwie mary śród stosów wieńców.
Na ołtarzu jarzą się świece.
Ktoś mówi do mnie: „Oto jego brat!“
Oglądam brata, małego wzrostu, jak on, z twarzą kościastą i energiczną, z krótką, czarną brodą. Jego szczęki poruszają się bezustannie jakimś ruchem kurczowym, jakby żuły coś bardzo cierpkiego.
Przybył z Valony, gdzie dowodzi flotylą łodzi torpedowych. Zaniechał na dobę krzyżowania statkami przed wybrzeżem i przybył. Trumnę zastał już zamkniętą, przykrytą całunem. Przynosi z sobą powiew wojny, zieloną woń dolnego Adryatyku, coś z pomostu kapitańskiego pędzącej w pogoni łodzi torpedowej, coś z brózdy we wodzie, którą wycina dobrze wymierzony pocisk torpedowy. To mąż!!
Nie mogę słowa przemówić. Zęby moje zacisnęły się. Przechodzę koło orszaku oficerów. Idę sam jeden klęknąć u boku trumny blisko miejsca, gdzie spoczywa jego głowa.
Jego głowa oddalona tu odemnie na odległość moich dwóch dłoni. Jest tu. Widzę ją po przez całun i drzewo. Wczoraj wieczorem była zczerniała, nadęta, obrzmiała. Znowu minąła noc. Trzeci to już dzień. Rozkład postępuje.
Zimny deszcz wstrząsa mi kości. Dotykać śmierci, przeniknąć śmiercią a mieć serce żywe.
A przecież my dwaj raz jeszcze jesteśmy tu sami ze sobą, jak w unoszącym się samolocie. Wszyscy inni wydają mi się obcy, nawet brat. Jesteśmy sami.
Kapłan odprawia mszę żałobną. Z głębi kaplicy rozlega się poszept modlitwy majtków, stłumiony, chrapliwy chór.
Ciało moje znieruchomiało. Kolana mnie bolą, ale nie jestem w stanie się ruszyć.
Ksiądz, przy którym noszą dwie świece, przystępuje teraz z książką do trumny: odczytuje modlitwy za zmarłych.
Ale przyjaciel mój wciąż jeszcze jest ze mną. Po skończonym obrzędzie czuję, że kilka jeszcze stopni przejść muszę w naszem rozstaniu się.
A on tu jeszcze jest, jeszcze jest mój. Czuję jego rozpadające się ciało, widzę białe róże na jego nogach związanych.
Ale czterech majtków zbliża się do trumny, aby ją unieść na szerokich pasach. Wynoszą go.
Serce ściska się, drga kurczowo. Zmarły znowu dalej odemnie odchodzi.
Ruchem instynktowym przystępuję i kładę moje ręce pod trumnę — czuję jej ciężar. Całun okrywa mi ramiona aż do łokci.
Idę i nic nie widzę, jak tylko coś czarnego i złotego i kwiaty. Bukiety Renaty są tu, związane wstążką niebieską obok moich.
Idziemy... idziemy. Czuję bliskość wody. Idziemy po bruku. Za mną szybko podąża trumna druga.
Przed pomostem stoi czarna, srebrem wyłożona szalupa ze sterem pokrytym suknem czarnem.
Jestem na samej krawędzi. Trumna chwieje się, umyka mi. Nie dotykam jej więcej; zamykam oczy.
Majtkowie składają ją do łodzi, wstawiają tak, że stopy zmarłego skierowane są ku przodowi. Drugą trumnę składają obok.
Potem idą wieńce, wieńce, wńeńce, jeden za drugim. Wydaje się to snem, widowiskiem, jakąś figurą z tańca.
Pod niebem szarem żółte kolory jaskrawo się odcinają, czerwień płonie. A wciąż przychodzą wieńce, noszone przez majtków, wieńce bez liku.
Przechodzą przedemną, kładzie się je do łodzi, wypełniają łódź z trumnami i jeszcze dwie łodzie.
Wydaje się to, jak uroczystość czerwcowa, kiedy łodzie przybywają z wysp, kwiatów i owoców pełne.
I jeszcze przychodzą wieńce, jeszcze. Zatacza to, jakby ruch kolisty, jak figura taneczna, jak obrzęd święty: jest w tem coś starożytnego, pogańskiego. Zdumienie tłumi ból.
Łodzie są przepełnione. Motory jęczą. Pochód na morzu porusza się, przechodzi pod mostem drewnianym, na którym tłum ludzi ciśnie się, oglądając i płacząc.
Ten lud zgięty, milczący na moście czyni z siebie girlandę współczucia.
Łódź z dwiema trumnami holują. Z lewej strony płynie obok niej łódź z kwiatami, z prawej gondola czarna z kaj utą, w której widać księdza i ministranta.
Powoli przesuwa się pochód po lagunie bezbarwnej i tnie je w blade bruzdy, bruzdy śmierci wzdłuż kanału znaczonego palami.
Woda stoi nisko, szybują w niej małe łódki.
Oto raury czerwone, które otaczają, wyspę umarłych.
Odwracam się i oglądam tam w dole Casino degli Spiriti, ogrody Tomasa Contarini, miejsca naszych zabaw (letnie wieczory, wieczory księżycowe, gondole pełne kobiet, co nie były nasze; melancholia, lekceważenie.)

Jesteśmy nad brzegiem, pod murem z kruszących się cegieł, przesłonionych cyprysami.
Przybijamy.
I snem się to wydaje z za morza, z za światła.
Czuję znów pod sobą kamienie brukowe. Znowu idę za trumną, znowu jej dotykam, biorę ją na ręce.
Wchodzimy do ogrodzenia, pod portykiem. Idziemy ku drzwiom, do kostnicy, z której w poniedziałek dopiero przeniosą obu zmarłych do grobu.
Nie odsuwam się od całuna. Wchodzę do izby zimnej, białej.
Trumnę złożono na dwóch podstawkach. Przykryta jeszcze całunem i mojemi kwiatami.
Podczas gdy siły wszystkie zbieram i raz jeszcze żegnam przyjaciela (ciało jego trzęsą ciągłe poruszenia i ponawiane próby ustawienia stałego trumny), rozpoczynają wnosić wieńce.
Niektóre są niezmiernej wielkości. Kładą je obok ścian, jeden na drugim. Jest ich sto, więcej niż sto.
Zapach nieznośny. Kwiaty żywe, kwiaty zwiędłe. Pełna ich cała izba. Aby miejsce zrobić, musi się wieńce ścisnąć przydusić, podeptać. Czuję, że tracę przytomność. Wynoszą mnie na powietrze.
Zdaje mi się, że kwiatów już nie będę mógł kochać. Zatruła mię ta woń grobowa.

Mam głowę zupełnie odurzoną. Majaczę. Zapomniałem, jak pochód przystanął w dziedzińcu szpitalnym.
Przy wyjściu z kaplicy kierownik obrzędu, komendant Valli zatrzymać kazał mary w środku podwórza.
Widzę czworobok ludzi. Towarzysze ustawiają się dokoła. Widzę admirałów, generałów, oficerów, z odkrytemi głowami. Brat zmarłego stoi koło mnie. Wielka cisza. Na co czekają?
Oglądam się i widzę, że oczy wszystkich, skierowane są na mnie. Co tu się stać ma?
Komendant Vali przystępuje do mnie i pyta, czy chcę przemawiać.
Zbladłem zapewnie jeszcze więcej, gdyż uprzedzając mnie mówi; „Nie, nie, jeśli pan nie może, jeśli nie czuje się w mocy...“
A dokoła przerażająca jest cisza. Szarawe niebo opada na moją głowę ciężarem hełmu żelaznego.
A cisza wydaje się wiecznością. Słowa wyrywać muszę ze serca ściśnionego. Brat na mnie patrzy. Wszyscy we mnie wpatrzeni. Jest w tem jakieś tłumiące mnie oczekiwanie, rosnące od chwili do chwili.
Podchodzę jednym krokiem i zwracam się ku marom.
Drugiej trumny nie widzę, zapomniałem o drugim zmarłym.
Mówię głosem, który mną wstrząsa do ostatniego nerwu, a którego prawie nie poznaję.
I spostrzegam łzy ciekące po jednej z twarzy. A wtedy głos mój załamuje się.



Kiedy kostnicą napełniono i natłoczono kwiatami, strażnicy zamykają ją. Słyszą za sobą chrzęst zamku.
Idziemy do brzegu, gdzie są szalupy. Ktoś zbliża się do mnie i wręcza mi bilet, który jakiś wioślarz odebrał dla mnie z Kasyna degli Spiriti.
Rosalinda tu bawi, przyjeckała niespodzianie dziś rano. Udała się do kasyna, aby być obecną przy przeprawie szalupy żałobnej. Pragnie mnie widzieć, rozmówić się ze mną. Prosi mnie, abym do niej przyszedł.
Nie mogę. Nie mam już sił. Bądę na nią czekał w Czerwonym domu, jeśli zdąży przyjść do mnie przed swoim odjazdem. Musi o drugiej odjechać z powrotem. Jest już godzina południowa.
Łódź moja w drodze powrotnej płynie obok murów San Michele z czerwonych cegieł na podmurowaniach z białego kamienia.
Wspominam noc letnią, noc sierpniową. Wyjechaliśmy gondolą do Murana. Rosalinda była z nami. Laguna takiem iskrzyła się światłem, że każde uderzenie wiosła wyciągało z niej długie, jasne płomienie. I pochylaliśmy się, aby to oglądać. Podbródek kobiet oświetlony był tą jasnością.
Wzdłuż murów cmentarza przestaliśmy śmiać się i przekomarzać.
Słychać było miarowe uderzenie wioseł. A pod murami żałobnemi skrząca się jasność tworzyła pierścienie i girlandy światła.
Jakaś melodya promieni otaczała wyspą umarłych.
On ją słyszał, widział ją. Miał już tu znaczony sobie pobyt głęboki.

To tylko pauza. Jest już własnością, cmentarza, ale jeszcze nie ziemi. Grób już wykopany, ale wypełnią go dopiero po dniu świątecznym.
Męka moja stępiała. Ogarnął mnie rodzaj ponurego, gnuśnego bezwładu.
Renata milczy, kryje się ze swoją tajemnicą, patrząc z pod rzęs gęstych oczyma utkwionemi gdzieś, oczyma o kroju oczu nieugiętych orłów rzymskich.
Dom pogrążył się w ciszy grobowej a otacza go woda martwa, jak wyspę, na której zostawiłem mego przyjaciela.
Pałac Leoni ze swoją trawą uwiędła, ze swoim wyrazem dzikiej pustki wygląda tu nad kanałem jak legendowy zamek.
Białe pawie nie krzyczą tam na schodach marmurowych, zielskiem zarosłych, ale mewy zrywają się raz wraz do lotu nad ciemno-niebieską wodą, a zniżają się w locie i unoszą, cichsze od płatków śniegu w dzień bez wiatru.
Ktoś dzwoni.
Nie mogę słyszeć dzwonka bez wzdrygnięcia się.
To Rozalinda, pogrążona w smutku, zasłonięta, z rękami wyciągniętemi do mnie. Nie spodziewałem się jej juź.

Wieczór szybko zapada.
Muszę ją odwieść do stacyi.
Wołam gondoliera.
Wchodzimy do ciemnej kabiny łodzi. Cały kanał jest ciemny. W kajucie nie widzę jej. Jest to ta sama ciemność, która tam być musi w trumnie pomiędzy wszystkiemi wiednącemi wieńcami.
Oto wieczór zapadający na wyspę zmarłych; dziedziniec kościoła tam jest pusty, studnia smętna jak grób między — grobami, drzwi kostnicy zamknięte, grób wykopany w trawie zamulonej, krzyże tuż obok siebie stojące i poszarpane jak suche gałęzie gęstwiny, dzwony odzywają się jakby z głębin wody, gwizdawki obok płynących łodzi...
Zostawiam ją prawie opryskliwie nad ciemnym brzegiem, gdzie widma się snują. Wracam do kajuty.
Przyjaciel mój leży tam w dole w ołowianej swojej trumnie, jak ja w tem więzieniu, co trąci stęchlizną i butwieniem, a kołysze się nad falą opadającą w odlewie morza.
Nagle strach mnie zdejmuje. Ktoś jest ze mną.

Nie ruszam się, oczy utkwiłem w drzwiczkach.
Podczas gdy w ciemności piszę, myśli moje urywają się i ręka zatrzymuje.
W tem skrawek papieru, który odwróciłem, unosi się i bez szelestu spada mi na palec.
Dreszcz zgrozy wstrząsa mną. Znieruchomiałem, ciało moje sztywnieje; nie ważę się skreślić ani jednego znaku więcej w ciemności.
Dziś w nocy łóżko moje chwieje się i drga, jak dwupłatowiec, rozpięty między morzem a niebem. Otwieram usta, aby napić się tchnienia ożywczego Adryatyku, ale żaden przewiew świeży nie wchodzi mi do gardła.
Usta moje nabrały z jodu posmak metalowy, gardło jakby pełne było stali. Stal żarzy się w ogniu mego oka, hartuje w błocisku mojej krwi zgęstniałej.
Wykrzykuję i nie słyszę mego krzyku. Trupio blada twarz Alfreda Barbieriego jest tu na krawędzi mego łóżka, jak na pokładzie areoplanu, ale bez maski i bez hełmu skórzanego. Ruch sternika wstrząsa mojem ścierpłem ramieniem, ale nie rozrusza mi go.
Widzę poczerniałą rękawicę Oresta Salomona, odsuwającego właśnie ciało poległego, które padło blisko steru. Luigi Báilo ster opuścił, aby stanąć i z tyłu ognia dać na przeciwnika, który podczas sterowania ukazał mu się na celu.
Ciało pada na prawą stronę. Głowa chwieje się. Hełm napełnia się krwią, jak czara okrągła. Rozpoczyna się dokoła pryskanie, podobne do iskrzenia się ognia spalającego się w podrywach wiatru.
Luigi Báilo, wraca na przód łodzi przez przejście między obu zbiornikami. Nie ma już broni w ręku. Dłonią podtrzymuje ramię złamane.
Jeden tylko pozostał sternik zdrowy, mogący kierować samolotem. Musimy go ochronić, aby odwiózł aparat i jego zawartość do ojczyzny.
Zraniony Báilo, bezbronny już i bezsilny nachyla się nad swoim towarzyszem, aby mu być tarczą.
Po przez maskę, po przez wełnę i futra widzę wspaniałe przemienienie w małej twarzy ludzkiej: Boskość w monstrancyi.
Oto jednak ranny głębszą odnosi ranę w trzeciej burzy pocisków. Przeszyta wielkoduszna tarcza. Ale w pryśnięciu krwi purpurowej wybłyska na nowo wola niezłomna.
Chwieje się, chyli wstecz, opiera o zbiornik, wypręża kolana, które się załamują. Nie chce ustąpić. Wciąż jeszcze służyć może za tarczę. A to jest koniecznością.
Oreste odwraca się od czasu do czasu, i spogląda na niego. Odejmuje rękę jedną ze steru i dotyka bratniego towarzysza giestem budząc w nim odwagę.
I znowu się odwraca i widzi go rozciągniętego jak wór krwi na kładce między okratkowaniami miedzianemi.
Pozostały przy życiu wprzód jednym był żywotem, teraz potroił się i cały jest miłością nieprzezwyciężoną.
Pierś moją rozpiera jakaś żądza wykrzyku, ale nie słyszę mego głosu.
Łóżko moje chwieje się, przewraca, spada gdzieś. Kamienista puszcza poszarpana, poryta błyskawicznie miga mi się przed oczami, które się nie zamykają. Sekundy wydają mi się wiecznością. Spadam i spadam bez końca.
Oto Kras, biały. Oto las czarny Tarnowy. Oto Isonzo, błękitniejący.
A teraz w tem spadaniu wydaje mi się, że widzę pobłysk moich białych kości. Usta moje otwarte zeschły, jakby jakaś szczelina Krasu nagiego.
Płonę. Pot sączy mi się, jak łzy, co nie odnajdują drogi powrotnej do rzęs.

Południowy czas. Ulice w Pordenone[17] opuszczone i smutne. Między szeregiem drzew obnażonych widzę góry niebieskawe.
Pies zabłąkany rzuca się na automobil, koła się wyślizgują. Przybywam do komendy. Drzwi niedomknięte. Otwieram je pchnięciem, wchodzę do góry. Nie wiem, czemu trwoży mnie w cieniu odgłos moich kroków na drewnianej posadzce. Dom pusty. Nikt się nie zjawia. Wołam.
Jasnowłosy żołnierz pieszy zjawia się za ladą i jąka się, nie przekłnąwszy jeszcze kęsa chleba, który ma w ustach.
Nic nie przeczuwając, pytam go: „Czy pułkownik Barbieri jest na polu lotniczem?“
Wygląda, jakby mnie nie rozumiał. Usiłuje połknąć swój ciężki kęs.
„Oczekiwał mnie“ — dodaję. „Gdzie jest?“
Nie odpowiada. Odwraca się i idzie do przyległego pokoju.
Cisza jest taka głęboka, że z mego miejsca słyszę, jak żuje. Wiatr uderza w szyby, że dzwonią. Widać na nich plamy po kroplach deszczu. Obliczam paski pionowe na tapetach i sęki w drzewie ławki. Jest coś w powietrzu, co skłania mój umysł do tłómaczenia sobie najmniejszych znaków. Żołnierz wraca z paką futer. Zawalane są plamami brunatnemi, obryzgane krwią zaschłą. Składa na ławce przeraźliwy ten ciężar, jak wyładowuje kupiec pakę sukna, aby je odmierzyć na łokcie.
Są to okrycia zwłok Alfreda Barbierego, który wrócił z wyprawy do Lublany.

Powietrze jest jak lodowy kryształ. Podobne jest zupełnie do tej duchowej powłoki lodowej, która obciska głowę zmarłego w pierwszej godzinie pośmiertnej.
Bieg prosty mojego auta tnie to powietrze, jak dyament szkło. A szum przeszywa mi mózg.
Zajeżdżam do Cominy. Rzeź nie zastrasza serc wojowniczych. A towarzysze moi przyjmują mnie nie bez uśmiechu. Czuję, że w godzinę południową głód więcej młodzieży dokucza, niż wszelka inna troska.
Wybieram się na jedną jeszcze drogę krzyżową. Wchodzę do małego pokoju, w którym Oreste Salomone leży na polnem łożu. Zrazu tylko widzę bandaż na jego głowie — chwilę później widzę tylko wielkoduszne jego oczy osadzone w dwóch dołach jego bladej twarzy.
Zdaje się, że i on, jak dwaj inni, stracił w zawierusze i w huku potyczki, wszystką swoją krew, choć pocisk zerwał mu z głowy tylko pas skóry i pukiel włosów, przebiwszy jego hełm twardy.
Jest jak słoniowa kość bez żył krwionośnych — jest coś świętego w jego ranie. Siły go opuściły. Siła nadludzkiego jego przykładu rozlała się na świat cały. Nie ma jej już w nim. Czyn jego wzniósł się jak wieczysta kolumna nad leżącym i cierpiącym.
Wszystko dopełniło się — wszystko dokonane. Pokój między czteroma ścianami jest jak trumna o czterech deskach.
Wielkoduszność nagrodę znajduje, nie większą od monety. Obok poduszki między lekarstwami we flaszkach, błyszczy medal nowy, w odcisku bez wdzięku wybitym.
Ręka bohatera słaba jest, jak dziecka. Ściskam ją w ręce mojej — jakby uczestniczyć chcąc w jej chwale — a z trwogą świętą, w której drży pragnienie poświęcenia się bohaterskiego, która oczyszcza mnie z wszelkiej nędzy, z wszelkich grzechów.
Zanim mówić zaczyna, pożera mnie myśl o niesprawiedliwości losu. Miejsce na przedzie areoplanu w wyprawie odwetowej na Lublanę dla mnie było przeznaczone, miejsce do kierowania i walki — obok ciemno-sinej broni.
„Czekaliśmy na ciebie aż do północy.“ — mówi asceta z kości słoniowej.
Wyobrażam sobie daremne oczekiwanie w źle oświetlonej kawiarni na pustym placu.
Nad tak wielkiem, losowem postanowieniem radzić musiano przy zwykłym stole kamiennym śród mętów wódek i popiołu cygar.
„Nie przychodzi“ — powiedział o północy Alfredo Barbieri. „Żal mi... był on hasłem dla oddziału.“
I zacytował wiersz z mojej „Elektry.“ Po krótkiem milczeniu, jakby wsłuchany w noc daleką, dodał: „Dobrze więc, obejmę jego miejsce.“
Luigi Báilo usiłował go od tego odwieść: „Jeśli w czas nie przyjdzie, jego ciężar zastąpimy większym ładunkiem bomb.“
„Potrzeba przewódzcy“ — odpowiedział szlachetny. „Pójdzie z wami wasz komendant.“
Ponura kawiarnia ściemniała się. Los rzucone kostki powymieniał w ciemności. Śmierć wykreśliła moje imię z listy i natychmiast wpisała imię tego drugiego.
Nie prawdą jest, że śmierć dla wszystkich jest jednaką.

Pozostały przy życiu mówi cicho; jego słowa płyną: nie ze strony łóżka, ale z głębin ofiary, z wnętrza nie wiem jakiej krypty, pełnej potężnej siły, która płynie z relikwii czczonych. Jeszcze wciąż mam rękę jego w swojej i pochylam się nad jego ciężko oddychającą piersią.
Serce rozsadza mi każde jego słowo, które żyjącemu przedstawia śmierć moją, rozczarowanemu sławę moją.
Zdaje mi się, że serce moje wyzuwa się z wszelkiej cielesności, która tętni i oddycha a wypełnia się jedynie tem wyrazić się nie dającem uczuciem, które nie jest żalem, ani wyrzutem sumienia, nie jest gniewem, ani bólem, ani wściekłością, nie jest zadziwieniem, ani ekstazą, ani wspomnieniem, ale wszystkiem tem razem — bez wyjścia.
„Opowiadaj mi, opowiadaj!“ Blady bohater słabnieje coraz więcej. Pauzy stają się coraz dłuższe. Nie mam litości. Podniecam go mimo jego znużenia. „Powiedz mi!“
Nie opowiada mi o tym drugim, mówi o mnie poecie i mej poezyi, o mnie bojowniku i mej odwadze. Cieniem jestem, który powrócił z krwawej drogi po niebie. Uskrzydlonym jestem cieniem, który słucha mitu o sobie samym.
Głowa poległego, chwały pełna, dwie miała rany otwarte. Z jednej krew obryzgała towarzyszów broni, z drugiej rozpryskiwała się w rannym wietrze.
Odrazu widzę jak u chorego powieki zapadają na wielkie oczy brunatne i wklęsłe oczodoły wypełniają się łzami.
Milczenie. Kładę lica na krawędzi poduszki i trwam tak w nieruchomości, z bolem moim, silniejszym od nas obydwóch, z bolem, który ma istotę i wyraz jakiegoś jestestwa zwycięskiego.
I znowu jest nas troje, jakby na wojennym statku powietrznym.
Czy na nową wyprawę? W którą inną stronę nieba?

Powietrze znów ścina się w kryształ lodowy, który wrzyna się ostrzem dyamentu w szybkość mojej nowo podjętej jazdy. Wydaję się sam sobie na pół tylko żywym. Pół duszy mi uszło, druga połowa jest w drodze, zajęta cielesnością tego padołu i ogląda mechanizm swojej tragedyi.
Myślę o przyrządach Męki Pańskiej, opartych o drzewo, które już nie dźwiga ciała umęczonego. Myślę o wielkich krzyżach, wzniesionych na rozstajach dróg, o krzyżach bez ukrzyżowanego, na których wierzchu czuwa kogut, co po raz trzeci nie zapiał.
Na wielki krzyż ofiarny składały się czworakie drzewa: cedr, cyprys, palma i drzewo oliwne. Czy w naszym zachodzie nie moglibyśmy zastąpić palmy i cedru osiną i topolą bohaterskiej łodzi powietrznej?

Pole lotnicze w Gonars ponure jest, jakby wyrównana droga krzyżowa. Aeroplan „Aquila romana“ leży tu na uboczu daleko od szeregu lekkich statków powietrznych, na dwa łokcie od małego kanału, którego cudem uniknął przy swoim zlocie.
Dwa jego skrzydła skrzyżowane między przodem a sterem układają się na krwawy krzyż.
Leży na równinie a góruje w niej. Wydaje się zwartą budową z drzewa, płócien i kruszcu a jest tworem duchowym. Wydaje się bezduszny a wypełnia go całego dusza, jak żaglowiec wypełnia wiatr pomyślny. Wydaje się niemy, ale milczenie między jednem a drugiem sklepieniem, między motorem a motorem, między wrzecionem a wrzecionem, w pośrodku drutów stalowych, w spodzie pełnym wiązadeł i wzdłuż pokładu polerowanego, milczenie to do przysłuchującego mu się przemawia, niezapomnianym wyrazem. To testament krwi.
Nie ma tu części, na którąby nie bryzła. Krew już zastygła a jednak ścieka mi na głowę, kiedy się schylam do kół statku, nie śmiąc uklęknąć wobec nieznanych mi widzów. Krople tysiącami ogrzewają się, odżywają, czerwienią napowrót, jak brunatna relikwia nagle świecić zaczyna, kiedy rozcieńczą ją w ampułce.
Wstępuję do góry po przez żebra przodu, trzymając się nagiemi rękami. Kroczę jakby po własnych swoich dreszczach, a krople krwi odciskają się na, moich dłoniach.
Przeżywam moją śmierć — jeszcze raz odbywam próbę śmierci. Oto jestem na mojem miejscu naprzeciw ciemno-sinej mitraljezy, plecami zwrócony do dwóch skrzydeł.
Czuję bicie serca w gardle, tętni mi w podniebieniu, zęby mi dzwonią. Rzeczywistość rozdziera mi sen — mój sen rozcina rzeczywistość.
Słyszę łoskot lekkich samolotów, które unoszą się z pola, aby działom wskazać kierunek wystrzałów i ulatują nad stacyą sygnałową.
Po za lufą broni przeciwnika, który pierwszą przesyła mi kulę, dostrzegam białka oczu groźnych.
Na żółtawem polu widzę szereg ustawionych bomb szarych z błyszczącemi sterami.
Przenika mnie drganie powietrza, drżącego falami wieści odesłanych z dalekiej walki nad Krasem.
Widzę lisie giesty krążącego wroga, który wzywa do zlotu i poddania się.
Podrywa mnie, jakby mnie ktoś dotknął i odwracam się. Na prawo od steru, który Luigi Báilo opuścił, wzdłuż krawędzi spodniej statku nad linią celownika widzę miejsce, na którem szyja moja się opiera — zupełnie oznaczone miejsce, jak skazańcowi klęczącemu wskazywał je przed blokiem kat z toporem stojący.
Jakaż to ręka przemożna trąca mnie i ugina?
Głowa moja opada, wysuwa się, chwieje. Ciało moje lodowacieje.
Pionowy, ciemny sznurek krwi cieknie jakby z mego obwiązanego oka.

Twarze, twarze i twarze; namiętne wyrazy twarzy tych wszystkich przewijają się przed zranionem okiem mojem, jak gorący, z ręki sypiący się piasek. Żadna z tych twarzy nie przystanęła. Ale poznaję je.
Czy to nie tłum rzymski na kapitelu w ów wieczór, w maju? Olbrzymi, skłębiony, wyjący?
Czuję, jak bladość moja zapłonęła białym płomieniem. Cała moja istota przemieniona. Jestem niby demonem rozruchu, jakby geniuszem wolnego narodu.
Moja stałość lat trzydziestu, miłość i ukochanie moje pięknych Włoch, odwaga mojej samotności, śpiew mój w samotni, wzgarda dla zapoznawających i lżących mnie, cierpliwość mego wyczekiwania, niepokój mego wygnania; wszystko to zestrzeliło się w jedno ognisko siły zapalnej. Cała przeszłość spływa ku całej przyszłości. Żyję wreszcie wedle mego Credo duszą i ciałem. Nie ja sam w sobie, ale cały mój ród odzywa się we mnie szałem.
Twarze, twarze, twarze w żarze ciała stworzone, w ogniu krwi wytłoczone.
Zbiegowisko ma dech pieca hutniczego, ma wybuchy gwałtowne żarłocznego wulkanu, ma łoskot pryskającego pożaru lasów.
Pociągam i pociągają mnie. Wstępuję, aby wieńczyć i wstępuję, aby mnie uwieńczano.
Wiośniany śpiew bohaterski porywa mnie i unosi, jakby te wszystkie kamienie, świadki starożytnych tryumfów w proch się rozpadły od zalewu świeżej krwi purpurowej[18]
Jaskółki latają dokoła zielonego konia Marka Aureliusza, który przy każdym ich okrzyku jakby zrzucić chciał imperatora i dęba stanąć przeciw nowemu fatum.
Szał zamącony tłumu znajduje we mnie swój jasny wyraz.
Mówię. Każde słowo moje dźwięczy mi pod czaszką, jakby odbite od wklęsłego metalu. Każde tchnienie rozpiera mi pierś. Cierpię, a podnosi mnie uczucie, że do cierpień miesza się rozradowanie moje.
Jest to jakby ból tworzenia, jakby kurcz porodu. Tłum wzburzony wyje. Tłum wyje i skręca się, aby rodzić swój los.
Zakrytym balkonem tysiączne a tysiączne widzę oblicza a jedno we wszystkich oblicze: pełne namiętności i oczekiwania, pełne woli i buntu, oblicze, co pali mnie na skróś serca, jak rana zaszczytna.
Jak improwizacya pieśni bohaterskiej słowa moje w szerokich płyną odstępach, które okrzyk słuchaczów podchwytuje i unosi.
Przegłuszony nagle krzykiem jednym, głośniejszym od wszystkich, tracę wątek mych słów. Zdaje się, że rozkazujący ten krzyk żąda czegoś innego, niż słowa.
Nieznana jakaś ręka kładzie przedemną na balkon ołowiany wielką szablę, krzywą jak damascenka.
Biorę ją i wyciągam z pochwy. Tego giestu domagał się ów krzyk. I zdawało się, że błysk piorunu przeleciał nad całym tłumem.
To szabla Nina Bixia,[19] cięta broń bohatera z wyrytemi na lśniącym brzeszczocie miejscowościami bitew zwycięskich.
Przykładam usta do szabłi dobytej. Nie czuję jej zimna, gdyż wargi moje są bezkrewne. Cala krew zlała mi się płomieniem do serca.
Cisza, która nastała, tłumu jest jak wichr, który mnie porywa i mną kręci, jak wir wodny, który pochłania i niszczy moje życie.
Odrzucam to życie, upajam duszę moją. Ostatnie moje słowa są jak uderzenia odlewacza dzwonów, śmiało bijące o otwór, aby metal roztopiony zlał się do formy.
Tłum jest jak wylew roztopionego do białości rozżarzonego kruszczu. Wszystkie usta formy otwarte są. Odlewa się gigantyczny posąg.
Odwracam się. Schodzę. Chwieję się od lekkiego zawrotu głowy. Usycham z pragnienia. Proszę o trochę wody. Kobiety z ludu podchodzą, otaczają mnie, pełne współczucia, podczas gdy czekam. Rubaszna ręka podaje mi szklankę świeżej wody. Gaszę pragnienie, oczyszczam się. Piję i wylewam trochę wody: moją libacyę ofiarną.
Schodzę. Nie wiem, kto mnie niesie. Wszystko jest ogniem i krzykiem, twórczością i upojeniem, groźbą i zwycięstwem pod niebem, w którem unoszą się wyziewy bitew, które strzałą przelatują ćwierkające jaskółki.
Cierpimy, żeśmy bezbronni. Cierpimy, bo nie możemy walczyć, bo nie możemy zmienić się jednym zamachem na legiony, szybkie, któreby przekroczyły niesłuszną granicę.
Młodzieńcy rozczochrani, z obłędnym wzrokiem, ociekający potem, jak po bitwie, rzucają się pod mój wóz, jakby ran szukali.
Robotnicy, ponurzy z utrudzenia pracą, zgięci od przysłuchiwania mi się, skurczeni od wytężenia, pracownicy wszelkich rękodzieł, którzy wszyscy wydawań mi się, jakby dzierząc młot, wykuwali rozżarzone żelazo na kowadle, oto teraz wyciągali do mnie silne swe ręce, aby upewnić mnie o swej tęsknocie i o swojej obudzonej miłości.
Kobiety z ludu o kształtach posągowych, jak matka dwóch trybunów[20] jednym giestem rzucają mi kwiat i poświęcają syna na wojnę.
Rąbek chorągwi musnął mnie. To czerwona chorągiew Tryestyńska. Mam ją wciąż na głowie. Czasem powiewa, opada, okrywa mnie. We fałdy jej składam cały mój smutek.
W czerwonym cienia tych fałdów słyszę pierwsze uderzenie dzwonów kapitolu. Serce omal mi nie pęka. Powstaję w wozie. Wóz zatrzymuje się. Tłum zamilkł.
Jest on już tylko jednym łańcuchem wirów, tym samym wstrząsanych dreszczem.
Dzwon bije na alarm. Śpiżowy dźwięk przenika nas wszystkich aż do kości. A potem zagłusza go potężny okrzyk ludu; Wojna! Wojna!
Czy to dźwięk z głębi zamarłych stuleci? Czy to dźwięk wieków przyszłości? Dzwon ludu wieści wojnę. To już nie dzwon śpiżowy, to dzwon pożarny z wyżyn łacińskiego nieba; ojczyzna słyszy i powstaje.
Wojna! Wojna! Błask zorzy wieczornej ginie w przyćmiewającem go świetłe dziesiątek tysięcy rozpromienionych oczu, w chorągwiach rozwianych, w groźbach i we wspaniałej wyniosłości wołnego narodu, który drogę odnalazł do swojego prawdziwego Boga.

Twarze, twarze, twarze! Wszystkie roznamiętnienia wszystkich tych twarzy przewijają się pod mojem okiem zranionem, nieprzeliczone, jak ziarnka gorącego piasku, który przesypuje się z ręki zaciśniętej.



Gdybym też chwilę zdobył spoczynku, jak w nocy po owem wzburzeniu!
I wtedy na skroś byłem przepalony, jak dziś. Byłem jak kowal, co przez cały dzień trudził się w swoim warsztacie, bezustannie przy ogniu pracując; okryty sadzą, opalony ogniem wychodzi wieczorem, aby pokrzepić się w szynku.
Szukałem swej istoty a odnalazłem smutek. Szukałem swego milczenia a odnalazłem tylko nastrój.
Owej nocy zwycięskiej poszedłem na wzgórze Aventyńskie, na wzgórze wolności a szedłem sam, jak osamotniony kochanek. Czar swój rzuciła na mnie gorąca miłość Rzymu, zmysłowa miłość do mojego Rzymu, miłość do tej podobna, która pochłonęła siły moich lat młodych. Odczułem był oddech ludu, teraz: zawładnęło mną pragnienie odczucia tajemnego tchnienia Rzymu — teraz po tylu latach rozłąki, po tylu latach tęsknoty i żalu.
Idąc w górę po ulicy Santa Sabina, przystawałem czasami. Przygniatał mnie ciężar mego życia. Ciemność była jak welon, osłaniający powaby piękności. Przenikały do mnie, ale bałem się ich dotknąć. Z każdym krokiem rosło moje uszczęśliwienie, pełne udręki. Na duszy mojej ciążyło pięć lat, spędzonych w obcym kraju i ściskało mi serce, ale teraz w żalu tym radosne poczucie tego, com posiadł na nowo, rosła w nieskończoność.
Osamotniona ulica była moją własnością. Panem byłem wzgórza przedemną. Nie ku niebu wznosiłem oczy, bo rozpraszać nie chciałem mojej miłości tego, co tu w dole rozległo. Z nocy tej ująć chciałem tylko ten jej strzęp, który ciemnem był okryciem Rzymu, bezgwiezdną jego szatą.
Ale kiedy wszedłem na mały plac, leżący przed Priorato di Malta, nagle gwiazda milcząca zaiskrzyła się przedemną, błysnęła pod wzniesione powieki.
Serce zabiło mi z zachwytu. Wzdłuż murów duszna była atmosfera, rozdzierana chwilami pobłyskiem światła tajemniczego.
Biło mi serce, jak w latach chłopięcych, kiedy widok dziewicy poraz pierwszy odsłonił mi jeden z czarów utajonych ziemi.
W bramie zamykającej ogród Cavalieri w drzwiach okratkowanych, na których tyle ócz zawisło, aby podziwiać lotną, między palmami unoszącą się kopułę, zaświeciło mi spojrzenie jakieś z pod rzęs jakichś ukochanych, odprzytomnionych oto słodko w pamięci mojej. A blask gwiazdy wzdłuż tej bramy ożywił na chwilę to spojrzenie, które z niewinnego padając ogrodu i zwierciedląc się w rodzącej się mojej miłości, przed laty spoczęło na mnie.
Serce biło mi uczuciem rozpaczliwej młodości. Byłem sam, objęty ciszą i cieniem, między murami, które w bieli swej żyły, jakby w księżycowem wspomnieniu, sam z tą poświatą rozchwianą, która pociągała za sobą nić mego życia wnętrznego. Zdawało mi się, że nie wiem, co to jest, że przypomnieć już sobie tego nie mogę po pięciu latach niepokoju w dalekim zachodzie (Włochy! Włochy!) Szedłem za tym blaskiem, jakby za sygnałem nowego życia, szedłem bez pamięci przeżyć, zdumiony i porwany.

Był to pierwszy robaczek świętojański.



O innem wspomnę milczeniu.
Nad wieczorem oskarżenia publicznego przeciw zdradzie, chcącej wznowić zamysły swoje ciemne, zaległo milczenie, które żadnemu się nie równa.
Odnajduję akcent pierwszych słów moich. „Słuchajcie, słuchajcie! Powiem wam rzeczy największej wagi a nieznane wam. Zachowajcie milczenie. Przysłuchujcie mi się. Potem podskoczycie... wszyscy!“
Teatr był jak głęboka jama, w której topią, rudę.
Widzę jak kruszec oziębia się. Wrzący tłum twardnieje w posągowy kształt, utrwala się w groźną płaskorzeźbę, stoi jako masa druzgocąca.
Już nie krzyczy. Słucha. Nie oddycha już. Słucha.
Każda zgłoska przenika przez kość przebitą czaszki i wwierca się w mózg.
To robota uporczywa uderzeń młota na milczenie odporne.
Jedno uderzenie i jeszcze jedno i trzecie.
Masa przeraźliwa już stanęła. Kolos odlany na nowo człowiecze przybiera formy i to, wyjąc.
Zdaje mi się, że i mnie poderwał wówczas ów ogień samowolny. Byłem jak nicowany i jeszcze raz przenicowany w żarze, rozdmuchanym przez siebie samego. Byłem, jak owe polano mitu Etolskiego.[21] Cóż, jeśli matka moja włoży mnie do ogniska, aby mnie spalić do szczętu?
A pragnienie też wówczas miałem. Chciałbym był uklęknąć pod zbiornikami fontan Rzymskich i całą moją twarzą ugasić pragnienie.
Dla czego nie pozwalacie mi napić się jednego łyku zimnej wody?
Wtedy przypadek nastręczał mi czasem sposób niespodziany uciszenia mojej gorączki.
Kiedy owego dnia wyszedłem z gorącego teatru, ujrzałem na niebie obłoki czerwone, jakby ludzka namiętność krwawym swym odblaskiem odbijała się w nich. Pierwszą barykadę już wzniesiono.
Na drogach rozstajnych, na krzyżowaniach ulic jazda straż pełni. Witają mnie, przechodzącego mimo. Błysnęły mi białka oczu koni stepowych z pod grzyw rozwianych i obudziły we mnie tęskne jakieś nieokreślone wspomnienia.
Mijając je, dotknąłem grzbietu, dotknąłem grzywy z jakąś radością nagle odmłodzoną. Żołnierze uśmiechali się.
Uśmiechali się śmiechem dwudziestoletnich, twarzy zmęczonych, błędnym jak uśmiech przedsenny.
Wspomniałem zapach stadniny w Faenzy i umieszczenie mojego stepowego kasztana, który kąsać mnie chciał, kiedy zgrzebła przesuwałem mu pod brzuchem, i owies, który ujmowałem chytrze innym żłobom, aby jego napełnić i pojenie o świcie, kiedy w półświetle białe konie trębaczy wydawały mi się, jakby zstąpiły z księżyca, jak w legendzie.
Tak ustępywała, spadała gorączka moja.

O przynieście mi jednego z moich psów, połóżcie go na łóżko u nóg moich związanych, zostawcie go tej nocy przy mnie.



Tej nocy demon kładzie rozpalone moje oko na dłoń swoją i rozdmuchuje jego ogień całą siłą wydętych swych policzków.
Wszystkie obrazy zaogniają się.
Oto w ten mój ogień wchodzi obraz dalekiej bitwy nad Mozą. Pijane eterem bataljony kroczą, jak owe pasy palących się pinii, zwane w stepie mojego wygnania „ogniem przeciwnym“[22], jak ognie, które widziałem na kształt trzód zwierząt, popędzanych przez żywicarzy wielkiemi gałęziami zielonemi.
Zbliżają się w biegu. Zwiększają się. Widzę je z tamtej strony palów i ostrzów drutu kolczastego. Rozróżniam jedną w drugą, twarze Bawarczyków wykrzywione wściekłością i strachem. Palą się jak wiązki chróstu.
Ciała ległe urastają w stosy. Nie spalają się, nie popielą. Tlą długo, bez płomienia, jak torf. —
Całą noc leżę rozciągnięty na plecionce kolczastej, która ciągnie się dokoła wzgórza. Liczę trupy.
Zaplątały się w żelaznych krzakach cierniowych, zacisnęły między zakrętami drutów zerwanych, wahają się między palem a palem jak łotrzy źle przybici do krzyżów, wiją się, jak zwierzęta uchwycone na lassie.
Nie mają powiek, nie mają ust. Widzę osłupiałe oczy otwarte, widzę znieruchomiałe zęby obnażone.
Widzę krew po drzewie i żelazie ociekającą, ścinającą się, czerniejącą, lepką jak lep ptasi, którym okłada się różdżki.

Nie ma już rosy porannej, nie ma już świtu na świecie.



Wieczorem w środę popielcową leje bezustannie. Jest to ulewa marcowa. Przysłuchuję się pluskowi.
Mam — zdaje mi się — teraz czulsze ucho, niż kiedy opiewałem „Deszcz w lesie sosnowym.“
W harfie wielkiej tego zjawiska powietrznego odróżniam struny wszystkie i dotykam ich prawie.
Gdybym też zrobić mógł dwa otwory w ścianie wychodzącej na ogród i wysunąć przez nie moje ręce wyschłe!
Czy ulewa nie jest zbyt gwałtowną na puch młodych listków?
Nerissa przesyła mi w deszczu tym przez służącą wiązkę kwiatów, zerwanych przed południem w Padwie.
Wilgoć przenika aż do mego pokoju, świeżość rozlewa się po mojej pościeli.
Pielęgniarka żywo mówi do mnie o służącej: „Przyszła bez parasola! Cieknie z niej jak z rynwy. Kwiaty całkiem zamokły. Trzeba przeczekać, aż oschną.“
Nieustanne moje pragnienie wchłania wilgotny zapach, który nagle wypełnił ciemność dokoła mnie. Serce mi bije. Proszę, by pielęgniarka przystąpiła do mnie i dała mi dotknąć wiązanki. Błagam. Grożę, że zerwię przepaskę, że skoczę z łóżka. Dostaję ją.
Kwiaty złożone są na kołdrze. Palce moje widzą je w dotknięciu. Wyczuwam je, oddzielam, poznaję.
Oto hyacynty. Nitką uwiązane. Ich łodyżki są nierówne. Razem tworzą gęste grono. Przy wąchaniu zapach ich coraz silniejszy, jak ból w ranie.
Oto „Zagara“. To nazwisko arabskie, które kwiatom pomarańczowym nadała saraceńska Sycylia. Młodzieńcem słyszałem to nazwisko nad brzegiem rodzinnym od chłopca na okręcie. Tak mi się podoba, że wymawiając je, czuję zapach kwiatu.
Jest to zagara z cieplarni: ma układ listków szeleszczących przy dotknięciu a śród nich twarde pączki. Jeden kwiat po drugim wyczuwam. Niektóre są zamknięte, inne odemknąły się, inne wpółotwarte. Niejeden jest czuły, jak pączek piersi kobiecej, drżący przed pieszczotą. Zapach jest czysty, ostry, dziecinny. Ale szukać go muszę śród liści zimnych, sączących krople, które mi szczękę zwilżają i wchodzą do ust.

Oto rezeda. Najwilgotniejsza ona od deszczu, cała nasiękła wodą chmur. Na wierzchu samym pachnie najsilniej, jak końce palców, nakładających szminkę. W zapachu tym tkwi coś z figi mlecznej, z małej zielonej figi. A przy dalszem wąchaniu odnajduję też coś z dojrzałej rengloty. Zapach to raczej trawiasty, niż kwiatowy, zapach to więcej owocu, niż kwiatu.

Więcej podoba mi się zagara: nazwisko i sam kwiat. Jest delikatniejsza, osobliwa, nie zaślubiona, ale dziewicza. Szukam jej wciąż tu w listowiu. Bieli ona ogień mego oka. Sama jest biała i twarda, jak rogówka oka.
Wspominam wielkie lasy pomarańczowe w Valacidro na wyspie Sardyńskiej. Byłem stworzeniem giętkiem. Miałem dwa cienkie golenie. Zdejmowałem trzewiki i młodemi nogami chodziłem po kwiatach śnieżno-białych, które pokrywały ziemię.
Wspominam obwiedziony murem gaj pomarańczowy w Massa, obok wybrzeża Amalfi, jeśli mnie pamięć nie zawodzi. Źle byłem uleczony ze złośliwego czaru miłosnego. Byłem zgnębiony, jakbym się dostał do labiryntu bez wyjścia. Pnie drzew wydawały się jakby wyryte w kamieniach tajemniczych grot. Kwiat był jak piana, z której rodzi się nieśmiertelne ciało.[23] Cień miał coś w sobie z połysku wód a nastrojony był śpiewem zamierającym jakiejś syreny wygnanej z morza.

Deszcz nie ustaje. Słyszę plusk jego w ogrodzie, na brzegu, na dziedzińcu, na ulicy. Dawczyni kwiatów nie zdobędzie się, jak jej służąca na to, by przejść przez ten potop zalewający zamgloną Wenecyę.
Gnębi mnie wstręt do mego znieruchomienia. Głuchy gniew wzbiera we mnie od stóp do głowy. Wstałbym, rzuciłbym przepaskę z oczu, kroczyłbym po krawędziach dachów.
Skończyła się moja melancholijna rozrywka. W karku krew mi tętni. Z łodyg hyacyntów ścieka sok nie miły, który skleja mi pałce.
Ale skąd zalatuje ten zapach fiołków? Gzy tu w pokoju są fiołki? Kto je tu ukrył?
Wyciągam ostrożnie ręce, aby szukać dokoła siebie. Odkrywam bukiet, który stoczył się po kołdrze w stronę dolną łóżka. Serce mi bije. Bije mi z tak błahego powodu.
Jest to bukiet fiołków. Zmoczony nie ma zapachu. Ciepło łóżka ożywia go. Osobliwa niespodzianka. Cieszę się temi fiołkami, jakbym sam je zebrał na miedzy dalekiej gdzieś łąki.
Nie są to fiołki z Padwy; dla mnie są to skromne fiołki złotej Pizy.

Przypominam sobie nawałnicę w Pizie. Byliśmy na placu pod tumem. Schroniliśmy się pod sklepienia bramy wielkiej, strząsając z siebie krople. Tu zatrzymaliśmy się, aby przeczekać ulewę. „Imbres effugio“[24] brzmiał wymowny napis bramy.
Deszcz zlewał krótką trawę jednostajnym pluskiem, który przypominał nam szmer przyłożonej do ucha muszli. Wciśnięci w skrzydła bronzowe bramy, wchłaniać zaczęliśmy ten plusk, zlewać się z nim w jedno.
Zdawało się, że wilgoć podnosi wartość materyi. Jak ciekawe dzieci kładliśmy palce między listki z metalu, dotykaliśmy małych głów uwieńczonych, skrywających się między oliwkami a liśćmi. Nad nami przemawiały symbole: „Fons signatus, Hortus conclusus.“
Zadziwieni, odkryliśmy dalej między liśćmi jaszczurki, ślimaki, żaby, ptaki, owoce bez liku. Pod palcami czuliśmy rozkosz twórczą artysty, który rzeźbił te kształty, jego mądrość i jego kaprysy. Im dłużej oglądaliśmy brąz, tem bogatszą, potężniejszą, głębszą stawała się jego patyna. Urozmaicała się w oczach naszych rozmiłowanych i płaciła nam za miłość miłością. Nad nami przemawiały symbole: „Onustior humilior — Tantum modo fulcimentum“.
Szum powoli ustawał. Zdawało się, że podchodził aż do nas a w nas przycichał, jak harmonia, odzywająca się milknącem echem w głębi kaplicy. Łąka opuszczona wzdłuż murów starego miasta, nieokreśloną jakąś miała słodycz osamotnienia. Cmentarz arcybiskupa Ubalda zamknięty legł w ciszy dokoła piąćdziesiąciutrzech warstw ziemi swojej góry krzyżowej.
Potem zstąpiliśmy z gładkiego progu. Porzuciliśmy brąz i marmur dla trawy. Zmierzchało. Byliśmy sami. I życie prowadziło nas pobłażliwie za ręce.
Mówiono, że wieczorami z rowów i kanałów za cmentarzem unoszą się wyziewy febry przewlekłej i opadają na uświęconą łąkę. My czuliśmy tylko dreszcz miękkiej wiosny.
Chodziliśmy między murem cmentarza a boczną ścianą tumu, na którym nastrój nasz zawisł, jak w tajemniczej głębi jakiejś. Wyobraźni naszej freski wewnętrzne ujawniły się na zewnątrz murów.
A muzyka w nas miała twarz kobiety w suknię ściśle opiętej, która chyli swoją głowę ku psałterzowi.
Czujny byłem i podchwytywałem moje zachcenia.
Byłem takim, jakim jestem, kiedy moja natura i moja kultura, moja zmysłowość i moja inteligencya sporu między sobą zaprzestają i w pełnej są zgodzie.
Byłem misterium muzycznem z głębokiem odczuciem świata.
Kiedy przystawałem, towarzyszka moja, która dla mnie miała imię Ghisola, pytała mnie: „Czego szukasz?“
Zmierzchało. Cień marmuru stawał się fioletowy. Jest to marmur, co wieczorem błękitnieje, jak lapis lazzuli. Rzucał lazurowy odcień na trawę, jakby przesuwał po niej pęzlem z ultramaryną.
Cisza rozwarła się przed nami, rozległa się po prawej i lewej naszej stronie, płynąc wzdłuż boków naszych, jak strumień ogarniający pływaka. Uczucie nasze było proste a niewymowne. Czuliśmy lekkość naszą i — biedę, czuliśmy lekkość i — bogactwo. Byliśmy jak dwaj żebracy bez torby i jak dwaj władcy bez dyademu.
„Czego szukasz?“ pytała mnie Ghisolabella w krótkich przestankach, jakby w takcie.
Czy magiem byłem, szukającym skarbów, czy źródeł? W sobie samym wszystkie miałem źródła, wszystkie skarby.
Szukałem chęci moich. I oto znalazłem je.
Zatrzymałem się, przymykając oczy, aby pod powiekami zatrzymać moją szczęśliwość. Byłem już tylko jednym zmysłem. Cały mózg mój tętniał w swoim wyczulonym nerwie powonienia.
Schyliłem się ku wilgotnemu cieniowi, przesuwałem szybko palcami po mokrej trawie. Twarz moja schylona także nabrała odcienia ultramaryny, ręce moje też posiniały.
„Ale czego szukasz, czego?”

Odkryłem miejsce, pełne fiołków.


Nagle obraz miłości zachodzi cieniem, zaciera się. Krąg samotności oddziela łoże moje od reszty świata.
Głosy w domu stały się, jakby suche i obce.
W duszy mojej pozostało tylko jakieś głuche zniechęcenie przeciwko mnie samemu, głęboko ukryte w ciele mojem zmizerowanem.
Cień ma bladość osamotnienia.
Przypominam sobie rannego, którego znaleźliśmy w stajni pustej, pozostawionego tam od dni sześciu w strasznym fetorze nóg dotkniętych gangreną, z kilku źdźbłami pogryzionemi słomy w ustach.
Obok niego było tylko wymię rozdarte, które z pierścienia próżnego żłobu zwisało, kołysząc się.

Nieboskłony podeszły ku sobie, jak cztery szranki, zamknęły się, jak ogrodzenia.
W środku zostało miasto, bez życia, bez tchnienia, bez duszy.
Dom pełen zabiegów gwarnych, tłumionych głosów, trosk, tajnych hałasów, małych bożków ukrytych, przycichł, znikł, nie istnieje więcej. Tylko cztery ściany mojego pokoju istnieją, dokoła zaś jest próżnia bez końca.
Nadto istnieją tylko cztery słupy mego łóżka, które w ciemności czuję — zdaje mi się, — a które są jak cztery pale czworościennego namiotu w pustyni.
Wreszcie istnieją jeszcze moje kości, szkielet mój z wiązadłami mięsnemi. A w szkielecie nagle zlewa się niejako życie.
Życie skupia się, ścina, jak krew zahamowana w krążeniu. Ciężar to straszny.
W pierwszem przerażeniu chęć miałbym otrzęsnąć się, zeskoczyć, ruszyć się i tem przeszkodzić, by ciężar cały nie przewalił się na jeden punkt, by wszystko nie naciskało na lewą stronę piersi.
Jest to, jakby od serca ku klatce piersiowej w kilku chwilach utworzyła jakaś potworna puchlizna, jaka rodzi się i rośnie tylko w latach długich cierpienia.
Pozostaję nieruchomy. Słyszę tyktak zegara, który wydaje mi się to jak kołatek w mojem uchu, to znów dalekim, jakby drżenie gwiazdy.
Oko moje pozbyło się ogni. Tylko od czasu do czasu tworzy się w niem pierścień falujący, który ulatuje ku zachodowi i znika.
Duch mój przybiły tem samem znieruchomieniem, które cięży na ciele. Wszelki ruch życia wewnętrznego stłumiony w nim. Zatraciłem całkiem siłę ruszenia i ułożenia wielkich a różnolitych zasobów moich pierwiastków lirycznych, które składają, się na moją melancholię.
Ból czuję, w jednym osadzony punkcie; jest to rodzaj wrzodu, co dojrzał a nie pęka a którego ani ja, ani nikt inny przeciąć, ani wyciąć, ani usunąć nie może. Vide cor meum.
To jest cierpienie, która zniszczyło tak wielką część mego istnienia, zepsuło tyle mego bogactwa, które spodliło tyle moich namiętności, osłabliło tyle moich rozpędów, zniekształciło tyle moich dzieł, zabiło tyle kiełków, pobrukało tyle pragnień, upokorzyło tyle bólów — cierpienie moje od kolebki, cierpienie dziedziczne, teraz poraz pierwszy skupione, odosobnione, ześrodkowane we mnie a sprawia mi bole, jak śmiertelne zakażenie.
To cierpienie tylko noszę w sobie, to tylko wciąż czuję, tem tylko wciąż cierpię.
Grdyby ręce moje nie były, jakby sparaliżowane, mógłbym dotknąć, rannego miejsca, mógłbym je zmierzyć, rozpoznać formę, twardość stopień gorączki.
Cierpienie moje jest niskie i bezsilne.
Nagle mam uczucie oczekiwania, jakby odjęło z duszy bezwład i podniosło ton życiowy.
Ktoś zbliża się w ciemności, bez słowa.
Oto przystąpił, pochylił się, dotknął się mnie, zdjął z boku mego cierpienie, wziął je z sobą jak ciężar, unosi je z sobą, odchodzi.
Rozpaczliwe tylko znużenie ogarnia mnie.
A kiedy zasypiać już mam, na nowo zapala się w mojem oku zranionem straszne życie. Nie mogę odemknąć powiek, aby umknąć przed straszliwemi zjawami.
Przepaska mnie ciśnie. Kompres wysechł i pali mnie. Ciężar obciskający klatkę piersiową przechodzi na całe zesztywniałe ciało.
Zanim utonąłem w okropnościach wizyi mieniących się, czuję jak usta moje przy powolniejszym oddechu sennym, zachwyciły smaku metalowego.
A matka króla Samuela mówi: „Cóż synu mój? Cóż synu krwi mej? Cóż synu moich życzeń?”
A matka króla Lemuela mówi: „Nie oddaj siły swojej temu, co służy na obalenie królów.”



Dlaczego chciałbym wyzdrowieć? Czy ta chęć wyzdrowienia słuszną jest? Dla kogo wartość mieć może ta moja długa męczarnia? Dla kogo zasługą być może ta cierpliwość niezłomna, bym to znów odzyskał, co poświęciłem?
Choć przytakuje ciało, duch mój się wzdryga. Ciało moje zaplątało się w obłędzie, dusza moja utwierdziła w prawdzie.
Duszy to mojej ostrzeżeniem i odczuciem tylko było, kiedy w ów wieczór za moim powrotem tyle miałem wątpliwości, zanim zgodziłem się na wyrok lekarza, zanim położyłem się i zagwożdzić dałem w tej ciemności, udręczonej chorym ogniem gorączki. Stałem jeszcze na nogach i miałem uśmiech jasny. Oko stracone? „Więc mam poczucie tego, co dałem.”
Taka była postawa, takie były słowa, które odpowiadały naturze ofiary i ofiarującego.

Ktoś w przyległym pokoju coś czyta głośno. Słyszałem odwrócenie kartki, ale czasem tylko odróżniałem jakieś słowa.
Głowa moja leży poniżej nóg, nogi zwarte, łokcie przylegają, do boków, usta mam otwarte i wyschłe, serce zatrwożone. Zaczynam sztywnieć w udręczających mnie potach.
Słyszę imię Ojczyzny i przenika mnie dreszcz wielki.
I znowu słyszę imię Ojczyzny i ten sam dreszcz wstrząsa mną aż do szpiku kości.
Z mojego bezwładu, z mojego potu, z mojego cierpienia, z mojej nudy i z mojej rozpaczy rodzi się dobro, którego określić niepodobna.
„Czy ludzie nie mówią, że żrenica prawego oka jest najdroższą rzeczą, którą ktoś posiadać może? A tą żrenicę oka prawego dałeś tej, którąś ukochał, żrenicę widzącego, światło poety.”
Ah! Pycha zawsze skłonna jest do wywyższania się. Łagodna a sprawiedliwa ręka upokarza ją.
Do łóżka mego podchodzą owi ślepi żołnierze, którzy stawali też dokoła mojego łoża w małym szpitalu polnym, gdzie najpierw leżałem. Niektórzy jedno tylko mają oko obwiązane, u innych krwią nasiękła przepaska całą obwija głowę. Nie jeden patrzy na mnie jednem okiem odkrytem i płacze. Inni, co mnie widzieć nie mogą, trwożliwie dotykają mnie i drżą. Bracia to moi. I nikt nigdy nie był mi tak bliskim, jak ci oto.
Poranek był szary i wietrzny. Grzmot możdziarzy wstrząsał światłem słonecznem, jak wiatr rozwiewa popiół dopalającego się pnia. Kupy węgla lśnią pod obnażonemi drzewami nad brzegiem rzeczki Ausa, czerniejącej jak bajor przy foluszu. Nic więcej.
Na progu małego szpitalu bielą się bandaże z plamami krwi przesiąkłej, snują się ciała biedne usunięte z pola walki, widać usta zaniepokojone tych, co nie widzą, czuć zapach oporczywy obwałowań i rowów strzeleckich, ogłuszenie walką pogrążoną w ciemności. Nic więcej.
Ranni szeptali imię moje i zebrali się w przejściu na korytarzu, głęboko poruszeni. Zamiast hełmów żelaznych mieli na głowach turbany z waty i muślinu. Niektórzy podnosili głowy, aby dostrzedz mnie z pod przepaski. Uśmiechnąłem się i głowę podnosząc, jakby podczas marszu nakazanego rzekłem; „Odwagi dzieci!”
Jeden, co oba miał oczy obowiązane, nazwał mnie po mojem imieniu chrzestnem. Był to żołnierz z moich stron rodzinnych w Abruzzach. Lękał się, chciał wiedzieć, co mi się stało.
Znużony byłem i głodny, u kresu moich sił. Zanim umieszczono mnie do zbadania w ciemnej izbie, lekarz kazał mnie złożyć na leżaku pokrytym prześcieradłem, świeżo wypranem. Ułożyłem się na wznak. Fala fioletowa drgała w oku straconem a drugie oko zaćmiło się, jakby od zawrotu głowy. Przymknąłem powieki. Rozpacz zapadła w pierś moją, kiedy usłyszałem łoskot areoplanu przelatującego nad lazaretem. Łoskot ten unosił ze sobą resztę moich sił. Mówił mi: „Nigdy już więcej! Nigdy więcej!”
Wtem po szeleście i szepcie poznałem, że ranni przekroczyli mój próg. Ci, co mieli tylko jedno oko zranione przystąpili bliżej i otoczyli moje łoże.
W obu oczach ranni — też przybyli i stanęli opodal łoża. Milczeli. Słyszałem ich oddechy, westchnienia. Widziałem po stronie lewej chylących się litośnie lnianemi turbanami, z wyrazem smutnym ust — widzjiąłem ich ręce korne.
Współczuwałem z nimi, jak oni ze mną. Byłem ich towarzyszem broni, oni byli moimi ludźmi. Żadnego nie miałem przywileju, żadnego odznaczenia, żadnej wybitnej zasługi a chwałą chyba tylko skromnej mojej ofiary. Nie odczuwałem swoich bólów cielesnych, ale bolałem nad tem, że nie mogłem udziału brać w walce, że nie miałem mego samolotu, mojej broni, moich zadań. Odstawiono mnie z pola walki, oddalono od ognia, wykluczono z kuźni, w której nową przekowa się masę.
Jaki był mój widok? Sięgnąłem tu w głąb mojego smutku i mej szczęśliwości. Nigdy życie nie sprawiało mi tyle złego i tyle dobrego. Jakżeż przedstawiał się widok mój kiedy ległem cierpliwy na tem prześcieradle, na tem łożu, na którem leżało tylu innych prostych żołnierzy? Czułem, że tracę przytomność.
Wtem jeden z nich, rzekł cicho wstrząsając głową obowiązaną, z najczystszym akcentem swego kraju, z czcią przesadną — jeden z nich rzekł: „To jest ów człowiek!“
Nigdy głosu jego nie zapomnę. A gdybym wiedział, gdzie go odnajdę, szukałbym go, gdziekolwiek by był.



Drgnięcie, głębsze niż otchłań własnych moich bólów, nad siły moje i nad ból mój większe...
Wstrząs bezlitosny, który z korzeniem mnie wyrywa i wtrąca w zgrozę nieznaną krwi i ducha, w której nie wiem, czy na nowo się rodzę, czy nową umieram śmiercią.....
Jakieś rozdarcie bez krzyku, które jest jakby krwawym porodem, jakby odruchem matki nad synem jej męki.....
To moja matka! moja matka! To moja matka, która czepia się moich kości, okręca się w mojej ciemności, ciałem się staje ciała mego, ciężarem mojej kalwaryi.
Była we mnie, głęboko we mnie czasu walki i szału. Nosiłem ją w sobie, jak ona mnie nosiła, żywą w mym pulsie, w mojem tchnieniu.
Unosiła się wraz z odwagą moją, panowała wraz ze mną nad wyżynami, pochylała ze mną nad zgliszczami i pożarami, nabrzmiewała w żyłach szyji mojej, w moim okrzyku.
Krzyczała: „Jestem, jestem, oto tu jestem!” Był to głos ten sam, co mojej ofiary. Ofiarowała się na rany, wyprężała się, by kalectwo odnieść i śmierć.
W śnie moim znużonym zaciemniały się jej rysy, opadała ciężarem na ziemię twardą, stygła w ramieniu mem złożonem pod głową, cierpliwie znosiła noc moją.
Nie patrzyłem w nią, nie wołałem jej. Spojrzenie jej, mojem było spojrzeniem, imię jej mojem imieniem. I w całym świecie, gwałtów pełnym nie było broni, która rozciąć mogłaby ten węzeł macierzyński.
Poznała ze mną rów strzelecki, poznała ze mną wyżłobienia i doły, poznała służbę w błotach i upojenie podniebne, aromat stosu płonącego i godzinę niewymowną, w której dusza i statek uskrzydlony jednym są cherubem, uniesionym od powiewu wieczności.
Mówiła: „Jestem, jestem, oto tu jestem.” Miała pragnienie nieśmiertelności dla swojego syna, który wytężył się, by dopełnić, co mu naznaczono.
„Oto tu jestem!” A w źródle krwi, które tryskało z jej piersi wszyscy żołnierze ugasili swoje pragnienie.
Była to miłość tak ogarniająca wszysko, że odróżnić mi nie dała, czy ja jej, czy ona mojem jest stworzeniem.
Był to ogień tak olśniewający, że nie pozwalał mi zmiarkować, czy ja człowiek ułomny ognia zachwyciłem od niej — czy też ona, niczem nieskażona zapłonęła ogniem moim.
Była to ofiara tak wielka, że uwieszony między kolebką a grobem nie wiedziałem, czy ona jest moją matką, czy moją ojczyzną.
Ani też nie wiedziałem, czy to ja jej oddawałem mój odrodzony zapał młodości, czy też ona z za moich rzęs podniesionych na nowo wypatrzyła się swojemi oczami gołębiemi.
Ah! czemu ty nagle pragniesz, abym ci się przyglądał? dlaczego chcesz, abym po przez przepaskę ócz moich utonął w twojem spojrzeniu, tak dla mnie bolesnem?
Dlaczego oddalasz się odemnie, jak ja oderwałem się od ciebie, krwią zalany, owej nieszczęsnej nocy marcowej, aby ludzkim zapłakać płaczem.



Zdejmcie ze mnie to zgnębienie. Nie wytrzymam już. Uwolnijcie mnie od tego strachu. Dech mi zapiera.
Dajcie mi trochę światła. Otwórzcie okna. Unieście mnie z tej ciemności strasznej, gdzie pokoju nigdy nie mam.
Przerwijcie choćby na jedną godziną tą mękę wizyi, to udręczenie zjawisk potwornych.
Nie mogę tego dłużej wytrzymać.
Chciałbym zedrzeć bandaże, wydrzeć oczy.
Obwiązaliście mi czoło, opasaliście mi powieki, zostawiliście w ciemności.
A ja widzę, zawsze widzę. I w dzień i w noc zawsze widzę.
Oto, co się zdarzyło.
Lekarz wstrzykuje mi igiełką chlorek sodu do rogówki, wkrapia mi wodę słoną do zranionego oka, które wchłania tę falę słoną, żółtawo ząbkowaną.
Zanim na nowo mnie obowiązuje, z okrucieństwem, nieuświadomionem stawia przedemną swoje małe krągłe lusterko przy świetle niebieskiej lampy.
Widzę pęcherz wodnisty w nabrzmiałem oku, twarz moją zmizerowaną i bladą, usta moje bezkrewne i smutkiem skrzywione, nowe nitki białe w brodzie mojej zaniedbanej, szyję moją wychudzoną: obraz utroskanej nędzy, który odbija się na mojej siatkówce i tam już zostaje.
Lekarz robi mi okład mokry na oko opatrzone, grzebie obraz smutny pod przepaską uciążliwą, pochyla głowę moją na prześcieradle bez poduszki; potem gasi lampę niebieską, poleca mi cierpliwość — i cicho odchodzi.
Zostaję w ciemności, na wznak wyciągnięty, jak potępieńce trzeciego kręgu piekielnego[25] pod ognistym deszczem. Płomyki pryskają ze mnie, spadają znów na mnie, palą mnie, ranią, I nie mogę strzęsnąć z siebie ognia, jak to w dole tam, w piekle czyniło „koło rąk nędznych.” Łokcie moje przybite do bioder. Ledwie, ledwie poruszam przegub ręki. Moja kość pacierzowa jest jakby złamana.
Cóż to znowu?
Lekarz po przewiązaniu mi oczu przesuwał przedemną płomień, aby odmierzyć moje pole widzenia.
Teraz płomień ten układa się w liczne pasy dręczącego mnie ognia.
Oko pali i łzawi się, gorycz zalewa mi usta.
Powoli pasy te rzednieją i gasną.
Zostaję sam z obrazem mej nędzy.
I poczyna się przemiana.
Ludzki smutek staje się masą plastyczną. Nie wiem jaka ręka tajemnicza modeluje bezustannie tę masę.
To moja twarz, jak w zwierciadle, jak w świetle żywem, ale obciążona wiekiem tak podeszłym, jakiego żadna istota znikoma nie zniosła jeszcze nigdy. Z jakiejż to głębi bólów i przewinień przychodzi ona do mnie? Ileż to lat niewoli wyryło te brózdy na czole? Ile lat trudów pomarszczyło te lica? W ilu latach znużenia powiędły te wargi?
Odrazu odmłodniałem i mam wyraz mój samowoli i szału. Oddech mój dymi i świeci się między ostremi zębami jakbym się zatruł fosforem.
Materya zniekształca się szybko, staje się potworną, jakby odzwierciedlała się raz po raz to w lustrach wklęsłych, to w lustrach wypukłych.
Wydaje się, że ubija ją łopatka i miesza jak kredę, aby ją uczynić podatną.
Linie łączą się znowu w kształt napiętego i zadziwionego uduchowienia.
Twarz to młodzieńca. Moja twarz lat szesnastu. Cała moja rozpacz zapala się i pryska, jak pod ciężkiem uderzeniem młota.
Czoło gładkie, wysuwa się z pod gęstej masy ciemnych włosów. Brwi odznaczają się tak czystemi liniami, że melancholii wielkich oczu nadawają coś niewymownie dziewiczego. Piękne niedomknięte usta wydają westchnienia, jakby serce rozpierał jakiś sen, który go ledwie nie rozsadza. Zwiastunie jutrzenki pozostań przez chwilę jeszcze! Pociesz mnie.
Ślepa siła nowych wciąż zmian w moich widzeniach nie da się zatrzymać.
Ciemnością dokoła mnie wstrząsają głuche uderzenia. Serce bije mi aż po mój kark obolały. Wszystko w ciele i w duszy przesuwa się. Nie czuję już kończyn mego szkieletu.
Czy dzieciństwo i starość są jednem tylko utrapieniem?
Widzę się dzieckiem pomarszczonem, widzę się małą bezsilną poczwarą, uwieszoną u piersi stuletnich.
A przecież poznaję się. A przecież w brzydocie nienaturalnej jest jakiś pobłysk podobieństwa, pieczęć jakaś pochodzenia, znak jakiś rodowy.
Co za strach przenika mi kości?
Grzmot dział wstrzęsa domem w posadach, oczy mi drgają w dołach.
Czy to drganie agonii?
Nie mogę umknąć. Nie mam ni brwi, ni powiek.
Ślepy, skazany na wieczyste widzenie.
Wy to wiecie, wy to wiecie. Nigdy nie oszczędzałem sił moich. Nigdy nikogo nie prosiłem, żeby mnie oszczędzał.
Ale tym razem proszę, tym razem błagam.
Oto zjawiła się! Wstała ze mnie, zlała się tym moim smutkiem, który nadto ciężył, żeby unieść się mógł aż do serca mojego.
A teraz podchodzi aż do kraju ócz moich, aż tam, gdzie u wszystkich ludzi napływa fala łez słonych.
Smuci się nademną, starzeje przezemnie, choruje przezemnie.
To moja matka.



Jako wiatyk przed wyprawą, na wojnę miałem pożegnanie, straszniejsze, niż ostatnie, pełne duszy, bezsłowne spojrzenie konającego.
Od czasu mego wyjazdu na wygnanie dobrowolne nie widziałem jej już był.
Był to tydzień marcowy, który przypada między dniem mych urodzin a dniem mych imienin, tydzień pełen miłości, wspomnień, żalu i wyrzutów sumienia.
Zdala już drżałem namyśl o niej, jakby Tronto[26] był obrąbkiem jej szaty.
Zdała czułem ją na ziemi tej, jak się wiosnę czuję, budzącą się do życia.
Tronto, ze swojem dnem krzemienistem i modremi falami, pod mostem z jasnych cegieł przywitał mnie, jak ona witała, jeśli była zadowolona.
Jej były te wzgórza niskie, te żółtawe skały kredowe, te kupy żwiru — jej te małe drzewa rozkwitłe, jej to morze ciche nad wybrzeżem płaskiem z tym długim szeregiem brunatnych łodzi rybackich, wyciągniętych parami na ląd. I o miej mówiły kobiety, naprawiając sieci i uśmiechając się.
Wszystko to znowu widzę.
I serce skacze mi na głos mowy Abruzzkiej, tam na torze pełnym wozów surowych, w tej stacyi mrowiącej się od ludzi goniących za zarobkiem, naprzeciw stoku zarostego nikłemi oliwkami.
Wszystko to znowu widzę.
Wóz pomalowany jedzie wzdłuż brzegu, pociągany przez parę białych wołów. Czy on nie pełen dzikiego mojego dzieciństwa, jakby siana pachnącego? A zaprzągnięte w jarzmo zwierzęta układłszy się, lśnią w niebieskawo — zielonych odcieniach morza, jak żagle na niem dalekie, które rozdął szirokko.
Piaski uprawia się tu i brózdy ich ciągną się prawie po sam brzeg. Poznaję bób polny w długich, zielonych szeregach i na myśl mi przychodzi, że w rzeczy samej przyroda wyznaczyła go dla zwierząt. Na polu bezlistne topole wydają się pomarszczonemi, błagalnie wzniesionemi rękami, które tu powiązał suchy sznur winogradu. Czy pług krając tę ziemię zostawił w niej część połysku swego żelaza? Skiby bo tak lśnią.
Czysty strumyk pieni się, jak świeżo udojone mleko. Poczerniałe sterty błyszczą złotem na miejscach, z których zdjęto część słomy na potrzeby gospodarskie.
Zeschłe gałęzi winogradu, brunatne, skręcone tłuką się po piasku ćmiącym oczy i wyglądają, jak kłąb węży, który się odwija. Cegielnia z czerwoną szopą i dymiącym kominem, z ludźmi klęczącymi przy robocie ugniatając glinę, stoi tu obok dołów ilastych.
Tobie to zawdzięczam, tobie moją miłość pracy, oszczędności, wytrwania. Ty we mnie zrodziłaś miłość do tej ziemi pokornej i upokorzonej.
Ale oto nad wklęsłości małych pagórków w porcie Ascoli okazują się góry olbrzymie. Niebieskawe, wiatrem owiane, śniegiem pokryte, ze szczytami ginącemi w obłokach porywają mnie ku swoim wyżynom milczącym.

Jeszcze raz — ostatni wraca dziecko w ramiona twoje, które nigdy w snack twoich nie przestały mu być podporą.
Wszystko chcę znowu widzieć, wszystko poznać.
We wszystkiem wszak jesteś, jak woda, jak powietrze.
Każdą rzecz — dobrą czynisz, każdą rzecz — prostą.
Kraj, jakoby uświęcaniem mi jest do wniknięcia w twoją dobroć.
Każdy ślad człowieka na tej ziemi wydaje się na maszczeniem: kierunek ulicy, miedza pola, chata z gliny i trzcin.
Czasem przy samotnych ujściach strumyków zatrzyma się trzoda, lśniąca, jak krzemyki; i podnoszę wzrok do gór, gdzie inna może trzoda napoi się u źródeł samotnych.
Szerokie żwirowisko idące z gór podobne jest do ścieżki opuszczonej, do zatartego pochodu moich ojców. I słyszę w sobie zmarłych pasterzy kroczących i wielkie trzody, dawno już nie żyjące.
I jakiś żal mnie uciska, że wrócić nie mogę do ciebie o bosych nogach, jako brat tego pielgrzyma kroczącego do miejsca cudownego po nadbrzeżnej drodze, na której osoby i przedmioty w profilu mi się przedstawiają, jak hafty na naszych starych kapach. I krok człowieka i stąpanie wołów i forma wozu i osioł obładowany worem mąki, którego prowadzi poganiacz — wszystkie kształty schodzą w mojem ich ujęciu dziecinnem do prostoty prymitywnej, jakbym je dzieckiem jeszcze sam kawałkiem kredy żółtej kreślił na ścianie wybielonej.
Niewinnemi czynisz oczy moje, zanim je utopiłem jeszcze w oczach twoich.
Wybrzeże dalej tak się przypłaszcza, że wydaje się, jakoby fale zalać mogły kraj cały aż do stóp wzgórz.
I coś we mnie chciałoby być, jako to rodzinne moje wybrzeże. Wszystko dokoła mnie staje się ustępliwą łagodnością i spływa mi do duszy.
Czy przypominasz sobie? Czy przypominasz ten wiersz, co śmiech ci i płacz wywoływał?
„Jak woda napływa w dłoń zagłębioną.” Czy nie jestem dla ciebie zawsze wodą, która napływa do próżnej dłoni twojej.
Zawsze zaczerpniesz mojej nieskalanej niewinności.

Oto dom. Tu próg. Tu schody.
Stoisz w górze, podpierana przez moje siostry, Mury drżą, jak moje członki. Kolana chwieją się. Serce rozpiera się, mało nie pęka na widok twojego szczęścia.

Dlaczegóż unieść chciałem raz jeszcze serce zranione w dal? Dlaczego uwieść się dałem tęsknocie za „lotem szalonym”? Dlaczego raz jeszcze ognisko niezamąconej wierności wymienić chciałem na namiot wszelakim burzom poddany? Dlaczego miłość moja do gry losu zwycięstwo odniosła nad miłością synowską? „Ani nawet słodycz synowska.....” Wzięła była z boską lekkością moją głowę tak ciężką na kolana i uczyniła mnie była znowu chłopakiem drzymiącym. Milczałem i ona milczała; a dokoła nas hałasowały wszystkie sprawy rodziny. Tak mi było błogo a zarazem takie to było bolesne. A nic w świecie nigdy jeszcze nie sprawiało mi tyle dobrego i tyle złego. I zgięty tak oglądałem na skraju balkonu wydrężenie w kamieniu zużytym, pamiętne mi jeszcze z lat dziecięcych, kiedy w deszcze ulewne wypełniało się wodą a ja z sercem bijącem czekałem, aż wróble bez trwogi przylatywały gasić w niem pragnienie swoje, jakby w poidle. Wydrążenie było suche i żal mi tego było. A palce mojej matki od czasu do czasu głaskały mnie po twarzy. I sądziłem, że czyniła to, aby się dowiedzieć, czy łzy zwilżyły mi lica — a nie widziała zapewnie, że właśnie tym giestem z głębin ruszyła i wyzywała je.
O czemu cofnąłem się, miasto w łzach się rozpłynąć?
Ileż to razy słyszałem w tym domu ciszy krzyk przeraźliwy? Jak często w tym starym domu spokojnym między dzieżą z ciastem chlebowem a szafą trwożny słyszałem nad sobą Eschylesowe wyrazy, żywe jak mój własny głos!
„Idę. Kto mnie woła?”
Statek Odysa bez wioseł i skrzydeł, ale z tysiącem dusz, wybrał się na wygnanie: nie ku zwiątpieniu raniącem serce, ale ku wzmożeniu mocy.
W górze na schodach jeszcze raz rozstaliśmy się.
Gdyby ból matki mógł istotnie skamienieć, na szczycie tych biednych schodów zajaśniałby ludziom nabożnym najpiękniejszy posąg święty.

„Idę — kto mnie woła?”
Pięć lat wygnania w dalekim zachodzie na wyspie piasczystej oceanu, zarosłej sosnami: długi to szereg lat i dni i prac, długa to cierpliwość była i długie wyczekiwanie.
Jak miłość mojej matki nigdy w twarzy mej odnaleść nie mogła spustoszeń czasu i życia, tak i moja miłość zachowała jej obraz uduchowiony opiekunki, którego rysy światło tylko osłabić mogło, ale nie zatrzeć.
A i choroba jej zdawała mi się tylko mistycznym rodzajem doskonalenia, środkiem ascetycznym świątobliwości. A w oddali nie odgadywałem tego, co mi ukrywano ze współczucia.

Nigdy nie bałem się cierpień. Matka dawała mi od pierwszych lat moich przykład takiej wytrwałości. Jednak, kiedy wybierałem się do pożegnania jej przed wojną, serce skręcało się we mnie i buntowało ściśnięte przeczuciem męki nieznośnej.
O ta podróż zbyt długa, ta jazda, której trwożna tęsknota przyspieszyć nie mogła, przez kraj spustoszony, przez zwaliska Fucina[27] przez Marsikę, pełną zghszcz i przerażeń, pełną wdów i sierot, pełną szat żałobnych i bladości i znużenia ramion, trudem zgiętych.
Pogodziłem się już w ukorzeniu mojem z myślą o śmierci, jak którykolwiek bezimienny majtek, żołnierz, czy lotnik. O świcie dnia 25. maja powiedziałem zebranym towarzyszom broni: „Nikt z was nie widział zapewnie, że tak kocha swoją Wielką Matkę. Ale kto z nas pierwszy będzie wiedział, jak dla niej umrzeć? Czy ktoś z nas już na to znaczony, już na to wybrany? Obym ja nim był! Oby mnie wróżba nie zawiodła. Oby nie zawiodło mnie przeczucie!”
I powiedziałem: „Nie mamy teraz żadnej wagi prócz krwi, którą wylać możemy — a mierzyć nas można będzie tylko miarą ziemi, którą zdobędziemy. Oto świt, towarzysze, oto księżyc zaranny a niedługo rozpromieni się jutrzenka. Uściśnijmy się i pożegnajmy. Cośmy zrobili, nie odstanie się. Teraz musimy się rozstać, a odnajdziemy się potem. Oby pozwolił nam Bóg, żywym, czy umarłym odnaleść się w miejscu światła.”
Ale wypadło pożegnać się z matką śmiertelną, zanim poświęcono się nieśmiertelnej.
Przedstawiałem sobie, jak żegnali się ci skromni żołnierze, oobotnicy szesnastoletni i podchodzący w pięćdziesiątkę tam po wsiach tak smutnych — i wyobrażałem sobie matki stojące na progach, albo na rogach ulic, wyprostowane — z fartuszkami, układającemi się we fałdy.
I trwoga nie przestawała ściskać mi gardła. I jazda nie dość wydawała mi się szybką; a przecież każdy przystanek był mi jakąś prawie upokorzającą ulgą. A kiedy wszedłem między cienie gór, zamknąłem oczy, jakbym nigdy już z nich wyjść nie chciał.

Przegub mej ręki, jakby złamany. Ręka odpadła mi, jak rzecz zeschnięta.
Mam pragnienie. Usycham z pragnienia, całe moje ciało pragnie wody, całe ciało od grubego palca u nogi, tak mi gdzież dalekiego aż do krtani, pełnej metalu a nigdy nie zwilżonej. Daremnie proszę o łyk wody.
Łzy oka i pot skroni ściekają mi aż do warg. I spijam krople słone. I zdaje mi się, że spijam je ustami mojej matki, temi ustami zniekształconemi, ciężącemi na mnie, cierpiącemi we mnie, co sam tak się zniekształciłem.
Powiedzcie mi, czy istnieje straszniejsza agonia?
Straszniejszą ona od wszelkiej innej. Wracający ból jest jak żądło gadziny, wyciąga się i kąsa coraz głębiej.
Mogłem wtedy jeszcze tu i owdzie odwrócić od matki moje oczy rozpalone. Chyliłem twarz aż ku ziemi. Kładłem czoło na tych biednych, wełną owiniętych stopach. Ściskałem serce wszystkiemi drgającemi żebrami. Zdawało mi się, że ująłem je w kleszcze, że tłumiłem jego bicie, że krew z niego toczyłem.
Dziś nie mogę jej nie widzieć, me mogę przerwać bezustanności mej męki.
Nie jest ona obrazem nieruchomym. Porusza się, zmienia. Smutna jest i smutnieje więcej jeszcze. Już ciało jej się rozpadło i rozpada się więcej jeszcze. Otwiera usta a ludzkiego słowa wymówić nie zdolna; może tylko przetrawiać duszę, zmieszane wydać tchnienie rozpaczy.
I zdaje mi się, że naciąganie sznurów w torturach przez oprawcę niczem nie jest w porównaniu z tem, co przy każdym jej ruchu wycierpieć muszę.
Lecz cóż uczyniłem! Z jakiej przewiny zdaję rachunek?

Mury Pescary[28], brama ceglana, porysowany kościół, plac ze swojemi drzewami postarzałemi, róg mojego domu zaniedbanego....
To moja strona rodzinna. Czuję ją w każdym zakątku, jak skórę własną. Chłód jej wchodzi we mnie i ciepło jej. Co w niej starego, przylega do mnie, co nowego, odtrąca mnie. Tęsknotą moją objąłem wszystkich jej ludzi i wszystkie jej pokolenia.
Brama mego domu wydaje mi się mniejszą. Sień jest wilgotą i milczącą, jak krypta bez relikwii. Drżę, wstępując na pierwszy stopień schodów. Lęk we mnie wzbiera przed tem milczeniem. Boję się, że tam w górze zobaczę siostry moje w żałobnym welonie. Pajęczyna drży w żelaznem okratkowaniu drzwi wiodących na podwórze. Słyszę jakieś gdakanie. Słyszę skrzyp łańcucha z kołem u studni. Przeszłość spada na mnie z hukiem lawiny, ugina mnie, przygniata. Cały dom aż po dach, aż po szczyt swój sprawia mi ból, jakbym obelkowanie jego z własnych sporządził kości, jakbym pobielił go własną bladością.
Nikogo nie ma na rogu schodów. Rozumię. Milczenie to jest pietyzmem i wstydliwością. Nieszczęście przyczaiło się na drugim progu i wzięło mnie za rękę, aby mi towarzyszyć.
Pierwszy pokój pusty. Szczęście dni dawnych zostawiło tu tylko noże, wyostrzone, aby mnie rozdarły. Drugi pokój — pusty. Leżą tu książki moich lat chłopięcych i młodości. Stoi tu pulpit na nuty brata mego, który emigrował. Jest tu też obraz mego ojca z lat jego dziecięcych, z sygnetem na wyciągniętym palcu.
Tyle lat przeżyłem, zapomniawszy o tem wszystkiem — a teraz czyż to tak strasznie ożyć we mnie może?
W trzecim pokoju stoi białe moje łóżko, stoi stara pomalowana szafa ze swojemi splamionemi, zaczernionemi zwierciadłami i klęcznik z drzewa orzechowego, w którym przykucnąwszy siadywałem niemy z dzikim uporem, nie chcąc wyznać, że mi coś dolega.
Kolana chwieją się podemną, ściany chwytają mnie, wiążą, okręcają, jakby mnie w koło wplotły.
W czwartym pokoju jest mała figura Jezusa z wosku pod szklanym dzwonem, jest matka Boska siedmiu przebita mieczami, są obrazy świętych i relikwie zebrane przez siostrę ojca, która umarła, jak święta — i pierwsze tu są modlitwy moje, o poranku a słodsze jeszcze wieczorami, które w serce mi wnikają, rozdzierając piersi moje, jak miecz nieprzebłaganego anioła.
Trzy stopnie prowadzą do piątego pokoju, jak trzy stopnie ołtarza.
Pełay on cienia pod sklepioną powałą. Coś w nim odtętnia. Serce moje bije o mury ślepemi uderzeniami losu. Miejsce tu zajmuje szerokie łoże, gdziem poczęty i zrodzony. Zdaje mi się, że słyszę w sobie krzyki mojej matki, które nie przeniknęły do moich uszu zamkniętych, kiedy na świat przychodziłem. Dusi mnie nieokreślony, zapach pokoju z łożem choroby. Jakaś ręka kładzie się na mnie i wywołuje mi dreszcz. Zimna ręka ujmuje mnie i pociąga do pokoju szóstego.
Oto szósta stacya: chustka Weroniki.
Cichy głos mówi: „Tu jest.” Jakby lodem mnie ścięło. Poznaję ten głos.. naszej podziwu godnej służącej, tej wiernej istoty zrodzonej na glebie naszej, wychowanej w naszym domu, której Marya na imię.
„Tu jest.”
Czy to moja matka?
Jakaś biedna, biedna rzecz skurczona zniekształcona, jakaś męka i nędza, coś zdeptanego, upokorzanego, straconego....
Czy to moja matka?
Wlokę się do jej nóg, czołgam po podłodze. Nic we mnie nie żyje, prócz przerażenia. Podnoszę głowę dreszczem potrząsany, jakby mi się kręgi w szyji załamały. Podnoszę głowę i patrzę.
Patrzę na tę twarz.
Wypadło mi lepiej, oślepnąć wprzód.
Czy nie taką była twarz Zbawiciela, kiedy wziął na siebie wszystkie grzechy tego świata?
Zaprawdę twarz to straszna i wzniosła z tym wzrokiem, co mnie nie widzi nie poznaje, zaciemnionym i odrętwiałym, w którym miłość bezimiennym jest tylko smutkiem, smutkiem aż po śmierć i po za śmiercią.
Moja matka!
Biedne stworzenie upokorzone, przybite, zeszpecone... a mimo to o jakiejś zastraszającej wielkości w którą wchodzę jak w miejsce święte, budzące dreszcze, jakby na własne ofiarowanie się.
Jestem jakby jej więźniem, na ziemię powalonym. Z głębin jej żrenie obumarłych. wyziera ku mnie własna moja, zamknięta w niej dusza.
A pokorna kobieta z ludu wymienia moje imię, powtarza je w ucho jej, które coraz więcej się nachyla.
Wtedy dwoje rąk podnosi się z nad kolan. Całe życie dokoła zatrzymało się w biegu, straciło swoje zabarwienie, zapadło się w nicość.
Czy jest też coś boleśniejszego od tego spojrzenia w którem światło zagasło?
Boleśniejsze są chyba te usta, które już ani słodyczy, ani kształtu ludzkiego nie mają, ani głosu ludzkiego.
Dwie ręce opadają na moją głowę, jakby bezkrewne były i bezduszne. A usta wymówić chcą imię moje, ale wydać mogą tylko szept niewyrażny.
Już ani przerażenia nawet nie czuję. Odeszło mnie wszelkie poczucie. Poznałem śmierć, jakiej może żaden człowiek śmiertelny nigdy nie pozna.

12. marca 1916. I jakże ty możesz teraz, jakże ty możesz dać mi tak drugi raz umrzeć?
Dziś dzień mych urodzin.
Mówiąc do badającego mnie lekarza:
„Przedstaw sobie pan, że w policzku mym uwięziony jest żywy motyl, i że jego skrzydła brunatne sterczą nad powieką moją dolną i drgając biją ciągle o skraj oka.“
On śmieje się marszczy brwi.
Ale ja, uśmiechając się, mówię jeszcze: „Nie wolno go zabić, musimy go uwolnić.“

Mówię do lekarza: „A teraz przedstaw sobie pan, że mam w oku mały liść paproci, jednej z owych paproci zaschłych, które wydają się jak miedzioryt.“
Odpowiada mi: „Czy wie pan, że w przecięciu poprzecznem łodygi paproci zjawia się figura orła dwugłowego?“[29]

Sirenetta mówi: Glicynie kwitną już w wazonach w oknach wszystkich“.
W oku mojem jest coś podobnego do jasnego ametystu — a czasem kryształ ten zmienia się w roślinę i zbliża się w kształcie do zamkniętego kwiatu glicynii przypominającego łuski lśniące.

Sirenetta ma głos łagodny, uspokojający.
Kiedy mówi, serce moje ucisza się, puls staje się powolniejszy.
Przypomina mi głos matki mojej w latach jej młodych, kiedy co wieczór usypiała mnie w łóżku mojem dziecięcem jakąś bajką.
Odczytuje mi dzieła poetów i prąd snów moich przenosi się w cienie laurów.
Przestaje czytać — a męka moja odrazu się odnawia.
Ma wymowę toskańską[30] z czystością języka potocznego w Sienie. Tak mówiła S. Katarzyna, kiedy bardzo jeszcze młoda, uprawiała swój ogród.
Pszczoła zostawiła jej w ustach swój miód jej poświęcony.
W ustach jej sonety z „Vita nuova”[31] tak do głębi mnie wzruszają, jak wtedy, gdy lat szesnaście mając, czytałem je w czas resurekcyi na trawą zarosłym nasypie ochronnym przeciw wiatrom południowo-zachodnim.
A kiedy tak w gorzkiej leżałem męce „jak ci, co ruszyć się nie zdolni, ” i mnie też zjawiły się kobiety z włosem rozwianym, mówiąc: „Twoja młodość umarła!”
A potem straszne zjawiły się twarze które mówiły: „Tyś umarł!”
Sama piękny posiadając głos, droga ta istota wrażliwa jest na głosy piękne.
Opowiada mi, kogo najwięcej lubi z naszych znajomych. Mówi o nich, jakby o smaku wód z różnych studni.
Potem opowiada, jak ją jako uczennicę jeszcze w Poggio Imperiale razem z kilku koleżankami w noc księżycową zaprowadzono do obserwatoryum w Arcetri.
We wspomnieniach swoich widzi wielkie terasowo piętrzące się, białe góry księżycowe, góry, które bliższe są gwiazd, jakby domostwa astrologów w opisach poematów rycerskich.
A tam słyszała najpiękniejszy głos świata.
Był to głos skromnego asystenta, który przy teleskopie mówił o górach i dolinach księżycowych, mówił o pierścieniach Saturna, i o czerwieni Marsa.
Wszystkie dziewczęta zawisły na jego ustach, porwane czarem księżyca w pełni.
Czysty głos był jak ton harmonii niebieskiej.
A wieniec dziewic drżał dokoła doktora gwiazd, jak gwiazdozbiór zmieniony w ludzi.

Córka moja ma dwoje oczu brunatnych wschodnich, tych saraoeńskich oczu, które jaśniały w Sycylii w czas niemieckiej zwierzchności.
Czasem, kiedy nagle nachyli się ku mnie, oczy te zdają mi się osadzone w jej skroniach, jak u szlachetnych rumaków patrzących na nas z miniatur azyatyckich.
Twarz jej jasna a raczej koloru kwiatu brzoskwini, z grzywą brunatną w kędziorach, które trudno ująć w warkocze.
Czasem, kiedy osiadłszy na niskim taburecie przykrawuje dla mnie paski papieru, szeleszczące, jak zeschłe liście palmowe, przychodzi mi na myśl „kwiat ze Sorii.”
Zebrała gałązki oliwne w ogrodzie Gethsemane, potem plotła je z sztuką z jaką w naszej ziemi uplata się je zdobnie na niedzielę palmową. Robiła z niej rogożę długą, jak ciało moje, abym się na niej na wznak mógł wyciągnąć.

„Jaskółki przyleciały” mówi Sirenetta wchodząc do ciemnego pokoju a mówi to głosem, jakby przytłumionym przez cień.
Nie wiem, dlaczego przypominam sobie ton mojego niegdyś głosu, kiedyś dzieckiem usuwałem żelazną pokrywę studni i przechylając się przez krawędź kamienną, wyżłobioną od liny, krzyki rzucałem w głębię, gdzie widziałem twarz moją w lśniącej wodzie.
„W oczach moich mam oto ten, tłumiony dźwięk srebrny, który drżał lekko, jak nić babiego lata.
Z ostrożnością zamknąłem pokrywę, aby uderzenie żelazem nie przygłuszyło tajemnego mego krzyku.
I zdawało mi się, że w ciemnej, świeżej uwięziłem coś żywego, jakiegoś ptaka, który wciąż tam latał i śpiewał, uderzając skrzydłami o wilgotne cegły.

Sirenetta przypomina sobie, że raz wieczorem poprowadziłam ją, aby jej pokazać pałacowe schody del Bóvolo i że chcąc ją nastroić do zachwytu, przysłoniłem jej piękne oczy memi rękami, kiedy w ciasnej znaleźliśmy się uliczce, prowadzącej do pałacu Contarini. Sirenetta rzekła mi teraz:,,Czy nie sądzisz, że na tych schodach uwiesiły się gdzieś gniazda ptasie? chcę tam pójść i znowu zaglądnąć, czy nie przylatują tam jaskółki na mieszkanie, jakbym to ja czyniła, jaskółką będąc.”
Dziecko moje, wyrwij mnie stąd i zabierz z sobą.
Przebity jestem dwoma gwoździami pod pachą a dwoma na nogach.
Milczę wciąż. Ale w ciele mojem znieruchomionem jakiś poryw taneczny naśladuje zwinną jaskółkę.
Małe, dzikie jej oczy rozwarły się oto pod moją przepaską.
Wlatuje do pałacu Contarini. Krzyknęła raz, drugi.
Przyszła z riva degli Schiavoni.
Przeleciała nad Ghioggią.[32]
Skierowała się na San Francesco del Deserto.
Okrążyła dzwonnicą w stylu wschodnim na isola degli Armeni.
Na kolumnie Piazetty usadowiła się na chwilą w paszczy lwa, skuszona, chęcią wybudowania sobie tam gniazda.
Wlatuje do pałacu Contarini. Wykrzyk radosny. Mignięcie jej bieli.
Obniża swój lot ku rychłym studniom w żelaznych okratkowaniach.
Potem musnęła łodzie ślimakowe się piętrzące z szybkością ręki wirtuoza, wykonującej arpedzic na harfie.
Lśni i kręży już dokoła najryższych balustrad.
Oto znika mi; słyszę jej i świegot pod małem sklepieniem.
Potem widzę ją, jak frunęła błyskawicznie, poleciała nad dachy, utonęła w błękicie.

Słyszę jej krzyk bolesny, jej krzyk ku słońcu nad moim bólem.
Kiedy litościwe ręce umyły i wonnemi zlały olejkami z wszech stron ciało moje, jak ciało zmarłego lekki naszedł mnie sen.
Wszystkie zjawiska bezsennej nocy pierzchły w świetle porannem.
Dozwolono lewemu mojemu oku widzieć nieco światła. Okiennica tyle tylko jest domknięta, że słońce wprawdzie nie wchodzi, ale w dole na ścianie ozłaca się jedwab różowy tapety.
Na obnażoną moją powiekę pada jasność wraz z miłem jakiemś ciepłem.
Czuję, jak trą się o siebie wychudłe moje kolana. Czuję ich gładkość jak u posągów nadgrobnych.
Sen, który przynosi mi wiosenne zrównanie dnia z nocą podobny jest snowi Hilaryi w grobbach Lukki. Światło to podobne jest do światła, które tam w tumie toskańskim przez oszklenia pada na posąg leżący.
Ten ton zastrojony zmojem znużeniem znowu przyprowadza do nóg moich złożonych na sobie najpiękniejszego mojego umiłowanego charta.
Powoli tylko poddaję się snowi i wiem, że mógłbym nie obudzić się więcej.
Litościwe ręce okrywają mnie świeżem płótnem, które w oku mem oślepłem rodzi białe wizye.
Wymknąłem się w nocy.
Dusza moja smutna zdaje się rozjaśnioną, — jakby powiedział mistyk.
Sen mój nie jest już rozpłomienieniem widm potwornych, ale spokojnem i równem światłem.
Pielęgniarka to powiedziała: Fasada domu ubrała się już cała w zieleń jak Omella.[33]
Mur rozpada się przodemną bez prochu a świeże listki zielono drżą mi prawie na twarzy samej. Tchnienia moje porusza niemi.
Jak długo spałem? Czuję nagle, że chore oko łzawi się pod przepaską. Łza jedna zaciekła aż między wargi.
Czy łzy z duszy płynące i łzy wylane z powiek podrażnionych mają tę samą gorycz słoną?
Odgaduję, że jest czas południowy. W mojem ciele mizernem pozostało coś z pozłoty snu za dnia przespanego w świetle.
Wołam. Jest trzecia po południu. Spałem długo.
Pielęgniarka uśmiecha się i mówi, że muzycy przyszli, aby zagrać.
Z pokoju przyległego dochodzą mnie akordy wiolonczeli skrzypiec.
Sirenetta ukazuje się na progu. Ma suknię w paski i piękna jej głowa ciemnowłosa odznacza się od wielkiego białego kołnierza, poruszając się na obnażonej szyji z tym wdziękiem, który właściwym jest tylko ptakom i zdaje się przeto być poddanym wrodzonemu rytmowi śpiewu.
Jest to anioł w tunise, który uleciał z florentyńskiego chóru kościelnego.
Wyprzedza muzykę i zwiastuje ją. Pierwsze tony piątego tria flamandczyka Beethovena prawdziwie wnikają mi w serce, dotykają się go cieleśnie, jak bębnienie młotów bijących w żywy marmur Lukki.
Jest to tak zwane „Trio duchów.”
Przysłuchuję się, jakbym już zmarł.
Muzycy są niewidzialni, są za ścianą. Mała zamknięta izba jest jak skrzynia pełna harmonii.
Bas, skrzypce, wiolonczela to trzy głosy, przemawiające jak w dramacie religijnym, jak w misteryum świętem.
Pociągnąłem przepaskę i na żywe moje oko.
Po pauzie, kiedy instrumenta rozpoczynają largo, widzę pas żółty wciskający się w pas fioletowy.
Potem widzę jak sukno fioletowe o rąbkach żółtych pokrywa coś wyniosłego. To krucyfiks.
Podniesione kolana Ukrzyżowanego podtrzymują sukno w pośrodku. A kiedy skrzypce podejmują temat, sukno na tem miejscu zalewa się purpurą.
I wtedy czuję za każdym razem ból przenikliwy.
Każda nuta wlewa mi od żyły do żyły aż do serca całą zawartość kielicha życia, którego jeszcze nie zaznałem i o który błagałem, by odjętym był od ust moich.
Każda nuta trąca ten kielich bliżej ku sercu a serce nie otwiera się, aby go przyjąć, ale skręca się i odpycha go.
Teraz jest na kraju serca, jest w dotykalnej bliskości. Serce zatrzymuje się — i już niem zawładnęło, wypełniło, się po brzegi, przelewa się.
Spostrzegam cień mego dziecka, które pochyla się nad moją twarzą.
Lekkie jego palce dotykają moich lic pod bandażem i zwilżają się.
Na łzy zimne i lepkie z oka straconego płynie ciepły strumień płaczu.
Życie duszy wypełnia bandaże.
Nie mylę się. Pewny jestem, że fala wytrysła wprzód z pod oka ślepego, niż z oka drugiego.
Teraz oba oczy żyją tem samem życiem podniosłem. Są dwoma żywemi źródłami.
Nie wiem już, gdzie się moje cierpienia podziały. Cierpienia moje są dobrem, którego się nie zna.
Łzy przelewają się. Dziecko moje zanurzyło w nich palce i nie śmie ich obetrzeć.
Czuję głowę jego obok poduszki. To moja córka, córka krwi mojej — mówi do mnie stojącego u progu starości słowa macierzyńskie, słowa miłości pełne, jakiemi matki przemawiają do dzieci.
Czuję że słowy temi, jak starożytna Piet’ bierze mnie na kolana swoje i podtrzymuje mnie w moich bolach. Upójcie mnie muzyką.
Dajcie mi jeszcze zapłakać łzami, duszy mojej.
Sięgnijcie melodyą w głąb mojej rany, wywołajcie tam niewymownej piękności kolory, jakie zjawiają się tylko w świetlnem widmie gwiazd.

Oto jestem jak trup, co zaczyna się już rozkładać. Pełno we mnie substancyi, która traci swój związek, pełno soków które fermentują. Słyszę w sobie ten bełkot który słyszałem już owej nocy wielkiej, kiedy czuwałem przy zwłokach miedzy wieńcami żałobnemi.
A przecież cudem jakimś żyję wciąż jeszcze. Duch mój skrysztalił w sobie wszystkie misterya. Niezmierna fala liryczna stworzenia przepływa go i od korzeni świata unosi się aż do trzykroć zmarszczonego mojego czoła człowieka.

Dziś przedstawia mi się śmierć w osłonie jakiejś czystości niebiańskiej, jak mi ją tam w górze, w kraju gotyckim okazywały groby przyziemne z drugiego stulecia.
Oczy jej otwarte są jak kielichy kwiatów w pierwszej godzinie poranku a złożone ręce wydają się, jakby brały już udział w życiu wiecznem.

Myślę o sztuce tego twórcy, który w dzień ostateczny ukształci twarze wybrańców na podobieństwo piękności w nim utajonej.
W mojej twarzy odwróconej wymazane zostanie odrazu, co czas i życie w niej porysowały.
Odrodzę się młodzieńcem w marmurze mojego grobu, jak zmarli na kolumnach grobowców greckich.
W stojącej postawie wyrzeźbiony trzymać będę za uzdę wielkiego konia uskrzydlonego, co ani do Hipogryfa podobny nie będzie, ani do Pegaza.

Śmierć wydaje mi się tylko formą mojej doskonałości.
Uwieczni ona wszystkie pierwiastki, które życie we mnie miesza i zmienia ciągłą swoją alchemią.
Co za „hymn niewyśpiewny” wtórować będzie śmierci mojej?

Mijają dni, przeganiają się godziny — a każdy dzień bez jutrzenki, każda godzina bez odmiany zastaje mnie przygwożdżonego.
Nie chcę wyleczyć się. Wystarczy mi, że rany mi się zabliźnią i że się wzmocnię. Chciałbym na nogach stanąć, chciałbym się podnieść.
Moi towarzysze broni wołają mnie, moi współzawodnicy czekają. Tam w dole w linii bojowej, tam w górze w podniebnych zapasach każdy dzień wydaje się, jakby sięgnął szczytu bohaterstwa a nazajutrz prześciga go heros nieznany.
Wstanę tylko, zdobywszy się na wolę niezłomną przewyższenia go.
Czuję, że jak tylko stanę na nogach, o wiele lepiej walczyć będę.
Ile to ja rozwagi, ile podstępów, ile lisiej przebiegłości nie użyję, aby wyrównać braki zmniejszonej siły widzenia. Wróg znajdzie się zawsze po mojej lewicy, lub przedemną, jeśli mi Bóg dopomoże. A jak mój dziki Malatestino powiem: „Widzę przecież tem jednem okiem.”
Zapał będzie ten sam, ale ogień jego pouczony będzie doświadczeniem, zaostrzony cierpliwością.
Wszystko dziś bez miary. Nie zna jej odwaga człowieka — heroizm nie ma granic.
Na szczycie potęgi liryzmu stoi poeta — bohater.
Pindar porwał struny, złamał lubnię, wiedząc, o ile piękniejszem jest walczyć i ważyć się.

Niebezpieczeństwo działa na mnie, jak śpiew liryczny. Moją poezyę podtrzymuje odwaga i to nietylko w czas wojny, ale — jeśli zastanowię się nad wielkiemi godzinami ubiegłego mego życia — także i w czas pokoju, także w tym okresie przeminionym, kiedy wyczekiwano, kiedy kształtowałem moje skrzydła i moją broń.
Nigdy nie czułem się tak pełnym nastroju muzykalnego, jak w pauzach bojowych.
Przypominam sobie powrót z wycieczki samolotem nad Canale z Ermanem Beltramo — przeprawą pod niebem w Gorycyi, pod kopułami dwubarwnych eksplozyi, zlot musowy z trzech tysięcy metrów na tysiąc dwieście, upojny jak i wzlot... nieme znaki szydercze ku wrogowi, który żle kierował strzały, nietroskliwość o ból w prawej rące na współ zmarzłej, poryw muzyki we mnie brzmiącej, który przeciwstawiał się słabnącemu łoskotowi motoru, szalona chęć śpiewu.
„Liryka pełna żaru — radiatory zimne” rzekłem zeskakując z łódki na trawą w Campoformido.
I byłem głodny.

Dwudziestego siódmego grudnia po śmierci Giuseppa Miroglii, odwiedził mnie Giacomo Boni.
Otrzymawszy wiadomość w podróży, pospieszył tu, nie zatrzymujące się w Grado, gdzie właśnie spotkać się miał z Beppinem, gdybyśmy wrócili z wyprawy na Zarę — aby z nim wykonać z wyżyn zdjęcia obrazów kraju zniszczonego przez dawne najazdy barbarzyńskie.
Widzą go przed sobą siedzącego obok kominka z ogniem na fotelu, na którym siadywał zmarły towarzysz broni. Widzą go znowu: jego twarz łagodną a o brwiach wydatnych i żywym kolorycie pod siwemi włosami, podobnym do Tintoretta portretów niektórych prokuratorów. Widzą jego czupryną dziką, opadającą mu na czoło tchnące mądrością i przewidywaniem.
Powrócił z Alp, dokąd się udał, aby swoje białe rozdzielić ubiory i berlacze sporządzone na sposób tych, które na dziki wybierając się nosili za czasów Horacego myśliwi, zmuszeni noc spędzić na śniegu.
Opowiadał mi, że żołnierze z pułku alpejskiego usiłowali powstać na zmarzłych swoich nogach, kiedy obok nich przechodził i uśmiechali się do niego. O grzeczności włoska! W jednym dniu chirurg amputował dwustu pięćdziesięciu ludziom nogi.
Opowiadał mi, że na Krasie jeszcze gorzej. Rowy strzeleckie zalewały się wodą a żołnierze stali w tym namule po kolana sięgającym, dniami całemi. Ich obuwie najgorszej było jakości, obuwie z tektury, dostarczane przez oszustów, którzy cieszyli się względami, zamiast żeby ich kupami rozstrzeliwano, lub zmuszono do pozostania przez trzy dni w tem obuwiu ich własnem w martwej wodzie.
Trzy dni — mówił — starczą, aby uśmiercić człowieka, nawet złodzieja.
I nagle przerwał te opisy wstrętne i przerażające i odpowiedział mi, że w ubiegłym miesiącu wrześniu podczas rozmowy z Giuseppem Miraglią wypadło mu zacytować inwokacyę wschodniego poety skowronka: „O skowronku twoim trylom cały dzień nie starczy.”
A wtedy dzielny sternik nie bez wstydliwości zwierzył mu, że jednego poranka przed wschodem słońca wyjechawszy w stronę ku Poli i znalazłszy się śród morza widział tarczę rozżarzoną słońca unoszącą się w lekkiej mgle dalekiej i ogromy wód rozradowane tem pierwszem bębnieniem.” Opuścił dźwignie i skrzyżował ramiona. A kiedy „Albatros” sam sobie pozostawiony falował w cichem powietrzu, zaczął śpiewać, tworząc sobie tekst i muzykę. I wtedy to zrozumiał upojenie Sw. Frańciszka w śpiewie stworzeń. Ale potem ani słów, ani muzyki przypomnieć już sobie nie mógł.
„O skowronku, twoim trylom cały dzień nie starczy.”
Słowa poety wschodniego wciąż mi drżą w sercu, jak melodja dręcząca.
I myślę o zatraconym hymnie mego przyjaciela pogrzebanego.

Nie wiem, czy pragnę więcej wody, czy muzyki, czy wolności.
Czuję za okiennicami słońce. Czuję, że nad kanałem unosi się jasna senna woń marcowa. Czuję, że tam jest odpływ morza.
Wiosna wnika we mnie, jak świeża trucizna. Lędźwie mnie bolą w drzymce mojej przerywanej podrygami i dreszczem.
Słucham.
Przejeżdżająca łódź wyrzuca za sobą fale pluszczące o brzeg.
Fala uderza głucho o mur z osadem wody.
Mewy wykrzykują chrapliwie, rozlegają się ich hałasy drażniące, ich wrzaski kłótliwe śród pauz przy ich wzlocie.
Łoskot łodzi motorowej.
Bezmyślne pogwizdywanie kosa.
Nieznośne brzęczenie muchy, która to wzleci, to siądnie.
Tyktak zegaru wahadłowego, który wszystkie wypełnia pauzy.
Kropla, która spada do wanny kąpielowej.
Skrzypienie wioseł w zawiasach.
Głosy ludzi przy lądowaniu.
Grabie zgartujące piaskowe ścieżki w ogrodzie.
Płacz dziecka niepocieszonego.
Głos kobiety mówiącej, którego nie rozumie się.
Inny głos kobiecy, który mówi: „O której godzinie? o której godzinie?”

Nieraz dźwięki i ułamki dźwięków i nierówne pauzy zlewają się w jedną melodję która unosi z sobą mój smutek i coś smutniejszego jeszcze, niż ten smutek.
Czasem uwaga moja odłącza je, oddziela i rozróżnia każdy dźwięk z osobna.
I z rzędu każdy sprawia mi ból.
Oto ta ciągle do wanny spadająca kropla, to ściekanie do jaskini jakby wystraszonej. Nieznośnem mi się to staje. To mnie gryzie, wierci, przeszywa.
Wołam pielęgniarki. Skarżę się. Długo sili się zamknąć kurek wodociągu, ale nie udaje się jej.
Kropla uporczywą jest wobec moich cierpień.
Kobieta wzdycha i mówi: „Nie mogę.” Potem bierze kawał waty i wprowadza go do otworu rury. Sądzi że ją oniemiła.
Rozejm bardzo mi ulżył. Tak wsłuchuję się w ciszę ze strony wanny, że innych już nie słyszę szelestów.
Ach! Kropla znowu się odzywa. Przenika wałę, jak ją przenikają natrętne łzy mego oka obwiązanego.

Dziś demon zgasił płomienie a nową wynalazł mękę.
Pielęgniarka wchodzi i mówi: „Wszystkie hyacynty pokładły się w deszczu ulewnym i leżą na ziemi.”
Żalę się.
Ona dodaje: „Chcąc zebrać najpiękniejsze, pobrukałam palce. Z połamanych łodyg ciecz spływa, która przykleja się do rąk.”
Potem mówi jeszcze: „Ale są tam inne cebulki, które kiełki puszczają. Jest ich wiele a bedą też piękniejsze. Widziałem jeden kwiat z pełnym rozwiniętym kielichem, o fiolecie tak ciemnym, że się czarnym wydaje. A pszczoły brzęczą. Prześladowały mnie... Dlaczego ciemne hyacynty mają zapach silniejszy?”
Lada co miesza mnie i rozrusza. W niektórych godzinach wydaje mi się, że wszelkie związki i wszelkie ustosunkowania w duchu moim ustały bez pozostawienia jakiegoś cienia choćby po sobie. Staje się materyą, którą żadne prawo stałe nie rządzi, która nagłym podlega przemianom, to udręczającym, to unoszącym ciało że tak rzekę, „transfigurowane.” W kole mego widzenia czuję krążące siły różnorodne a niezgodne z sobą. Powiew wiosny nadlatujący i odpływający przenika mnie, jak nienaturalnie przyspieszony przypływ i odpływ morza, pełen strachu i skarbów.
Kobieta zbliża się. Wonieje kroplami ogrodu.
Pytam jej, czy ma między palcami wilgoć kleistą hyacyntów.
„O nie!” odpowiada głosem szybkim a żywym, jak zarumienienie się.
I lekko zdejmuje mi bandaż i zmienia kompres, który wysechł nad pęcherzem z wodą słoną.
Potem oddala się. Zamyka drzwi wschodowe. Słyszę ją schodzącą po schodach.
Nieokreślona jakaś trwoga nachodzi mnie.... zmienia się powoli i przypływa do oka, które puls silny mego karku potrącać się zdaje.
Gdzie są połamane i zebrane hjacynty?
Pokój napełnia się upajającą wonią. Trwoga wybucha jak szał.
Z gałki ocznej nagłem ukłuciem przebija się fioletowy hyacynt.
Zaciskam zęby. Czuję jak korzenie zapuszcza w mózgu. Całkiem wyraźnie czuję żyły i mięsne łuski.
Łodyga wydłuża się. Kwiat rozwija się, staje się pełniejszym, cięższym. Jest ciemny, prawie czarny. Widzę go.
Kto mi go uszczknął?
Boję się mojego krzyku szalonego.
Kleisty sok brudzi kompres, ścieka mi w dół po licach.
Czarny kolor hyacyntu znowu się przebija kłóciem jeszcze silniejszem. Odradza się, łamie się i okleja mnie. Wykrzykuję.
Jeszcze pęki puszcza, jeszcze się łamie.

Dziś nie mam już w oku ciemnego hyacyntu. Dziś mam w niem jakiś owłosiony kwiat różawo żółtawy, podobny do ucha małego pieska.

Mam w mojem oku kredę rozpaloną która chłonie chciwie rozlaną na niej wodę. Mam w oku tę żółtą kredę, która oćmiewa blaskiem na pustynnem kamienisku Versilii.
Oto w oku mam chłopca etruskiego z brązu, który prawą ręką dotyka ziemi.
Ciemnej jest czerwieni, jakby wyszedł z pieca jeszcze rozżarzonego.
Nidy się nie podnosi.

Łzy mego rozpalonego oka ściekają mi aż do warg. Gorycz miesza się z posmakiem kruszcu. Myślę o rybakach z Pescary, którzy o świcie wyjeżdżają z wiatrem północno zachodnim w swoich pięknie malowanych łodziach, i mają w ustach smak soli.

Jaskółka rozpaczliwie krzyczy nad ponurą harmonią dział i dzwonów.

Jest koło wieczora.

Mój kat nocny jest za drzwiami.

Jak deszcz marcowy mieć może ten dźwięk srebrny, ten ton wspaniały?
Rozwiążcie mi nogi.
Jak deszcz marcowy odjąć mógł śpiącej bachantce ducha swywoli?
Rozwiążcie mi nogi.
Na włosach, na długich, długich włosach uchwycę deszcz marcowy przygrywający na bębenku z dzwonkami.

Oto wchodzi Gracya mojej młodości i nie dotykając posadzki cicho, bardzo cicho podnosi tęczę.

Czy to mój czar?
Czy choroba doprawdy ma w swojej istocie coś magicznego?
Wszystko jest obecne. Czas podeszły obecny jest. Przyszłość obecna.
To mój czar. Zamiast w ciemności w bolu zestarzeć, młodnieję wciąż.

Echo przeszłych i przyszłych czasów.

Oko jest punktem magicznym, w którym zlewają się dusza i ciała, czasy i wieczność.

Czego mam dokonać?
Co mam począć?

Odkrywam w rzeczach nowy przymiot fizyczny.
Czuję we wszystkiem, czego się tknę, co słyszę, coś cudownie nowego.

Jakież dam nazwiska gwiazdozborom, które drżą, w dalach mojego bolu?

Słowo, które spisuję w ciemności, traci oto swoje litery i swoje znaczenie. Jest muzyką.

„O skowronku, trylom twoim dzień cały nie starczy.”
Znowu śnię o hymnie porannym mego straconego przyjaciela. Mojem sercem żywiej bijącem owłada jakaś tęsknota szalona śpiewu.
Ogród pełny jest brzęcznych pszczół. Kiedy ucho wytężę, zdaje mi się, że słyszę ich pomruk.
Zachwycające wspomnienie „Dymy Kaukaskiej”, jakby rys melodyi, budzi się w duchu moim.
Posiadała latyfundia w rejencyi Kilonii. Obok stawu lśniącego szmaragdem dzikich kaczek był wielki ogród, piękny ogród samych czereśni.
Stróżem tam był starzec, brodaty jak Karol Wielki ze swoją gęsto zapuszczoną brodą. A ten sam starzec miał też pieczę nad pasieką. I pszczoły oswojone gromadziły się w jego siwej brodzie. Nieraz broda stawała się długim rojem złotym. Oparty o pień czereśni ulubionej stał bez ruchu. Oddychał powoli. Z oczami pół przymkniętemi śpiewał cicho kołysankę.

Wraca mi wspomnienie śpiewu innego.
Byłem w domu Ilzy w Paryżu pełnym majaczeń — w noc zimową.
Pokój szarzał od dymu, który wiatr z dworu napędzał kominem z ogniska zapalonego. A czuła na zimno rusałka zabraniała otwierać okna. Dokoła jednorożca z drzewa złoconego pochodzącego z Birmańskiego cesarstwa tak rozmiłowanego w muzyce, Alastair odziany w tunikę z brokatu złotego tańczył swoje tańce gotyckie. Między bręzowemi jeleniami, antylopami i innemi zwinneni zwierzętami dalekiego wschodu, które paść zdawały się na dywanie, artysta rymujący przybrany w biskupi ornat fioletowy z włosami krągło przystrzyżonemi na kształt świętej tonzury Fra Angelica odprawiał swoje nabożeństwo rymowane. Pani domu wyciągnięta na niskich poduszkach wydawała się woskową figurą z oczyma szklanemi; zdradzała jednak życie, lekko poruszając nogą o kostkach bardzo delikatnych, jak wąż w miłości, lub gniewie bije ogonem.
Była to jedna z owych przerafinowanych godzin, które stwarzają głupota, fantazya i nostalgia połączone razem jak trzy wiedźmy dokoła podejrzanego waru.
Ale pośród tego fałszu i chorobliwości występowała para sił surowych: dym zawiewany przez wiatr i Isnayat-Khan śpiewak indyjski.
Dym polan stłumił odurzające perfumy zwodnicze. Usta otwarte Isnayata milczenie nakazały sowom i puszczykom.
Jednorożec napróżno szukał dziewiczego łona na którem złożyć mógłby dumną swoją głowę, cicho się ukorzyć i zasnąć! Ale swoją bajkową tajemniczością przyczyniać zdawał się do podkreślania ciszy.
Śpiewak siedział nieruchomy, a jakby dym ten zalatywał do niego od stosów nad ojczystą rzeką, a jakby głosu zamącić mu nie mógł.
Miał na sobie tunikę żółtą z odcieniem różowego koloru i wielki naszyjnik bursztynowy. Ręce brunatne wyciągnął na kolanach. Krótka broda czarna dopełniała owalu jego brązowej twarzy. Białko oczu czystsze było od skorupki jaja turkawki. A śpiewał zawsze otwartemi ustami, w gardle modulując tony.
Znał więcej niż pięćset modulacyi.
Był to człowiek słabowity z piersią wychudzoną, — a śpiew jego zdawał się wychodzić z głębi świątyni, wydostawać się gdzieś z poniżej posad kamiennych, gdzieś z pod sklepionych podziemi, zdawał się stapiać w sobie wszystkie tęsknoty całego szczepu, zbierać w sobie wszystkie jego utrapienia w samem ich źródle.
Już tu ścian nie było, ani ciasnego kominka; nie było już widm, ani masek, ani mamideł.
Był tylko dym stosu i pot, który perlił się na czole świętego śpiewaka.
W pauzach nikt już nie ośmielił się mówić lub wykrzykiwać.
Isnayat przy każdem rozpoczęciu śpiewu jakiegoś, spoglądał ku mnie. Chciał mi tem powiedzieć, że śpiewa, dla mnie tylko.
Dla mnie jednego śpiewał pieśń przedświtną, pieśń jutrzenki, tajemniczą, jak wieść wiatru nad smutkami ziemi w drogę wysłana przez Tego, „co rozmyśla nad tem, żeby wzmogło się światło.”
Cztery ściany jakby więcej jeszcze zacieśniły się dokoła mego ciała.
Czuję je na biodrach, jedną czuję na stopach, jedną na czaszce.
A wieko zagważdżają.
To nie halucynacya żadna, żadne widzenie.
Wszystko jest czarne, jak na dnie naczynia, w którem płyn spływa blademi sznurkami ściekającemi na spód i tam się osadza.
Kiedy westchnę, zdaje mi się, że podnosząca się pierś moja odtrąca ten osad, który znowu podskakuje i falami przelewa się w czarnej oliwie. A z każdem westchnieniem rośnie moja męka.
Wołam. Proszę, żeby otworzono okno, żeby świeże weszło powietrze.
Czuję napływające do ust powietrze, jakby wodę żywą.
Wyciągam się aż do skraju horyzontu, w którym powietrze rozjaśnione już być musi od jutrzenki, aby tego właśnie zaczerpnąć powietrza.
Nagle ciało moje olbrzymieje...
Nie ma już granic mojej ciemności — wszystko jest jedną ciemnością.
Cztery ściany zapadły się. Całe moje ciało jest jakby powietrzem.
Pierścień świetlny tworzy się i znika. Saturn zagubił jeden ze swoich pierścieni, który błąka się, zawieszony w nocy.
Jest to aureola, szukająca głowy, którą ma otoczyć.
Słyszę pielęgniarkę pytającą tuż przy oknie: „Czy starczy?” „Nie. Jeszcze.”
Mówi: „Co za jasna noc. Księżyc wysoko na niebie. Możnaby czytać.”
Wtem tracę moją nieskończoność. Znowu staję się ciałem czarnem między czterema ścianami.
Nie noc mnie znaczy granice, ale własna moja nędza.
Nie: tchnienie powietrza nocnego, ale posmak kruszcu czuję w ustach.
Okno zamyka się nademną, jak wieko.
Porywa mię coś, bym zdarł bandaże i skoczył na równe nogi.
W sercu zrozpaczonem budzi się jednak wola silna i na nowo mnie przygważdża.
To zmaganie się wywołuje gorączkę jakby nagłej febry.
Płonę. Pot sączy się ze mnie, jak łzy, co nie znajdują drogi powrotnej do oczu.

Takie rozpaczliwe pragnienie mam ujrzenia nieba, że przez litość przenoszą mnie w pobliżu okna.
Słońce już zaszło. A i światło zmierzchu bardzo już słabe. Nic mnie ranić nie może.
Leżę prawie całkiem rozciągnięty. Okiem mojem zdrowem utkwiłem w niebie a niebo przenika mnie, jakbym był przejrzystym.
Jestem, jak woda drżąca, jak jeden z owych małych stawków słonych, co w stepie przed domem wygnania mojego pozostawały na piaskach po odpływie morza.
Sirenetta przykucnęła u nóg moich. Widzę bukiet ciemnych irysów w tyle jej głowy.
Zdaje mi się, że jej serce dziewicze przelewa we mnie pełnię swych uczuć. Moje w tej chwili stanowczo uderza za dwa. Czuję je od stóp do głowy.
Wzruszenie mąci mi wzrok. Niebo oddala się. Zdejmuję przepaskę, aby oglądać je i chorem okiem.
W tem oku zranionem odbłysk gwiazdy zadrgał i załamał się jak w pryzmacie.
„Czy widziałaś pierwszą gwiazdę na niebie?” zwracam się do Sirenetty.
„Nie jeszcze,” odpowiada.
Widmo gwiazdy jest w mojem oku chorem.
Pytam: „Czy można stąd widzieć nów księżyca”.
Wstaje. Postać jej rysuje się przed oknem. Zdaje mi się, że urosła od stłumionego westchnienia.
„Nie odnajduję go.” — odpowiada. „Czy zejść mam do ogrodu szukać go?”
Daję jej moją tęsknotę na drogę.
Tęsknota moja udziela jej skrzydeł, które jakby rozpostarły się w cieniu pokoju.
Schodzi. Cień zachodzi głębiej. Niebo szarzeje. Staje się ciemnem, martwem.
Sirenetta wraca. Słyszę jej lekkie kroki po schodach, jakby unoszącą się melodję.
Czy niesie pod stopami sierp księżyca?
Czy dyademat nosi księżycowy nad swojem czołem?
Mówi: „Księżyc na nowiu jest za domem, Nie możesz go widzieć.”
Rozczarowany jestem jak dziecko, któremu nie dotrzymano obietnicy.
Układają mnie znowu w znienawidzonem łóżku.
Z nieba nic we mnie nie zostaje, jak tylko pustynia spopielona.
Giorgio gra mi arję Gerolama Frescobaldiego, zwaną Frescobalda.
Rozwarte niebo Ferrary sklepi się nad moją melancholją.
Znowu na szerokich i prostych ulicach widzę wozy ładowne lnem, ładowne wszystką siwizną świata.
W pałacu di Marfisa znowu widzę salę starożytnego teatru, wypełnioną lnem nagromadzonym, pełną ostrzyżonej starości białej czasu.
Widzę znowu czarującą postać niewieścią, wymalowaną nad drzwiami nieszczelnemi, na których wiszą zaprószone pajęczyny.
Jestem sam, zdjęty przeraźliwą melancholią. I oczy czarowne patrzą na mnie. Nie mam odwagi popchnąć drzwi i przestąpić przez próg.
Skrzypienie ordzewiałych zawiasów przerwałoby muzykę, która mnie zachwyca.

W bezsenności mojej preludyum Aleksandra Skrjabina[34] muska mi po czole, które wydaje mi się lekkiem i przejrzystem, jak przyłbica szklana u hełmu żelaznego.
Cała głowa ciąży mi, zagłębiona w poduszce. Na głowie mej noszę uzbrojenie, które żołnierze nazywali hełmem ochronnym. Ale czoło moje jest ze szkła, pełne skaz i baniek, gorące, jak puhar świeżo wydęty przez hutnika.
Jest to jedyna część mego ciała bezsennego ponad bandażem, lekko oświetlonem.
Preludyum Skrjabina jest ciemnego koloru mieniącego się fioletem jak materya z mory, która fałdy odwija w przewiewie wiatru wieczornego. —
Przypomina mi złowrogą zasłonę falującą w mojem oku zranionem, która w zwierciedle widzieć mi dała tylko blady wierzch łysego mego czoła.
Godziny mijają. Muzyka jest jak sen ciszy.
Nie śpię, a życie przecież obniża się we mnie, jak fala w odpływie morza. Puls słabo bije. Ręka, na piersi złożona nie czuje uderzenia serca.
Muzyka oddala się, a potem wraca, odmieniając zabarwienie, jak fala pod różnobarwnym zmierzchem.
Zieleń, fiolet i ciemny lazur są kolorami tej nocy.
Nagle widzę gwiazdy, gwiazdy o zrównaniu dnia z nocą, wielkie, jak ich odbicie w wodzie.
Potem czuję jutrzenkę przed oknem. Oparła się łokciami o framugę, wydłużyła oczy swoje aż do skroni, gdzie włosy się zapuszczają.
Odważam się zwrócić ku niej trochę moje lica. Rozpaczliwie pożądam tchnienia.
Ale niema nikogo, coby otworzył okno. Dom śpi, mury śpią.
Sen dokoła mnie jest głęboki, twardy, niewzruszalny.
Szał zamknięty jest w mojem czole, jak w ampułce. Kiedy wykrzykuję, poruszona szczęka potrząsa bólem moim w oku.
Podniesiona głowa opada na wznak. Cisza nie ma już snu muzyki; zwartą jest, nieruchomą, wroga.
Oczekuję dzwonów na Anioł Pański, jak zbawienia.
Odrazu słyszę coś podobnego do słabego delekiego piania koguta, nie do krzyku pobudziciela, ale do krzyku więźnia, nad jakimś kanałem cuchnącym, w jakiemś podwórzu brudnem, oświetlonem jeszcze przez latarnię fioletową.

ALEKSANDER SKRIABIN.
Pięćdziesiąt dzieci nas było, pięćdziesiąt
szalonego lotu spadkobierców,
synów morskich Syren i Ikara
a Dedala z labiryntu wnuków,
urodzonych w grotach zielonawych
morza Ikaryjskiego, w komnatach
w głębiach wód mieszkających śpiewaczek
a spłodzonych w rozkoszy zmysłowej
bohatera, odzianego w skrzydła,
co przemienił się w ducha otchłani.

Z purpurowych wirów morskich krtani
wynurzyliśmy się ku jutrzence,
na wybrzeżu wysepki zdziczałej;
w opuszczonym kręgu skał samotnych.
Z piór otrzęśliśmy sól morskiej toni
i suszyliśmy je o południu,
skrzydła rozpościerając na próbę,
wyciągając ramiona do góry

ku błękitom rozpiętego nieba,
jakby w stronę piersi macierzyńskiej.
——————————

Skrzydło uderzało tu o skrzydło
w tym kamieniołomie na zbyt ciasnym.
Brat przy każdem uderzeniu łamał
bratu swemu pióra jego skrzydeł,
Serca tak zatęskniły do wyżyn,
jak przy wzlocie lekkie ptaków skrzydła.
Na stóp końcach wygięły się nogi;
stóp końcami staliśmy na skałach,
reszta, która w nas tu była, ciała
wychowanków modrej fały morskiej
żądzą, lotu dążyła do nieba
——————————

Wtem słyszymy głosy trąb wojennych
i tłumimy wszelkie szmery głośne,
nadsłuchując ku nad morskiej skale,
czy nie zjawi się nagle bohater,
nas uwolnić z więzienia?
On, co się na wieki w toń zanurzył,
czy się nie zlituje nad smutkami
tylu młodych serc niedoświadczonych?
Lecz wydłużył się cień ponad nami,
odwróciliśmy się i krzyknęli,
spostrzegając wroga tam pod niebem.
——————————

Olbrzym był i wydawał się cały
szczęką, pięścią ku nam wyciągniętą,
straszną jakąś tylko bez słów paszczą,
a olbrzymim potrząsał toporem,

który Dedalus wynalazł ongi,
którym wyciął w pniu pierwszego boga.
Zastąpiwszy wszedł w gęstwinę naszych
skrzydeł, porwał z nas jednego, potem
znów jednego i znowu innego.
Raz wraz na nas uderzał toporem,
odrąbywał skrzydła nam u ramion.
——————————

Krew bryzgała pod jego cięciami,
gdyż nie Dedalowemi wiązadły,
lecz żywemi ścięgnami spojone
były w nas rozmarzonych te skrzydła.
Z krzykiem uciekaliśmy, deptając
zmarnowany pokos naszych skrzydeł
a straszliwe cięcia nie ustały.
Powaleni i wijąc się w bolu
wylewaliśmy na skrzydła krew swą,
——————————

——————————
Jeden tylko umknął ku wyżynom.
Nad przerażonymi braćmi wzniesion,
zajął miejsce wycięte toporem,
skrzydła swoje rozpostarł i wzleciał.
Jego skrzydła zdały się nam większe,
nogi jego widzieliśmy zwarte,
zawalane naszą krwią słonawą.
Potwór warcząc podniósł ślepia w górę
a i my za strzępach naszych skrzydeł
leżąc na wznak, tonęliśmy w niebie.
Ród nasz, nieprześcigniony już w locie,
Na nasz ból nie mieliśmy lekarstwa:
rany nam koiła tylko rosa,

cicha. A z tą cichą rosą Syren płacze
i melodja gdzieś nadniebna Plejad
wypijały nasze nocne smutki.


Kulawy o stopach brązowych
nierównym opażnia się krokiem,
A tanecznica
tańczy dookoła,
rytmiczna i lotna, jak głos chłopięcy, śpiewający
o poranku solfedzie na chórze.

Ślad cierpień za śladem cierpienia
krok w krok idzie na tym padole,
A tanecznica
tańczy dookoła,
uskrzydlona i lekka, jak źdźbło słomy
bez pyłu, ulatuje złotawe w nagłym wirze.

Raz bije po razie uderzeń
na ziemię tętniącą grobami.
A tanecznica
tańczy dookoła,
w swym rytmie tak płynna, jak woda, którą wiadra
zapuszczane i wyciągane na kole czerpią ze studni
do polewania ogrodu.

Garść mała ludzi
na wojennym statku,
co przód swój wytężył
ku mecie przerażającej,
śród nocy bez gwiazd i księżyca.
A wzdłuż pokładu
narzędzia i bronie,
ciemność i milczenie.

I jedna tylko przyświeca
samotnej duszy gwiazda:
Światło słusznej sprawy,
——————

„Podnoszę ramiona
i włosy rozwijam.
A mirra mi u łona
zawrotną wonią ścieka,
którą kochanka upijam.
Ale ja sama — daleka.”
——————

Garść mała ludzi,
nocy i śmierci poświęcona.
Majtkowie w hełmach na głowie
przy działach przykucnęli.
Trzeszczy, drży cały statek,
Niebo sklepi się nad bohaterstwem:
dym iskry i zwycięstwo i los.
I jedna tylko przyświeca
samotnej duszy gwiazda:
Światło słusznej sprawy.
——————

„Wyciągam się na toku
i jestem jako wzgórze,
zasłoną jestem oku,
co z fortu mierzy strzały,
pagórkiem, który nurzę
w zawodne cienie cały.“
——————
 

Garść mała ludzi
oddanych, zwycięstwu, chwale.
A przyczajone stoją
dział długich paszcze brązowe.
Lafety w klatkach żelaznych
na siodłach leżą schylone
ku czarnej fali morskiej.
I jedna tylko przyświeca
samotnej duszy gwiazda
Światło słusznej sprawy.
——————

„Nie wiem, czy sen to, czy znużenie?
Czy to od lampy płomyka
światło śle ciche promienie
i mnie tak na skroś przenika?
I któż mnie tak prześwietloną
Weźmie teraz na swe łono?“


Pani, zostań ze mną, bo wieczór oto zapada.
Za temi drzwiami zamkniętemi jakiś wypadek — zdaje się — zaszedł w ciszy. Teraz go widzę.
Znowu zjawia mi się bóg namiętności, przeciwnościami życia skuty w łańcuchy, które łamie i rozdziera. Nie szedłem za nim.
Przypominam sobie chwilę twego przybycia. Wybrzeże całe złote było i miękkie jak kwiat akacyi. Rozbitek wyszedł na brzeg, obrzmiały i białawy, jak bezsilny opój. W pokoju moim jasnym woniało wawrzynem. Czuję jeszcze ten zapach.
Znam śniącego demona, kroczącego nad bezkształtnym światem, którego miękka glina jego stóp się czepia. Teraz mnie woła.
A z odleglejszych czasów przypominam sobie, jak wylądowałaś w porcie irlandzkim, ciemnym od tysiąca a tysiąca kup dymiących węgla, jakby zagrożonym przez złowieszcze słońce.
Niewyraźne moje oczekiwanie zawiewało coś czystego w ten dym. Zdawało mi się, że cię widzę falującą tam w górze na pokładzie olbrzymiego okrętu, jak pierze strzały tkwiącej w cielsku potwora, co nie umiera. Nie znałem Twego nazwiska. Lecz nagle usłyszałem, jak posterunek Isoldy, na maszcie tego okrętu bez żagli śpiewał: „Utrapienie, utrapienie! Irlandzkie dziewczę, miłości nieodwzajemniona!”
Oto na nowo przystosowuję się do rzeczy nie znanych i do melodyi.
Mam jednak zawsze w ustach kruszec, a czasem nic nie czuję prócz smaku żelaza hartowanego w mojej krwi zgęszczonej.
Zostań zemną. Zamknij drzwi. Schowaj klucz. Zdejm bandaże, zerwij przepaskę. Odemknij okno.
Spraw, abym dziś wieczór znowu napił się z tobą napoju miłosnego w puharze dźwięczącym.

Wieczorem dzisiaj tańczy Skrjabin
z siłą łucznika księcia Igora
po własnem sercu nieśmiertelnem,
które dwojaką gra melodję:
melodję bolu i pragnienia.
———————————

Raz wraz uderza
skrwawioną stopą i rozrywa
śpiew i przekształca go w formie.
Gdy jednak stopa się unosi
w nierównym rytmie tanecznym,
ból i pragnienie odnajdują

wieczyste swoje tony,
aż nowy odskok znowu je załamie.
———————————

A on ich słucha z głową w tył podaną,
blady wzruszony a twarz jego świeci,
jak lampa jasna, lecz nie wiedzie tańca.
W niej dusza cała się promieni,
jakoby w prześwieconym alabastrze.
————————————

I pada cień
z laurowych gajów
z mirtowych gajów
i cyprysowych.

I prześwietlona pozostaje tylko ta jedna twarz.


Całe to ciało
od szczytu piersi aż do stopy
do innego przynależy boga.
On chce, by serce to,
wydarte z piersi, precz rzucone
z ziemią się pomieszało,
z grudkami się połączyło,

jak grono, co wyślizło się przy winobraniu i wróciło
do spragnionej ziemi.


On tańczy, tańczy
w rozpacznem upojeniu
i w świetle swojem własnem,
aż w rubasznem stąpaniu
nie odczuje, że serce

stratowane — już w ziemi,
cząstką ziemi się stało,
aż nut śpiewu nie usłyszy,
krwią i czernią rozgłośnych,
nut śpiewu wieków idących,
melodji wiecznej i hymnu
głębszego, coraz głębszego
niedoli, co się nie kończy.


Widzę twarze muzyków z wytężoną uwagą wsłuchanych w najdrobniejsze przestanki dźwięków, w najmniejsze falowania drgającego w tonach powietrza.
Wydają mi się nadzwyczaj mali i o jakiejś zgrabności zwierzęcej, która przypomina mi kuny, łasice, gronostaje.
Zmieniają się wciąż.
W tej chwili są jak piękni aniołowie, porwani tęsknotą za niebem. Ta ich piękność wydaje się, jakby z najczulszych płynęła nerwów powiązanych w głębi ich wnętrza a rozpiętych na zewnątrz aż do granic pęknięcia.
Chwila za chwilą, nuta za nutą, pauza za pauzą niedosłyszalna symfonia uwydatnia wyraz tej piękności i odcieleśnia ją.
Nagle, jakby w przewiewie wilgotnego i ciepłego wiatru dochodzi do ucha mego koniec crescenda przy wtórze głośnych uderzeń w bębny.
Uderzenia tętnią mi w karku i w piersi i taki sprawiają ból, że jęki i krzyk mi wyrywa.
Przenikliwie patrzące twarze pochylają się nademną i przysłuchują krwi mojej syczącej i tętniącej.
Spojrzenia ich tak są zaostrzone, że mnie krają.

Ciemno. — Noc głucha.
Pierścienie Saturna, pierścienie wszystkich płanet opierścienionych krążą, po bezmiarach mego oka martwego.
Wchodzi jakaś istota żywa.
Nie wiem, kto to.
Staje blizko łóżka mego. Nie mówi nic.
Po oddechu jego czuję, że pochylił głowę nademną.
Czy czeka, aby go uwieńczył jeden z moich złowrogich pierścieni?
Jak cięży gloriola!

Ta fala zielona, która wybucha chwilami z głębi mego oka i rozlewa się szerokiemi, miękkiemi kręgami, przypomina mi mój ogród w piasczystej Versilii.
Wieczorem schodziłem z Alp apuńskich i kroczyłem bosemi stopami po opiłkach marmuru na błękitniejącej ścieżce.
Po dniu ciężkiej pracy byłem znużony. Wyciągnąłem się na mojem twardem łożu. Na ogień mego mózgu zamkniętego kładła się pierwsza warstwa szarego popiołu.
Nie wiedziałem, gdzie uwiesiła się ta boska cisza, która nad morzem Tyrheńskiem poprzedza zerwanie się wiatru — i wydarzało się, że ją brałem za własne swoje uciszenie.
Nie słyszałem już dziewiczego oddechu morza, ani tchnienia mojej twórczości poetycznej.
Ale rzekotka wyzyskała ciszę, wzięła źdźbło owsa, wylazła na kukurudzę i zaczęła ćwiczenia odbywać.
Z pod powiek wpół przymkniętych widzę jak okno powoli zachodzi zielenią, jakby ogród z dołu w nim się odbijał.
A głos rzekotki staje się pewniejszym i tak silnym, że kukurudza kołysze się pod kadencyą głośnego śpiewu.
Morze zaś bliżej i bliżej podchodziło, głaszcząc bez szelestu miękkie wybrzeże.
I z pod powiek ociężałych widziałem okno, zieleniejące się jak woda głębin.
A rzekotka spijała tem źdźbłem owsa całą zieleń Versilii i przemieniała ją w śpiew kołyszący mnie do snu.
I morze rozlewało się bez piany po piasku gładkiego wybrzeża. Zbliżało się. Było już pod płotem trzcinowym ogrodu. Przeciskało się między palikami. Dawało się czesać temu grzebieniowi ostrych trzcin, jak zarost gładkich włosów.
A śpiew rzekotki, osiągnąwszy najwyższy stopień zieleni, urwał się swarliwie i zamilkł nagle bez echa.
Wtedy kolor okna blaknąć zaczął.
Jakiś kształt nieokreślony i milczący, coś podobnego do mątwy z workiem i mackami, zjawił się w próżni przedemną i bryznął masą zielonej cieczy, która rozlała się aż w głąb mojego znużenia i uśpiła je.
Zdaje mi się, że piszę atramentem z tej cieczy o śnie, który mi teraz wraca.

Przybył Guido Po. Wydawało się, że unosi z sobą strugi wody spienionej za spodem okrętu.
Przybył z Chioggii na swoim torpedowcu o szybkości trzydziestu mil morskich na godzinę. Podczas całej przeprawy morskiej miał szirokko przeciw sobie. Łódź wyrzucała pianę tysiąckroć jaśniejszą od tej, która zrodziła zmysłowość śmiertelnych i nieśmiertelnych. Na wskroś w całem wnętrzu okrętu rodziło się każdej chwili coś, co jest najpiękniejszem, najbardziej młodzieńczem w świecie, serce bohatera morskiego.

„Cztery, trzy, zero.“
Kto przemawiał przez trąbę akustyczną?
Poznaję akcent toskański Piotra Orsiniego.
„Trochę na prawo. Jeden, zero, zero.“
W uchu mojem znowu brzmi żywy głos. Słowa komendy tętnią w mojej czaszce, jak w rurze trąbki.
„Fuciliere“ przodem swoim ma kierunek, „siedemdziesiąt cztery“ w kompasie.

Dajcie mi oddychać, napić się dajcie wiatru, wietrzyć hazardy, gasić w niepokoju iskry i gwiazdy. Raz jeszcze przeżyć mi dajcie milczenie, zwycięstwo i noc.
Nie jestem rozciągnięty na łożu nędzy swojej.
Stoję na pomoście kapitańskim statku „Impavido“[35] — i ja i torpedowiec i cała załoga mamy to samo słuszne nazwisko: nieustraszonych.

Morze ciemnieje. Ale w przyspieszonem jego falowaniu czuje się już fosforescencyę nocną. Zmarszczona woda świeci tu i owdzie światłem wewnętrznem, jak mrugająca powieka wymknąć się daje tajemniczemu spojrzeniu.
Nów księżyca jest jak garść płonącej siarki. Czasem zakryje go czarny obłok dymu z komina, albo unosić go się zdaje w swoich wiewnych zakrętach, jak iskrę przelatującą.
Życie nie jest abstrakcyą obrazów i wypadków, ale rodzajem rozpostarcia wrażeń zmysłowych, wiedzą dla wszystkich otwartą, materyą, zdatną do wąchania, dotykania, jedzenia.
Czuję wszystkie rzeczy w najbliższej dotykalności zmysłów, jak rybak, który bosemi stopami idzie na wybrzeże namulone po odpływie morza, a co krok pochyla się, aby rozeznać i podjąć, co się mu porusza pod nogami.
Nic nie wymyka się uważnym oczom moim, które natura mi dała, a wszystko jest mi pokarmem i zasileniem. Takie pragnienie życia podobne jest do tęsknoty śmierci i uwiecznienia się.
Śmierć istotnie obecna jest, jak życie, ciepła, jak życie, piękna, jak życie, jest upojeniem, obietnicą, wniebowzięciem.
Wyprostowany stoję na dwóch moich nogach odzianych w trzewiki lekkie, lekko dające się rozwiązać, prosto stoję na pomoście tego małego statku wojennego, na którym mieścić się mogą tylko broń i walczący.
Maszyny pracują już pełną parą. Czarny obłok unosi się z trzech kominów ku łagodnemu księżycowi, który lśni przez nie żółtawym połyskiem, paląc się jak garść siarki.
Majtkowie założyli już na piersi pasy ratunkowe i wydymali kołnierze, które podtrzymywać mają głowę w walce z rozbiciem.
Słyszę głos drugiego oficera, który na jedyne dwie łodzie ratunkowe ładować każe suchary i konserwy mięsne.
Młody oficer, muszkularny i giętki, jak żbik, z oczyma płonącemi odwagą, po dokonaniu manewru podziwienia godnego, odwiózłszy torpedowiec z arsenału aż do miejsca, gdzie zarzucił kotwicę, płaci szampan towarzyszom broni.
Pijemy kielich, siedząc dokoła stołu, na którym rozłożona jest mapa morska, podczas gdy komendant eskadry, stojąc, dyktuje pisarzowi przy maszynie do pisania rozkazy nocnych operacyi, mające być wysłane do innych okrętów.
Chęć ledwie powstrzymana bucha z oczu wszystkich. Przedsięwzięcie jest niebezpieczne, jest bardzo trudne — kielich, który spełniamy, może jest ostatnim.
Idziemy zamknąć sześćdziesięciu torpedami zatokę Panzano[36] między Punta Sdosta i Santa Croce. Każdy z sześciu torpedowców wozi po dziesięć torpedów ustawionych na półczwarta metra. Każdy z nich ma przeciw sobie projektory i baterye nieprzyjacielskiego wybrzeża, ataki nieprzyjacielskich statków, natknięcie się na miny, zatonięcie w głębiach.
Kadet marynarski, prawie dziecko jeszcze, Sycylijczyk wyglądający na młodzieńczego Araba, wychowanego na dworze Fryderyka niemieckiego, rozciera między swojemi brunatnemi palcami liść wonny, liść jednej z owych roślin hodowanych w terakotowych wazonach przed oknami samotnych domków wiejskich. Woń tak jest silna, że każdy z nas czuje ją nosem podrażnionym.
Ten liść jedyny na tym wojennym okręcie straszliwym, na którym wszystko jest ogniem i żelazem, ten liść miłości wydaje się nam nieskończenie cennym i przywołuje nam do pamięci ogrody w Giudecca i Fondamente nuove.[37]
Komendant dalej dyktuje rozkaz operacyi, piękną swoją wymową toskańską, tym swoim czystym językiem, jakim pisany był list wysłany przez Rajmunda d’Amaretto Manelliego do Lionardo Strozziego, kiedy flota Wenecyan i Florentczyków pobiła Genueńczyków.
Idzie o podziwu godną grę, która potrwa aż do świtu.
Kadet włożył liść wonny między swoje białe zęby i nakłada na szyję czarny kołnierz, który wydyma następnie swoim oddechem.

Gotowiśmy. Podnosi się kotwicę.
Niebo nad głową naszą pełne iskier i dymu.
Po obu stronach wzdłuż pokładu olbrzymie torpedy, w swoich klatkach żelaznych leżą na siodłach wystających ku wodzie.
Długie pociski, zwrócone do ataku, ze swojemi głowami brązowemi, pełnemi materyi wybuchowej, podobne są do zwierząt czyhających w zasadzce.
Majtkowie w czapicach wsuniętych na głowę stoją w grupach obok dział.
Cała przestrzeń przeładowana bronią, narzędziami i ludźmi czujnymi. Aby przejść wdłuż okrętu, wypada przesuwać się, zginać pod torpedem naolejonym łazić, przeskakiwać przez rozciągniętych majtków, goleniem uderzać o więzadła torpedów, przeciskać się obok gorącego kominu, zaplątać się w linę, opierając się o łódź małą dostać w twarz bryzgi piany.
Wchodzę na pomost kapitański. Opuścili już miejsce zarzucenia kotwicy. Noc. Księżyc zapada w morze. Za godzinę zniknie.
Potężne drganie maszyn wstrząsa całym okrętem. Kominami za wiele jeszcze wychodzi iskier i dymu. Na pokładzie pogaszono wszystkie światła — nawet papierosy już się nie żarzą. Na całym statku jednaka ciemność. Milczenie nakazane. Załoga milczy.
Ostatnie trąbą wydane rozkazy donośnie brzmią w błękicie obsianym iskrami i gwiazdami, które są skrami nie dającemi się ugasić.
Z niezmierzonych wód wstaje lekka ciemność. Woda za spodem statku bieli się, a fala u przodu rozdziera się na dwa prądy boczne, od czasu do czasu dziwne rzucając połyski.
W smudze wodnej widać następny torpedowiec czerniący się.. a dalej, dalej inne, w jednej linii.
Jeśli się czasem zbliżą do siebie, ze średniej smugi wielkiej wychodzą smugi poprzeczne i składają się na obraz olbrzymich grabi ze srebra.
Piotr Orsini oparł się o poręcze i wysuwa się ku nocy. Całą duszę skupił w oczach badawczych. Czasem zwraca ku nam twarz zaczerwienioną-białko jego oczu ciemno brunatnych przecięte jest żyłkami krwawemi a rozkazy swe wydaje pewnym, stanowczym głosem.
Sternik stoi obok koła sterniczego ani na chwilę nie odrywając wzroku od kompasu oświetlonego małą lampą w jego osłonie. Jest to stanowczo mąż najczystszej rasy tyrrheńskiej, prawdziwy towarzysz Ulissa, z twarzą, jakby przez wiatry szczęśliwe modelowaną.
Obok niego stoją telegrafy przenoszące wiadomości do maszyny z oświetlonemi pod szkłem napisami: „Połową siły“ — „Całą siłą“ — „Powoli“ — „Wstrzymać!“
Telefonem przesada się rozkazy do maszyn.
„Cztery, trzy, zero!“
Jedziemy z szybkością dwudziestu trzech mil. Bryzgi i piany wody za spodem okrętu lśnią w świetle małych latarek okrętu.
„Trochę na prawo!“
Oficer kierujący kursem pochylił się nad mapą, przytrzymywaną ołowianemi ważkami obszytemi płótnem — z największą uwagą mierzy, oblicza przy świetle fioletowem małej lampy przysłoniętej, posługując się przenośnikiem, linią, kompasem radyrką.
Wielka gwiazda spadająca błysnęła pod czystym firmamentem sierpniowym i zegasła na wysokości Capelli.
Niecierpliwość wyjada mi serce. Zaostrzam wzrok, aby w głębiach ciemności odkryć na lądzie sygnał umówiony. Nic jeszcze nie widać.
Schodzę po dwóch drabinkach i idę ku tyłowi okrętu wzdłuż ustawionych w szeregu torpedów, przeskakując przez przykucniętych majtków. Z tyłu widać masy ciemne innych szeregiem jadących statków.
A oto nagle w kierunku przedniej części okrętu ukazał się sygnał umówiony.
Zbliżamy się do miejsca akcyi. Wszystkie siły woli wyprężają się. Tu nocy tej być musi Luigi Rizzo nad tamą Muggia.[38]
„Z przodu widać małą latarnię w Muggia. Czy ją widzicie?“
„Tak“ odpowiadają ciemne megafony w ciemności.
A gdzie takie „tak“ się da słyszeć, tam całe morze jest — Dantego.
„Jedźcie dalej wedle kierunku i chyżości ustalonej: osiem mil aż do przeprawy przez kanał, następnie sześć mil.“
Porzenie wody przodem okrętu wcina mi się w serce, pełne gwiazd.
„Jeden, dwa, zero!“
Zwalnia się szybkość do sześciu tylko mil.
Kominy wyrzucają za wiele dymu, za wiele iskier. Piotr Orsini niepokoi się.
Rozkazy wydaje się wciąż megafonem. Każde słowo głośno wołane powiększyłoby niebezpieczeństwo w przeprowadzeniu przedsięwzięcia.
Manewr wykonano jakby z rytmiczną ścisłością. Wszystkie statki, jeden za drugim przejeżdżają w zachowanym przez siebie dystansie obok naszego steru, czerniąc się nad wspienioną białawą wodą, która czasem zapali się nagle błyskiem fosforowym.
„Kiedy osiągniemy linię zakładania min na zachodzie — pogasić światło w tyle okrętu“ woła megafon.
Widać wybrzeże oświetlone przez reflektory nieprzyjacielskie. Płyniemy w wodzie płytkiej i zmniejszamy szybkość jeszcze więcej.
„Jeden, zero, zero!“
Ocieramy się prawie o dno, jedziemy jakby omackiem. Zapuszczamy wciąż ołowiankę, aby nie najechać na grunt. Okręty jęczą, prychają, jakby zatrwożone, jak wielkie wieloryby w niebezpieczeństwie dostania się na ląd.
„W tył! Całą siłą maszyn!“
„Fuciliere“ czuje, że się nie posuwa, że ugrzązł w mule, więc próbuje wydostać się.
Oddalony on od nas — jak daleko głos ludzki by doszedł. Widzimy, jak woda lśni przy niebieskiem świetle jego tylnej latarki. Wydaje się, że wszystkie statki znalazły się w niebezpieczeństwie i się trwożą. Niebo przysłonięte. Długie włosy Meduzowe chmur owinęły się dokoła konstelacyi gwiazd, jak siecie rybackie dokoła srebrnego połowu. Maszyny jęczą. Jesteśmy w chwili zwrotnej: tak, albo nie.
Piotr Orsini stoi, czujny, cały duszą, cały okiem, które przenika noc. Gdyby w tej chwili wróg nas dostrzegł, z jakiemi szansami wdalibyśmy się w walkę?
„Fuciliere“ przodem swoim ma kierunek siedemdziesiąt cztery w kompasie“.
Jego jasne rozkazy od manewru do manewru wiodą flotylę na drogę dobrą, daleką od mielizn.

Widzę reflektory nieprzyjacielskie, krzyżujące się tam na stałym lądzie, jak długie miecze białego światła. W świetle wybrzeże rysuje się w takiem pobliżu, że wydaje się, jakbyśmy tam lądować chcieli.
Wszyscy napiętą mamy uwagę i oczekiwanie. W kilku minutach będziemy na miejscu przeznaczonem do zapuszczenia min. A minuty wlokę się, jak godziny.
Zdjęliśmy gumowe zatyczki z osłon torpedów. Pociski gotowe są.. każdej chwili utonąć mogą w morzu. Majtkowie czekają wyprostowani komendy.
Ostatnie minuty trwają bez końcu. Możemy być odkryci lada chwila. Wybrzeże nie dalej od nas leży, niż o jedną milę. Zawsze jeszcze kominy wprawiają nas w rozpacz — za wiele wydają dymu i iskier.
Wreszcie słyszymy rozkaz z pomostu kapitańskiego:
„Baczność!“
Porucznik patrzy na zegarek, oświecając wskazówki małą lampką którą zakrywa dłonią, prześwietloną od niej krwawym połyskiem.
Olbrzymie pociski torpedowe o głowie pełnej masy niszczącej, szare jak gigantyczne meduzy morskie, leżą ciche, milczące. Podwójne zarębienie każdego siodła sterczy nad smugą wodną, którą tworzy fala łamiąca się o bok okrętu.
„Baczność!“
„W głąb!“
Pierwsza mina stacza się z łoskotem pękającej beczki i spada w morze spienione i znika.
„Baczność!“
„W głąb!“
Osiemnaście sekund minęło — druga mina stoczyła się, potem trzecia, czwarta i wszystkie, wszystkie wszystkich okrętów, które skośno ustawiły się w odpowiednej odległości.
W trzech minutach wykonano akcyę całą. Miejsce naznaczone jest minami założone.
Zęby majtków zabielały w dzikim uśmiechu. Każdy z nich widzi okręt nieprzyjacielski ugodzony w samo serce.
„Cztery, trzy, zero!“
Obejmujemy znowu kierownictwo, wracamy do ruty z poprzednią chyżością. Wydaje się, że okręty drżą z ochoty wojennej.
Daleko, na stałym lądzie białe miecze reflektorów wciąż krzyżują się. Czasem pęka jakaś rakieta. Smuga wodna za nami jest tak piękna, że wydaje się falującą drogą mleczną.
Majtek przychodzi na pomost komendanta i przynosi mi filiżankę bardzo gorącej kawy, której sam zapach rozkosz sprawia powonieniu i osierdziu. To na okrętach napój czarodziejski.
Zapaliliśmy papierosy. Wydaje mi się, ze w dymie papierosa unosi się woń owego liścia, który saraceński młodzieniec rozcierał między swojemi brunatnemi palcami a zarazem wraca mi sen o opuszczonych ogrodach w Giudecca i Fondamente nuove.
Dostajemy telegram bez drutu wysłany przez Umberta Cagniego z krzyżownika „Pisa“.
„Baczność! Dwie łodzie podwodne przyczaiły się na rucie najpewniejszej“.
I znowu wciągamy w pełne płuca tchnienie niebezpieczeństwa i śmierci — o pierwszym dreszczu przedświtnym.

Dajcie mi świt widzieć. Nie zaszkodzi mi. Otwórzcie szeroko okna. Uduszę się.
Słońce wynurzało się z mgły, pomarańczowe, jak wschodzący księżyc w pełni. Sześć statków starało się, jak najspieszniej lądować. Smugi wodne zdawały się rysować na wodzie wielkie narzędzia muzyczne dla nowych we mnie tonów.
Znikło misterium nocne z iskrami i gwiazdami. Przedstawiał mi się surowy torpedowiec z trzema kominami i czteroma działami, z majtkami rozciągniętymi dla spoczynku z otwartemi oczami.
Przed Malamocco[39] zarzuciliśmy kotwicę. W Malamocco spotkaliśmy transport rannych. Tak odprawiano dla nas nabożeństwo. Niewidzialny kapłan podniósł hostyę i kielich.
A cały ranek miał kolor rany i smak krwi.
Przyszedł Umberto Cagni.
Skąd? Czy z pomostu kapitańskiego smukłego swego krzyżownika? Z owego pokoju balkonowego w tyle pokładu, do którego tak często zachodziłem z Giuseppem Miraglią, aby na mapach morskich studyować kurs eskorty, podczas gdy z płomiennego oka libyjskiego bohatera wybuchała żądza „nagłego zaskoczenia“ brzegów Dalmatyńskich?
Czy też przyszedł do mnie z głębi którejś z pieśni „Czyny z za morza“? czy też wyłonił się przedemną z goryczy mojej dalekiej rozpacznej zazdrości?
A jak z tem wszystkiem mógłbym Boga mego zostawić bez podzięki?
Sławiony w tercynach przezemnie bohater jest oto przed mojem łożem. Żyje. Pochyla się nademną. Dotyka mnie ręką której brak końca palców, odmarzłych w podbiegunowej pustyni. Nie do poety przyszedł w odwiedziny, ale do człowieka wojny, nie do głosiciela jego chwały, ale do towarzysza broni.
Nieśmiertelny orzeł pieśni znowu pożera mi serce zatrute.
„Usiądź Cagni. Przedstaw sobie, że znowu znalazłeś się w ciemności, jak owej nocy październikowej zaległa nad studniami w Bu-Melliana. Czekałem na ciebie. I ja straciłem oko moje prawe, jak twój Lazaro Moceniego w bitwie morskiej pod Chios przeciw paszy Keneanowi.“
Ale jeśli ja w ciemności widzę świecące się twoje oczy stalowe, to i ty widzieć musisz połysk mojego bandażu. Przyniosłeś mi nowy wzrok. Spodziewam się, że i mnie oko stracone stanie się, „gwiazdą zimną wszelkich zapałów śmiałości“. Wstanę i znowu będę walczył. Tego chcę. Ty wyznaczyłeś dwie godziny do odcięcia kości palca swemi okrutnemi nożycami, przed któremi Simone Canepa uciekł z namiotu. „Otóż ja twoje nożyce mam tu pod poduszką“.
Jego obecność jest jakby nieważka. Krok jego jest lekki, ruchy lekkie. Serdeczna jego uprzejmość sili się, by nie zakłócić aury cichej, która otacza mój niepokój. Sama nawet pielęgniarka nie jest tak ostrożna, jak ten rubaszny człowiek wojny. Przypominam sobie swój sposób obchodzenia się z rannymi majtkami na wyspie Morosina.
Zdawało się, że bolu nie czuję, kiedy układałem ich na brudnych deskach, które służyły za nosze.
Ta jego uprzejmość posila mnie, jak napój łagodny, ogrzewający krew.
Urabiam w sobie tę stal, którą chciałem wykuć, kiedy z „nieustraszonej kuźni“ wydobywałem dziesięć pieśni.
Wstań ogniu! sil się! — Chwało, rozpłomień się! — Wstań śpiewaku narodu! w zawody ze zwycięstwem!“
Lata bezczynne, bez dobycia broni, lata hańby pełne umartwienia i zapartego gniewu w jaśniejszem okazują mi się świetle, jako wyczekiwanie konieczne ostatecznego dopełnienia.
W jednej chwili przeżywam raz jeszcze ból skłębiony mojej „Pieśni ostatniej“. Jeszcze raz w śnie o wydmie nadmorskiej słyszę szczekające psy sardyńskie, psy gończe we Fonni, charły Monte Spada — widzę orszak w czworobok ustawiony, grzebiący swoich poległych w Tobras, widzę, jak wspinają się bezemnie po bezdrożnych piaskach jak idą na spotkanie „pewnego świtu“ ku nieodzownemu przeznaczeniu bezemnie co sądził, że „jest zwiastunem nowego życia pierworodnym synem nowej chwały“.
Wszystko snem.
Gdzie i kiedy złączyłem się z tym czworobokiem i na czele jego stanąwszy wiodłem go do „najwyższego zwycięstwa“?
A dziś czy cień pierworodnego bohatera za mną jest, czy przedemną?
Więc to nieprawdą jest, że u progu starość i odrodziłem się księciem młodzieży, wybranym przez towarzyszy broni, potomków Marja Bianca.
A czy to nie prawdą, że w sobie samym roznieciłem „wzniosły i czysty ogień“, aby ich prowadzić?
A czy to nie prawdą, że wiodłem ich, czy nie prawdą, że na to byłem, by ich wieść pod niebem i na morzu i na ziemi i we wszystkich niebezpieczeństwach słuchających mnie.
Pozdrowion bądź młodzieńcze! Chwała Ci w niebiosach. Chwała Ci na ziemi“.
Wszystko snem i fatum tajemnem i przeznaczeniem narzuconem woli.

Rozpęd mojej siły wewnętrznej rozrywa pęta.
Uderzenia serca wyżłabiają mi pierś.
Tętna w karku prężą, mi bandaże.
Nagłym ruchem podnoszę się w łóżku, zrywam opatrunek, dysząc w cierpieniu gorzkiem, jakbym szlochał.
„Nie mogę tu zostać dłużej. Nie chcę. Pomóż mi Cagni. Wynieś mnie. Ratuj mnie“.
Wystraszony, podtrzymuje mnie ramieniem podpiera mi głowę jedną ręką, stara się przekonać mnie, uspokoić, złożyć z powrotem do nędzy mojej.
„Proszę cię, proszę, przyjacielu mój, towarzyszu mój. Nie mogę wyzdrowieć. Wyrwij mnie z tej męki bezużytecznej. Pomóż mi uwolnić się z tego obłędu, z tego spisku przeciwko mnie. Ratuj mnie“.
Przeraził się. Udzieliła mu się moja rozpacz i wstrząsnęła nim.
Chwieję się. Udaje mi się jeszcze zapalić lampę niebieską obok wezgłowia. Widzę brata mego w tym samym co ja wieku, teraz pobladłego od ponurego światła. I on mnie widzi bez opatrunku oko moje nabrzmiałe i łzawiące się, twarz moją zeszpeconą, którą onegdaj oglądałem w małem, krągłem lusterku lekarza.
Pielęgniarka przychodzi. Chęć moja buntu słabnieje pod jej litosnemi, strasznie drżącemi rękami. Cała moja siła trawi się w pocie złośliwym. Pot, łzy i wilgoć okładu tłumią moją zgryzotę, uciszają mój smutek i mnie samego. Niczego już nie pożądam, nic nie chcę.
Gdzież są nożyce cierpliwości okrutnej? Tam w górze, tam w górze w oddali nieprzemożonej, w namiocie podbiegunowym, między resztkami foki, odartej ze skóry.

Admirał mówi do mnie o wyspie Morosina, jak o wielkim okręcie wojennym, który zarzucił kotwicę przed wybrzeżem nieprzyjacielskiem. Wie on, czego dokonaliśmy ja i majtkowie w październiku 1915.
I raz jeszcze wszystko staje mi przed oczyma i odżywa, wszystko tętni i krwawi się. Od krawędzi mego łóżka wychodzą kładki z desek, rzucone na bagna — a w poduszkę moją, jak we worek z paszą pyski swe kładą włochate konie stepowe dwóch kawalerzystów, strzegących drutu telefonów.
Kiedy do baraku restauracyjnego przynoszę rozkaz, by ogień rozpoczęto o południu, widzę iskrzące się oczy kocie młodych oficerów okrętowych, pochłaniających prostą polewkę.
Kroczę teraz z taką samą żywą wesołością po drożynce na kamieniach złożonych jako most nad namułem.
Wychodzę teraz na wieżę z drzewa podobną do pagody, ukrytą w wielkiej koronie dębu.
Majtkowie krzyczą, szczerząc białe zęby.
Widzę Sdobbę i il Quaranto błękitniejące, szczyty gór śniegiem pokryte, pas szczytu Bosco Capuccio, widzę Ronchi i Dobberdo i gęstwiny w Monfalcone i kominy i la Rocca i Duino i czerwone kamieniołomy w Sistianie i Miramare i Barcolę i Tryest w dole, jak jakiś kształt oblany światłem, tak jak przedstawiał mi się z wyżyn po raz pierwszy pomiędzy wiązadłami samolotu cały cichy, skupiony i jakby wstydliwy.
Jętka przezroczysta zleciała na liść dębowy. Skowronek krąży i śpiewa i nie syt śpiewu.
Słyszę między drzewami obumierającemi już od jesiennej pogody głosy majtków i wron.
Mewa błysnęła w powietrzu.
Złotawe topole w stopniowaniu swem barw nastrajają jak muzyka, jak milknące tony harf.
„Działo pierwsze! Baczność! Castagnola, ognia!“
To pierwszy strzał. Symfonia się zaczyna. Wszystkie doliny odzywają się.
Baterya Gazzoli ostrzeliwa zamek w Duino, gdzie w czasach spoczynku i zabaw przeżyłem wesołe dni.
Gazzola strzela z mostu zakrytego łożami i krzewami po lewym brzegu.
Widzę jak granat pęka na skraju lasu. Cóż znaczy ten krzyk?
Wzdłuż całego wybrzeża megafonem podaje się rozkaz dzienny, który książę Aosta przesyła majtkom.
Symfonia potężnieje. Gazzola strzela, Buraggi strzela. Słońce połyka żółtawy dym. Krzyk rozlega się po wszystkich bateryach. Każda pauza pełna pijanych trylów skowronka. Ale powoli i powietrze staje się jakby w kruszcu.
„Działo czwarte! Baczność! Castagnola, ognia! Działo czwarte, ognia!“
Mały blondyn, oficer z wąsami przyciętemi jak szczoteczka nad wystającą wargą oblicza w zeszycie kierunek strzału.
„Działo pierwsze, dyrekcya 1454, elewaoya 345“.
Obok niego stoi sternik o barkach szerokich, bezustannie trzymający słuchawkę przy uchu. Ma dwoje szeroko rozwartych, brunatnych oczu, z krwawemi żyłkami, jak oczy srokatego konia wyścigowego. Broda jego ruda, krótka, nozdrza wydęte, oddech szybki.
Wydaje się, jakby ze starej formy go odlano naszych szalonych partyzanów stronictwa czarnych, czy białych. I źle nasłuchuje, pochylony nad tym „bezużytecznym“ sprzętem.
Wielka trąba mosiężna, obłocona zielenią, wisi na gałęzi. Ludzie i rzeczy wszystko jest zielone, jak dąb, co nas zakrywa.
„Działo drugie, dyrekcya 1402, ełewacya 230“.
Strzał za krótki, poszedł w morze. Z tamtej strony linii wód widać domy w San Giovanni; ciche w słońcu październikowem, dokoła dzwonnicy.
Buraggi strzela wciąż na domy w San aby utrafić dokładny cel. I czwarty strzał jeszcze jest za krótki. Serya ukończona.
Majtkowi Uroni podczas wiązania zerwanych drutów telefonicznych, drzazgi granatu przeszyły płuca. Nie poddaje się ranie, nie pada na wznak. Pozostaje wyprostowany na nogach i zaciśnionemi zębami wstrzymuje krwiotok. Kiedy dokończył swej pracy, pada. Na powiązanych drutach przelatują rozkazy.
Znowu poczyna się serya.

Majtkowie! Majtkowie!
To mój głos, głos towarzysza broni, dźwięczący w cieniu niskich, gęstych drzew o wieczorze nad rzeką, który otula małe baraki drewniane, jakby to chatki były szczęścia.
Teraz rzeka ta bardziej jest tajemnicza niż ostrzeliwany Timaro tam w dole, w którym skąpał się rumak spieniony Dioskurów. Pas czerwonego światła kładzie się w poprzek chmurom pędzącym. Działa są rozgrzane. I one zabłocone są zielenią a ustawione na pontonach, pokrytych łozami. Parzą mi ręce.
W pośrodku tych pontonów znowu tej nocy spać będę z jednem już tylko okiem, pomiędzy amunicyą a worami, na łożu ciasnem, jak cztery deski, czarnej skrzyni.
Spalcie moje deski szpitalne.
Przywołajcie mi majtków, aby przyszli i ustawili się w szeregach w tej przestrzeni, która wydaje się bagnem nad laguną a od życia dnia wczorajszego daleką jest o jakie sto tysięcy łokci.
Majtkowie! Majtkowie!
Cały cień tu ciemności ten jest konchą krętą, która wzmocnią mój głos.
Zdaje mi się, że jest kordyałem dla znużenia mego i gorączki.
Skórą moją człowieka czuję powolne oziębianie się dział.
W cieniu siła zwarta jest szara, jak nowe żelazo — ale mimo ciemności uprzejmość w uśmiechu ukazuje zęby dziecka.
Któż tu zmęczony?
Chodźmy, dzieci, nową przynieść amunicyę. Strzelanina skończyła się. Na nowo się rozpocznie.
Pontony pokryte wodą, jak bóbr, co jest „zwierzęciem ssącem i rybą.“ W ciszy, która pachnie wodą, działa chłodzą się, oddychające otworami do nabojów.
Majtkowie przechodzą w szeregu, każdy z granatem na ramieniu — w piękności wieczoru, sami tak piękni, jak atyccy tragarze naczyń świętych.

Kto śmierci się nie boi, ten nie umiera. A śmierć nie chce tego, kto jej szuka.
Stałem oparty o poręcz działa Nro. 3. Poruszyłem się, aby odejść od bateryi i znowu wspiąć się na posterunek w drzewie.
Granat austryacki pęka nad parapetem działa 3. Czterech rannych.
Czy matka moja wzięła mnie za rękę?
Przybiegam. Zdaje mi się, że nie wypuszcza mej ręki. Wie, że usłyszy z tej krwi dźwięki z Ortony, dźwięki jednego ze swoich swojego.
Spotykamy majtka, który ma na sobie rękaw bluzy artylerzysty, czerwono obramowany i zegarek naramienny na wystrzępionym rzemyku skórzanym. Długi grzmot rozdziera błękit nad głowami. Ścieżka obryzgana krwią. Czy to deska? To pochodnia pryskająca.
Ale nosze — to tylko deski, zabłocone deski. A skąd wziąć opatrunki? skąd lekarstwa?
Obnażony bohater znowu podnosi się z gliny ludzkiej. Na nowo kształtuje się z prochu pierwotnego.
„Dlaczego baterya nie strzela dalej?“
Cóż to za troska wyłania się w ten sposób z ciała okaleczonego?
Krwawem, kurczem wstrząsanem jest ciałem — a w całej tej męce drgającej czujne jest ucho, jest wyniosła dusza, która słucha i cierpi.
Giuseppe Maggiora myśli tylko o swojej broni. Słyszeć chce grzmot swojej broni. Krew ścieka mu z nosa do ust oszalałych.
„Cztery lata oto mijają 18. października, komendancie, jak byliśmy w Bengasi. Czy pan sobie przypomina?“
To były pierwsze słowa, wymówione do Buraggiego, kiedy go spostrzegł: wspomnienia wojny, wspomnienia zwycięstwa, wspomnienia zakończeń heroicznych okresów i duchowych przejść dwóch losów ludzkich.
I znowu poczyna się żalić że jego działo oniemiało. Chce wrócić do swej broni. Okaleczony, chce się dźwignąć i dalej walczyć. Usiłuje podnieść rękę skrwawioną, aby zagrozić zemstą.
„Baterya nie strzela więcej“.

O mój Maggiora, gdzie jesteś? Czyś w Mandrii? Czyś w Veneryi reale? Czy znowu poczynasz żyć i zapalać się?
I dlaczego dziś wieczorem nie jesteś u mego łoża, jak ja przy twojem byłem owej nocy październikowej w szpitalu Nizi na wyspie Morosina.
Przypominasz sobie?
Nie przestawałeś mi mówić o swojej wdzięczności, kiedy ja gwałt sobie zadać musiałem, aby nie paść na kolana i nie ucałować rąk twoich.
A niedaleko leżał sierżant Corsani; i on też, jak ty, wciąż myślał o swoich działach. A wyrwało mu prawe oko z oczodołu. I obowiązany był jak ja nim dziś jestem. A znosił wszystko z pogodą i łagodnością, że wstydzić się dziś muszę.
Przypominasz sobie?
I Uroniego tu przynieśli, od drutów telefonicznych. W największem był niebezpieczeństwie — a myślał tylko o bateryi i prosił i błagał, aby mu pozwolono tam wrócić — a płakał ze zgryzoty i przyrzekał, że lepiej się sprawi i nie wiedział, że jest wprost wzniosły.
A i ty tego nie wiedziałeś o sobie, o mój Maggiora.
A kiedy wychodziłem z mojem okiem straconem z tego małego szpitalu polnego nad Ausą, myślałem w pożerającym mnie smutku o tych, co zapłakaliby nademną. Myślałem o Corsanim, coby zapłakał. Myślałem o tobie, cobyś zapłakał.
O jakby mi to umiliło wieczór dzisiejszy, gdybym was tu miał obydwóch jednego z jednej, drugiego z drugiej strony łóżka.

I jeszcze jeden zapłakałby, a może jeszcze gorącej. Giovanni Frederico, majtek z ziemi mojej matki, majtek z Ortony.
Ale ma on już tylko kości oczodołów, kości złożone na małym cmentarzu wyspy, na którym przyrzekłem wystawić mu pomnik — jeszcze nie postawiłem.
Podnoszę go jeszcze raz dziś wieczorem, składam go jeszcze raz na surowej desce okrytej moim płaszczem żołnierskim. A i dziś wieczór też matka moja jest ze mną i pomaga mi.
Najpiękniejszym uśmiechem ludzkim jest uśmiech, który rozjaśnia strzępy podarte nadludzkiego bolu.
Któraż Marja miała twarz taką, jak tej, która ugina się pod cierpieniem?
Giovanni raniony jest w brzuch i w krzyż i w klatką piersiową. I jak go ułożymy?
Kiedy go na brzuch kładziemy, nie krzyczy, kiedy na wznak, nie krzyczy. A przecież męka jego rozrywa samą deskę martwą. Ukląkłem w błocie. I w niemym kurczu oparł nogi o mój bok. A ja zaciskam zęby.
Nogi jego obnażone. Na wpół obnażony jest. Wraca do kołyski. Wraca do rodu swego.
Jestem z jego rodu i cierpię jego cierpieniem, cierpię na miarę bezkresną, której nie opiszę, która wychodzi poza granice lat dziecięcych i starości, poza rzeki wszystkie od źródeł do ujścia, poza góry wszystkie od stóp do szczytów.
Biedne jego ciało jest mojem ciałem. Jego odwaga w cierpieniu, to odwaga mojej matki, odwaga moich rodaków.
Oto leży na brzuchu. Zdeptany. Ma lat dwadzieścia.
Oto leży, jak cielska zwierząt, ćwiertowane przez rzeźnika na ławce rzeźni. Dusza jego jest tyle boska, ile zwierzęcem jego ciało. Okrywają go tylko łachmany jego grubej koszuli — a odsłonione części rodne oznaka płci, podnoszą jeszcze zgrozę i nędzę i niewinność i litość i święte uczucie stworzenia oto złamanego.
Jego twarz bez zarostu zwrócona do mnie i nie spuszcza ze mnie oka. Pije mnie. Pije za mnie miłość litosną, jakby spływała nań z ołtarza kościoła, w którym był chrzczony.
To moja matka przemawia przez usta moje, jak przemawiała matka jego.
A najłagodniejszy uśmiech z jego dziecięcych uśmiechów zjawia się u samego kresu jego męki.
Niezrównane dźwięki boskiej wojny.
Heroizm, krew, śmierć, litość, nadzieja udzieliły mi były stanu łaski i mogłem pojąć i wysnuć niesłyszaną melodję.
Czem było w porównaniu z nią uczucie muzykalne, które w obrazie Tycyana stopniuje piszczałki przenośnych organów i szlachetne drzewa ogrodu ugrupowane dokoła źródeł w symetrycznych odstępach.
Największe organy tumu nie wypełniały tonami swemi tak potężnie nawy kościelnej, jak wielka tu, cicha aleja topolowa moją duszę.
Inne to nerwy i ścięgna i włókna zerwały się tu we mnie, kiedy rozstałem się z rannymi i umierającymi. Niedobrze się umyłem; pod mojemi paznokciami i na moich sukniach była jeszcze krew.
O wyspo Morosina, cała żółkniejąca od traw a sina od stawów, równająca się najpromienniejszej z córek San Marka, jak oto ległaś w blasku jesiennego zachodu słońca — w tobie pozostawiłem najgłębsze misterium mojego smutku, w tobie najtajniejsze tętna mojej muzyki.
Zazdroszczę pokornemu dwudziestoletniemu bohaterowi mejego rodu, który w ziemi twojej znalazł spoczynek, tam pod małym surowym krzyżem drewnianym. On tego może nie słyszy, ale gdybym ja leżał w tym świeżym grobie, wykopanym dla niego przez nieznanego grabarza, przez całą wieczność słyszałbym zapewnie ozłoconą melodyę twoich topól.
Czy to anioł je zliczył? Czy drugi anioł je nastroił? Czy trzeci anioł zharmonizował ich dźwięki?
A w miłości mej wszyscy trzej twarz mieli uśmiechniętą umierającego.
Ile życia, ile pełnego życia jest jeszcze we mnie?
Ból mój przelewa się krwią. Sny moje przelewają się krwią. Każda myśl moja ma wagę krwi.
Czasem odrażające moje przeżycia krwawią się, jak rzeźnia zapchana poćwiertowanemi i wiszącemi zwierzętami.
Krwią piszę o moich mękach. Jak modelownik pod swemi paznokciami ma glinę, tak ja pod niemi mam krew zeschłą.
Tam na małym stoliku z lekarstwami, między żółtą flaszeczką atropiny i zwojem gazy na opatrunki, stoi czerwieniąca się miseczka — a w czerwieni błyszczy się cieńki przyrząd ze stali.
Okiennice ostatniego okna tam w dole nie są przymknięte.
Jest pierwsza popołudniu. Jestem sam. Moi ludzie są przy obiedzie. Godzina ta przebija mi nogi ostrzejszym gwoździem. Od czasu do czasu powiew powietrza dochodzi do mojego wzrok przesłaniającego bandażu.
Mam pragnienie. Renata miała przedtem w białku swoich oczu, jakby falowanie strumyka.
Moi ludzie jedzą. Posilają się.
Zdradny pas słońca wchodzi przez niedomknięte okiennice. W jego świetle błysnęła miseczka. Między krawędziami porcelany krew świeża ma żywość róży purpurowej.
Lekki cień przesuwa się tam i nazad. Ruchliwy cień muska miskę, znika, wraca.
Śledzę go z uwagą. Starczy do pobudzenia mej melancholii, do wzmożenia mego niepokoju.
Jest to cień motyla.

Ciemność zagęszcza się, a krater mojego oka znowu wybucha.
Jest to jakby nagły bunt rozpłomienionych obłoków, który podnosi się i upaja rytmem epicznym.
Jest to materya trwała i bogata, układająca się jak ból i rozpęd szalony przetaczających się skał.
Jest to tło do wielkiego, nieznanego mi czynu.

Wszystko znowu płonie. Świt nie ma już rosy, a tylko iskry.
Oto poczyna się ranny śpiew ptaków.
Zrazu podobny jest do szelestu pochodni żywo płonących.
Ogień skacze, rozszerza się, rozżarza.
Ogień śpiewa, gwiżdże, ćwierka.
W płonącym chórze inny rozróżniam ton.
Ton ten obcy nabywa mocy. Śpiew zdaje się ustawać.
Zgaduję, że deszcz pada.
Deszcz pluszcze na śpiew jak na płomień niskich suchych łóz.
Śpiew dzieli się na wąskie języki ogniste.
Powoli deszcz tłumi go, osłabia, gasi.
Jednostajny szmer został.
Wraca noc, opiera łokcie na łóżku, kładzie swój palec czarny na usta i wlepia na mnie wzrok.

Mam wciąż pragnienie. Oprawcy moi zakazują mi pić i nie przestają ust moich jodem zamieniać w kruszce.
Dziś tętni mi w mózgu jedno słowo... słowo, które bezustannie między płynnemi obrazami wzmaga srogość mego udręczenia: Aloscia.
Sądzę, że był to napój w czas letni sporządzany z cytryn miodu i korzeni.
Demon znowu rozpalił w głębi mojego oka wszystkie ognie i rozdmuchuje ten stos smutny całą swoją siłą szaloną, jak w najrozpaczliwszych godzinach mego męczeństwa bezustannego.
Gorączka całe moje ciało nędzne zamienia w wiązkę chróstu tuż obok pożaru.

Liście paproci, które mam w oku, mnożą się, podnoszą, rozrastają.
Oto podobny jestem do owych gęstwin paproci miedzianych i złotawych, które w zapalonym lesie na stepie widziałem nietknięte na samej granicy pożaru.... Ogień przeleciał przez nie i nie zapalił ich.
Całkiem byłem zdziwiony i zabobonem jakimś zdjęty widząc je tak łatwo zapalne i lekkie przy samym skraju ognia a nietknięte. Gotowe były zająć się jednej chwili spopielić się jednej chwili a żarłoczność ognia oszczędziła je cudem.

Kto mnie rozżarzonym okrywa popiołem? Szczyt mojego serca iskrzy się i przebija je.
Jestem popiołem i jestem feniksem. Jestem ciemnym a rozbłysnę.
Przeżyję mój stos, pijany nieśmiertelnością.

Kto ręką tak przemożną wsadził mnie na mego konia.
Duch uwagi natężonej wszedł we mnie, jak bóg zbrojny oczu tysiącem.
Uwaga stwarza, co zamierza.
Stwarzam zapał.
To jest moje serdeczne fatum.

O lesie na krańcach zachodu! O lesie ran strasznych! O wygnaniu mej cnoty, rozpłakanej łzami, jak żywica.

Jadę przez spalone lasy sosnowe.
Błąkam się po spopielonych zagajnikach bez przyszłości, które jak dzieci najpierwiej wybrane ofiarowano rozżarzonemu spiżowi Molocha.
Grunt jest gorący i dymi tu i owdzie, czerni się między warstwami białawego popiołu.
Sosny bez szpilek ponuro sterczą nagiemi konarami, aż po szczyt spalone; ale wszystkie stoją, jak martwe męczenniki.
Niektóre zwęgliły się, a ogień zawsze jeszcze tli w pniach wyżartych, korzeni się chwyta, wdziera się w ziemię.
Na niektórych czarna spalenizna pni pokryła się lekkiemi fałdami popiołu.
W każdym wyżartym pniu kopyto mego konia zapaść się może, jak na spopielałej w żarze desce pomostu. Czujność moja natężona. Cały jestem okiem cały bystrością. Czarne gałęzi grożą przeszyciem stóp, rozrzucone jak kolce żelazne, co zatrzymywały kawaleryę nieprzyjacielską.
Gorący popiół parzy. Czuję zapach przypiekanych kopyt jak przed drzwiami kowala. Oddycham ogniem. Słyszę raz wraz przewiewy, szelesty, łoskoty. Pot zemnie ścieka, dyszę.
Któż jest ten człowiek z opaloną twarzą w odzieniu palącem się, który toczy się w piasku tamy ogniowej i wyje?

Posuwam się dalej przez step spopielały.
Jadę przez ponury las w piaskach i popiołach.
Od czasu do czasu cichy wiatr wysoko unosi popiół.
Widzą, jak długim, cienkim słupem wzlatuje i drży pod niemem niebem.
Zachwyca mnie.
Zawracam konia ku niemu, aby mu się bliżej przypatrzyć.
A kiedy się zbliżam, rozpada się.
I inny wstaje w większej odległości.
Zachwyca mnie.
I zbliżam się. Znika.
I znowu dalej jeszcze wstaje inny — i jeszcze jeden — i jeszcze jeden.
Drżą cicho w rozpalonem powietrzu.
Skinęły na mnie; rozpadają się, znikają.
Są jak upiory całopalenia.

Przeskakuję rowy; przejeżdżam przez drogi piasczyste, które tu w stepie nazywają „tamami ogniowemi“, a które nie zdołały uchronić lasów przyległych. Piasek pomieszał się z popiołem i pokruszonemi węglami.
Pod usypiskiem pali się i dymi wiązka korzeni, trzeszcząc, sycząc, piszcząc.
Tu i owdzie odkrywam między węglami i popiołem suche źdźbło trawy nietknięte, liść paproci nietknięty.
Tu i owdzie na samym brzegu rowów, do których dotarł pożar, odkrywam kępę małą, trawy, łodygę jakąś z małemi kwiatkami, różowemi i fioletowemi.
Zdziwiona dusza ma to za przygrywkę do siebie samej.

Już nie upiory z popiołu, ale cienne teraz wstają słupy dymu.
Złowieszczy grzmot wychodzić zdaje się z serca ziemi.
Po przez spalone sosny poganiam konia jakby ku otchłani czyśćcowej.
Czar niebezpieczeństwa oplótł mi wężowo serce moje.
Ziemia dymi się i zgrzyta pod kopytami.
Gęsta chmura dymu przesłania dalekie płomienie.
Żrący zapach żywicy drażni mi gardło.
Grzmot coraz silniejszy bije we mnie, ogłusza mnie.
Ale kiedy nagle między pniami żywe zjawiają się płomienie, naprzeciw nim z piersi mojej wybucha śpiew.
Piękności ognia, za każdym razem świeższa mi jesteś, niż wiosna.

Mnóstwo płomieni skłębia się przedemną na polu, jak wojsko nieprzeliczone.
Nad trzeszczącą i kipiącą żywicą, nad hukiem i łoskotem śpiewają płomienie.
Skupiły się w jednym prostym sznurze, który bliżej i bliżej przesuwa się, wszystko pożerając.
Wyjadają mi oczy, wyjadają twarz.
Są koloru pomarańczowego, który chwilami ma domieszkę błękitu, zieleni, odcienia żółtego.
Czasem ciemnieją, jak żar węgla, czasem buchną świetliste, jak błyskawica.
Każda ich przemiana zamąca mnie, jak spojrzenie rzucające uroki.
Zostawiły za sobą zwęglony i dymiący się las. Kroczą naprzód przedługim łańcuchem.
Rozwijają front bojowy, który ginie gdzieś w oddali, pogrążony w obłoku czarnego dymu.
Taka ich siła przemożna, że zdaje się, jakoby rodziły się nie na powierzchni ziemi, gdzie krzewy się korzenią, ale jakoby wybuchały z głębin, wstawały z otchłani, jak wybuchy wulkanów.
Gwałtowne są i uparte, natarczywe i wytrwałe.
Uczą, jak walczyć należy.

Oto sposoby, które stosuje sztuka ogniowa.
Rzucają się ognie na pni, naprzód uderzając na korzenie nadziemne i odrośle wystające.
Potem po korze wspinają się w górę.
Zdaje się, że wyczuwają, że szukają, gdzie lepiej ugryźć mogą.
Usadawiają się i zostają, gdzie konar się załamał, gdzie rana jest żywiczna, gdzie blizna woniąca.
Jeśli wiatr ustaje, obniżają się.
Ale ten z płomieni, który wzębił się w pień na żywotnem miejscu, nie popuszcza go już. Zostaje sam, zawieszony i wciąż kąsa, wciąż pożera, oddalony od płomieni innych, sam ze swoim głodem, ze swoją uporczywą wściekłością.
Na myśl przychodzą mi owe bitwy morskie, owe rozpaczliwe starcia i zczepiania się okrętów, w których pięści i szczęki walczących uwięzły na krawędziach pokładów, a nieprzyjacielskie topory odrąbywały ramiona, ucinały głowy. Mimo to straszliwe ręce nie przestawały zaciskać, szczęki nie przestawały wkąsywać się w drzewo, a tylko ciała opadały w dół i tonęły[40].
Tak szpony czerwone płomieni, tak ich paszcza ognista uczepiły się pnia, oderwane od ciała, które spadło.
O bojowniku bezczynny, przypomnij pobratymca Eschyla.

Niektóre pni palą się tylko po jednej stronie, jak gdyby ogień wyrywał się z wnętrza nacięciem pionowem zadanem przez żywicarza.
Ogień jest jakby chorągiew poszarpana, wijąca się dokoła drzewa.
Oto wiatr na nowo się wzmaga.
Wszystkie chorągwie zwycięskie mieszają się, szumią i rozrywają się w strzępy, które ulatują.
Z oddali solą przesiąkły wiatr w wielkich nadchodzi podmuchach.
Ogień podnosi się i spada, przesuwa się nad wierzchołki, ogarnia całe sosny, z łoskotem burzy czerwieni je od korzeni do szczytów.
Odłamy kory płonącej i szyszki zapalone lecą na wielką odległość, jak kamienie z wulkanów.
Niezliczone, przez gąsienice uprzędzone gniazda, zapaliwszy się lecą na odległość jeszcze większą i szerzą pożar w ustępach dotychczas bezpiecznych.
Żywica warzy się, syczy, pryska. Gliniane miski z żywicą zabraną kipią, rozżarzają się, przelewają, i spadają, a wreszcie pękają, jak granaty ręczne. Każdy podmuch wiatru roznosi myriady szpilek płonących.
Z wnętrza tej burzy wstaje melodja tajemnicza, podzwaniając i falując w dal.
Czy to salamandry śpiewają?
Płomienie ulatują z dymem pod niebo. Słup dymu czarnego wszedł w powietrze, bije ku słońcu.
Widzę przezeń słońce, jak tarczę rozżarzoną, która się ma ku wyziębnięciu.
Już go nie widzę. Utonęło.
Wiatr ustaje. Dym rozprasza się.
Znowu widzę tarczę! Powoli z czerwieni przechodzi w kolor żółty, z żółtego w kolor jasny.
Ale w cieniu pożar jaśniejszy jest od słońca.
Oto krawędzie obłoku dymnego jaśnieją... olśniewają.
Czy słońce zwycięża?
Na chwilę zabłysnąć w błękitach, podczas gdy wielki płomień opada i łazi.
Ale w górze w sękach wysokich pni mały płomień przetrwał i gryzie.
Ale tam w górze w pniach zeschłych śmierci już poświęconych mały płomień uparty ostatniej szuka kropli.
A tajemnicza melodja w przestankach ataku wyrazistszą się staje. Jasna jest jak śpiew sopranowy. Porywa mnie w dal od wszelkich żarów.
Czy salamandry śpiewają?

Ocean śle swe podmuchy wiatru od jednej wyspy piaskowej do drugiej.
Łoskot i szum przytłumiają głos czarowny, który wyszedł z bolów pożaru.
Łoskot i szum zamieniają się w ryk bawołów, w skowyt lwic.
Płomienie z nową wściekłością wyżej i gęściej posuwają się naprzód w ordynku bojowym.
„Moim jest las“ — krzyczy bezlitosny dowódca, który moją ma twarz bojową — „moim las cały i woń wszystka.“
Pierwszym jest w ataku; i pierwszy czerwoną swoją ręką chwyta kolczaste wierzchy.
„Do mnie tu! Do mnie ludzie lasu“ krzyczy odważny przeciwnik, co ma moją twarz bojową.
Ogień stłumi ogień, płomień zdusi płomień, aby dwa wrogie popioły ziemię użyźniły na nowo.

Kto jest ten człowiek z twarzą opaloną, w odzieniu palącem się, który rzuca się w piasek i wkopuje się w nim, jakby się pogrzebał?
I nie gaśnie.

Do mnie, mężowie! Starcy, kobiety, dzieci, do mnie! Do mnie mieszkańcy wszyscy stepu, co ręce macie i dech w piersi!
Prowadzę do kontr-ataku.

Łańcuchowi płomieni przeciwstawia się łańcuch ludzi. Frontowi pożaru przeciwstawia się front drugi.
Ogień kontr-ataku buchnął.
Wielkiemi gałęziami świeżemi sosen młodzieńcy i starcy, kobiety i dzieci biją zwierza czerwonego, aby go zmusić do wystąpienia przeciw drugiemu zwierzowi, który z drugiej strony idzie do szturmu.
Na pomoc! Na pomoc!
Biczowany płomień skręca się. Podmuchy wiatru odwracają dym ku napastnikom. Kontr-atak coraz silniejszy opala rzęsy i brwi, brody i odzienia. Gardło wysycha, oczy leją łzy.
Na pomoc! Na pomoc!
Kontr-atak postępuje. Nieprzyjaciel się zbliża. To czerwienieje, to żółci się. Rozsypuje się w myriadach; zbiera się na nowo; rozdziela się, rozprasza. Szumi, skrzypi, krzyczy, stęka, syczy, huczy.
Na pomoc! Na pomoc!
Z czyich trzew dobywa się to wycie bolu i strachu, które zadręcza mi duszę?
To już nie głos żywiołu. To głos stworzeń.
Zamknięte między dwa ognie rozszalałe zwierzęta chcą uciec.
Ogień je ściga, kontr-atak zastępuje drogę.
Oślepione od żaru uderzają, o pni trzeszczące już w gorącu wciąż rosnącem.
Z rykiem rzucają się przez długi rozżarzony korytarz labiryntu bez wyjścia; a ryk złowrogi góruje nad tłumiącym go pożarem, który szaleje wirem żarzących się łusek i płonących szyszek.
Na pomoc! Na pomoc!
Uderzamy w żar węgli, deptamy ogień, połykamy iskry.
Czy uporczywi i bojownicy są falangą męczenników, którzy zmuszeni są zwalczać ogień Pański?
Każdy z nich ma naprzeciw siebie anioła rozpłomienionego i tysiąc szabel krzywych.
Dzieci płaczą; starcy padają na kolana, kobiety zawodzą jak w ciężkich bolach porodu.
A kto jest Panem tej bitwy ognistej?
Co za wiek, dawno już zapadły czerwieni się od tej walki płomiennej?
Widzę wyniosłą Kybelę bez wież i bez lwów[41].
Widzę jej szaty utkane z powietrza, wody ziemi i ognia.
Widzę jej czcicieli noszących sosny, szeregi noszonych szpilkowych drzew, podobnych do świętego drzewa.
Kto wyje? Kto ryczy? Kto woła z otchłani, kto z niebios?
Słońce zaciemnia się.
Skąd ten grzmot, który silniejszym jest od starcia obu ryczących przeciwników?
Gdzie się zderzą, wszystko już pożarte. Wszystko jest ogniem na węgiel spalonym i szarzejącym, wszystko gorącem popieliskiem.
Ogień zamiera.
Ogień zamarł!
Przygłuszony ból, oniemiała zgroza.
Lecz oto cichy wir wiatru porywa popiół, w którym tlą jeszcze iskry i unosi ku czarnym rozchylającym się obłokom.
Widzę długi cieńki słup unoszący się, falujący, oddalający się.
To upiór całopalenia.

Całopalenie! Nowa ofiara
w bieli i przepasana wysoko
ku twoim blaskom wyciąga rękę,
rosy kojącej pełną, jak po brzegi
kielich powoju samotnego
światłem wypełnia się o świcie.

Całopalenie, całopalenie!
Odjęto tobie serce człowieka,
w którem kipiąca krew się kropliła,
jako w miseczki pod drzewami
kroplami ścieka złota żywica.
Ale złoczyńcy rękę spalono
het aż po same kości przegubu;
i niecny zamach poniósł swą karę
a dano wiekom przyszłym świadectwo.

Całopalenie, całopalenie!
Nie daj zagasnąć w swoich popiołach
świecącej gwieździe nieśmiertelności,
co się iskrzyła na szczytach serc ludzkich.

Czy to jest jeszcze wicher złowrogi,
co martwy popiół znowu podnosi?

On to jest! On nie umiera!
Ciche upiory wstają, ku niebu,
co milczy w pełni swych światów.
A milczenie to — czeka.
Od jakich wód duch zawiał na nowo.
i tu poruszył bezkrewne pustki?

Wody przycichły.
Cóż to za szum przemożny skrzydeł?
Cóż to za piór pobłyskiwanie?
To słońca odzwierciedlenie.
Coż to za cud złocisty,
Piękniejszy niż wszystkie płomienie?
To hymn zmartwychwstań, królu Lemuelu

Słyszę feniksów śpiew
I upojenie się zlewa
w pierś mą jak fala niebiańska
Czuję w sobie mego Boga.

Słyszę feniksów śpiew,
śpiew co ma mirry zapachy
i poryw zaprawny goryczą.
Czuję w sobie mego Boga.

Wszystek popiół jest nasieniem,
każda odróśl nowym kiełkiem,
cała pustka nową wiosną.
Czuję w sobie mego Boga.

W całym lesie palmy odrosły.
Cały las się rozrósł pod niebo,

żbyt niewoli swej i okowów.
Czuję w sobie mego Boga.

Na wierzchołkach palm Idumejskich[42]
Nie ugiąwszy ni jednej gałązki,
Odrodzone śpiewają feniksy.
Czuję w sobie mego Boga.

Wy feniksy całopaleń,
ja zataję blask waszej purpury
i nieznane gwiazd blaski u hełmów.
W sobie kryję mego Boga.

Wy feniksy całopaleń,
ja nie zdradzę słów, co ślubują
i co śpiew zaczynają i kończą.
Służę w sobie memu Bogu.


Senność pierwszego kwietnia. Deszcz o południu popada na liście-ustaje.
Drzymka moja zestraja mię z ogrodem, którego nie widzę.
Czuję, że morze jest w przypływie i że zalewa wybrzeże.
Śpiew ptaków oddźwięcza w mojej klatce piersiowej, jakby melodya uciszonym duchów.
Boska pauza. Drzymka ta podobna do upojenia, cicha, niezamąoona, jak strumyk na równinie.
Nie czuwa nademną Sirenetta, ale siostra Acqua, osoba, jak w pieśni nad pieśniami „pretiosa et casta“.
Długiemi swemi srebrzysto białemi rękami szuka w mej chudej nędzy żył, rozplata je, rozdziela, wydłuża i kieruje ku odczuciu ziemi i pokoju.
Zdaje mi się, że czuję jedną z tych żył idącą od mych barek przez ramię z jakąś niezużytą pewnością i przenoszącą się do palców, a poza palce wydłużającą się, jak smyczek z kryształu, którym granoby na narzędziu muzycznem ze strun deszczu wiosennego.
Słyszę deszcz, który po pauzie znowu padać zaczyna. Słuch mój unosi się nad sennością, jak owe liście pływające, które mają kształt ucha nadsłuchującego.
Melodya ptaków i duchów przycicha powoli.
Czuję nagle, że usta mi wysychają. Powłoka stalowa znowu odziewa mi język i podniebienie.
Wyciągam rękę do tej, co przy mnie czuwa.
„Siostro Acqua!“ szemrzy miękka glicyna. „Siostro Acqua!“ krzyczą krzewy róż, pragnące zakwitnąć. A bratki pochylają swoje twarzyczki rozpłakane i wzdychają: „Siostro Acqua!“
Jestem, jak jeden z owych stożkowatych pagórków, jak je malowano na tle obrazów umbryjskich, ze szczytem wyschłym góry krzyżowej i ze stokami, które przerzynają strumyki.

Piękną być sosną włoską
na jakiemś wzgórzu rzymskiem,
kiedy miesiąc jest w pełni —
i powiew odczuć nocy,
co muska miękkie szpilki,
nowo zrodzone śród starych,
na końcach starych konarów
a jak palce dzieci, różowe.

Najwyższym i najciemniejszym
być cyprysem w Villa d’Este
po zmierzchu — gdy fontanna
welon z włosów odsuwa
od ucha, co wodą wytryska,
i wsłuchuje się cała
w szum z oddali płynący
Tyburtyńskiej kaskady —
i wdzięk pełny wieczoru
wyczuć jasną zielenią,
co obrębia liście ponure.
Ślepej trawy
być duchem na Forum
i cierpliwie się silić,
aby ślady odnaleść porysowań na kamieniach,
po których stąpały pochody tryumfatorów.
a w końcu je odszukać
i całą siłą nikłej głowy
w górę strzelić, zazielenić i cieszyć się słońcem,
co nigdy nie widziało nic większego od Rzymu.


Krótka pauza. Znowu tęsknota cięży mi na sercu smutek wyżłabia mi pierś.
Luigi Bresciani i Roberto Prunas przyszli z wizytą — i donoszą mi, że nazajutrz rano odbędą długi lot próbny — i że próba ta będzie też ostatecznem objęciem przez nas wielkiego statku powietrznego, w którym wszyscy my walczący nad Adryatykiem pokładamy nadzieję przewagi i zwycięstwa.
Serce bije mi tak gwałtownie, że zdaje mi się, że już umieram. Wstrzęśnienie nie daje mi słów dosłyszeć. Czuję, że Gino[43] pochyla się nademną i rękę swą kładzie mi na serce. Tracę wszelki zmysł czasu i miejsca. To tak, jak wówczas, kiedy opieraliśmy się jeden o drugiego, aby wzajem się podeprzeć, a czterech majtków ująwszy prześcieradło na czterech końcach, zwłoki naszego Miraglii nieśli do otwartej trumny, równolegle do łóżka stojącej na ziemi.
Nagły ten dreszcz więzi moje ciało, jak bryła lodowa i zdaje mi się, że mój towarzysz broni u wiązł w takiej samej bryle.
Ile czasu mija?

Serce uspokaja się, ale umieram z żalu.
Gino i Roberto poszli w nocy. Jutro rano jeden obok drugiego staną w skrzydlatym statku wielkim, jak bywało ja i mój sternik, którego twarz w twarz spotkam jeszcze dnia jakiegoś.
Przekroczyłem zakaz lekarza.
Podniosłem się na łokciach, aby im przesłać ostatnie pozdrowienie i ostatnie życzenie.
Nigdy tak szalonej nie miałem chęci wstania z łóżka.
„Weźcie mnie z sobą! Ratujcie mnie — a ja was uratuję. Kto mnie niesie, niesie szczęście moje.“
Nie słyszą mnie już. Oddalają się przez ulicę, idą przez plac a może już przez most.
Zapewnie mają współczucie dla mnie tu uwięzionego. Ale nie mogą nie być pijanymi, jak my nimi byliśmy w przeddzień każdej próby.
A jest to druga noc kwietnia, czas nowiu. Ponad dachem widzę niebo wygwieżdżone. Gwiazdy wiosny wydają mi się, jak kwiaty drzewa migdałowego. Woń ich przepływa błękity, wiatr i tęsknotę młodości.
Chciałbym się upić gwiazdami kwietniowemi.
Dlaczego tak szybko odeszliście mnie? Dlaczego Gino odszedłeś tak szybko?
Przed chwilą zdawało mi się, żeś związany ze mną, jak owego grudniowego wieczora, owego wieczora 23 grudnia, kiedy wstałem, dotknąwszy wargami trupa od trzech dni leżącego i widziałem cię bez kropli krwi w twarzy z ustami dziecięcemi kurczowo skrzywionemi, kiedy głowę moją oparłem na twoich plecach i szlochałem z tobą.
Gdybyś pozostał tu jeszcze, gdybyś Robertowi Prunas odejść był dał i tu ze mną sam został jeszcze chwilę, zapewnie zjawiłby się przed nami ten, w którego ukochaniu prześcigaliśmy się; stałby tu przed nami, między mojem łóżkiem a twojem krzesłem.
Coż cię tak nagliło?
Czy czekała ciebie mała twoja przyjaciółka, której nigdy nie znałem, w domostwie twojem, pod sklepieniami Barbarigo, do którego nigdy nie zaszedłem.
Czy czekały ciebie psy, które jednego wieczora grudniowego mnie i Beppinowi stojącym przed płaskorzeźbą ze Zary w Santa Maria del Giglio znać dały, że nadchodzisz.
Czy czekała na ciebie muzyka, która, zdaje się, pomocną ci jest w uniezawiśleniu twoich konstrukcyi od praw ciężkości.
Nie wiem, dlaczego dziś wieczorem tyle żalu po sobie zostawiłeś we mnie. Zdaje mi się, że na strwożonej piersi czuję jeszcze nacisk twojej ręki.
Masz czasem wyraz dziecka i mówiłeś do mnie, jak do dziecka, przyrzekając mi, że czekać będziesz na mnie z pierwszym wzlotem twego aparatu przeciw nieprzyjacielowi.
Wyglądałeś, jakbyś mnie łudzić chciał.
Ale ja wstanę. Za dni kilka wstanę. I na nowo rozpocznę. I mówię ci, żaden szalony zamysł nie dojdzie do skutku bez mojego szczęścia.
Wstydziłem się chęci mojej wyzdrowienia. Ale teraz wiem, że daremnie udręczać się dałem. Oko moje stracone. Nie ma w niem już ani motyla, ani paproci. Przeraźliwy czarny pająk rozparł w niem w samym środku cielsko ociężałe. I nikt go nie wypędzi.
Zdawało się, że lekarze moi obawiali się cudu. Teraz nie obawiają się już. Dopełnia się los złowrogi. Wiedz o tem.
Towarzyszem mieć będziesz bardzo czujnego cyklopa.
Gdzie jesteś? Czy w domu swym, z kobietą swoją i psem? Czy wróciłeś do arsenału, aby znowu się dostać do twojego orła morskiego, nad którego ostatecznem wykończeniem pracują może w nocy twoi mechanicy?
To, co tu w ciemności piszę na paskach papieru, dość podobnych do owych, na których przy ogłuszającym łoskocie motoru spisywałem na statku moje spostrzeżenia i zarządzenia, to, co tu piszę, chciałbym dziś nocy jeszcze ci przesłać. Chciałbym, abyś dziś nocy jeszcze wiedział, jak myślę o tobie i ile ci zawierzam.
Ale nie udałoby ci się może odczytać tych znaków.
I dziś w nocy łóżko moje chwieje się i kołysze, jak dwupłatowiec rozpięty między niebem a morzem.
Nie będę spał. Nie mogę spać w nocy. A ty — czy spać będziesz?
Winieneś spać. Mieć musisz jutro rano rękę niezawodną, oko bystre, umysł jasny.
Masz nową broń dać ojczyźnie.
Z tobą zniszczymy Polę. Nic nie oszczędzimy — tylko koloseum, rzymskie starożytności i ślady Włoch.
Z tobą zapanujemy nad wybrzeżem Dalmacyi. Zagrozimy miastom: Cattaro i Durazzo.
Taką mam tęsknotę szaloną, zobaczenia cię znowu, rozmówienia się z tobą.
Czy nie słyszysz, że cię wołam?
Jeśli nie spisz, dlaczego nie wracasz do mnie?
Serce znowu uderza mi aż w gardle. Jak straszliwy motor mam w piersi.
I nie wiem, czy umieram z oczekiwania, czy ze smutku, czy z pragnienia.
Czy ty to wiesz? Moi kaci nie dają mi pić.
Surowi są względem mnie, jak ty nim byłeś wobec Luigiego Bologna, kiedy spadliście z aparatem w morze i pozostaliście w morzu nieprzyjacielskiem — i kiedy po długich godzinach pokus, nie mogąc znieść dłużej męk pragnienia, ugasić je chciał wodą twojego radiatora — a ty pistolet przyłożyłeś mu do skroni mówiąc: „Ubiję cię, jeśli mi jednej tkniesz kropli“.
Jak podobał mi się u ciebie ten czyn heroiczny wobec bohaterskiego towarzysza broni ku zbawieniu broni i dwóch bojowników! U ciebie, który masz uśmiech tak nieśmiały, u ciebie, który swoją jasną głowę oficera marynarki bez zarostu nosisz, nieco pochyloną ku lewemu ramieniowi.
Ale dziś w nocy daj mi łyk wody z twojego radiatora.
Nie śpię. Spać nie mogę. W nocy mniej jeszcze, niż za dnia.
Teraz, kiedy lewe moje oko widzieć może trochę światła, nachodzi mnie trwożny niepokój, ilekroć na szybach wpół przymkniętego okna zmierzch szarzeje.
Jest to godzina, kiedy cień kładzie się na całe miasto — a ja błagam, by nie zamykano okna. Piję ostatnie promienie światła z tęsknotą umierającego.
Kiedy okiennice zawarte są, pokój zamienia się w trumnę. Cztery ściany zacieśniają ciało, jak cztery deski. Błędne światełka w głębi mego obwiązanego oka tworzą widmo spektralne w bezsenności.
Czy Gino Bresciani śpi?
Znowu słyszę largo z „tria duchów“. Mała przyległa izba, dźwięcząca jak dno resonansowe, zatrzymała je w sobie, jak kufer woń zachowuje.
Dziś dwugłos skrzypiec i wiolonczeli jest tylko modlitwą błagalną wznoszącą się z głębin śmierci.
Przypominam sobie wieczór grudniowy, w którym, jak znużone zwierzę juczne do żłobu, swoje usta włożyłem w pełnię śmierci, między deski jodłowe pełne rozkładającego się ciała.



Zasnąłem dopiero w dzień jasny, kiedy widziałem już światło przedzierające się przez szczeliny okiennic i kiedy usłyszałem budzenie się kanału ze znanemi mi głosami i dźwiękami.
Wciąż czułem w drzymce swej kołysanie się łóżka a w mojem wnętrzu tętno chorego motoru.
Późno już. Drzymka żadnej nie przynosi ulgi. Czuję się znużonym i zbitym. Usta wyschły mi tak, że nie zdołam wymówić słowa. Serce zaburzone skacze i przyspiesza bieg swój z szaloną gwałtownością. Pielęgniarka zmienia mi kompres i bandaże. Jej ręce drżą.
„Kto przybija do brzegu?“ pytam.
Łódź motorowa trzeszczy w ruchach przy lądowaniu. Wrzask ogłuszający. Szyby brzęczą i mury drżą.
„Pójdę zobaczyć“ odpowiada.
Wychodzi. Wraca.
„Dwóch oficerów marynarki zeszło z łodzi i idą w kierunku na San Maurizio“.
Hałas nie ustaje. Sprawia mi ból w każdym nerwie. Pełen jestem krzyku, który nie wychodzi mi z ust.
Słucham. Słyszę kroki na ulicy.
„A teraz?“
Pielęgniarka wychodzi. Wygląda oknem w pokoju przyległym. Wchodzi z powrotem.
„Dwóch oficerów odprowadza damę w welonie. Dali jej wsiąść do łodzi. Znowu odjeżdżają“.

Dwie godziny minęły.
Łódź motorowa znowu zatrzymuje się nad brzegiem i wstrząsa hukiem dom cały.
Pytam pielęgniarki.
Wychodzi i wraca.
„Dwóch oficerów odwiozło damę zawoalowaną. Omdlała, zdaje się. Podpierają ją“.
Zdaje mi się, że nie jestem już w pokoju, że nie jestem już w łóżku.
Rozciągnięty jestem na ulicy blizko brzegu cuchnącego zgnilizną po odpływie morza.
Leżę tu jak żebrak bezsilny.
Głowa moja obwiązana jest od niepamiętnych czasów. Mam ranę, której nikt nie odkrywa, nikt nie leczy.

Nic smutniejszego na świecie od tego małego wybrzeża, na które biedna towarzyszka zmarłego przyszła, aby wejść do łodzi i pojechać zobaczyć trupa — i na które zeszła z tej łodzi, zobaczywszy go po raz ostatni.
Opuścić musiała pokoje, w których żyła z nim i jego psami. Stała się tam intruzem i schroniła się do jakiegoś nieznanego mi domu w Campo di San Maurizio, niedaleko odemnie. Jest samotna, biedna, nic już nie posiada.
Cóż robi tej godziny? Czuwać przy swoim przyjacielu nie może. Zwłoki leżą w Sant Anna, w tej samej izbie żałobnej, w której czuwałem trzy nocy przy Giuseppe Miraglii.
Majtkowie pełnią straż jak wówczas.
Wielka bandera okrętowa okrywa ścianę.
Któż mi powiedział, że twarzy jego nie odsłoniono, gdyż całą ją popaliła eksplozya zbiorników?
Jak Giuseppe Miraglia, jak ja prawe oko ma zranione.
Cały bok prawy potłuczony, złamany.
Świece chwieją się i dopalają w moim mózgu, jak wówczas.

Widzę biedne stworzenie owdowiałe, jak wciąż tam i nazad idzie w ulicy nadbrzeżnej wzdłuż pokruszonych murów ogrodu.
Nie może odejść.
Jest łachmanem bijącym o ciemne cegły, jak krew zastygła.

Zawsze widziałem coś złowrogiego w tym małym brzegu zielonawym od owego wieczora jeszcze, w którym stara gondola długo uderzała o jego stopnie wynurzone z wody po odpływie a cuchnące jakby na skraju dołu kloacznego. Stopnie tak wysoko się podniosły, że nie można było zejść do łodzi.
W szary i wilgotny poranek z końcem stycznia wychodząc z domu słyszałem głosy kobiet, pochylonych nad kanałem. Zapytałem, co robią.
Topiły pięć kociąt, zrodzonych tej nocy. Przyniosły je we fartuszkach i rzucały jedno po drugim do wody. A ciasna ulica i plac piasty z obmurowaną studnią cuchnęły mordem.

Cień nieszczęsnej nie zejdzie już z tego muru. Kamień oblany jest jej płaczem, oblany falą jej łez.

Gdzie jest Roberto Prunas tej nocy wyniosłej. Dokąd uniesie prąd jego trupa?
Oto prąd nocny płynie ku mnie i przynosi mi go między przypływem a odpływem morza.
Widzę twarz jego oliwkowo zieloną zestarzałą dwiema głębokiemi zmarszczkami, które przecinają mu usta delikatne.
Twarz jego, jak sardyńskiego pasterza ma rysy wyżłobione przygnębieniem i rozmyślaniem. Posługiwał się ironią, a czasem dowcipem, ale twarz jego była jak kraina przerżnięta wyschłemi potokami, czekająca nagłej ulewy. Zmarszczki od łez przecinały mu lice aż po brodę. I zdawało się, że której bądź chwili zapełnić się muszą.
Tej nocy jest w morzu sam, zagubiony w głuchych bezmiarach.
Może jakiś torpedowiec z pogaszonemi światłami jedzie nad nim.
Ciało jego nabrzmiało. Sól żre rany jego spalenizny.

Widzę upiorną postać biedną, przesuwającą się wzdłuż muru i to ciało zimne toczone przez prąd.
Luigi Bresciani spoczywa na marach pod całunem.
Moja wiązanka kwiatów leży u jego zwartych nóg.
Plusku o pomost, który słyszeliśmy, czuwając przy naszym biednym towarzysza broni, on już nie słyszy.

Budzę się od nagłego bicia serca i czuję deskę twardą zapierającą mój łokieć prawy.
Kto tu przyniósł trumnę mojego towarzysza broni? Poruszam łokieć lewy i na taką samą trafiam przeszkodę a może to być tylko trumna drugiego mojego towarzysza, który zawsze jest po stronie mego serca.
Między jedną a drugą leżę odkryty. A kiedy bicie serca się ucisza, słyszę pianie koguta. Dreszcz zaciska mi piersi.
Słucham. Nie jest to śpiew w modulacyi czterech tonów. Jest to skarga o jednym to długim, to krótkim tonie. Ucho z wielkiem natężeniem tylko rozpoznać ją może.
Kogut nad wodą smutniejszy jest niż kogut stepowy, którego pianie: Desiderio Moriar[44], słyszałem na piaskach dalekiego zachodu.
Słyszę głuche uderzenie, ale nie jest to już bicie mego serca.
To ciało, które uderza o stopnie brzegu, prawie na poziomie kamieni brukowych ulicy.
Morze w przypływie.
Wczoraj człowiek, który odnosił do szpitalu w Sant Anna wieniec żałobny, widział powracającą z arsenału łódź podwodną, która zwłok nie odnalazła.
A oto ciało Roberta Prunasa przychodzi i bije o brzeg.
Zdrętwiałem.
Chce być z nami trzema. Chce, abym go kochał, jak tamtych dwóch.

Okno otwarte jest. Powietrze, jakby zgłuchło.
Po przez przepaski widzę słabe światło, po którem przesuwają, się ciemne cienie, jakby kobiety w płaszczach idące na czworakach.
Małe to obrazki, ale mają w sobie coś wyniosłego.
Na myśl mi przychodzą suplikantki w przedsionku zamku bohatera.
W mojem wnętrzu jest bol, który idzie na rytmem tego z prawej na lewą stronę wygiętego pochodu.
Zdaje mi się, że zwolna a wciąż zapada się pierś moja pod ciężarem cierpień i że nie mam siły, podnieść jej oddechem.
Kładę rękę na serce i nie czuję jego bicia. Puls jest słaby i prawie stłumiony.
Dzwon, tonący w obłoku fioletowym, dźwięczy w pośrodku nieba.
Dźwięk jej barwi moją wizyę, zstępującą niejako do nizin mego płaczu.
Lekki krok zawahał się na progu, jakby milczenie moje snem było lekkim.
Pytam: „Czy morze odpływa?“
Sirenetta przystępuje do okna i ogląda może stopnie kamienne, które wchodzą aż do ogrodu w Corè. Pięć ostatnich stanowczo zieleni się.
„Tak“ odpowiada.
I zielone, wilgotne tchnienie grobowe unosi się nad jej głową a potem przenika aż do mego serca zdrętwiałego.

Ile dni jeszcze do Wielkiego czwartku?
Kiedy ścichną wreszcie dzwony bezlitosne?
Dla mnie wydzwaniają tylko pożegnanie, rozstanie, rozdział, rezygnacyę, wyrok.
Unoszą ze sobą wszystko, co miłego dla mnie zrodzićby się jeszcze we mnie mogło, wszystko, co we mnie podobieństwo jakieś miałoby do utajonego dobra.
Zapadam w sen a dźwięki dzwonów wyrywają mi go i rozwiewają.
Uwięznę w jakiejś nadzieji a dźwięki dzwonów odbiorą ją i zniszczą.
„Zrobię to!“
”Nie zrobisz.“
„To mi się uda.“
„Nie uda.“
„Wzmogę się na nową, siłę, wolę i odwagę.“
„Mylisz się, łudzisz. Baśń twoja skończyła się.“
„To chciałbym umrzeć.“
„Umrzesz, żyjąc.“
I oto dźwięk jednostajny bez końca stąpa po smutku moim, wydłuża go, jak wałkarz ciasto wałkuje, jak forma wyciska cegły.
Teraz w łóżku tem obciosany jestem na duszy i na ciele. Nie nam już pogłębień na ciele — nie nam już wypukłości. Nie mam dnia wczorajszego, nie mam jutra. Umieram żywy.

Śniło mi się, że zwinąłem ciało moje, jak płaszcz bezbarwny.
Potem śniło mi się, żem je odwinął i powiesił na gwoździu sterczącym ze ściany bez koloru.

Zasypiając dziś rano czułem, jak przez palce moje przelewały się nici złote, które uprządł Tycyan w uzewnętrznieniu świętej miłości i w stroju miłości ziemskiej.
Na samem końcu palców miałem jakiś blask, jakby jasnowidzenia.

Renata i Venier rozciągają się na dywanie po bokach mego łóżka.
Oboje kładą ramiona pod głowy, naśladując moją pozycyę nawykłą mi przy spaniu.
Leżą spokojnie, ale ja słucham ich.
Słyszę stłumione westchnienie Sirenetty.
Okno niedomknięte. W całej przestrzeni i we wszystkich stworzeniach zaległa cisza na chwilę.
Życie moje przelewa się. Spływa ku obojgu po jednej i drugiej krawędzi łóżka, jak woda fontan bezustannie spadająca i wracająca z jednej figury do drugiej.

Widzę zwoje mego mózgu tak dokładnie jak na tablicy z rycinami dla studyujących fizyologię.
Rozróżniam wszystkie rozgałęzienia drzewa pełnego naczyń.
Ciało moje przejrzyste. Szkielet rysuje się dokładnie, jak w obrazie tańca śmierci Albrechta Dürera. Liczę żebra i kręgi. Cienka sieć nerwów jest rdzawego koloru.
Krew zgęszcza się coraz więcej. Nachodzi mnię chęć ubić ją jak mleko w maślnicy tłoczkiem, albo schudzonemi kośćmi własnych rąk.

Wracają fioletowe zjawiska.
W oku mam las z ametystu. Ze wszystkich stron zlatują roje ptaków i siadają na skostniałych gałęziach.
Pierwsze są żółte, jak kanarki. Potem rodzaje i odcienie mnożą się bez końca.
Przypominam sobie nader miły epizod, o którym opowiadał mi dowódca posterunku Thévenin w przeddzień bitwy pod Marną, podczas gdy ja przygważdżałem chorągwie do palów mojego nędznego namiotu.
Do portu w Marsylii zajechało kilka okrętów, które przywiozły bardzo wielką ilość ptaków, przeznaczonych na targi w Europie.
Importerzy, zrezygnowawszy z możliwości utrzymania ich, otworzyli wszystkie klatki. I przez kilka dni miasto olśnione było od przeróżnej mnogości latających klejnotów a przy każdem wyładowaniu okrętu widziano, jak wojska kolonialne przechodzące ulicami, spoglądały w górę twarzami ponuremi, które dziecinny znowu przybierały wyraz nad nowym cudem.

Z Alp i z Krasu przesyłają mi żołnierze kwiatki zbierane w rowach strzeleckich i dolinach, liście wawrzynu uszczknięte w pochodzie przez ogrody zniszczone.
Z mojej ziemi w Abruzzach kobiety zabobonne przesyłają mi woreczki z leczniczemi ziołami i słoiczki z maścią.
Weteranie z nad Marny i z Verdun przesyłają mi w narzeczu wojennem swe rubaszne słowa braterstwa, które więcej posilają niż jakikolwiek balsam fałszywy.
Talizmany z wszystkich materyi i we wszystkich kształtach zebrały się w kupę obok mego łóżka a każdy z nich zawiera tajny cud, który odsłonić się może tylko wierzącemu.
O świcie śniłem, że matka moja pochyliła się nademną z twarzą odmłodzoną i zdjęła mi bandaż i otworzyła mi powieki, naprzód łagodnie chuchając na nie tchnieniem swojem a następnie naciskając wargami.
Byłem uleczony. Odzyskałem wzrok w całości. Oko odżyło świeże i jasne, jak młodzieńca, kiedy się budzi.
Tak żywe było złudzenie, że drżąc podniosłem się na łokciach. Zdjąłem lekki bandaż, suchy kompres. Zamknąłem lewe oko. I znów zobaczyłem czarnego nieruchomego pająka.

Moja matka nie wie, nie rozumie. I ona pogrążyła się w swej ciemności.
Ale od dni kilku odwiedza mnie z twarzą mniej skrzywioną, z twarzą, którą widziałem przed wygnaniem.
Przynosi mi obrazy dalekiego życia tak wyraźne, że dotknąć się ich mógłbym, jak żywych. Przyprowadza czasem kogoś z naszych bliższych znajomych.
Przywiodła ze sobą dzierżawcę Rafaela, naszego Rafaela, który tak dobrze naśladować umiał głosy ptaków przelotnych, a z kości, trzciny i skóry sporządzać umiał wszelkiego rodzaju przynęty.
Rafael przyniósł mi żywą przepiórkę i przypomina mi nią, jak litowałem się nad przepiórkami więzionemi w niskich klatkach z pręcików, o których kolec biły główkami i ciągłemi uderzeniemi odzierały je sobie aż do kości.
Znowu słyszę te bezustanne uderzenia. Znowu widzę te małe nagie czaszki, te dziobki okrwawione. Cztery ściany i cztery deski moje wypełniają się tym samym smutkiem, który wówczas wypełniał dla mnie cały nasz stary dom i nagłą we mnie budził chęć ucieczki lub samobójstwa.
A samobójcze przychodziły mi myśli, kiedy dom cały rozbrzmiewał rykiem zarzynanych na podwórzu świń utuczonych, których krew ściekała do podstawionych mis. Zgroza gnała mnie od pokoju do pokoju. Życie sprawiało mi lęk, jakby ścigało mnie z włócznią, w pięści. Chowałem się w kącie, twarz odwracałem do ściany, ręką przysłaniałem usta drgające. Łkałem całemi nocami. A nazajutrz tak byłem wyczerpany, jakby mi krew upuszczono z tętnicy.
Dlaczego z tak dalekich stron nawiedza mnie pokusa ucieczki jednym skokiem z tego zamętu wszystkich okrucieństw i przerażeń?

Zbrojny w swoją tafelkę przedziurawioną i w lusterko okulista, stojąc przedemną badał; czy oko moje wygasło, czy mózg rozpalony?
Miał wyraz twarzy surowy.

Dzień wietrzny.
Słyszę łoskot uderzających o brzeg łodzi. Słyszę przeciągłe wycie kanału. Słyszę głosy załamane i rozrywane w strzępy.
Podmuch wiatru dochodzi aż do zamkniętego pokoju. Drzwi skrzypią bezustannie.
„Przychodzę. Kto mnie woła!“

W małym pokoju, w którym wczoraj kwintet wojenny grał stare i nowe utwory muzykalne, rozprawia dziś kwintet lekarzy. Jest ich pięciu jak pięć palców ręki macającej w ciemności.
Słyszę ich głosy przez drzwi, przez które trwożliwie nasłuchuję, co nademną zawisło.
Nigdy nie ucierpiałem tyle od głosu ludzkiego, co w tej godzinie. Zagmatwana dysputa jest jak narzędzie tortury, działające na odległość. Żywe ciało moje skręca się, w różnoraki przeszywane sposób, to zwolna, to z gwałtownością w miarę intonacyi głosów.
A jeden tu głos mnie dochodzi, najostrzejszy, najbezlitośniejszy, który piłuje mi jedno żebro po drugiem, dłutem obrabia moją kość mostkową.
Drugi głos, kiedy wklucza się w ten chór przeraźliwy, ostrem wydaje się narzędziem, które raz po razie rozpoczyna wyjęcie mi oka i znowu ustaje.
Kiedy ta męka się skończy?
Oto słyszę, jakby jednogłośny śmiech ochrypły ponurego kwintetu.
Smutne moje oko leży tam na stoliczku obok popielniczki, jak jeden z owych sztucznych, pomalowanych preparatów anatomicznych, które służący wszechnicy od lat ociera z pyłu a profesor na wykładach pokazuje niechętnym słuchaczom.
Przelotny promień słońca prześwieca flaszeczkę z żółtą atropiną, oświetla watę zwiniętą w kłąb, jak olbrzymi oprzęd gąsienicy, zwoje gazy i kielich, w który Sirenetta włożyła najpiękniejszą, dziś rano zerwaną różę.
Kos gwiżdże tak głośno, że jakby siedział we framudze okna.

Jak ten bezmyślny kos mnie nuży!
Cały dzień śpiewa ani razu nie odmieniając swej wstrętnej melodyi.
Wydaje mi się jednym z nieprzeliczonych moich sędziów.
A któż w świecie kiedy więcej był sądzony i zasądzony odemnie.
Widzę nad rozkładającym się trupem moim zebranie sędziowskie robaków.
Jeden z moich towarzyszy broni, rozgoryczony powiedział mi któregoś dnia zeszłego października w Gradysce na kładce nad Soczą: „Oby mi los pozwolił umrzeć śmiercią, po której ludzie już sądów o mnie wydawać nie będą mogli!“
Zeszłej nocy śniło mi się, że granat pękając oderwał mi nogi, ręce i drugie moje oko. Stałem się bezkształtną masą, która ociekała krwią na kamienie Krasu, „Sądźcie mnie.“

Piękna dusza ukontentowanie swoje znajdzie tylko w pełnem oddaniu się.

Ale kiedy miłość przestanie mi ból sprawiać?“

Pewnego dnia, dzieckiem jeszcze widziałem tam w dole w Pescarze, na mojej stronie rodzinnej, kawałek chleba na miedzy na kamieniu.
Nikt z przechodniów nie podjął go.
Ja też go nie wziąłem.
Znowu znieruchomiony jestem; we mnie i dokoła mnie jest coś miękkiego, jak gdybym leżał na dnie błotnem bagna.
Wilgoć okładu mego na oku przenika powoli przez wszystkie bandaże, któremi obwiązano głową moją.
Zapewnie wieje wiatr wschodni. Po przez jego monotonię słyszę miarowy plusk deszczu o oszklenie na suficie łazienki a od czasu do czasu spadanie kropli do wanny, którem czas odmierzam.
Mam uczucie, jakby krople deszczu spadały na powierzchnię wody stojącej, w której leżę.
Wszystko jest szare, zimne ociężałe.
Nuda we wszystkiem: w poduszkach, prześcieradłach, w moich kościach, w szmerach, które słyszę, w świetle, które widzieć mogę.
Myśli, posępność moja, cierpliwość, wstręt, zniechęcenie, wyczekiwanie wszystko takie same ma właściwości, jak ten oto wilgotny okład, który ogrzewa się mojem tylko ciepłem.
Straszliwe życie w oku mojem zagasło. Demon ognia nie siedzi już pod moją siatkówką. Mózg mój widzi tylko siny pęcherz, który powstał z injekcyi, a który i wczoraj lekarz pokazał mi w swojem krągłem lusterku.
Sznurek łez i krwi ścieka mi ze szpary z pomiędzy osłabionych niedomkniętych powiek.
Dusza chuchać by chciała na miejsce chore, jak dmuchamy na pochodnię, aby znowu się zażegła.
Żal mi został za ślepotą, która gorzała płomieniem i ciskała iskrami.
Teraz uwagę zwracam na ciało leżące. Rozglądam się w niem od karku do stóp, aby odnaleźć sok życiowy, który w niem jeszcze pozostać mógł, aby odkryć jakieś miejsce, zdolne do życia, które mogłoby puszczać pączki.
Tam w dole są nogi... tak jakieś dalekie, obce, jak nogi zamarzłego, jak te, które parami widzieliśmy w szpitalach, kiedy żelazo chirurga pracowało bezustannie.
Teraz zdaje mi się, jakoby wola moja nie zdołała już ruszyć ścięgien moich złączonych w jedno grubych palców.

Pielęgniarka mówi, że krzewy róż w ogrodzie pokryły się już liśćmi i puszczają pęki.
Deszcz zmywa delikatną zieleń.
Hyacynty chylą się ku ziemi, niektóre łodygi łamią się przy tem i sok z nich wycieka.
Zdaje mi się, że mam go tu między palcami kleisty, jak różdżkę świeżo lepem nasmarowaną.
Po męce owego wieczoru obraz tego kwiatu w dziwny sposób odbija się w moich wrażeniach.
Deszcz spłókuje ziemię dokoła rośliny i odsłania cebulkę perłową, jak gałka oka.
Słyszę kroki na schodach, słyszę głos Sirenetty.
Czuję zbliżanie się jej, jak woda czuje lot ptaka brunatnego, który odbija się wieczorem w jej falach.
Przyprowadza młodego lotnika ze Sant Andrea, miłego towarzysza, tego samego, którego nazywałem swoim giermkiem, bo zawsze pomocnym mi był przy wdziewaniu futra, obuwia, rękawiczek i hełmu.
Z nieopisaną ostrożnością przystępuje do mojego łóżka.
Oczy jego nie spostrzegają mnie może, bo przyszły z jasności.
Stoi u krawędzi łóżka. Czuję, że drży. Klęka.
Zwracam nieco ku niemu moje nieobwiązane oko.
Twarz jego jest prawie na poziomie mojej twarzy.
Rozróżniam na jego ramionach koronę i złote gwiazdy odznaczenia.
Rozróżniam jego włosy ostrzyżone nad jasnem czołem.
Jest wzruszony. Przedewszystkiem zobaczył pewnie moje białe bandaże.
Bierze moją rękę i mruczy słów kilka.
Oddycham wonią morza, która płynie od niego, oddycham wiatrem wyżyn i zapachem, który wciągamy na samolocie, kiedy śruba aparatu się obraca.
Czy wraca z jakiegoś lotu? Czy długie jego ręce nie dawno spoczywały na dźwigni?
Słyszałem o nim, że wczorej próbował wzlecić nad Polę. Jakie trzydzieści mil od wybrzeża woda w cylindrze zmusiła go do zlotu na morze. Ponieważ nie udało mu się naprawić szkody w dostatecznej do dalszej jazdy mierze, próbował, posuwając się po morzu, wrócić do wybrzeża.
Morze było ledwie zmarszczone — widnokrąg cały pusty.
Nagle w smudze wodnej ciągnącej się za spodem, wyskoczyło coś czarnego, błyszczącego, a w pobliżu skrzydeł statku zajaśniało jakby błyskawica. Wygięty grzbiet jakiś zagrodził drogę areoplanowi! Taniec w morzu rozkołysał się dokoła prześlizgującego się aparatu.
Był to orszak delfinów. Ruchami swemi skocznemi i posuwistemi szły nie tylko za smugą spodnią, ale tu i ówdzie trącały o ster i skrzydła i groziły lekkiemu statkowi rozbiciem.
Młodzieniec pochyla głowę ku mnie, aby widzieć mój uśmiech, świeży swój śmiech zbliża do mojego uśmiechu, rozdartego twardym kruszcem moich ust.
Nowy rodzi się mit. Delfiny, przyjaciele ludzi, już nie dokoła okrętu Ariona tańczą, ani dokoła zwłok Ikara, unoszonego kościami ptaków oskubanych. Ikar wodę muska płaskim lotem, podobnym do lotu mewy, ścigającej łup w wodzie płynącej.
„Aby się obronić, musieliśmy chwycić za karabin maszynowy“ — dodaje lotnik, śmiejąc się. „Wtem pękła śruba. Zimna woda trysnęła mi w twarz. Delfin skacząc dostał się między skrzydła koła. Nie mogliśmy dalej jechać. Ale widać już było wybrzeże. Inny delfin w skoku swym połamał nam koniec lewego skrzydła. Łódź torpedowa przyszła nam z pomocą. Wlokła nas z sobą przez kanał Malamocco[45].

We śnie moim łóżko kołysze się wraz ze statkiem na długich falach.
Przypomina się dreszcz, jaki przed laty młodzieńcem jeszcze uczułem, kiedy płynąc w Adrii w odległości kilku łokci od obnażonych moich piersi zobaczyłem nagle wynurzającego się z fal delfina.
Oczy palą mnie, jak piana morska, która twarz zalała.
W ustach mam smak soli silniejszy, niż smak stali.
Znowu jestem sam.
Kompres wysechł, opatrunek rozluźnił się. Oko łzawi się, zraniona powieka pali mnie.
Żar bez płomienia objął moją głowę. Niema wściekłość przeciw ciału własnemu wypełnia mnie od stóp do głowy.
Ręka moja podnosi się, chciałaby zrzucić bandaże, zrzucić prześcieradło.
Cierpliwość wije się we mnie jak zwierzę karane.
Brwi moje są jak ciernie. Bezduszne łzy ściekają mi aż do warg wyschłych.
Nie czuję woli w sobie, lecz nad sobą; unosi się nademną, jak ostry brzeszczot, tak długi, jak moje leżące pod nim ciało.
Z dziwną przykrością przypominam sobie studnię różową, z marmuru weroneskiego, która stoi w pośrodku mojego pola małego. Na dnie jej była woda niezdrowa, a drewniana przegniła pokrywa rozpadała się w kawałki. Zwierzchność zatkała tedy usta tej studni wapnem.
Teraz małe pole nie oddycha już. Wargi jego milczenia nie: przymknięte, ale przypieczętowane są. Tu na łożu mem czuję, jak ono cierpi.
Sirenetta przypomina mi obrazek z dalekiego wschodu, obrazek drogi mojemu zmarłemu.
Dziewczyna wychodzi z domu o porannej ciszy, po wodę. Wtem spostrzega, że podczas nocy powój oplótł linę wiadra i strzelił kwieciem. Wraca tedy do domu i mówi: „Powój zabrał sobie linę, któż mi teraz da wodę?“
Na rogoży słomianej siedzę tam i słucham jej słów.
Słyszę szelest próżnego dzbana, stawianego przez nią na ziemię.
Miły głos dziewczyny wstającej po ustawieniu dzbana orzeźwia mi gardło, jak woda zaczerpnięta w najtajniejszych zaciszach cienia.

I wtedy byłem przy tem i stałem, objęty ciszą wieczorną na progu, kiedy kobieta wychodziła z domu, aby wylać wodę z kubła, w którym wyprała suknie. Choć kubeł był ciężki, kroczyła lekko bosemi nogami po łące a suknia jej unosiła się bez szelestu.
Śród trawy zatrzymała się. Ochrypłe ćwierkanie owadów upojonych wieczorem wzlatywało z ziemi w powietrze. Cała łąka żyła, dzwoniła tonami i blaskami lśniącemi.
Zauważyłem, że stopa jednej jej obnażonej nogi oświecona była od ognika błędnego.
Kobieta stała nieruchoma z kubłem na głowie i słuchała.
Odwróciła się i podeszła ku progowi domu ostrożniejszym jeszcze, lżejszym jeszcze krokiem.
Weszła znowu do domu. Cicho postawiła niewypróżniony kubeł na dawnem miejscu.
Zasądzono ciało moje na dręczące poty przez długie, długie tygodnie, wysuszone je, ledwie nie zginąć mu dano z pragnienia; żyłę za żyłą, włókno za włóknem.
Cierpiałem od posuchy, jak niektóre okolice rzymskiej Campanii, które poszarpane słonecznym żarem, wydają wyziewy malaryczne.
Usta moje wiecznie otwarte podobne były do jednej z tych szczelin wielkich, suche były i twarde, jak grunt wulkaniczny. Ścierpły od metalowego smaku jodu, nie miały już żadnych przymiotów ludzkich, były otchłanią rozpaczy, każdej chwili grożącą pęknięciem, ilekroć gardło zaciśnięte siliło się je zwilżyć.
Zgęstniona, jadem zaprawna krew zalewała mi serce, którego trwoga śmiertelna bezustannie się temu broniła.
Widziałem moje kości, lśniące białe jak szkielet, opuszczony w piaskach pustyni.
Myślałem o tych małych roślinach pustyni arabskiej, które zwilżone nocną rosą, czas krótki kwitły w świetle poranka, zanim pod razami morderczego słońca nie padły ścięte na ziemię. El-Nar, mój wierny koń, którego właśnie rozpętałem, ugryzł kilka z nich i podniósł swojemi czułemi pięknie rysującemi się wargami.
Teraz mam w sobie przelotną szczęśliwość tych roślin, całą radość jasnego o świcie przebudzenia się.
Napiłem się. Pozwolono mi napić się.
Woda przenika wszystkie moje nerwy, przebiega w całem mojem ciele, jakby nowy sok życiowy, który ożywia drzewo usychające.
Zapłodniony jestem.
Świeżość sączy się we mnie aż do korzeni.
Wszystko we mnie odżywa, nowego zaczerpnęło życia z głębin.
Podnoszę głowę jakby szyja moja była nowo odżytą łodygą.
Ale słodka a tyrańska zarazem ręka napowrót ją obciska.
El-Narze! lotny ty ogniu pustyni, towarzyszu ty mojej wolności bez kresu!
Chyli ku poduszce mej swoje nozdrza wrażliwe i obwąchuje mnie.
Wargami swemi, tak cienkiemi, że pić mogłyby wino z puharu, szuka dłoni mojej.
Prosi mnie, jak to zwykł, o garść jęczmienia.
W cieniu widzę białko jego oczu błyszczących światłem, jak oczy księżniczki.

Zwinny był i dziwnie godził się z moją zwinnością. We wszystkich naszych „chodach“ tworzyliśmy razem jakby jedno stworzenie. Kiedy w truchcie, lub też przystawając, zartem dotknąłem ostrogą, dotknąłem go pod żebrami, odwracał piękną swoją szyję z grzywą opadającą ku strzemionom a zarazem podnosił — w ruchu, podobnym do charta chcącego się poskrobać — tylną swoją nogę aż do wysokości strzemienia. Ten giest odporny tyle miał w sobie dziecinnego wdzięku, że nigdy powstrzymać się nie mogłem od powtórzenia tej gry żartobliwej.
Gdybym też usłyszeć mógł teraz jego rżenie, znowu odczuć mógł cudem jakimś jego żywotność pełną giętkości, spływającą w moje nędzne, wyczerpane ciało.
Kiedy u bramy jakiegoś bazaru z kobiercami zarzucałem mu piękne, czerwono, niebiesko i srebrem przetkane cugle, słyszeć mi dawał jakieś rżenie nastrojone molowo, jakby mi powiedzieć chciał, że się nudzi i że już czas wsiąść na siodło. A jak opisać mam srebrny dźwięk jego głosu, odzywającego się, kiedy wieczorem ostatnim galopem wracaliśmy z pustyni do Kaira i z daleka już widzieliśmy światła Bajramu, jaśniejące w zmierzchu perłowym.

Był o maści czerwonego kasztana, którą przodkowie nasi nazywali metalową. Kiedy potem okryty, z cienia wychodził na słońce, wydawał się jakby z ciepłego brązu ulany, z silną domieszką miedzi. Skądinąd niepokój jego nerwowej żywości i tętno jego żył widocznych nie dopuszczały porównania z kruszcem jakimkolwiek.

O El-Narze, błyskawico, podatna fantazyi mojej, ty, unosiłeś samotne szczęście moje, czy dziś niczem więcej nie jesteś, niż pyłem rozżarzonym i delikatnym, jak pył, który Samum rozwichrza w wirach swoich.
Kiedy nadeszła godzina odjazdu, zdobyłem się na odwagę opuszczenia cię, bo nadto kochałem doskonałość twoją w pustyni bezdrożnej, abym ci dał okuleć w zimnym zachodzie i zginąć w ponurej stajni.
Pocałowałem cię w czoło i między nozdrżami gorącemi od tchnień, które cię wypełniały.
Pochyliłeś wtedy piękną swoją szyję; ale grzywa twoja nie dotknęła ziemi, jak grzywa królewskiego rumaka bojowego Achillesa.
A przecież, gdyby bóstwo i tobie ludzkiego użyczyło było głosu, może i ty wyraziłbyś był mi swój ból, wieszcząc mi mój los.

Ogrody w Aziych, zakwitnijcie mi znowu!
Młody jeszcze jestem, nie boję się pustyni.
Zdzieram bandaże, rozwiązuję kolana uwalniam nogi.
Świt ranny kocha mnie. Oto piję rosę, zmyć chcę wszelkie trucizny krwi mojej.
Jutrzenka kocha mnie. Oto czuję zdżbła zboża, podnosząc się, aby serce memu wrócić rytm pełnej siły.
Sam uczesałem czupryny, grzywę i ogon mego konia. Sam dałem mu paszę; jęczmień z otrębami, sam go poiłem.
Dosiadam go. El-Nar rży ku słońcu.
Ów Aleksander, którego zaraz szukać poszedłem po wylądowaniu na przesmyku między jeziorem Mareotis[46] a morzem śródziemnem, zazdrościłby mi go z pewnością.
Patrzcie, ja i mój koń wierny jedną jest istotą. Serce moje raduje się i mówi mi, że ku nie codziennemu wybieramy się rozweseleniu.
Jadę przez most Oasr-en-Nil, przejeżdżam przez wyspę Gezireh, przez drugie ramię rzeki, zawracam na lewo, jadę wzdłuż brzegów tuż obok ogrodów w Gizeh.[47] Od przyczołku mostowego w Roda zwracam się na prawo i na długiej drzewami obsadzonej grobli trzymam się drogi wiodącej do Pyramid. Zaczynam oddychać wiatrem pustyni.
Kto się w pustynię udaje, idzie na pokuszenie.
Za Aziyeh z wyżyn nasypu widzę po lewej stronie pole róż. Jakby we śnie widzę wielki ogród róż, z krwisto — czerwonemi, płomiennemi kwiatami o długich mięsistych łodygach, podobny do ogrodu, który purpurą zajaśniał, kiedy Ś. Frańciszek tarzał się w cierniach róż.
Nie mogę stłumić uśmiechu cichego na myśl, że obraz Świętego staje przedemną na drodze w Egipcie w towarzystwie różawo lśniącego stada ibisów tchnących świętą jakąś prostotą.
Pochylam się ku grzywie i mówię:
„El-Nar, co poczniemy teraz.“
Ogrodnicy w długich niebieskich kaftanach tną róże i składają je do plecionych z wierzbiny koszów.
Serce bije żywem odczuciem poetyczności obrazu; nie wie jednak, a raczej wiedzieć nie chce, czy to bicie iść ma za duchem pokusy, czy za duchem ofiary.
„El-Nar, towarzyszu miły, jeśli cugli ci nie popuszczę, to nigdy chyba już nie będziesz miał szczęścia, na skraju pustyni przelecieć przez ogród róż.“
Rzekło się i zrobiło. Popędzam konia w dół po nasypie. Skaczę przez ramię rzeki i wpadam w gęstwinę. Słyszę dzikie okrzyki gniewnych ludzi. Widzę, jak przestali ucinać róże i chwyciwszy długie kije z wyciem pędzą za mną.
Zapewnie liczą na pierwsze przeszkody, które staną nam w drodze. El-Nar, pokrwawiwszy się już na ostrych cierniach, waha się przez kilka sekund, zanim piersią nie rozeprze krzaków, przez które przeskoczyć nie może.
Ale głos mój nakazujący starczy. Nie czuję już ukłuć, gardzi przeszkodami. Swywola odważnego młodzieńca udzieliła mu się i porwała go ze sobą. Zdobywa się znów na uskrzydlony galop wieczorów w pustyni, owych wieczorów jaśniejących światłami Bajramu. W szerokich pędzi skokach jakby na piasczystej równinie. I boskie jakieś spustoszenie znaczy ślad jego, smugami róż podeptanych na ziemi.
Tu jednak kanał przed nami i stawy pozostałe po wylewie. Pogoń dzika za nami nie ustaje. Obracam się w siodle i widzę, jak grożą podniesionemi, długiemi łozami. Jeśli im się nie wymknę, zabiją mnie lub okaleczą.
„El-Narze. El-Narze. Tu przez wodę! Leć.“
Mierzymy kanał tylko miarą odwagi.
Jakby snem, jakby siłą snu uniesieni, jużeśmy po drugiej stronie, jużeśmy u bogów i królów.
„El-Narze. El-Narze. Czcić cię będę. Nie moje serce, ale serce nieśmiertelnego Rakusha bije teraz w tobie.“
Widzę wielką piramidę Cheopsa. Nie oglądam się już poza siebie. Stawy ćmią mi oczy, jakby kawały nieba spadły na ziemię. Wiatr jest biciem serca w tem lśnieniu. Poezya owiewa jako coś lotnego dokoła. Oddech mój jest śpiewem nietkniętym więzami słów.
Z piasku spalonego słońcem wynurza się ku nam płaskonosa, szeroka twarz przykucniętego sfinksu.
Zeskakuję. Czuję, jak obie ludzkie nogi moje zapadają się w ciepłym piasku — a szczęście ucieka w dal nieskończonej jasności.
„El-Narze. El-Narze. Jakże cię ubodły róże okrutne.“
Rzucam się na szyję skrwawionemu, pieniącemu, się bratu. Jego na dwie strony rozwiana grzywa faluje po ciele mojem. Czuję wszystkie jego żyły, wszystkie jego muszkuły, drżące na jego pięknej skórze lwiego zabarwienia.
„Miły mój bracie, zapłakać chciałbym nad tobą.“
Prowadzę El-Nara w cień. Maczam palce w jego krwi, w jego pocie. Z piersi i krzyżów wyrywam mu kolce w nich tkwiące. Schylam się i klękam, aby wyjąć mu ciernie z nóg.
El-Nar skłania ku mnie głowę i śledzi wszystkie ruchy moich rąk bratnich, wielkiemi patrzy na nie oczyma, w których pali się dusza ofiarna.

Halucynacya do takiej urasta wyrazistości, że obecni i rozmawiający schodzą wobec niej w cień, stają się czczemi mamidłami, których odpędzić nie mogę.
Wprzód, kiedy rozciągnięty w gorącej leżałem kąpieli, głowę podtrzymując na gurcie napiętym, przyszły konie jakby do poidła. Między ich miękkiemi wargami słyszałem chlupot wody. Kiedy podnosiły pyski, widziałem wodę ściekającą z nieb. Parskanie ich w małym pokoju z marmurową posadzką odzywało się echem, jak dźwięki na cymbałach.
Rozczochrany koń stepowy, który ospowatemu kapralowi Girgentiemu oderwał ucho, — podówczas, kiedy jeszcze byłem kawalerzystą, znowu patrzy na mnie coś krzywo.
A jak zasmuca mnie widok Malatesty mojego pięknego inlandzkiego kłusaka, tego siwosza bez ogona, któremu połamany drąg wozu ciężarowego na moście nad Arnem rozdarł brzuch na dwoje.

Konie, niezliczone konie, jak w Werzalu podczas uroczystości dnia 15. sierpnia po rozpoczęciu wojny na ziemi francuskiej.
Stoją dokoła, uwiązane do drzew, niedawno jeszcze regularnie przystrzyżonych; wszędzie jednak siano, słoma, gnój zawaliły tak czyste i wspaniałe przedtem drogi.
Ale ów ranny tam na strzaskanych plecach ma wiązankę róż — a ów drugi, którego nogi zranione poczerniały, pełne krwi skrzepłej i much, pokryty jest kołnierzem z brabanckich koronek.
Królewskie miasto zmieniło się w miasto koni.
Widzę konie przy zaniedbanych basenach, w których płynie pleśń zielonawa. Zamek jest jakąś martwą rzeczą strasznie martwą. Wielki kanał wydaje mi się w perspektywie, jak Styks, który nawadnia melancholię bezkresnego jakiegoś Hadesu.
Widzę inne konie dokoła smutniejszej jeszcze świątyni. Rżą do ciemnej, mętnej wody, przypominają ej mit ocienione chmurami jezioro Nemi. Sztuczne ich poidła, wyglądające, jak czarne łodzie, stoją w cieniu wiązów. Ciężka woń stajenna zaległa nad rozkosznem państwem króla.

Wszystkie te konie, dziś martwe, zabite, zarżnięte masami.
Zostały nad linią bojową za Marną i leżą teraz rozciągnięte między próżnemi patronami i pociskami nie wybuchającemi. Jak daleko oko sięga, wszystkie w tej samej leżą pozycyi, z brzuchami rozdętemi, po jednej nodze tylnej sterczącej w powietrzu.
Na łąkach wspaniałych, pełnych ziół leczniczych widzę cielska nabrzmiałe, nogi wyciągnięte, wargi żółtawe czy białe, roje kruków, wilków i much.
I wszędzie te konie pozabijane. Po wsiach leżą, na polach, na drogach. I wszędzie w tej samej postawie przerażającej.. wszędzie łyskają podkowy w tym lesie sterczących nóg pod żarem promieni słonecznych.
Na rzepisku, za zwałem lafet i skrzyń odkrywam konia, który jeszcze żyje.
Jest sam, nie może chodzić. Strzaskano mu nogę, w tylnem udzie głęboką ma ranę, drugą na grzbiecie.
A przecież jest cichy. Oczy jego patrzą spokojnie. Hałas przeminął. Piekło skończyło się. Milczenie dokoła. Ptaki nie śpiewają. Tu i ówdzie po drodze idzie jakiś człowiek ze złożonym na głowie worem, który go chroni przed kropiącym deszczem. Obok zniszczonego domu leży przewrócona młockarnia, której nogi sterczą w powietrzu, jak trupów końskich. Stok lesisty tak łagodnem sklepi się wzniesieniem, jakby ziemia matczyna wyrazić chciała najmiększe, najserdeczniejsze uczucie w tych liniach krągłych. Kogut na wieży berto dzierzy w ciszy ukojnej, podkreślonej jeszcze przez deszcz. Rzadko tylko wiatr naniesie tchnienie wilgotne. Zaduch trupi zapiera oddech.
Koń zraniony wyciąga szyję i szuka paszy. Sam jest. Niedługo noc zapadnie. Jaskółka, samotnia krążąca w powietrzu, dotyka w locie bezszelestnym jego grzbietu.
O melancholio, melancholio, z takiejże oddali znowu przynosisz mi smutki, które tak dawno już dźwigasz.

I jego mi znowu przyprowadzasz, jego, co tak drogim był mi w latach dziecięcych, śród wygód naszego domostwa, kiedy matka moja jaśniała jeszcze jako zamyślony, młodością pełny kwiat w Pescarze, mojem rodzinnem mieście[48].
Idzie ku mnie przez gąszcz wspomnień, idzie, jak wówczas, kiedy piersią swoją pruł wysoką, nieskoszoną jeszcze trawę.

Był to mały sardyński koń, ognisty gniadosz, z białemi pręgami na nodze, z długą, gęstą grzywą i takimże ogonem. Nazywał się Aquilino.
W stajni między jego stanowiskiem a koni do powozu znajdowało się miejsce próżne, w którem najchętniej ustawiłbym był żelazne moje łóżko dziecięce. Kiedy mi się udawało wymknąć z pod nadzoru, schodziłem z bijącem sercem i skradałem się do konia od strony podwórza. Aquilino, który poznawał małe moje kroki rżał cicho, jakby unikać chciał, żeby go inni nie słyszeli. Moja radość za każdym razem była tak wielka, że uciec dawałem kurom, które trzymałem w zapasce mojej.
W rżeniu Aquilina drżała już niecierpliwość — a ja zniósłszy do stajni całe moje śniadanie i wszystko, co ze spiżarni ująć mogłem dla mojego małego, łakomego przyjaciela, cieszyłem się swoim śmiechem, który dziwnie mnie posilał, jak żaden śmiech późniejszy.
Drzwi z jednej strony stajni szły do szopy. Szopa ta zawsze prawie była ciemna i oświecało ją tylko przytłumione światło, przenikające przez barwne szybki krągłego okienka. Tu stał wielki kryty powóz ślubny, wybity niebieskiem suknem, z firankami jedwabnemi u szyb, klamkami srebrnemi u drzwi. Tu stała też kolasa z dachem dającym się wysunąć i dwukołowy koczyk. Wreszcie były tu przeróżne uprzęże, wiszące na ścianach, a które zawsze na nowo podziwiałem; chomąta, rzemienie, gurty, lejce, cugle, czyszczone sprzączki, pierścienie, które zawsze lśniły i długie bicze, które dostać najgoręcej pragnąłem.
Nie dajcie zaniknąć tym wspomnieniom.
Zostawcie tu dziecko, klęczące na ziemi, które okruch chleba, owoce odjęło sobie od ust i w ciemności je tu zbiera dla swego ulubieńca, zostawcie to dziecko, czujące pociąg do dziwnych przejawów życia i jego misteryi, na które rżenie konia działa, jak głos czarodziejski, a które uśmiechem swoim rozjaśnia twarz jakby światłem z głębin ziemi buchającem. I dajcie mi w tej radości jego i w tem jego poczynaniu rozpoznać obraz szybko mijającego szczęścia, które chwilami i dziś jeszcze błyśnie tu na mojem łożu męki.

Czy wtedy już we mnie zamieszkał demon liryczny, który wszystko przesadza i światłem zalewa.
Czy wtedy już czarowna myśl życia budziła się we mnie?
Jak cichem tylko rżeniem odzywał się do mnie Aquilino, tak i ja przemawiałem do niego tylko głosem stłumionym. Jak on mnie, tak i ja jego rozumiałem — a szczęśliwy byłem mogąc moje nogi dwie trzymać w słomie, jak on swoje cztery kopyta.
Cokolwiek przyniosłem: talarki jabłek, kawałki chleba, cukier, wszystko brał z taką przezorną lekkością, że była ona często jakby połaskotaniem tylko, przy którem, co prawda, wstrzymać się nie mogłem od śmiechu kurczowego i wykrzyku. Dla obu koni pociągowych miałem jednak uszanowanie. Bezustannie uderzały kulami drewnianemi, przymocowanemi do sznurów żłobu — a ja ukradkiem spoglądałem ku nim i czatowałem, czy nie spostrzegły mojej obecności.
Ta trwoga, ta ostrożność i to zrozumienie się wzajemne stworzyły powoli w zamkniętej stajni dziwną fantastyczną ustroń. Kiedy Aquilino przy żuciu czarne swoje oczy wlepiał we mnie bezustannie a jego różowo i biało centkowany pysk jak gryzącego królika szczerżał ku mnie, kiedy jego nozdrza po zjedzeniu wydymały się w pożądaniu, kiedy złośliwie kąsał mnie w ramiona a ja chcąc go drażnić resztę moich darów chowałem za plecami, — przy wszystkich tych ruchach, które z rzadkim wykonywał wdziękiem, czułem się nim oczarowany czułem, że właściwości jego i moja zlewają się w jedno.
„Aquilino, dostaniesz i to, co mam tu jeszcze, jeśli dasz sobie wyrwać jeden włos — nie: jeśli wolno mi dwa ci wyrwać — nie, Aquilino: jeśli trzy wyrwać wolno.“
Przypominam sobie, że wstyd w sobie zwalczyć musiałem i wyrzuty sumienia, kiedy postanowiłem wyrwać te włosy. Czy nie dosłyszał? Czy też wiedział, że te włosy służyć mi miały do sporządzenia sideł na jaskółki pod rynwą.
To Ernestyna, siostra moja, nakłoniła mnie do wyrwania mu włosów. A uczułem ból w sercu, może dlatego, żem się bez zastrzeżeń zabrał do rzeczy: a może dlatego, że pomyślałem o smutku w ulepionem gniazdku jaskółczem.
Kiedy włosy wyrywał, zostało mi w ręku o wiele więcej, niż trzy.
Chłopak stajenny, współ winny tajemnych moich wycieczek, wszedł w tej chwili. Podniósł mnie i posadził na „sardyńczyka“.
Tego rodzaju jazda bardzo mi się podobała; siedzieć na stojącym cicho koniu i dać się unosić marzeniom. Nie podobało mi się jednak, jeśli mnie oglądano.
Rzekłem tedy chłopakowi: „Idź stąd teraz i przyjdź później.“
Zamknąłem oczy. Byłem oczarowany. Drzwi otwierały się ku lasowi. Zapadała noc. Droga szła przedemną w nieskończoność.
Ale tym razem żłób pozostał przy ścianie — a ściana nie rozwarła się i koń też iść nie chciał, choć zachęcałem go cicho.
Włosy trzymałem jeszcze w ręce a jakaś męka nieokreślona gryzła mi serce.
Wtem rozległ się krzyk, łysnęło coś białego. Przez potłuczoną szybę okienka w powale wleciała jaskółka.
Czy gdzieś nad sklepieniem stajni było gniazdo jaskółcze?
Od kiedy było ono tu?
Serce moje uderzyło ze zdumienia. Lekkie pióro zakołysało się w zaczarowanem powietrzu i padło na ziemię — było to samo, któreśmy na przynętę włożyć chcieli do sidła.
Nie czekałem, aż chłopak przyjdzie zdjąć mnie z konia. Przerzuciłem się nogą jedną i ześliznąłem na słomę. „Wrócę, Aquilino. Wrócę przed wieczorem.“
Potem wprost poszedłem do ogniska z czołem, które wówczas już znaczyła pionowa zmarszczka woli.
I garść włosieni rzuciłem do ognia zaklętego.
O melancholio, melancholio, z takiejże oddali znowu przynosisz mi smutki, które tak dawno już dźwigasz!?

Pięcioro nas rodzeństwa, ja, mój brat i trzy siostry, wszyscy zeszliśmy do szopy i wyleźliśmy na stary powóz ślubny, którego sukno niebieskie tchnęło wonią deszczu. Poduszka jedna ciepła jeszcze była po kocie, który spał na niej.
Drzwi od stajni były otwarte. Aquilino w ostatnich leżał podrygach na słomie. Ojciec mój klęczał u boku umierającego konia między woźnicą a chłopakiem stajennym, który trzymał filiżankę z lekarstwem i łyżkę drewnianą i cicho płakał. Przez okienko zaglądaliśmy, tuląc się do siebie w naszem obłąkaniu, ze ściśniętem sercem, z którego nie wysączyła się ani łza jedna, ani jedna kropla krwi.
Zauważyłem, jak nogi Aquilina drgały kurczowo; bolało mnie to a więcej jeszcze zabolał mnie widok drżącego jego biednego pyska białego.
Ale nie płakałem; cierpiałem tylko za wszystkich nas pięcioro.
Chłopak stajenny wybuchnął łkaniem. Szloch swój z dziwną jakąś pogardą odtrąciłem do gardła. Widziałem, jak nogi Aquilina już zesztywniały. Jeszcze ciaśniej przytuliliśmy się i marzliśmy razem pod ciemnym dachem wozu w słabem świetle krągłego okna. Dziesięcioro odrętwiałych ócz po raz pierwszy wypatrzyło się na śmierć. We mnie jednak wrażenie to może dziesięciokrotnie się wżarło.
Tedy powstał mój ojciec, przestąpił próg, stanął i zwrócił się ku nam, na skróś wylęknionym — i ciszę lodową w mojej piersi przerwał, wymawiając akcentem, dziś jeszcze żywym i wyraźnym w uchu mojem i w duszy mojej: „Gabriele“.
O melancholio, melancholio, z takiejże oddali znowu przynosisz mi smutki, które tak dawno już dźwigasz?
O przestańcie mnie ranić....

Któż zesłał mi tę wieszczbiarkę, tę tłómaczkę słów wyroczni, których sybila moja z oczami zawiązanemi nie zdąży wypisać na rozwianych kartkach?
Śpiewa a śpiew jej unosi mój ból, czyni go płynnym i jasnym, zlewa go w pełny, miły strumień i porywający mnie tam, skąd nigdy wrócićbym nie chciał.
Głos jej sięga niskich tonów altowych, kiedy drugą śpiewa skargę:
„Dajcie mi umrzeć.“

Strumień jest teraz wirem powolnym, który już nie płynie w stronę horyzontu, ale w głąb się zaciska, zabarwioną purpurowym fioletem.
Staje się słonym.
Układa mnie w posępności morskiej mojego Ikaryjskiego grobowca.

„Nie wiem, czem jestem i co czynię....“

Wygląda, jak młodzieniec, ale nie nosi szat Cheruba. Ubrana jest włoskim kostyumem, a szata, jej, jak staro włoskie, jest dwukolorową. Ma na głowie czapkę aksamitną, przypominającą mi Pisapella.[49] Brak jej tylko miecza, ładnego miecza na łędźwie wygiętej jak sierp — a sztuka musiałaby ustąpić zawstydzona.
Ma się ku wieczorowi. Światło staje się łagodnem. Owa Pietá lekka, która nazywa się Aelis otworzyła najodleglejsze okno i podała mi wodę w szklance o złotych krawędziach.
Powietrze wchodzi. Dotyka mego wychudzonego ciała, jak palce, nakładające balsam.
Każda moja rozkosz pełna jest męki. Oto bardziej spragniony jestem, niż wprzód, zanim się napiłem.
W wszystkich muszkułach czuję drganie najmniejszych włókien, jakby pełne były oprzędów, z których owady się właśnie wykluwają.
Cierpię. Woń róż coraz silniejsza. Zgaduję, że morze przypływa.
Cierpię. Dajcie mi środek odurzający, podniecający, zabójczy.
Niech się ten śpiew już skończy. Wtem — oto mina teraz pękła, nad brzegiem, w pobliżu Chioggii. Wzbudza ból w gałce ocznej.
Czy męka tej wiosny, którą znoszę, odezwać się może trylami w gardle Cheruba?
Złóżcie w troje jeden z mych bandaży i uduście go.
Rosnący sierp księżycowy stanął na zenicie. Śpiewy pozostawiły w pokoju nastrój dziwnie tłumiący. Jęk Cheruba pozostał we fałdach zblakłych firanek.
Kazałem otworzyć okiennice. Jasność zalewa moje ręce i czyni je bielszemi jeszcze.
Podnoszę bandaż i widzę twarz miesiąca między owłosionemi nogami pająka, który czatując siedzi w środku prawego oka.
Wiatr wieczorny przycichł. W ogrodzie nic się nie rusza, ale światło tak jest silne, że młodą zieleń odróżnić można od starszej, pełniejszej.
Obok murów okna widzę listki tak lśniące, jakby miały na sobie pokost woskowy.
Balustrada, wazy, figury kamienne bielą się w świetle, jak śnieg.
Z tamtej strony kanału leżą pałace pięknych, sławnych kobiet, ciche, osamotnione. Wszystkie okna pałacu da Mula są zamknięte. Poniszczony pałac Coré więcej, niż kiedykolwiek, wygląda na zaczarowaną ruinę.
Cyprysy sterczą nad wielkiemi kamieniami ciosowemi, z których zwisają kobierce dzikiego winogradu.
Po schodach owych, pogrążonych teraz w cieniu aksamitnym — w letnią noc księżycową wstępował pochód masek prowadzony przez białego arlekina. Na ramieniu miał niebieską papugę, a na linie wiódł jedna z owych małych panter, które podczas nocnych orgii na Kiteronie ssały u piersi Menad nagle napływające im mleko.
Fantazjo, jak śmiało bawisz się czasem i przestrzenią!
Zdaje mi się, że widzę na schodach pałacu białego arlekina, odmalowanego sztuką zwyrodniałą Longhiego[50] jak podnosi rąbek swój maski, aby zjeść trzy ziarna jabłka granatowego Prozerpiny.
Zmieszany hałas wchodzi z zatoki San Marco.
Czy to pochód masek, wracający w płaszczach kapeluszach trój graniastych i w dominach? Czy wychodzą tam w górze służący w perukach, trzymając latarnie pozłacane?

Słucham, czekam.
Podnoszę bandaż i oko wydaje mi się bardziej chore teraz, kiedy księżyc się w nie wpatrzył.
Serce poczyna mi skakać. Hałas zbliża się. Słyszę pieśń wojenną.
Echo niesie ją po przez cały kanał. Zamykam powieki. W ostatniej wizyi mojej ten śpiew chóralny wydaje mi się zerwanym.
Podnoszę się, nachylam ku drzwiom.
Widzę trzy wielkie łodzie, holowane przez statek parowy. Pełne one rekrutów, którzy krzycząc i śpiewając idą ku dalekim rowom strzeleckim.
To ładunek ojczyzny a ładunek ten krwi i mięsa piękniejszym jest od wszelakiego ładunku owoców, które z dalekich brzegów i wysp nadchodzą a które na Ponte Rialto[51] wyładowuje się w koszach wielkich.
Krzyk nowych zaciągów żołnierzy wstrząsa domem, jak huk moździerzy.
Czuję, jak nagły napływ siły wypręża moje ścięgna.
Podnoszę bandaż i obu oczami, a więcej jeszcze może okiem zranionem widzę ładunek krwi, który przesuwa się przedemną i w martwej wodzie pozostawia za sobą świetlną smugę.

Pielęgniarka podpatrzyła mnie. Łagodnie ułożyła mnie znowu na poduszkach. Księżyc świeci w przyłbicy kryształowej, którą łzy moje utworzyły. Czy płyną one, bo powieki podrażniłem, czy też to łzy są, które wycisnęła mi wzniosła muzyka przedtem?
Hałasy przebrzmiały. Cisza i zmierzch ciążą na mnie jednakim smutkiem.
Wonne Irysy, które ktoś zebrał dla mnie w ogrodach Giudekki[52], teraz nagle stają mi się nad wyraz przykre.
Aby uciec od obrazów, które mi się znowu zjawiają, przypominam sobie mury Toskany. Wieńczone pięknemi kwiatami fioletowemi stoją wzdłuż białych ulic, na których woźnica, snem kwietniowym zmorzony przejeżdża w dal.

Uduszę się od tego zapachu. Widzę zgniłe wieńce na grobie mego towarzysza broni. Widzę jego miłe, jasnowłosy, świecące się jeszcze tam, gdzie wszystko już bezkształtne być musi.
Widzę obok mogiły ściętą rzymską kolumnę ustawioną u głowy drugiego mojego ukochanego. Złoto skrzydła Ikarowego lśni pod ramieniem, które wyciąga woła nie śmiertelna.

Rozdęty, zbielały trup Roberta Prunasa zagmatwał się w sieci ochronnej przeciwko torpedom. Unosi się i kołysze w dół i w górę i rozdziera się w swojej klatce.
Nikt nad tym grobem morskim nie uwieczni nazwiska bohatera.
Fala podnosi się, fala opada. Księżyca przybywa; potem zachodzi znów.
Ale i tej nocy sen mój jest bogiem bezlitosnym — bezlitosnym jak jego ciemny brat.
Ułagodzono nieco surowość mego leżenia w poziomie ustawicznym, ale nużące przepisy lekarskie nie ustają. Lekarz przytkniętemi palcami: średnim i wskazującym bada napięcie w obu moich powiekach. Czasem rozjaśnia się jego czoło, czasem znowu się marszczy. Zawsze jeszcze grozi niebezpieczeństwo, że dla uratowania, póki się da, drugiego zagrożonego oka, wyjąć wypadnie oko chore. Lekarz wstrzykuje tymczasem igiełką swoją wodę słoną, jakby zasilić chciał akwarium. Nie wie, co za cuda wywołuje jego ręka.
Dziś cudem takim jest życie na dnie morza. W zagłębieniach siatkówki otwiera się otchłań morska, jakaś nieznana mi przepastna głąb, w której spostrzegam niewidziane kształty i kolory, jakich żadne widmo świetlne jeszcze nie przedstawiało.
Czem są Syreny, Trytony, Nereidy i wszystkie pomysły mitu Neptunowego w porównaniu z istotami opisać się nie dającemi, które zaludniają moje bezkresne ogrody koralowe, w porównaniu z temi olbrzymiemi koloniami polipów w dolinach kamienistych?
Czem są dumnie starczące pałace królów i labirynty obłędne bajki w porównaniu z temi skałami z ambry i berylu, na których myriadami kwitną żywe gwiazdozbiory anemon morskich.

„Pierwszy rzeźbiarz Bóg stworzył postać pierwszego człowieka z ziemi dziewiczej.“
Wciągam w siebie woń gliny wilgotnej, która leży w tych słowach przypominających mi się z lektury jakiegoś zapylonego foliantu.
Na dnie mojego oka jest też jakiś bóg, rzeźbiarz i jest niewyczerpana masa plastyczna: żywioł ziemi.
Tym samym palcem niewidzialnym Wszechmocny tworzy i niszczy obrazy, kształtuje je i przekształca, wywołuje je z zamętu i unicestwia w zamęcie.
Bezimienni a nieprzeliczeni artyści Egiptu i Indyi, warsztaty malarzy zdobiących wazy i ściany gliniane, zrzeszenia budowniczych gotyckich gmachów — wszyscy razem nie wynaleźli in nie uwiecznili w ciągu wieków tylu obrazów, co mała sfera mego chorego oka wykończy w jednej nocy.

Plastyczna masa wyjaśnia się od czasu do czasu błyskami pomysłów, wygładza się od falami przewijającej się muzyki.

Co odkrywa lekarz przez przedziurawioną szybkę, kiedy zagląda do źrenicy, odmykającej się dzięki kropli wsączonej?
Wzniosłe rewelacye kryją się w oku ludzkiem, jak pełne wyrazu formy łatwo łomliwych kryształów w tajniach kopalni.
Oko Hindusa, Egipcyanina, Chaldejczyka, Persa, Etruska, Greka — a nawet oko Mojżesza w znakach wszechświata odczytywać chciało początki stworzenia.
Ale nowoczesna kosmogonia okiem swojem czytać będzie w oku ludzkiem, które jest mistycznem sporzeniem mózgu twórczego.
Et remotis sim a prope.

Cóż znaczą te zjawy tytaniczne na tle budów ze skał ociosanych i spiętrzonych na sobie?
Czy Eschylos przychodzi do mnie z zaginioną tragedyą o Prometeuszu przynoszącym ogień?
Chciałbym, aby ją przed nastaniem nocy przedstawiono ku czci i rozradowaniu młodzieńców niosących pochodnie.
Dawne wyobrażenia i rozmyślania o tragedyach zaginionych Eschylosa uprzytamniają mi się w swoich przemianach i katastrofach, przedstawione z wielkością, która wyrywa mi okrzyki podziwu i zachwytu.
Oto Glaukos, bóg morza,
Oto trylogia o Niobie,
Oto trylogia tebańska,
Oto pasterz dusz,
Oto losy Iksyona, losy Syzifa.[53]

Dante nie znał Eschyla, ale gdyby piewca Kapanea znał był twórcę tragedyi o Erinnyach, gdzież byłby go w piekle umieścił.[54]
Rusztowanie z belek, desek i kół, na które wstępywał Michał Anioł, aby malować sklepienie sykstyńskiej kaplicy, na nowo ułożyło się w mojej głowie.
Rzęsami musnąłem po tym cudzie, dotknąłem cudu tego rękami.

To dzieło tytana jest piękne, jak skrzydło motyla.
Z bliska widziane w każdym szczególe i w całości ma skończoną doskonałość łupiny jaja, równomierność zęba słoniowego. Jest to jedno z najpiękniejszych dzieł świata, zrodzone całe w jednym mózgu męskim, jak owe cenne klejnoty, o których starożytni artyści sądzili, że powstały w głowie zwierząt samotnych.
O korony włosów potężnych Sybil!

Zdaje się, że powolnie upływające stulecia nie starczą, aby złożyły się na wartość choćby jednego złomku tego pokostu — a ten pokost Michał Anioł tworzył sam jeden a malować go musiał w ciągu nie wielu godzin, roztarłszy sam farby, wykonawszy sam wszystkie roboty mechaniczne.
Rysy od szpachli widoczne są. Poruszają mnie do głębi, jakby to były ślady boju, doprowadzonego do zwycięstwa wściekłością błysków duchowych.
Sklepienie nikłe miało światło. W jak nużącej postawie malarz tworzył, wiemy z jego sonetu do Giovanniego da Pistoria. Nie używał szablonów. Czemże więc pomagał sobie?
Oto gigantyczna ręka Boga Pana. Jakżeż zdołał w stosunku do niej ułożyć resztę nadludzkiej wielkości, podczas gdy z pęzla ściekała mu farba na twarz a kadłub uginał się pod szczęką.
Kiedy tę głowę Adama malował, nogi postaci były w dole tak dalekie, jak moje, gdy pod działaniem trucizn tracę poczucie ciała i zniekształcam się bez miary.
Sądzę, że w rzędzie dramatów ducha niema nigdzie tak płomiennego rozmachu umysłu.
Instynkt dywinacyjny całemu towarzyszył dziełu. Jeśli to prawda, że w Sykstyńskiej nie w dobrem był miejscu, to i to jest prawdą, że nie udawał malarza, jak sam spowiadał się w rymach swemu przyjacielowi.
W swojej: „piersi harpiami rozdartej“ ten zrozpaczony rzemieślnik, ten ucieracz farb, ten udręczony lakiernik czuł tchnienie swoich proroków i swoich sybil, na pomarszozonem czole jego odbijały się bezustanne błyskania góry Tabor. Pracował tylko w natchnieniu i cudem. A trzonek jego pęzla był różdżką, czarodziejską.
Paznokciami oderwałem ułomek cennej materyi, okruszynę małą łupiny — a teraz oprawić ją chcę w pierścień żelazny jako podarek dla mego ducha, który nie zasypia.
I gdzież jest brylant oszlifowany, mogący się równać z tą okruszyną?

Nigdy tak nie żałowałem, żem się zbudził.
Sen ten nasłał mi z pewnością Archanioł mego imienia.
Czy zachwyt zstępuje do błogosławionych z wyżyn, czy z głębin unosi się ku nim?
Co czułem, tego ani zniczem porównać, ani określić nie umię, ani nawet o jutrzence myśląc, która nagle wstaje z łoni mego ducha i opromienia mi głowę.
Było to w kwietniu, jak dziś, pod wielkanoc.
Chodziłem po tamie trawą zarosłej, na rękę trzymając dziewczę wymarzone. Miała podobnie, jak ja, siedemnaście lat i wonne jak bukiecik miała piękne imię toskańskie, którego nie zdradziłem w alcejskiej strofie srebrzącej się od wierzb w moim „Canto novo“.
Każdy krok podnosił nasze ciche rozweselenie.
Ona jednak z daleka spostrzegła matkę, która szukając nas, szła ku nam i powiedziała mi to.
Przystanęliśmy i drżeliśmy oboje, jak wierzby i zdawało się nam, że nagły ogień rumieńca nabiegł nam na twarz od stóp i niżej skądś, niż stopy, ze wstydu nad własną wiosną.
I jakże sen dziś z takiej oddali wrócić mi mógł ten rumieniec i zmienić go w czyste rozradowanie krwi.
I dlaczego zbudziłem się?

Proszę jednego z grajków, aby mi pozwolił oglądnąć jego wiolonczelę. Przynosi mi ją z przezornością, skromnie uśmiechając się.
Ten Alberghini ze sprytem nieutrudzonym wyławia po górach i dolinach instrumenta. Kiedy dowie się o jakichś skrzypcach, czy o jakiejś wioli, która się gdzieś ukrywa — jak inni dowiadują się o dziku, lub zającu — wybiera się w drogę i szukać nie przestanie, zanim instrumentu nie odnajdzie.
Ta jego wiolonczela jest prawdziwy „Andrea Guarneri“[55]. Miał szczęście odkryć ją w Egipcie, w Kairze. Uśmiecham się na myśl, że mam w ręku coś, co jest pełnej krwi, jak El-Nar, i że nawet w zabarwieniu podobne jest do mego kasztana.
Pokost jest nietknięty i dostatni, o pięknym czerwono-brunatnym kolorze, który przeświecać daje złotu gruntowania. Silniej występuje złoto w stronie tylnej pasami i plamami — tu i ówdzie i na listwach bocznych, pachnących ambrą. Szyja w dolnej szęści poblakła, wygładzona od przebiegającej po niej ręki. Ale w samym środku grzbietu widać cud wdzięku: oto ptak rajski odzwierciedlił się tu krótkotrwałym skarbem swego gardła, a obraz pozostał, ujęty werniksem długowiecznym.
Muzyk opowiada mi, że w Kairze zamienił się na ten instrument z jednym kolegą o zbyt krótkiej do objęcia go ręce, dając mu zań małego Cagliana.
Kolega ten nabył go w okolicy Cremony. Czelista wiejski grał na nim w chórze kościółka. Raz podczas nabożeństwa zapadł się chór z organami, wiolonczelą, muzykami i śpiewakami. Czelista złamał nogę. Instrument poniósł też szkodę, na zewnątrz grzbietu, ale nie na duszy. Po kilku dniach odebrano go majstrowi niedołężnemu, który go miał naprawić.
„Czyż swoim podstawkiem i swojemi grubo kropkami kończącemi się F. F. nie wydaje się pięknem obliczem pięknego głosu? Żyje. Nie potrzeba mu smyczka. Gra sam przez się, śpiewa sam w sobie. W Meksyku podchodziły do niego kobiety, zachwycone jego dźwiękiem anielskim i dotykały się jego skóry, cenniejszej i czulszej, niż ich własna.“
Tak mówi ten artylerzysta z Emilii, ubrany w uniform zielonawo-szary.
„Skóra kobiety zjada werniks. Widziałem w Nizzy Stradivaria pozbawionego w znacznej części swego pokostu skutkiem dotknięcia obnażonem ramieniem i dekoltowaną szyją wiolonistki.
Natomiast widziałem w Ferarze innego Stradivaria[56] pod kloszem szklanym. Jest to jeden z najstarszych jeszcze pod wpływem szkoły Amatiego. Całe prawie drzewo jego w proch się rozpadało a tylko sama siła pokostu trzymała je razem. I przypominam sobie, że obawiałem się odetchnąć żywiej przed tą relikwią.
Któż coś pewnego powiedzieć może o pokostach? Czy czerwony być ma? Czy żółty? Aby tak być niezniszczalnym, pokost instrumentu w Ferarze musiałby w sobie chyba mieć pył dyamentów.“
Trzymam rękę na grzbiecie wiolonczeli, podczas gdy artylerzysta siedząc dotyka się jej strun. A to, co mi mówi, zanim dostaje się do mego ucha, przechodzić zdaje się wprzód przez czule struny i drzewo. „Tajemnicza zachodzi wspólność między budową człowieka a instrumentu. Zdrowie muzyka i jakość tonu w ścisłym stoją stosunku.
Dawniej grano na wiolonczeli bez podstawki kończastej; instrument przytrzymywano między zaciśniętemi goleniami. Ruch nóg sprowadzał do miary zbytnie drganie, mącące harmonię.
Kość ludzka, jest czemś muzykalnem. Zdaje się, że kość dobrego muzyka powietrze zawierać ma raczej, niż szpik. Goleń i kość udowa bezustannie wpływają na ton. Rozsądnem naciśnięciem instrumentu poprawić można każdą nutę. Naprzykład bemolowe E na czwartej linii zawsze drga zanadto. Biegły muzyk zapobiedz może nogą.
Wielką ma wagę także smyczek. Wedle rodzaju smyczka ton jest pełny, lub niklejszy. Drzewo smyczka i drzewo narzędzia muzycznego, muszą sobie żywo odpowiadać. Włókna w drzewie smyczka nie wygiętego nad ogniem bezpośrednio przenoszą intencye ręki. Oto mam tu francuski smyczek nerwowy „Tourte“ o laseczce ośmiokątnej ze spodem hebanowym, z oczkiem z muszli perłowej. A tu oto inny o laseczce krągło przyciętej, owiniętej w czarną skórę, wybijaną ćwieczkami, ze spodem ciemnym szylkretowym a oczkiem złotem.
Tu jest angielski „Dodd“, który inne ma wdzięki, czy też ich nie ma — obwiązany fiszbinem, ze spodem z kości słoniowej i z jabłuszkiem ośmiokątnem z kości słoniowej i srebra.
A jeden tu jeszcze mam, bezimienny i bez ozdób, bardzo nawet niepokaźny, prawdziwy franciszkanin z „śpiewu stworzeń“, który niczem się nie wyróżnia, chyba tylko czerwono brunatnym kolorem swojego drzewa, zestrojonym z moim Guarnerim.
I ten tylko, niewiadomo, dlaczego, odpowiada mojej wiolonczeli i jemu tylko, niewadomo dlaczego udaje się wydobyć z duszy głos cały.
Rozumieją się wzajem. Zastanawiając się nad temi dwoma drzewami, uwierzyć możnaby, że ten smyczek wycięty jest z ciała instrumentu, jak Ewa z żebra Adamowego.“
Artylerzysta uśmiechał się przy tem dobrodusznym śmiechem dziecinnym, pobrzękując strunami.
Mówię mu: „Być może. Narzędzia muzyczne mają w sobie coś demonicznego. Starzy mistrzowie umieszczali nieraz w górnej części szyji zamiast floresów postać bardzo pięknego wroga. Widziałem wiolę z głową rogatą na końcu szyji. W moich stronach rodzinnych w Abruzzach widziałem wiolę z rodzajem sowy wyciągniętej na szyji i zwróconej ku grajkowi, jakby go kusić chciała i w serce mu wsączać swój czar złowieszczy“.
Artylerzysta nie śmieje się już. „Nie ma wątpliwości“ powiada. „Wielki lutniarz jest czarownikiem. Przy wyborze drzewa tylko czary mogą go pouczyć. Czemu Testore wybierał miękkie drzewo, nasycające się szybko dźwiękami, tak, że krążą w nim wciąż, jakby zaschła limfa. A dlaczego Guarneri del Gesù[57] nie przywiązywał wagi większej do wyboru drzewa, czując się zdolnym do przekształcenia jakiegokolwiek drzewa swoim wpływem tajemniczym? Oto prawdziwy poeta światów zakrytych. Pracuje tylko w natchnieniu. Wycina w twarzy skrzypiec dwa rozkazujące, potężne „F“-a twarz żyje, nabywa wyrazu, skrzy się, pożąda śpiewu.
Jakim więc jest wpływ tych „F“ na harmonię dźwięku? Te „F“ Guarneriego nie są podobne do wycięć Amatiego, ani Stradivaria, ani do innych. Jak mógł je odkryć?
A czy nie jest czarownikiem ów Gennaro Gagliano il Trasparente, który swoje małe tygrysy prążkowane rzuca muzyce w gardło?“
Podoba mi się namiętność tego doskonałego czelisty, przydzielonego do ciężkiej artyleryi, który odczuwa i wyraża z takiem napięciem prawie lirycznem najistotniejszą treść tych żywych tworów.
Mówi: „Do ćwiczeń nie mieliśmy przytłumionej w tonie wiolonczeli. Przyszło mi tedy na myśl zbudować taki instrument o bardzo wąskiem dnie resonansowem, w sam raz starczącem do rozpięcia strun. Przypadkiem zrodził się nowy instrument z miłym dźwiękiem rogu angielskiego, doskonale nadający się do melodyi tanecznych“.
Odpowiadam: „Nazwijmy go Alberghina“.
Idzie po swoją alberghinę, wraca i gra mi tańce różne.
Śród tej gry słyszymy ponure wycie Syren a potem strzał armatni.
Sirenetta przynosi mi osobliwy jakiś poszyt z nutami i nie chce mi powiedzieć, skąd go wzięła.
Jest to rękopis szybkiej a lekkiej ręki, oprawny w żółtawą skórę, wyglądającą jak ciasto ściśnięte. Ale nie wolno mi czytać.
Na grzbiecie oprawy wypisano ręką zdanie:
„Ignavia est jacere, ubi possis surgere.“[58]

Czy to zarzut skierowany do leżącego, zarzut, który dźwięku zaczerpnął w ustach litościwych?
Dotykam się stronic. Papier jest delikatny i miękki jak liść, który więdnąć zaczyna na rąbkach.
Sirenetta mówi mi, że to są nuty na lutnię, zbiór pieśni do lutni i odczytuje mi tytuły: Passomezzo Wincentiego Galilciego-Intrada anglicana-Volta ursina-Pavana la crimata-Gagliarda passionata-Gagliarda di Diomede.
Zjawia mi się we wspomnieniach Arnold Dolmecz i jego mała towarzyszka, którą, nazywano Melodia, Holenderka pochodzenia hiszpańskiego, harlemski hyacynt, brunatny jak różaniec Filipa II na obrazie Juana Pantoji.
W Zurychu chodziliśmy w samotnym gaju jodłowym, prześwieconym od światła padającego z naw gotyckiego kościoła. Arnold miał z sobą lutnię, którą sporządził Marco Steger w Wenecyi, podobną do spodu galery, urobioną z dwojakich klepek, jasnych i ciemnych, a bardzo lekką. Lutnią tą wtórował swojej towarzyszce, pełnej wdzięku, powiedziawszy: „Ona nie zna sztuki śpiewu. A to jest największą jej zasługą.“
Przed sobą trzymał skrzynię instrumentu, jakby pulpit z nutami na niej. Oparta o zrąb omszonej całkiem jodły. Melodia śpiewała, kołysząc się nieco, czasem w śpiewie znacząc jakiś ruch senny, czasem przerywając, aby przypomnieć sobie słowa zapomniane starej pieśni.
Śpiewała stare pieśni trubadurów, jak pieśń Thibauda z Szampanii, króla Nawary: „Amors me fait commencier“, potom pieśń poczynającą się od słów; „L’autrier par la matinée“ i tę, która brzmi: „J’alloie l’autrier errant sans compagnons“.
Śpiewała stare pieśni angielskie z czasu tragików, jak pieśń Desdemony: „O willo, o willo, shall be my garland“ jak ową przepiękna do słów Ben Jonsona: „Have you seen but a whyte Lillie.“
Jej samotne ruchy lekkie rozpinały od pnia do pnia śród tej jaśni alabastrowej nici pajęcze jakiejś zmarłej miłości.

Kiedy tak przesuwam między palcami miękkie stronice zeszytu z nutami, zdrzymnąłem się.
Miałem sen rozkoszny, jak ów o zarumienieniu się. Napiłem się najpiękniejszej pieśni świata.
Byłem w sali wielkiego zamku szkockiego. Czy w jakiej to innej było ziemi bez nazwy i bez klimatu?
Sala była nie wypowiedzianym cudem kolorów, przyozdobiona sztuką ludzką, jak ptak rajski boską. W adamaszkach, brokatach, aksamitach zieleń szmaragdu, żółtawość słomy, czerwień purpury, czerń kruka, ciemna zieleń pomieszana złotem złożyły się na niebywałe akordy z tą samą żywą mądrością, jaka jest w upierzeniu rajskiego ptaka. Karnacya kobiet i chłopców jaśniała tu żywiej, niż na pięknych płótnach Sir Joshuy i Gainsborougha.
Niektóre kobiety i niektórzy chłopcy głaskali na sofach delikatne futerka królików o wielkich uszach, centkowanych brunatno i szaro, biało i pomarańczowo.
A głos jakiś tak śpiewał, jakby ptak rajski porwał słowikowi jego sztukę nocy czerwcowych i jakby ją słoneczną mógł uczynić, albo podnieść jeszcze i zabarwić kolorami swoich piór.
A cała radość oczu nastrajała się na ten śpiew, to w nim tonęła, to z niego wynurzała się, to z nim odpływała, to z przypływem jego wracała.
Ach, czem są to tony, które odnaleść się silę, ty pieśni widzialna niedojrzanego ptaka?!
Ilekroć się budzę, tracę jakąś ziemię obiecaną.

Zmysły niepokoją mnie na jawie a dręczą we śnie. Accessus morbi. Cierpię znowu od ataków i udręczeń tej wady dziedzicznej, która tyle bólów sprawiała Giorgiowi Aurispie w jego poniżeniu i upokorzeniu.
Matka króla Lemuela mówi boleśnie: „Cóż, synu mój?“
Inny głos dochodzi mnie i mówi pobłażliwie: „Na cóż przyda ci się ucieczka przed młodą, bezbronną kobietą, przed ogrodami róż, głębszemi, niźli ogród w Aziyeh, który już posiadałeś, przed oczami wzruszonemi, jak oczy twego araba pokłutego cierniami, przed nadzmysłową zjawą zmiennych wciąż oblicz tragicznych, które na głowę jej zarzucają maskę, ilekroć w szał wpadnie.
Cóż ci pomoże usunąć się od wszystkich tych rzeczy, zbyt czujny ty asceto, jeśli właśnie te rzeczy tylko przyczynić się mogą do zgłębienia misteryi, których ani twoje cnoty, ani twoja rezygnacya nigdy nie rozjaśniły?
Jakże ucierpić stąd mogłaby wola twoja poświęcenia się i doskonalenia? A jeśli twoja pogarda cię boli, jakże może cię poniżyć? A jeśli melancholia twoja siłę i skrzydła swoje bierze wciąż z niezgody ustawicznej między twojemi zmysłami a twoim rozumem, jakżeż myśleć mogłeś o zgnieceniu w sobie najsprawniejszej dźwigni lirycznej życia wnętrznego?

Któż tak mówił?
Zdejmuję bandaż, podnoszę się na łóżku i z udręczeniem spoglądam na ten pas słońca, który wydłuża się powoli po miniaturach, ściany, po zblakłych poduszkach sofy, po delikatnych strunach harfy.
Czy to wraca Melodia w szerokiej sukni z taftu do klawiszów hebanowych, aby mi starą zaśpiewać pieśń Wiliama Lawesa: „O my Clarissa.“
Tak zestępywało słońce jasne i silne w dolinę otoczoną sosnami smutnemi, narażonemi na borę wichrzącą ze strony Tryestu.
Był to rogożami kryty barak dla oficerów bateryi.
Przy ostrzeliwaniu zapór baterya nasza poniosła wielkie straty w ludziach.
Głos dowódcy donośnie się odzywał. Słońce zstępywało w tej chwili, aby ozłocić bladość ludzi.
Dotknęło ono desek, które robiły wrażenie figur zwierzęcych każda inna niż druga, ze swojemi plamami, pęknięciami, sękami, gwoździami i znakami.
Przywódca blady zapanować nie mógł nad nieszczęsnem drganiem swoich ust. — Na palcach lśniło mu wiele pierścieni.
Słońce przesuwało się po kurtkach i spodniach żołnierzy.
Na światło wychodzili uporność w błędzie i liczba poległych i nikczemna próba uniewinnienia się.
Słońce przesuwało po sznurze lśniących misek żołnierskich.
Toczyły się po dolinie zużyte sagany, skrzypiąc, jak stare wozy na kołach rozchwianych.
Słońce padło na łopaty, żelazem okute laski, pistolety, baryłki, skrzynie wapna.
Głos przywódcy nieubłaganego nie przestawał wyklinać. Bezwąsy podporucznik wybuchnął łkaniem.
Razem ze skrzypem saganu uleciał w powietrze ptak, lśniąc białem podbrzuszem.
Słońce padło na zapasy granatów przechowanych w klatkach, z drzewa surowego.
Przywódca odrazu stracił przytomność i stoczył się na ziemię, zdjęty kobiecym strachem konwulsyjnym.
Czy ta rzeź zdarzyła się w marszu?
Widziałem dolinę na Krasie, podobną do oka o odwróconych powiekach, na wszystkich skrajach czerwieniącą się od krwi posiekanego mięsa.

Leżę rozciągnięty przed oknem. Miesiąc jest w pełni. Niema przewiewu żadnego.
W pałacu di Corè zamieszkały białe pawie. Widzę tylko rozległe fundamenta kamienne i drzewa zakrytego ogrodu i pas lśniącej wody.
Jest w tem wszystkiem jakaś samotna, mistyczna wielkość, jak w jakiemś mieście zamarłem Persyi, czy Indyi.
Kanał jest jak święta rzeka, w której po zachodzie słońca rozsiano popioły stosów.
Nie słyszy się głosu ludzkiego ani uderzenia wioseł ani szelestu żadnego. Zycie tu jakby od wieków uleciało.
Nieczuły księżyc ogląda piękność bez duszy, jak Angkoru[59], lub Anuradhapuzy.
Nagle sygnał alarmowy Syreny przerywa milczenie.
Wystrzał armatni odzywa się echem od Lida aż do San Giorgia, od San Giorgia aż do Fondamenta nuove. Zwiastuje zbliżanie się skrzydlatych niszczycieli.
I oto pod groźbą tą odżywa całe miasto cudownie w moich muszkułach, w moich kościach, w każdej mojej żyle.
Kopuły, dzwonice, portyki, łodzie, posągi stają się członkami mego ciała, są moim bólem.
I skręcam się na moich poduszkach, z twarzą zwróconą ku jasnemu niebu, nie wiedząc, z której strony okaleczą mnie.
Ludzkie życie zanika we mnie.
Mam w sobie życie marmurów i potęgę historyi rzeźbionej w oczekiwaniu tej hańby, na którą słów niema.
Piękności nocy, ileż to razy traciłem cię z oczu.
Zawsze spragniony byłem: widzieć, oglądać poznawać, niesyt nigdy. A przecież, wy błędne źrenice moje, nie widziałyście dość, nie oglądałyście dość, ująć nie mogłyście wszystkich zjawów boskości.
A jedna z was zagasła już, a druga mąci się i nuży i może zaciemnić się przeznaczona.
„Patrz też, patrz!“
W świetle pełnego księżyca znowu rozbrzmiewa mi głos, co umiał dostroić się do każdego tonu nieszczęścia i do każdego tonu szczęśliwości, głos Ghisoli.
„Patrz też, patrz!“
Wyrywała mnie ze snu. Utonąłem w nim jak w czarnym strumieniu. Zdawało mi się, że ujmuje mnie pod ramionami, że sili się wyciągnąć mnie z tego wiru duszącego.
„Patrz też, patrz!“
Tak pociągnęła mnie do okna. A ja podniosłem powieki ociężałe i zobaczyłem wielkie szafirowe wierzchy gór, szczyty nadziemskiej wysokości planety nie zamieszkałego przez ludzi.
„Patrz!“
Była to promienna wizya Alp apuańskich jakby ją jakiś bóg w jakąś noc księżycową w zachwycie wydobył ze swoich wspomnień tysiącletnich.
Zamknąłem powieki snem leniwiącym zdjęte.
„Patrz!“
Otworzyłem je i znowu zamknąłem. Widok boski utonął w falach niepamięci.

A dlaczego jednego dnia sierpniowego w Atenach bieg mój nie dość był chyży i nie zdążyłem dojść do Akropolis, zanim słońce zapadło w olśniewających blaskach swojego zachodu?

A dlaczego w dzień jeden w pobliżu Teb stubramych pod wielkiemi akacyami nie zdjąłem obuwia, aby bosemi nogami iść po kobiercu żółtym kwiatów spadłych — a powrócić mi się zachciało na pokład statku nużącego?

„Patrz! Patrz!“
Kto wie, jak piękna jest noc tam w Walonie okrwawionej pomiędzy barakami, pomiędzy namiotami!
I kto wie, jak jasno świecą upiorowo białe skały w Campolongo[60] śród mgieł wstających z doliny Astico!
Kto wie, jak piętrzą się teraz olbrzymie mury Cyklopowe i wieże ze skał w Bosco Argo tam obok tej bateryi, w której raz pod wieczór widziałem między dwoma gorącemi od strzałów działami przebiegającego sarniuka.
„Patrz też! Patrz!“
Całą noc spędzę na wyliczaniu moich żalów i tęsknot.
Wielki czwartek — dziś!
Dzień jest chmurny. W zwierciedle oglądam światło migające chwilami.
Obłok przesuwa się i rozdziela, jak wełna czesana na runie.
Słońce słabo przenika i zdaje się, że wszystko stygnie. Zwierciadło zamarza, jak czteroboczna kałuża.
Skóra moja drży mimo wełnianych okryć.
Cisza jest jakby przedświtna.
Dzwonnice zaniemiały. Dzwony zmęczone drganiem, spoczywają ustami w dół zwieszonemi, nurząc się w cieniu. Sznury od rąk dzwonnika na dwóch miejscach gładko wytarte i zatłuszczone chwieją się rozkołysane.
Ileż smutku nie wylały mi na każdą godzinę ubiegłych dni!
Mimo to cisza ta niezwykła nie uspokaja mnie. Nie napływa już smutek do mnie powietrzem, nie spływa ku mnie z wyżyn. Dziś nieuskrzydlony już przyległ już do nóp moich. Śpi a we śnie podryga.
W oku obwiązanem drzewa fioletowe przekształcają się jakby w kłęby ziarniste, potem rozlewają się, potem no nowo skupiają. Małe plamki tego samego koloru zjawiają się i nikną przed mojem zdrowem okiem. To kolor Wielkiego czwartku.
Glicynie kwitną na wszystkich oknach, po prawej stronie muru, po lewej altany. Pałac Coré cały zakwitł wieńcem glicynii wzdłuż zrębów kamieni. Niebo podobne tam chyba do ametystu biskupiego.
Lecz w duchu wraca mi temat z larga pierwszego Tria wraz z obrazem z nim związanym. Święte kolana krwawią się. Golenie obnażone bielą się w krwi.

Złożyłem jedną nogę na drugiej a ta postawa odtwarza w wyobraźni mojej ruch znany mi Judasza.
Kiedy Jezus na ostatniej wieczerzy rzekł do siedzących z nim przy stole uczniów: „Zaprawdę — powiadam wam — jeden z was mnie zdradzi:“ Judasz z założonemi siedział nogami. A na słowa Mistrza podniósł jedną nogę z drugiej, jakby chcąc wstać.
„Judasz siedział z założonemi nogami.“
Było coś pełnego wagi w tej chwili, w tym ruchu. Siedział wciąż, ale miał właśnie wstać. Jakby powiedzieć chciał: „Mistrzu, czy ja nim jestem?“
Tuż przy nim u stołu siedział Jakób, syn Zebedeusza, rybaka galilejskiego. I zauważył, jak Judasz w tej chwili nogę jedną zdjął z drugiej. I odwrócił się ku niemu i spojrzał nań.

Dziś wieczorem nie zabrzmi „Ave Maria“. Wdzięk rozstał się z Dziewicą Rajską. Płacze Matka, trzymając rękę jedną nad Jego czołem, drugą pod Jego brodą, jak w krypcie akwilejskiej, w której dziś ją oglądają zapewnie żołnierze ze sercem ściśniętem.
Renata wraca, obszedłszy święte groby. Wchodzi do mojego pokoju z westchnieniem znużenia. Opada na krzesło. Skręcając w łuk ramiona zdejmuje kapelusz o formie tessalskiej, ozdobiony dwiema małemi różami. Znużona jest. Chodziła po uliczkach, ulicach, placach, placykach, od kościoła do kościoła.
Pokój zabłękitniał od zmierzchu. Twarz jej bardzo jest blada, prawie lśniąca. Wydaje mi się, że jej suknia brunatna tchnie zapachem kwiatów spłowiałych i lewkonii.
Któryż był siódmy kościół? Ś. Jana i Pana obok szpitalu marmurowego, w którym przebywają moi lekarze.
Co porabia Colleoni na swoim cokole? Pokryto go worami. Ale jaskółki krzyczą, za niego na placu samotnym, zawzięte jakby w walce bez pardonu.
„Jakże zmęczona jestem! mówi Sirenetta.
To jej głos dziecięcy, pijany powietrzem morza i znużony wysiłkiem pływania, jej głos w zatoce Arna, co mi tak serce poruszał.
Opuszcza się na poduszkę u moich nóg. Składa głowę na moich kolanach.
Twarz jej zwężyła. Ręce moje, dotykając jej, widzą ją, jakgdybym zupełnie był ślepy.
Małą jest dziś wieczorem. Jest biednen, małem stworzeniem znużonem, wymęczonem przez ciemność i woń grobową, żądnem spoczynku.
Palce moje odnajdują węzeł jej włosów i z nadzwyczajną rozwiązują go ostrożnością, jakby już zasypiała i jakbym zabrać jej chciał skarb zakryty.
Nie rusza się, ale ja czuję jej uśmiech bieżący aż do końców czułych jej włosów, które rozwiewają się, jakby ten uśmiech je rozwiązał, jak tchnienie wiosny otwiera nagle przed zapadającą nocą kwiat jakiś wielki.
Chwila tajemnicza, jak chwila przyjęcia komunii świętej przez człowieka głębokiej wiary.
Oto tu przedemną twarz ludzka z mięsa i kości, przeniknięta czujnością zmysłów. A włosy są masą żywą, wypełniającą mi rękę, ciężącą.
Ale twarz ta jest tylko tchnieniem mojej duszy — a włosy te podobne są do nadzwyczajnego jakiegoś uczucia, w którem dusza zawisła, zwolniona od złudzenia czasu.
Te sploty włosów pachną dziecięctwem, jak kwiaty bzu wiosną. Takie włosy miała już przy pięciu latach.
Wtedy to, w białym domku nadmorskim, jawiła się na progu mego pokoju, aby przerwać zbyt przedłużoną pracę, kiedy duch mój był wyrazem niestrudzonym ognia ustawicznego a sztuka moja była dla mnie najrdzenniejszą istotą wszelakiej mojej miłości.
Jawiła się bez szelestu, jak ptak usiada na lekkiej gałęzi i czeka, aż przestanie się chwiać, aby śpiew swój rozpocząć.
Jej wdzięk dochodził do kąta moich oczu, kiedy chyliłem się nad papierem.
Czasem nie odwracałem się, aby nie stracić obrazu, nagle nasuwającego się, ale w spojeniu powiek zatrzymywałem ją, jak przytrzymuje się łzę słodką, aby przedłużyć rozkosz chwili, w której dusza się przelewa.
Uśmiechała się w swojej sukni długiej, jak suknie infantek i wtedy już uśmiech jej przepływał przez fale jej włosów i dzielił je na dwoje, jak uśmiech otwiera usta.
Kiedy sułtan spoczywał w ramionach najpiękniejszej z pięknych a w mieście drewnianem wybuchł pożar, na progu cichej komnaty zjawiała się niema wysłanka w krwisto czerwonej sukni.
Droższą od najpiękniejszej z pięknych była mi sztuka moja. Obejmowałem ją miłością, nie pomną żadnego innego dobra. Ale ta mała wysłanka bez słów zwiastowała mi cudowny jakiś a daleki wypadek, w który wchodzić miałem jakby w niezbadaną jeszcze dziedzinę. Memento vivere.[61]
Palce porzucały pióro i głaskały włos dziecka, który puszyć się zdawał, jak pierze słowika poruszonego swym śpiewem.

Nie mam już poczucia czasu.
Ręce moje są tylko kształtami mojej duchowości, jak wówczas.
Dotyk mój jest czemś muzykalnem i zestraja się z czemś głębszem, niż moja świadomość.
Uśmiech tej istoty zmęczonej i szczęśliwej wydaje się nieśmiertelnym.
Jak wówczas widzę tu i ówdzie lśnienie jej włosów, czuję na plecach rozwiane, rozczepione warkocze.
Renata zamknięte ma oczy. Długie jej rzęsy dotknęły mego serca.
Mówię: „Czy spisz, mała?“
Wstrząsnęła się i wstaje. Twarz jej okolona włosami gęstemi wydaje mi się zachwycona.
U nóg moich stanął anioł Melozza,[62] który przyszedł z błogosławieństwem wieczornem.
Dzieli ze mną skromny posiłek. Zjadamy razem pomarańcze całkiem już obrane ze skóry i pestek, samo tylko mięso soczyste. Gasimy pragnienie.
Potem pochyla głowę ruchem ptaka, chowającego głowę pod skrzydło.
„Śpiąca jesteś, mała?“
„Tak, bardzo śpiąca.“
Serce mi drży. Aż po dzień dzisiejszy miała mnie w swojej pieczy. A teraz oto ja nią się zaopiekuję.
„Wyciągnij się na mojem łóżku i spij trochę.“
„Jeśli zasnę, nie zbudzę się.“
„Zbudzę cię.“
Podnosi się całem swojem ciałem giętkiem i senna zbliża się do łóżka.
Wyciąga się na miejscu zagłębionem w mojem łożu cierpień, kładzie głowę na poduszkę moich nocy bezsennych.
Mała to poduszka, niższa od ramienia, które człowiek na ziemi rozciągając się do snu kładzie sobie pod głowę.
„Jakże możesz spać z głową tak nisko ułożoną?“ mówi głosem przysłonionym.
Poduszka to męki, na której przez tygodnie całe jak na kupce popiołu żywą pochodnię, trzymałem bez ruchu oko moje pod ciągłym podmuchem demona dobywającego zeń ogień i skry.
Stoję na nogach a ona leży. Stoję tuż przy łożu, jak ona stawała — a ona wyciągnięta leży jak ja leżałem.
Mówi: „Nie mogłabym tak spać.“
Nie mogę się pochylić ku niej, gdyż stojąc muszę zawsze głowę nieco w tył mieć odwróconą.
„Czy chcesz innej poduszki?“
Idę wolnym krokiem do okna, przy którem wprzód leżałem. Biorę poduszkę, wracam do łóżka.
Serce moje tak słodkiem rozpiera się uczuciem, jakby dziecięctwo moje i dziecka mojego w jedno się razem zlały.
„Oto poduszka.“
Podnosi głowę, a ja jedną poduszkę kładę na drugiej.
„Czy tak dobrze?“
„Tak dobrze. Dziękuję.“
Dobroć moja wraca mi od niej. Dobroć jej i wdzięczność wypełniają mi serce. Własne moje powtórzyła słowa, przejęła akcent mojej wdzięczności.
Zasypia zaraz, sennością zdjęta.
Nie słyszy już. Oddycha ledwie.

Leży na wznak, ale głowa jej złożona na włosach odwróciła się na nowo; nogi jej leżą, jednana drugiej, jakby jednym przebite gwoździem; i widzą połysk jego główki.
Wyciągnęła w górę ramiona, jak dziewice czekające stygmatów męki; ale ręce są zaciśnięte.
Śpi z piąstkami zamkniętemi, jak kiedy dzieckiem była; śpi na mojem łóżku mąki, jak w kołysce dziecięcej.
Czuwam nad nią, powoli krocząc w pokoju od rogu do rogu.
Krok mój jest cichy. Mam wełniane obuwie.
Od bioder ku stopom odradza się we mnie nieco zwinności.
Górną część ciała utrzymują w nieruchomości, szyję wyciągnąłem, głowę odwróciłem w tył.
Na mojej zapadłej twarzy noszę oko chore, jak na talerzu męczennicy Ś. Łucyi.
Gdyby ten talerz krwi był pełen i łez, nie uroniłbym z niego ani kropli; tak zgrabną jest moja przezorność.
Za każdym razem, przechodząc przed zwierciadłem, widzę w niem jakiegoś obcego człowieka z obwiązaną głową.
Kiedy zbliżam się do łóżka, noga moja lżej stąpa po kobiercu, niźli łapa drapieżnego zwierzęcia skradającego się nocą po łące.
Lekarze pozwolili mi przejść się między czterema ścianami pokoju, aby ściągnąć sen, który mnie odlatuje.
Zatrzymuję się. Śpi ona, jakby bez tchu.
Leży nieruchoma w swojej sukni brunatnej. Po obu stronach twarzy spoczęły jej pięści zaciśnięte.
Bukiet róż w złoconym kielichu wonieje wonią cieplarni; to róże na dzień jutrzejszy. Cisza zupełna — i w świetle i w cieniu jednaka.
Tu, gdziem cierpiał, gdziem nadzieje roił, gdzie rozpaczałem, gdzie walkę toczyłem z potworami, gdzie rozmowy wiodłem z aniołami, gdziem krwawił się i płakał, tu oto dziecko moje spoczywa.
Jakżeż małą jest dziś wieczorem! Nie waży więcej niż dziewczynka umierająca, którą na rękach moich trzymałem całą noc.

Z oddali przychodzi mi to wspomnienie jak fala, której pierś zatrzymać nie potrafi.
Oto wstają we mnie; litość i rozpacz i strach i pragnienie krwią swą się dzielić i tchnieniem swojem i wyczekiwanie cudu — widzę światło złowieszcze wielkiego niedźwiedzia i drogę mleczną tak bliską ziemi, jakby dwiema smugami podnosiła się od niej ku bolom nadziemskim — widzę ruch sił jakichś nieznanych naprzemian płynących między morzem a górami i przelot szybki jakiegoś boga głuchego na modły, niebacznego na ofiary i drganie ustawiczne ciała i wolę życia broniącą się śmierci.
Jak teraz chodziłem w pokoju obszerniejszym, krokiem tak samo ostrożnym i cichym.
Od drzwi otworzonych do ciemnego pokoju drugiego, w którym bieliły się łóżko i kołyska, podszedłem do okna rozwartego szeroko ku gwiazdom.
W ramionach trzymałem dziecko kilkamiesięczne, wycieńczone cierpieniem, bledsze od swoich powijaków a z plamą czarną w kątach nosa, która mnie przerażała.
Natknąłem na śmierć między progiem a progiem, spotkałem się z nią przed framugą okna. Utkwiłem w niej oczy surowe i dzikie, chcąc się z nią zmierzyć.
Był to dom samotny w Kampanii Resiny.
A noc była czerwcowa.
Wulkan buchał od dni kilku; a oknem widać było ognie krateru, szerokie pasy płomienne, długie ścieki lawy rozżarzonej i zczerwienione w odblasku obłoki.
Lekarz odszedł był ostatnią nadzieję pokładając we śnie jako leku boskim. Mała nie płakała już i zdrzymnęła, kiedy na ramiona ją wziąłem i cicho po pokoju chodzić zacząłem.
Czułem tylko rytm mego ciała:
Nie szeptałem, ani śpiewałem, nie oddychałem prawie, ale kroki moje były niejako śpiewem, ale objęcia moich ramion były jakby kołyską, ale wszystkie moje członki układały się jakby do nakazu muzyki.
Pieśni ludowe mojej niańki wstawały z głębin we mnie i wiodły mnie.
Usta moje przypomniały sobie, że ssały torebkę maku owiniętą miękkiem płótnem.
Myśli moje wciąż krążyły między cieniem a snem, między życiem a śmiercią, między światłem nieba a ogniem ziemi.
Idąc ku oknu słyszałem ćwierkanie świerszczów, słyszałem stłumioną melodyę nocy. Idąc ku drzwiom słyszałem głuche uderzenia, które wydawały mi się nieznane, jak głosy niekończących się nabożeństw nocnych za zmarłych.
A na czas jakiś, kiedy odwracałem się, uderzenia te odmieniały się na miarę melodyi ziemskiej tak, że i trwoga moja zatracała się jakby w odpływie fal.
Ale w końcu zaszedłszy do odrzwi, gdzie stała śmierć wyprostowana, usłyszałem uderzenia silniejsze i straszniejsze.
Serce przerażone szybciej mi zabiło. Stanąłem odurzony.
Zdawało mi się, że to straszliwe uderzanie udzielało mi się z delikatnego ciała dziecka umierającego.
Przedstawiałem sobie gorączkę bardzo wielką, agonię nagłą z całem okrucieństwem zaciskającą to gardło małe i nie dającą mu krzyknąć ani jęknąć.
Pochyliłem się, aby oglądnąć twarz wycieńczoną, tchnąłem oddechem swoim na te usta zamknięte.
Twarz była cicha, usta spokojne, słodycz snu rozlała się w piąstkach zamkniętych.
Sercu memu drżącemu odsłonił się cud przyrody. Wtem odrazu poczułem pulsowanie żył nabrzmiałych w moich znużonych ramionach.
Najmniejsza niecierpliwość przerwać mogła sen zbawienny. Wziąłem na siebie ofiarę. Dalej chodziłem krokiem cichym, nosząc w ramionach życie mojego życia.
Żywiłem je wolą moją, zasilałem cierpieniem.
Całą moc duszy wytężyłem, aby utrzymać zesłabłe ramiona a przecież czułem piękność nocy jakby w upojeniu natchnienia Apollinowego.
Cicha kantylena nawskrość przenikająca ciało moje zmieniła się w śpiew pełen zachwytu. Rozpłomieniony krater mitem mi był matki wieczystej, która w ogniu syczącem hartuje ciała śmiertelne.
Udręczony mój puls odmierzał poezyę wszechświata.
Nigdy później z takiem utęsknieniem uszczęśliwiającem nie widziałem gwiazd drżących i blednących o pierwszym brzasku świtu, nigdy tak nie odczułem taktu tego utajonego w duszy śpiewu — i ta oto dopiero godzina dzisiejsza wraca mi te uczucia w misterium dobroci.
21. kwietnia 1916. Wielki piątek dziś — a Boże Narodzenie dla Rzymu.
Wszyscy, co polegli, życie swe oddali dla świata.
Wszyscy, co pracują i udręczają się, by wesprzeć walczących, trud swój oddają na ofiarę światu.
Wszyscy, co cierpić, walczyć i umierać będą w tej najsprawiedliwszej ze wszystkich wojen, wszyscy ci cierpić, walczyć i umierać będą, jako ofiary dla świata.

Na jakiej Kalwaryi umiera dziś Syn człowieczy śmiercią ofiarną?
Syn człowieczy ponosi dziś mękę za nas na dzikiej górze, nazywającej się wedle Ś. Michała a z mieczem, na górze o czterech wierzchach, czterech zapalczywościach boju, bez cienia i bez wody na Krasie. I dla nas usta wyschłe upojone żółcią tchną duchem i nadzieją.
Żołnierze tam uwieczniają się.
Widzę ich w szturmie na szczyty, widzę połysk ich stali, oczy ich natchnione obrazem ojczyzny. Widzę ich buntujących się przeciw niebu grzmiącemu. Zrazu wydają się zmieszani i zgnębieni w burzy wstrząsającej nimi. Potem stają się ludźmi z włosem najeżonym. Stają się zębami, gryzącemi wściekłe skały. Kąsają wieczność.

Mam cztery krzyże moje bratnie.
Giuseppe Miraglia ukrzyżowany na swoim aeroplanie.
Luigi Bailo ukrzyżowany na swoim aeroplanie.
Alfredo Barbieri ukrzyżowany na swoim aeroplanie.
Luigi Bresciani ukrzyżowany na swoim aeroplanie.
Nie mam chust lnianych ucznia z Arymatei, ani balzamów Nikodema. Ale wystawiłem im pomnik nowy, „na którym nikt inny nie był jeszcze wpisany“.

Święte oblicze miłości i bolu mojej matki z litości nademną anioł przysłonił dziś suknem fioletowem.
Wielka sobota.
Nagle, podczas gdy leżę wyciągnięty na łóżku, ściśle owinięty prześcieradłami, związany, jak Łazarz, i z chustą na głowie, milczenie ponure przerywają dźwięki dzwonów wielkiemi płynące falami.
Dawniej budziły we mnie tylko smutek, teraz dzwony ożywiają nadzieje moje.
Dopełnia się dziś dziewiąty tydzień od dnia mego powrotu, od wyroku zasądzającego moje ciało na zagwożdżenie w ciemności.
Głos żaden nie woła mnie, abym wyszedł na świat, abym wstał. Pozostaję nieruchomy, zapanowuję nad odruchem chęci wstania.
Ciało moje wysącza się kroplami, rozdzierają je kłucia igieł niosących leki.
Tu i ówdzie jakąś trwogą napełnia mnie przerywane drganie włókien; wydaje mi się, że małe jakieś zwinne zwierzę zamieszkało we mnie, które rozpaczliwie wewnątrz członków moich przebiega, szukając łapkami i pyszczkiem drogi, którąby się wydostało.
Serce zaburzone pulsuje mi w gardle, odtętnia w karku.
Pokój, pokój, pokój. Ale zwiastowanie święte nie ucisza moich cierpień.
Nie mogę oprzeć się pokusie zrobienia próby. Zwolna wydobywam ramię z bandażów, podnoszę skraj przepaski pokrywającej oko zranione, otwieram powiekę.
Uporczywy cień pozostał bez zmiany. Dobra wróżba czczą się okazuje.

Po raz pierwszy pozwolono mi zejść do ogrodu.
Siła zwodnicza unosi mnie. Z dziecięcą wesołością, zrzucam mój stary strój inwalida. Znowu jestem białym ułanem. Spodnie moje żołnierskie, tak dobrze dawniej przylegające do kolan, teraz opadają w fałdach. Z biciem serca przepełnionego nadziejami widzę znowu na rękawach bluzy oznaki lotników, złote skrzydła zczerwienione od złotego powietrza Adryatyku.
Zdaje mi się, że oddycham powietrzem wyżyn. To szare sukno poznało błękity nad chmurami, uwieszone było na wyżynie czterech tysięcy metrów w pustce powietrznej, wchłonęło w siebie zachwyt upojenia, które przytrzymywać zdawało się aeroplan w niebie, nad Trydentem pełnem burz i drgającem od błyskawic dwóch wojsk w zapalczywym z sobą boju. Po stronie serca, w kieszeni, przechowane były talizmany: stary pierścień mojej matki, który zamiast drogiego kamienia ma w sobie małą poniszczoną czaszkę, osadzoną między dwoma piszczelami — i kulę, która z sierpnia utkwiła w drzewie statku w pobliżu mojego łokcia.
Śmieję się, słysząc szczęk zderzonych ostróg, które mi ktoś przypiąć chce. Nie daję ich sobie nałożyć. Koń nie grzebie przed bramą — i ach aeroplan morski nie łoskoce nad brzegiem, na miejscu, z którego się ma unieść. Jestem w rekonwalescencyi a zawsze jeszcze w niebezpieczeństwie.
Kolana drżą mi. Serce bije mi jak młotem. Zabieram się do przestąpienia progu, co tak długo było mi zakazanem.

Z największą ostrożnością schodzę po stopniach, niosąc oko moje w głowie, podniesionej jak w szkatule z relikwiami.
Sirenetta zbliża się, aby mnie podtrzymywać.
Oto ostatni stopień.
Oto pokój parterowy.
Oto zielonawe światło za oszklonemi drzwiami, zakrytemi firanką koronkową.
Oto powietrze świeże, które napełnia mi usta spragnione, jak napój niezwykły smakiem nowym.
Oto ogród, liście, kwiaty.
Ręka moja sięga po bandaż. Ściślejszy on niż zwykle. Nie biały, ale ciemny. Nie ze lnu, ale z jedwabiu.
Oko moje czarno odziane nosi strój żałobny.
Ze swoim wdziękiem dziecięcym Sirenetta ujmuje moją rękę szaloną, prowadzi mnie do wysokopiennego krzaku róży i mówi: „Oglądaj tę różę małą.“
Co za tajemnica w tonie, który z dziewczyny i krzaku róży uczynić może jedną istotę!!
Kiedy tak trzyma między palcem serdecznym a średnim łodygę, róża wydaje się, jakby wyrosła z zagłębienia jej dłoni, jakby początkiem była jakiejś wiośnianej w niej metamorfozy.
Ma ona suknię na sobie w paski białe i zielone, zrobioną jakby na wzór srebrnej topoli, której świeże gałązki wszystkie drżą za powiewem, idącym od grobli.
Mała róża z niej wyrosła, jest kwiatem jej delikatności.
Tak jest czystą, tak chwiejną, z takim zbudowaną wdziękiem, że porównać się nie da z niczem cielesnem a chyba tylko z myślą świetlistą, wypowiedzieć się nie dającą.
Nie ma formy dziecięctwa, która mogłaby się jej równać.
Kolana ugiąć wypada i czcić ją.
Doskonałość jej szybko mija.
Zdaje mi się, że widzę jej liście rozwijające się od chwili do chwili.
Już po pierwszej nocy otworzy się zupełnie i straci swój wdzięk.

Bezczynność tylu dni więziła mnie w odczuciu własnej mojej znikomości między rzeczami. Teraz odzyskuję słuch poety siedzącego nad brzegiem strumienia czasu: znowu słyszę melodję wiecznego odpływu.
Sirenetta zna najdokładniej historyę ogrodu. Wie gdzie jakaś gąsienica i pszczoła i pająk i chrząszcz i wie, co robią.
Wie, które gałęzie chorują i policzyła pączki, które się opóźniły i które się niebawem otworzą.
Uskarża się na lenistwo ogrodnika. Bierze mały mieszek i odmuchuje proszkiem krzak róży rojący się od zielonych owadów.
Z jakiemś wahaniem się litościwem prowadzi mnie do wielkiej białej róży, której chrząszcz wyjada serce.
„Dlaczego nie strzęśniesz go, nie odpędzisz?“ pytam jej.
„Teraz — odpowiada — róża już stracona. A jeśli chrząszcz nie nasyci się nią, pójdzie innej poszukać.“
Czuję, że litość swoją podzieliła między chrząszczem a kwiatem, jak Ś. Franciszek, który rozumiał dobrze drapieżnego ptaka i zadziobionego robaka, ogień płonący i spaloną suknię, ciało chore i zioła suszone do leczenia go.
Zatrzymuję się przed tym widokiem namiętności niszczącej.
Owad wgryzł się w słodycz kwiatu z głodem podobnym do zapamiętania drapieżcy.
Lśni jak blaszka złota z pod oszlifowanego szmaragdu.
Jest wspaniałym klejnotem i dziką zarazem siłą.
O nic nie dba, o żadnem nie pamięta niebezpieczeństwie, żadnej niespodziance, żadnej groźbie; zagłębił się w swojej radości, jak w występku, który nie boi się kary.
Znowu odczuwam, jak w swojej młodości, ile boskiego ma w sobie głód i pragnienie.
Całe serce róży zniszczone jest, a w pośrodku między koroną liści jeszcze nietkniętych żółtawy wychodzi kolor jakby resztka miodu.
Rana zapływa nektarem, zniszczenie jest czemś miłem.
Miłość nasycona nie zna winy.
Kto pięknością się żywi, w piękność urasta.
Czekać chciałbym aż do chwili, aż chrząszcz rozwinie skrzydła z pod swego pancerza złoconego i uleci na promieniu słonecznym.

Południe ma się ku końcowi. Niema najmniejszego przewiewu w powietrzu. Młode liście oddychają i roją nadzieję, stare rozmyślają i wspominają.
Glicynie szeroko rozkwitłe pokrywające mur cały aż do dachu, wychodząc z jednego pnia podobnego do kłębu sznurów, przypominają mi obraz sieci, którą widziałem nad brzegiem Atlantyku, kiedy wyciągano ją z wody pełną meduz fioletowych.
Jaskółki fruwają i krzyczą przeraźliwie i odczuwam rany starożytnych czasów, jakby mnie przeszyło na skroś strzałą.
W kącie widzę dwie odwrócone konewki do polewania roślin; nie wiem, dlaczego są dla mnie wyrazem milczenia, pauzę mi wytwarzają w przeraźliwych krzykach ptaków.
„Teraz przemawia twój laur“ — rzekła Sirenetta.
Jest to krągło strzyżone drzewo laurowe, na cienkim, nagim pniu wysokości mężczyzny.
Wygląda dziwnie allegorycznie; jakby je przeszczepiono z ogrodu snów Polifila.
Brak mu tylko kartki papieru na środku pnia.
Liście jego ciemne, twarde i gęste, tak że Muza nie mogłaby między nie ręki wsunąć nie raniąc się po ostrych ich krawędziach.
A z liści wieczystych w rytmicznych odstępach strzelają nowe listki, tak żywe, że szeplenić się zdają na podobieństwo małych języków niecierpliwych, które mają ochotę powiedzenia czegoś.
Dusza dziewicza Sirenetty odrazu odczuła ten rytm bez dźwięku.
Laur przemawia. Czy mówi: „Nie zasypiaj!“ czy też mówi: „Nie umieraj!“?
Nigdy sen nie był mi czemś tak obcem, nigdy śród tak wzmożonej śmierci dokoła nie czułem takiego pragnienia nieśmiertelności.
Mimo to w uciszonem sercu mojem odzywa się głęboki śpiew.

Słońce zachodzi za wygięciem kanału, zielonego teraz, jak ów mówiący laur.
Dzwony umilkły, ale powietrze drży i wyczekiwać się zdaje dzwonienia na Anioł Pański.
Zakryte moje oko pełne jest barw świetlnych glicynii, ale drugie odwykłe patrzenia senne jest.
Oderwana od chwili obecnej cicha harmonia jakaś zlewa się w duszę.
Pałac Coré jest tylko wieńcem szerokim podtrzymywanym przez głowy lwie, patrzące ku wodzie.
Od pałacu Dario aż do kościoła Maria della Salute[63] cegły i kamienie w świetle różowem wyglądają jakby cieliste.
Fasady przytykają do siebie, jak podpierające się wzajem kobiety, bojące się upaść w znużeniu kwietniowem.
Wielka barka czarna, ładowna lśniąca siarką a popychana wiosłami długiemi, przechodzi jak zjawisko wydobyte ze wspomnień z przed lat tysięcy.
Ma ster starożytny o szerokiej łopacie i długim drągu, który w pięści trzyma człowiek, podobny do fenickiego sternika.
Siarka przybiera, wchodząc w cień, jakiś ton nieokreślony.
Ten kolor żółty ma moc jakiegoś niespodzianego tematu, który przycichającą symfonię podnosi odrazu do wyżyn wzniosłych.
Dziwne jakieś uciszenie jest we mnie.
Nie słyszę już jaskółek.
A serce bije mi trwożnie, że jakieś uderzenie w dzwony przerwie tę muzykę utajoną.
Niedziela Wielkanocna. Święto Zmartwychwstania.
Towarzysz broni posłał mi odbitkę wspaniałego rysunku „na inzurekcyę“, który Michał Anioł wykonał piórem, wyrwanem orłowi Giovanniego di Prediletto. Resurgit et insurgit.
23. kwietnia 1916. Chrystus tytaniczny, odwaliwszy ciężką płytę grobu, zawsze jeszcze jedną nogę trzyma w skalistem wyżłobieniu. Ale głową wzniesioną, wzniesionemi ramionami, całym zapałem i porywem wszystkich, swoich pragnień unosi się ku niebu.
A więc serce moje nie dość było szalone? Bicie jego nie dość było przyspieszone?
I czy potrzeba było tego namiętnego obrazu potęgi, abym słabość moją odczuł w całej jej nędzy?

Mnie żaden uczeń nowego nie postawił pomnika. Leżę tu, w tych samych prześcieradłach, tych samych bandażach, z tym samym potem i dreszczem. Nie wstaję.
Płacę za pobłażliwość wczorajszą. Czuję większe jeszcze znużenie, jakby mnie dobiło. Ciało moje udręczone nie kośćcem się trzyma, ale gniewem.
Wszystko zielenieje mi przed oczyma. Ręce moje w cieniu zielenieją. Cały pokój zielony jest jak altana gęszczą obrosła. Jakbym głowę wetknął do przystrzyżonego lauru a on cały stał się szkłem pełnem rysów.

Czy Oreste Salomone wstał z mogiły, aby przyjść dziś do mojego łoża?
Niespodzianie przyszedł, nie zawiadomiwszy mnie. Od progu na dole w ulicy po przez całe schody, od stopnia do stopnia udręczał moje serce bezsilne. Wstąpił, jak ja wówczas wstępy wałem do małego pokoju w Cominie.
Co mi przynosi?
Czy rzuci mi na kolana przebitą głowę Alfreda Barbieriego?
Chudszym jest, niż wtedy na łożu polnem. Czarne oczy rozszerzyły się, wgryzły w jego chudość. W mojej wizyi przybrał kolor zielony, jakby umarł już od czterech dni.
Dlaczego przyszedł mnie przerazić? Cóż to za wiązka ciąży mi na zimnych nogach?
Futro i hełm i spodnie i rękawiczki.
Czy mi je przyniósł ów żołnierz, co nie mógł kąsa przełknąć?

Uspokój się serce moje! Pozwól rozróżnić mi żywych i zmarłych.
Pozwól mi rozpoznać głos, który w owe południe lutowe nie z pogłębienia łóżka, ale z głębin poświęcenia przemawiał do mnie.
Mówił cicho. I dziś cicho mówi.
Czy dziewięć minęło tygodni, czy dziewięć wieków?
Ten bohater nie wie nic o tem, jak go uświęciłem w moim żarze. Gdybym dał mu do odczytania tę moją pierwszą kartkę Sybilińską, nie zrozumiałby nic.
„Siostro, dlaczego zwiodłaś mnie dwa razy.“
Przychodzi z urlopu. Przychodzi po rekonwalescencyi. Capua dała mu chwilę spoczynku i uczciła go. Jeszcze się nie wyleczył. Okropności z Gonars świdrują mu jeszcze żołądek. Oczy głęboko zapadłe w dołach są jakby naoliwione i świecą bezustannie, jak gdyby wciąż odbijała się w nich jeszcze szybkość lotu pod niebem, skrząca iskrami krwawemi. A czemś wyłącznem, czemś osamotniem są te oczy utkwione między rzęsami bez ruchu. Samotne są, jak oczy między skroniami wydłużone męczenników w złotej mozaice bazyliki Raweńskiej. Obok tych oczu wszystko inne jest ciemne, ziemi przynależne.

Istnieją czyny bohaterskie, które na zawsze przygniatają i więzią bohatera.
Oto orzeł z łańcuchem u nóg i kulą ołowianą.
Nie wiem, dlaczego — ale mam to uczucie, że znalazł się w tłumiącem go usposobieniu, które zwalczyć musi.
I zapłakałbym z nim.
Widzę go tam w dole, w jego stronach rodzinnych, z nogami ugrzęzłemi w glebie nie obsianej, z oczami, z których bije cała rozpacz lotnika, zwróconemi ku wierzchowi aeroplanu „Vulture“.

„Za dwa lub trzy dni wrócę do Cominy. W drodze zatrzymałem się w Wenecyi, aby cię uścisnąć.“
„A czy na nowo udział brać możesz we wojnie?“
„Jeszcze nie. Ale narazie komendę mieć będę na polu lotniczem. A ty?“
Wyobrażam sobie, jak ogląda swego „Vultura“. A ja jestem przy ujściu mojej rzeki, w pół ciała tkwię w piasku mojej rzeki; i matka moja tam jest, przykucnęła, jakby korzenie zapuściła, jakby się uczepiła, aby unieść wszystkie nieszczęścia swoich ludzi i swoich stron rodzinnych.
Matko moja, z jakiej to ciemności odrodzić się muszę?
Nieruchome jej oczy nie mają odpowiedzi. Pochylone jej czoło tak mi gdzieś dalekie, jak śnieg ostatni Maielli, sklepiącej się tam na południu na kształt piersi matczynej.

Wyczerpany jestem, jakbym znowu miał dwie rany w głowie i jakby kołysząc się w dół zwisała z pokładu drgającego aeroplanu.
Wiem, że znowu przytomność tracę i zwalczam majaczenie.
Spragniony jestem. Cały jestem pragnieniem i podnieceniem. Obraz rzeki powalił mnie, rzeka mnie topi, przepływa nademną.
Mówię do zasmuconego bohatera, który na piersiach nosi pas nieba pełnego chwały między Gonars a Lublaną, tu w rozmiarach szczupłych niebieskiej wstążki jedwabnej, mówię do niego: „Nieraz tracę nadzieję, że siły odzyskam: tak czuję się wyczerpanym, ot jak i dzisiaj. Oko stracone. Nie szkodzi. Wystarczy jedno. Cyklop odważny jest w każdej kuźni. Ale gdybym pozostał inwalidem? Gdyby zniszczenie ciała po długiej męce nie dało się naprawić? Gdybym na dwoje pozostał rozcięty, jak zdawało mi się wczoraj wieczorem, kiedy drodzy moi dozorcy złożyli mnie na tym ruszcie?
Powiedz mi ty, Oreście, czy możemy żyć dłużej bez heroicznej racyi bytu. Powiedz mi ty, czy możemy dalej być mężczyznami bez pewności, że godzina nadludzkich wysiłków wróci.“
Słowa załamują mi się w podniebieniu metalu pełnem. Znowu żuję stal. Pragnienie wyje we mnie bez głosu. Obraz rzeki znowu mi napływa, kręci mną, szumi dokoła mnie.
„Zestarzały, skrzywiony, złamany, ślepy z kolanami chwiejącemi się, łokciami trzeszczącemi, tak czekam spokojny nad brzegiem mojej rzeki. A któraż jest moja rzeka?
Rzeka, o której ci mówię, Oreście, jest wieczystą.
Tchnienie, które rodzi bohaterskość owiewa i kaleki, owiewa nawet kadłuby ludzkie i ruiny bezsilne.
Opowiem ci rzecz wielką, tobie, który odwieść miałeś do ojczyzny ciało moje dane w ofierze.
Nie mamy skrzydeł. Jest na świecie jednak i chwała nizin, tak jak i chwała wyżyn. Istnieje śmierć piękna, znaleść można jeszcze piękniejszą.
Co ci opowiadam, prawdą jest, ale związać tego nie chcę z żadnym czasem i z żadną przestrzenią.
Nie możemy już walczyć? Ja jestem wieśniakiem w Pescarze, ty jesteś wieśniakiem w Wulturze.
Bezimienny wieśniak rozkopuje uciążliwie motyką swój łan biedny nad brzegiem rzeki. Kraj jego w wojnie. Kraj jego pod inwazyą. Siać będzie, aby nakarmić walczących.
Od rana widzi swoich przeprawiających się przez bród, widzi ich szukających na brzegu drugim osłony, aby się połączyć, uszykować, uzbroić znowu do obrony.
Wróg nadchodzi. Nadjeżdżają groźni jeźdźcy i żądają, aby wieśniak pokazał im bród.
Pochyla się nad swoją motyką. Nie odpowiada.
Powtarzają rozkaz.
Kopie glebę. Nie odzywa się.
Biorą go tedy, wiążą mu ramiona na plecach, popychają do brzegu i mówią: „Pierwszy przed nami wejdziesz do wody.“
Bród oto tam.
„Wchodzi do wody. Idzie naprzód ze zgiętemi kolanami, aby pokazać, że głębokość większa. Potem kolanami samemi przesuwa się na dnie. Potem przykucnął, znika. Pozostaje w toni. Przepłynąć daje rzece ojczystej nad nieznaną i cichą ofiarą.

Skąd do nas dochodzi to milczenie?
Płynie, jak owa woda, w której ten człowiek rozciągnął się.
Powoli serce moje uspokaja się.
Ręka mego towarzysza spoczęła w mojej na skraju łóżka.
„Co to za paczki kartek pociętych?“ pyta, ujrzawszy rozrzucone po łóżku listki Sybilińskie,
„Posługuję się niemi, aby w ciemności linią za linią spisywać sny moje.“
Dziwi się, a w tem zadziwieniu uśmiech jego nabywa niespodzianej świeżości.
„A jak piszesz?“
„Tak!“
Biorę tabliczkę, kładę ją nachyloną na kolana lekko podniesione. Biorę biały pasek papieru, rozkładam go i piszę omackiem jak za pierwszym razem.
Za ręką moję idą oczy, które widziały umierającego Luigiego Bâila, padającego na kładkę między miedzianemi rezerwoarami, które widziały cudowny pobłysk iskier odbitych w wichrze od hełmu Alfreda Barbieriego, kiedy legł na pokładzie.
Weź. Patrz, czy zdołasz przeczytać, com napisał.“
Bohater bierze kartkę, wstaje, podchodzi do okna wpół przymkniętego, robi ruch, jakby odczytywania. Waha się.
Z jakich to rowów, z jakich mogił przychodzi do nas to milczenie?
Ręce jego drżą nieco pod jego profilem orlim.
Czyta tym samym głosem przysłonionym, który miał na owem łożu polnem.
„A gdyby istniała śmierć jakaś jeszcze piękniejsza?“

Wyzwolenie ty, wyzwolenie,
wzywam cię w mój wioczór bez gwiazdy
wieczornej, wzywam cię w nocy bez
gwiazd niedźwiedzia, wzywam
cię o świcie bez księżyca, ale nie
wybawisz mnie jeszcze.
Wyzwolenie, wyzwolenie,

tobie ofiaruję te moje
opaski, krwią przesiąkło i łzami zimnemi, tobie ofiaruję tę źrenicę, która już nie widzi a widzieć juź nie chce, chyba tylko głąb rozjaśnioną we mnie przez jutrzenkę.


Wyzwolenie, wyzwolenie,
usuń w dal odemnie litość tych, co mnie kochają i miłość tych, co się nademną litują i tę muzykę i te zmory złudne i całą tę miękkość, która nie warta tyle, co moje leże na słomie.
Wyzwolenie, wyzwolenie,
przyjdź i wybaw mnie, przyjdź i wzmocnij mi golenie i łokcie i stawy rąk, przyjdź i zlej mi na nowo sól i żelazo do krwi, przyjdź i odtwórz mnie z mojem nieubłaganem męstwem i rzuć mnie znowu w wir walki.



Przypisy

  1. Plac Ś. Marka w Wenecyi.
  2. Gmach prokuratów na północnej stronie placu Ś. Marka, zbudowany z początkiem XVI. wieku.
  3. Słynna czworoboczna dzwonnica blisko 100 metrów wysoka, której budowę (przed bazyliką Ś. Marka) rozpoczęto w 10 wieku a ostatecznie skończono w r. 1329. Campanile zawalił się w lipcu 1902, lecz na nowo go odbudowywać poczęto w r. 1905.
  4. Piazzetta mały plac między pałacem dożów a biblioteką (słynnem dziełem Jakóba Sansovina) zbudowana w latach 1536—53. Piazetta w północnej swej stronie łączy się z Piazzą (t. j. placem Ś. Marka) w południowej przytyka do Kanału Ś. Marka.
  5. Długa nadbrzeżna ulica, która nad kanałem San Marco idzie z Piazetty na wschód.
  6. Z placu Ś. Marka wychodzi się na uliczkę San Moisé. Przecina ją kaual S. Moisé, przez który przejść można mostem. Wogóle w całej Wenecyi iść można pieszo ulicami, placami, uliczkami i mostami na kanałach, albo też wszędzie prawie dostać się można łódkami, płynąc po pod mostami kanałów dzielących ulice. W przedłużeniu uliczki S. Moisé znajduje się ulica Via XXII Marzo, poczem schodzi się na plac San Maurizio.
  7. W »Boskiej Komedyi« Dante w XXII pieśni piekła kreśli, jak Ciampolo w ósmym kręgu oszukuje djabłów rzucających grzeszników do stawu ze smoły wrzącej i pastwiących się także nad nim. Djabli sami wpadają do smoły. Dante pod osłoną Vergilego umyka, bojąc się zemsty djabłów, przypisujących mu swoją porażkę. Pewnym czuje się dopiero, kiedy dostają się do głębszego pierścienia ósmego kręgu, w którym djabli, do innego należący odcinku władzy już nie mają. Są więc razem wewnątrz ognia i wspólny czeka ich los, bo Dantego Vergili jak matka objął. (Lo duca mio di subito mi prese, Come la madre, XXIII, 37.)
  8. Beppino zdrobn. Giuseppe.
  9. Gigi lub. Gino zdrobniałe zamiast Luigi.
  10. Taormina, miasto w Sycylii nad morzem Jońskiem, słynne z piękności swego położenia i bujności wegetacyi. Prócz wielu resztek architektury starożytnej zachowała się w mieście starogrecka jeszcze arena.
  11. Latomie dosłownie »kamieniołomy«, ale tu autor ma na myśli »latomie« w Syrakuzach, znane dzięki swym rozmiarom i przedziwnej akustyce groty, zwanej »uchem Dyonizyusza«. I Syrakuzy mają teatr zachowany z greckich jeszcze czasów.
  12. Dla orjentacyi podaje się położenie kilku w opowiadaniu wymienionyck gmachów i miejscowości.
    Arsenał znajduje sie na samym obwodzie miasta po stronie wschodniej; dostać się można do niego przez Canal granda i Canale di San Marco, albo też ulicami, najlepiej przez Biva degli Schiavoni, o której też autor kilka razy wspomina.
    Szpital St. Anna, o którym tylekroć mowa poniżej, znajduje się niedaleko arsenału w stronie południowo wschodniej. Naprzeciw szpitalu jest wysepka »Isola di S. Pietro« przedzielona odeń kanałem. Na wysepce tej są koszary i kościół Ś. Piotra, słynna budowa renesansowa z 15 wieku.
    Sant Andrea jest fortem daleko za miastem w pobliżu portu Lido — w północno wschodniej stronie Wenecyi.
    Cmentarz (Cimitero comunale) znajduje się na północnej stronie miasta. Pochód żałobny na łodziach musi ze szpitalu St. Anna przez zatokę San Marco i przez canal grandę przesuwać się obok ogrodów i pałaców.
    Kościół San Michele nad cmentarzem leży na samym cyplu nad morskim.
    Murano, miasto na jednej z północnych lagun weneckich, słynne z fabrykacyi szkła, zwierciadeł i pereł
  13. Morosini Francesco (1618—1694) zdobył Peloponez, był admirałem floty weneckiej a w r. 1688 został dożą weneckim.
  14. Do Zary zwracają się patryotyzne uniesienia D’Annuncia nie bez pewnych uzasadnień historycznych i kulturalnych. Już około r. 1000 stolica ta Dalmacyi oddała sie w opiekę Wenecyi. W przeszło 100 lat później zdobyli ją Węgrzy w wojnie z Wenecyą, która po dalszych 100 latach dopiero ją odzyskała, ale naprzemian to na rzecz Węgier ją tracąc, to panowanie w niej podtrzymując, ostatecznie w r. 1409 ułożyła się o nią z królem węgierskim, zapłaciwszy mu 100.000 dukatów i zatrzymała w swojem posiadaniu przez 389 lat, aż wraz z całą Dalmacyą dostała się sama pod panowanie Austryi. Miasto ma zabytki rzymskie, place, gmachy i kościoły zbudowane w stylu weneckim (Piazza dei Signori — Piazza della Colonna — tum Ś. Anastazyi, zbudowanej w pierwszej połowie XIII wieku — kościoły San Grisogono i San Simeone z XIV wieku i. t. d.). W samem mieście przeważa ludność włoska, cały jednak powiat zamieszkany głównie przez Kroatów.
  15. W rzeczy samej D’Annunzio w lecie 1918 wyprawił się do Wiednia i zrzucał proklamacye.
  16. Jeden z wysuniętych cyplów nadmorskich.
  17. W prowincyi Udine.
  18. Mowa o kapitolu, na którym czczono uwieńczonych starożytnych tryumfatorów.
  19. Nino Bixio (1821—1873), jeden z najsłynnejszych bojowników w walce o zjednoczenie i niepodległość Włoch, walczył 1848 i 1849 przeciw Austryi, 1849 pod Garibaldim w Rzymie w r. 1859 przeciw Austryi, w r. 1866 brał udział w bohaterskiej wyprawie do Sycylii, w r. 1870 w wyprawie przeciw państwu kościelnemu.
  20. Gracchów.
  21. W Kalydonie mieście Etolskim w Grecyi środkowej panował Ojneos, ożeniony z Alteą. Kiedy narodził im się syn Meleagier, Altei zapowiedziały Mojry (Parki), że syn jej żyć będzie tak długo, aż polano, płonące właśnie w ognisku nie dopali się. Altea wyjęła polano z ogniska i starannie przechowała. Meleagier, dorósłszy, urządził obławę na strasznego dzika którego bogini Artemis nasłała, obrażona na Ojneosa, że poniechał ofiary dla niej. W sporze o skórę zabitego potwora, którą Meleagier przysądzić chciał pięknej amazonce Atalancie a którą wydrzeć jej chcieli wujowie Maleagra, bracia Altei, zabił on wujów. Altea mszcząc się za zabójstwo braci, rzuciła polano do ognia i Meleagier umarł.
  22. Przy pożarze stepów zagrożone osady zapalają pasy ciągnące się naprzeciw dalekiego jeszcze pożaru. Pasy te spaliwszy się, ujmują szerzącemu się ogniowi wszelką dalszą materyę zalną. Pożar zatrzymuje się, natrafiwszy na popielisko po »ogniu przeciwnym«.
  23. Wenery, zrodzonej z piany morskiej
  24. »Chronię przed nawałnicami.«
  25. W trzecim kręgu piekielnym. (Infemo VI) Dante nie ognisty deszcz przedstawia, ale »Grandina grossa e acqua tinta e neve« (Grad ciężki, i brudny deszcz i śnieg») wiecznie spadające na potępionych (opojów i żarłoków).
  26. Tronto jest rzeką wypływającą w Abruzzach, stronach rodzinnych D’ Anunzia. Dawniej stanowił granicę państwa kościelnego. Wpada do Adryatyku w mieście portowem Ascoli.
  27. Okolice wysuszone po wybudowaniu kanału z jeziora Fucino w środkowych Włoszech w powiecie Aquila.
  28. Pescara w Abruzzach, miasto, w którego pobliżu D’Ariunzio spędził lata dziecięce.
  29. Aluzya do dwugłowego orła austryackiego. D’Annunzio raniony został w oko na terytoryum austryackiem, biorąc udział jako lotnik w walkach w Krainie.
  30. W Toskanii mówią mieszkańcy najczystszym językiem włoskim.
  31. Słynne poniekąd autobiograficzne dzieło Dantego, poświęcone głównie Beatriczy.
  32. Jaskółka leci w okolicach Wenecyi a potem w mieście samem. Chioggia zbudowana na lagunie leży z jakie 3 mile na południu od Wenecyi. Piazettę zdobią dwie kolumny bazaltowe. Na jednej jest lew brązowy, na drugiej marmurowa figura Ś. Teodora.
  33. Postać kobieca w jednym z dramatów D’Annunzia
  34. Znany kompozytor rosyjski.
  35. „Nieustraszony“
  36. W pobliżu Monfalcone w dawniej austryackiej Gradysce.
  37. Giudecca wyspa południowa część Wenecyi — Fondamente nuove na północnem wybrzeżu Wenecyi
  38. Miasto nadmorskie niedaleko Tryestu.
  39. Mowa tu o mieście portowem na południu od Wenecyi.
  40. Przypomnienie podania o Stańczyku, który w ten sposób zatrzymać chciał łódź perską.
  41. Kybela, bogini płodnej rodzącej natury przedstawioną była z lwem u stóp. Sosny były jej poświęcone....
  42. Herodes, król Judei, za którego czasów narodził się Chrystus, był Idumejczykiem, a nie żydem. Palmy idumejskie są tu aluzyą do zmartwychwstania.
  43. Gino skróc. Luigi.
  44. Pragnienie śmierci.
  45. Całe wybrzeże na południu od Wenecyi i Lida nazywa się Litorale di Malomocco. Sam port Malomocco, o którym tu mowa, znajduje się w połowie drogi z Wenecyi do Chioggii.
  46. Na południu od Aleksandryi, w stronie zachodniej od Delty Nilowej.
  47. Po lewym brzegu Nilu.
  48. D’Annuncio urodził się właściwie na morzu w okręcie, ale młodość spędził w Pescarze i okolicach.
  49. Słynny malarz włoski.
  50. Giuseppe Longhi (1766—1831) miedziorytnik.
  51. Most nad kanałem zbudowany w XVI. wieku punkt zborny kramarzy i kupców.
  52. Wenecya zbudowana jest na trzech wyspach. Dwie północne dzieli od siebie Canal Grande. Trzecia, południowa „Giudecca“ przedzielona jest od dwóch północnych zatoką San Marco (Canale San Marco).
  53. Z tragedyi Eschyla zachowało się tylko 7. A napisał 90, z tych niektóre tytuły i treść przypuszczalna są znane. Z „Trylogii Tebańskiej“ zachowała się tylko „Wyprawa siedmiu przeciw Tebom“ — dwie pierwsze części „Laios“ i „Edyp“ zaginęły. „Erinnye“ („Eumenidy“) są częścią trylogii „Oresteia“.
  54. Kapaneos bluźnił bogom i bluźnić nie przestaje w żarzących piaskach piekła (Dante Inferno XIV 51—60).
  55. Sławna rodzina skrzypkarzy w Cremonie w XVII wieku.
  56. Stradivario i Amati również słynni skrzypkarze.
  57. Najsławniejszy z rodziny Guarnerich (1683—1745).
  58. „Lenistwem jest leżyć, kiedy wstać mógłbyś.“
  59. Miasto gubernialne w Siamie.
  60. W dawnej Gradysce.
  61. Pamiętaj o życiu.
  62. Malarz 1428—1494 znakomity na owe czasy kolorysta.
  63. Słynna budowa barokowa Langheny (1630—1656) przypomina ją kościół Karola we Wiedniu.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Gabriele D’Annunzio i tłumacza: Henryk Monat.