Melancholia/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Kazimierz Przerwa-Tetmajer
Tytuł Melancholia
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wydania 1899
Druk W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron


KAZIMIERZ PRZERWA-TETMAJER

MELANCHOLIA
(Z portretem autora).
WARSZAWA
NAKŁAD GEBETHNERA I WOLFFA
KRAKÓW. — G. GEBETHNER I SP.
1899


Kazimierz Przerwa-Tetmajer.jpg
Kazimierz Tetmajer



KRAKÓW. — DRUK W. L. ANCZYCA I SPÓŁKI.
Panu
Janowi Siekluckiemu
książkę tę poświęcam.

MELANCHOLIA



WSPOMNIENIE.

Stało się konającemu bardzo ciemno w oczach i czuł, że śmierć się zbliża — więc począł patrzeć wstecz, poza siebie, chcąc raz jeszcze zobaczyć życie.
I przechodziły mu przed oczyma różne twarze, cichym i długim szeregiem, a każda twarz niosła wspomnienie boleści lub rozkoszy. Że zaś wspomnienia boleści przeważały o wiele, umierający myślał, że nie warto żałować, iż więcej twarzy tych już nie zobaczy.
Ale nagle, z tłumu, błysnęło ku niemu dwoje oczu, pełnych łez — poznał je, i odpędziwszy resztę mar, patrzeć w nie począł.
Były to oczy starca, żebraka, któremu w mroźną noc oddał płaszcz, zdjąwszy go ze swych ramion.
I żal go zdjął, że już po raz ostatni ma wspomnienie tych oczu i że ich nie będzie mógł wspominać po śmierci...




SĄD.

Dusza wyszła z ciała i wziął ją anioł za rękę i wiódł w jakieś pustkowie szare i smutne i posadził ją na kamieniu. A z góry, z ponad ołowianej szarości mgieł rozpostartych, ozwał się głos: Sądź się sama!...
I zaraz przed oczyma duszy poczęła się toczyć rzeka, której woda, poznała dusza, iż była z samych łez, lecz mętna.
A anioł rzekł: Patrz, oto łzy, które wycisnęłaś ludziom, będąc tam, na ziemi.
A dusza odrzekła: Tak, ale tu i moje łzy płyną zmieszane.
I po trzykroć ozwał się anioł do duszy i po trzykroć ona mu odpowiedziała.
Ale nagle mętna woda rzeki stała się czysta, jak kryształ i głęboka bardzo. I anioł rzekł: Łzy matki twojej.
A dusza, zasłaniając twarz, odpowiedziała: Otom jest winną, bo tu niema moich łez zmieszanych.




CIEŃ.

Wszędzie idzie za człowiekiem cień i nieopuszcza go nigdy, w dzień, ani w noc. Często człowiek patrzy nań, a nie widzi go, podobnie, jak się nie widzi czasem drzew, które przed domem rosną, kędy dawno mieszkamy, albo przechodniów na ulicy, kiedy inna myśl dominuje.
Ale ten cień jest przy człowieku zawsze, i wtedy, kiedy jako niemowlę pierś matki chwyta, i kiedy omdlewającej w miłosnym uścisku kobiecie w przymknięte oczy patrzy, szukając w nich wstydu i silniejszego nadeń pragnienia, i wtedy, kiedy na wiosenną trawę patrząc myśli, że przyszła wiosna może już na jego grobie trawę zazieleni.
Dzień i noc, zawsze i wszędzie, idzie ten cień za człowiekiem, wierniejszy niż żądza szczęścia, wierny, jak samotność — tym cieniem jest śmierć.




MIŁOŚĆ.

Zdawało mi się, że widziałem wszystkie godziny, jakie jeszcze mam przeżyć, lecące powoli przed memi oczyma, jak stado mew o zachodzie słońca, kiedy dzień jest upalny.
Wszystkich godzin mego życia białe pierwotnie skrzydła, poplamione były krwią, moją krwią własną, jedna tylko, ostatnia, miała skrzydła białe i czyste.
Więc pomyślałem, że przynajmniej śmierć będę miał słodką i spokojną...
Wtem przyszła ona, ta kobieta, którą kocham, i zobaczywszy godziny, które mam jeszcze przeżyć, iż były wszystkie skrwawione, a tylko ostatnia białą była i czystą — rzekła:
— Chcę, aby i ta była, jak inne.
Nie zapytałem jej: czemu?
A potem rzekła:
— Ale zkąd wziąć krwi?
Wówczas wskazałem jej na moje serce i podając jej sztylet, rzekłem:
— Uderz.
Kiedy podniosła rękę by uderzyć, myślałem tylko, czy potrafię stłumić jęk, aby jej nie przerazić, a gdy uderzyła, choć ból był szalony, nie jęknąłem.
Krew, która wytrysła z mego serca, splamiła skrzydła ostatniej godziny mego życia, białe i czyste. Więc pomyślałem, że będę miał i śmierć nawet gorzką i straszną, alem nie pytał, dlaczego mi ta kobieta tak uczyniła?
Chciała tak — a ja ją kocham.




RÓŻA.

Stałem raz na nicejskiem wybrzeżu, trzymając różę purpurową w ręku.
Przedemną było morze, złoto-błękitne, fioletowo-srebrne, ciche, słoneczne morze o południu słonecznem.
Rozkołysane perły, szmaragdy i opale fali pobrzeżnej podbiegały mi pod stopy, szumiąc jednostajnie i rytmicznie, jak harfa w jedną strunę palcem uderzana.
Na niebie czystem i szafirowo-złotem, stało ogromne, pełne ognia słońce. Była to wiosna.
Kilka białych mew krążyło nad wodą, to muskając jej powierzchnię piersią, to podnosząc się w górę: tak latają motyle nad łąką.
W dali, ku wschodowi, szedł statek, wlekąc za sobą siwą wstęgę dymu i wolno z oczu ginął w wodnej pustce.
Rzuciłem różę na wodę.
Fala szła wstecz i wstecz ją poniosła.
Widziałem, jak się oddalała, purpurowa naprzód na perłowej pianie, a potem bledsza na szmaragdach morskich.
Ale za chwilę do stóp mi przybiegła z powrotem fali.
Spostrzegłem tylko, że kilka listków oderwanych przez prąd od kielicha, przypłynęło osobno.
I znów fala wstecz poszła i wstecz różę odniosła; ale za chwilę kwiat był u stóp moich z powrotem fali.
Tylko więcej listków, przez prąd oderwanych, przypłynęło osobno.
Stałem długo nad morzem — fala szła ku mnie i wstecz odpływała, przynosząc mi do stóp coraz mniejszy kwiat róży i coraz więcej listków z kwiatu oderwanych.
Aż wreszcie nie pozostało zeń nic, tylko garść listków, rzuconych na wodę.
I morze niosło je ku mnie ciągle i ciągle...
Czy nie bywa tak z sercem? Wreszcie do stóp przypływa na garść listków rozbite.




NA WEZUWIUSZU.

Pewnej wiosny, ze szczytu Wezuwiusza patrzałem na morze.
Był zachód słońca. Fala, cicha, jak sen, grała w kolorach złota, ponsu i szafiru.
Nieruchome, spokojne, małe okręty rybackie, łowem korali zajęte, bieliły się żaglami na wodzie, pochylone na bok, podobne do nenufarów, kwitnących na jeziorze.
Cicho było dziwnie.
W dali widać było Neapol, od zachodzącego słońca różowy, i hen, aż ku Polom Elizejskim, szła przestrzeń błękitniejącej w zmierzchu, zamyślonej ziemi. Kapryjskiej wyspy skała podnosiła się z morza, lekko różowa i cieniem przesłana podłużnym; nad Sorrentem i zatoką morską, śniegiem u szczytu srebrzyła się góra Świętego Anioła, i hen od niej biegły olbrzymim kręgiem, fioletowo-niebieskie i różowo-pozłociste kopy gór włoskich, podobne do rozkołysanych fal oceanu.
Niebo, nad wstęgą gór jasne, w światłach metalicznego amarantu i żółto-błękitnych kolorach, szarzało na wschodzie, i stawało się senne. Na Pompei padł mrok; miasto umarłych ginęło, jakby w mgle jakiejś wielkiej i spokojnej.
Szedł wieczór.
Cicho było dziwnie, tylko Wezuwiusz niekiedy wyrzucał w strop słupy czerwonej lawy, z hukiem i trzaskiem, i rozsypywał ją w powietrzu, że podobną się stawała do ogromnego stada płomiennych ptaków, które z szumem chmurą spadały na zbocze krateru, lśniąc jeszcze długo na ziemi, złowrogo, strasznie i jakby całej naturze przeciwnie.
A kiedy wybuch zgasł, znowu było dziwnie cicho.
Byłem tam sam, daleko od domu, który już zresztą nie jest moim domem — i naprzód czułem brak, że nie mam przy sobie nikogo, komubym mógł powiedzieć: „Patrz!” — a potem uczułem, że nie braknie mi nikt, bo nikogo nie miałem nigdzie...




SKALNY MOTYL.

Szedłem raz w Żelazne Wrota w Tatrach. Za sobą, nad liptowskiemi górami, miałem burzę, która w ceglasto-sinej chmurze wisiała, bijąc w ciemne lasy złotymi piorunami, pełna grzmotu i ryku. Tatry huczały echem. Nad chmurą była jakby łuna ogromna, krwawa i straszna.
W koło mnie były turnie, nagie, skrzesane, granitowe skały, których nawet mech się nie mógł chwycić. Olbrzymie obeliski skalne strzelały wzwyż z pomiędzy olbrzymich piramid, zawieszając się wierzchołkiem gdzieś w zawrotnej wyżynie.
W dole była otchłań gruzu i łomu, spiętrzone zwały granitów, dzikie, puste i głuche; nad głową niebo przedzmierzchnie, szare i smutne.
Nigdzie trawy jednej, nigdzie mchu kępki, tylko łom i gruz, piarg szeleszczący i oślizłe płyty granitowe. Pustka śmiertelna.
Wtem zaszeleściło coś w powietrzu: od ściany do ściany źlebu, którym szedłem, przeleciał mały ptaszek, skalny motyl, jak go zowią górale.
Z załomu na załom wzlatywał coraz wyżej i wyżej, ze skały na skałę, aż znikł kędyś w zawrotnej wyżynie, wśród iglic i przepastnych łuków.
Tam, w oddali, była burza i lasy ciemne, tam niżej na dolinie, były miasta i zboża dojrzałe, było życie, był ruch, a ten ptak, wszystkiemu daleki, wszystkiemu obcy i niczemu niewidzialny, unosił się tu nad przepaściami, w niezmiernej wysokości i w niezmiernej pustce.
Prawda? Jest coś w duszy ludzkiej, co jest podobne do tego skalnego motyla: lata wyżej, niż burze i niż lasy, niż miasta i zboża, niż życie i ruch, wszystkiemu dalekie, wszystkiemu obce, zaledwie czasem dostrzegalne myśli, na chwilę, i tak, jak ten ptak oczom, ginące jej w zawrotnej wyżynie.




NAD POTOKIEM.

Szumie potoku górskiego, szumie potoku... Z zamkniętemi oczami słucham cię, jak idziesz ciągły, jednotonny, wieczny...
A duszę moją ogarnia taki żal, taki smutek niezmierny.
Oto mi ten szum od lat całych, od najwcześniejszego dzieciństwa znany, zawsze ten sam, jednotonny i wieczny — i kiedy sięgam w przeszłość pamięcią, ileż to razy widzę siebie nad tym potokiem górskim, tak samo z zamkniętemi oczyma wsłuchanym weń, z takim samym żalem, z takim samym niezmiernym smutkiem w duszy.
Szły lata mego dzieciństwa, szły lata mojej wiosennej młodości, i dziś idą lata życia coraz dalej, coraz dalej i niepowrotnie — i znów stoję dziś nad tym potokiem z tym samym żalem w duszy, z tym samym niezmiernym w niej smutkiem.
Jakbym żałował czegoś, com opuścił, i czegoś, co nie przyjdzie; jakbym się smucił stratą rzeczy mi drogiej, której nie widziałem, a tylko przeczuć mogę, że jest; jakbym tęsknił ku czemuś, co odchodzi, a nigdy nawet nie stanęło przy mnie...
Ileż to razy wyciągałem ręce ku uśmiechom losu, które były zwodne — i potem stawałem nad tym potokiem górskim, z zamkniętemi oczami, wsłuchany w jego szum jednotonny i wieczny, z tym żalem i z tym smutkiem niezmiernym w duszy...
Zawszeż tak będzie?
Nigdyż, nigdy nad tą wodą szumiącą nie będę miał w duszy innego uczucia, tylko ten żal i ten smutek niezmierny?




SZCZĘŚCIE.

Nie mówmy o szczęściu, którego pragniemy, nie mówmy o niem...
Szczęście jest, jak mały ptaszek... łatwo je spłoszyć.
Czekajmy cicho, nie mówmy o niem, nawet nie myślmy... w ciszy serca, w głębi serca, pragnijmy go, tając przed własną myślą to pragnienie.
Bo szczęście jest, jak światło w chmurach: wyjrzy na chwilę, zamigoce, ale tak łatwo napowrót się kryje.
Nie wzywajmy szczęścia, nie dążmy ku niemu, nie walczmy oń; jak dzieci, którym się w Boże Narodzenie śni, że Chrystus do nich przyjdzie z podarkami i czekają nań trwożne, ciche a niecierpliwe w obawie; czekajmy.
Jeśli ma przyjść, przyjdzie... nie idźmy ku niemu.
Szczęście jest, jak słońce, o którem marzą kwiaty, jeden tylko dzień kwitnące... one nie mogą ku niemu iść, czekają.
Jeśli dzień jasny, przyjdzie; jeśli chmury zakryją niebo, czekają próżno.
Uwiędną i nie zobaczą słońca. Wieczorem, w godzinie śmierci, będą mówiły: otośmy próżno otwarły ku niemu kielichy nasze... nie przyszło...
Czekajmy cicho na szczęście... ono jest dla serc, czem słońce dla kwiatów, które tylko jeden dzień kwitną... — jeśli ma przyjść, przyjdzie.
Nie mówmy o szczęściu, którego pragniemy, nie mówmy o niem... — płochliwe jest, jak ptak.




ŻÓRAWIE.

Widziałem raz żórawie, odlatujące na wschód wielkiem stadem.
Był to jesienny wieczór, pełen smętnego fioletu i ciszy, jak zwykle o tej porze w Tatrach.
Żórawie leciały wolno, czerniąc się nad różowemi ostatnim różem słonecznym górami.
Patrzałem za nimi długo, dopóki nie znikły, z coraz większym smutkiem. Nie wiem, czemu wydało mi się, że się te żórawie obłąkają na morzu i nie powrócą już nigdy.
Leciały gdzieś w bezdeń powietrzną, w dal, tak posępne oku, jakby i one czuły, że lecą tędy po raz ostatni, że nie powrócą już nigdy, już nigdy.
W głuchym jęku harfy rozbitej niema więcej smutku, jak w tem słowie: nigdy.
Ani tatrzański wiatr, bijąc skrzydłami o lód na zamarzłych jeziorach, nie jęczy smutniej...
Skarga drzew podciętych, które wyciągają ku słońcu konary, jest w tem słowie i spojrzenie oczu ludzi umierających.
I co ma czynić człowiek, od którego wiara w rzecz najdroższą odlatuje, jak te żórawie, o których nie wiem czemu myślałem, że się obłąkają na morzu i nie powrócą już nigdy?...




JODŁA.

Jechałem raz drogą pustą ku lasowi o zmroku. Wiatr dął od gór i wysoki, wysmukły las świerków i jodeł pochylał się ciemną ławą wierzchołków. Od gór szły posępne chmury deszczowe, zda się, dźwigając z sobą i niosąc olbrzymie złomy skalne. Sanie biegły cicho po zwilgłym śniegu. Naokoło nic, tylko pochylający się za wiatrem las i zsunięte tu przed tysiącem wieków głazy. Martwota Tatr. Taki smutek legł w tym lesie, jakby dusza natury tu już umarła. Nie może bić serce ziemi pod taką pustką. To jest kres życia.
W mgły, w przeciętą linię drzew szła droga, a świerki i jodły gięły się równo i prostowały pod wiatrem, jak zboże. Ale o konary jednej jodły oparta zwisała wierzchołkiem z wysoka ku ziemi inna jodła, przez śnieg kiedyś i przez burze ochwiana w korzeniach. Żyła jeszcze, ale więdła i z całej tej ściany kołyszących się strzelistych drzew, ona jedna wysuwała się głową, podobna do dziewczyny, która czeka śmierci na ramieniu swojej przyjaciółki. A naokoło zmrok, chmury deszczowe i olbrzymie unoszące się gdzieś w otchłani mgły i mroku turnie i urwiska tatrzańskie.
Wówczas duszę moją wypełniła melancholia.




DO KOBIETY.

Stoisz przedemną. W twarzy twojej jakoby wiele twarzy i w kształcie twym jakoby wiele kształtów. Jesteś jedna, ale imię twoje: wiele.
Oczy twoje świecą, jak źródła wśród sitowi, nęcące urokiem wędrowca, jak źródła na trzęsawiskach; włosy twoje pachną i są jak płaszcz w czas zimnej nocy; usta twoje są upojeniem śmiertelnem.
Jak zacisze różanych krzewów, co nad głowę sięgają: zacisze twoich ramion; jak ciepło słoneczne: łono twoje; jak rozkołysany leniwie ruch fal morskich w południe letnie: ruch bioder twoich. W dłoniach twych słodycz miodu i czar poranków wiosennych; w ciele twem otchłań rozkoszy, jak w widoku górskim na łąki i pola, kiedy lipcowe słońce je ozłoci i lipcowe niebo obłękitni.
Głos twój jak gwiazdy, które wschodzą, za każdem słowem jedna, aż naokoło duszy niema nic, tylko ta jedna melodya złota, brylantów i szafirów, ta owiej gwiazd — — a to są słowa twoje.
I są, jak zieleń łąk, jak światło słońca z dalekiej zieleni przez wodę rzucone i jak dźwięk wiecznej tęsknoty.
O upojenie! O szał zmysłów! O bezdeń!
A dusza twoja wydaje się, jak uśmiech Boga — — i cóż może być od ciebie piękniejszego, co nie jest bóstwem? I co godniejszego kochania?
Więc kochać cię chcę całą mą istotą, krwią, mózgiem, sercem, wolą, wszystkiemi siłami mojemi, wszystkim duchem moim i wszystkiem ciałem mojem, życiem mojem i aż do śmierci...
Kochać cię chcę, wielbić, ubóstwiać, sławić.
Dla ciebie chcę być dobrym, dla ciebie do wszelkiej szlachetnej ofiary zdolnym.
Czuję, jak mi otwierasz Nowy Żywot, Żywot Piękna i Dobra...
Jesteś Ogniem, który wypala ze mnie wszystko złe; jesteś Wodą, która mnie oczyszcza ze wszelkiej zmazy.
Aby ciebie być godnym, chciałbym być godnym ręki Chrystusa na czoło...
Stoisz przedemną. W twarzy twojej jakoby wiele twarzy, a w kształcie twym jakoby wiele kształtów. Jesteś jedna, ale imię twoje: wiele.
Symbolu!...
I oto muszę się zapytać: czy jesteś przedewszystkiem bezmyślna, czy licha?
Ludzie zaręczają mi, że są inne kobiety — — wierzę im — — na słowo.




ZŁA PRZYSZŁOŚĆ.

Patrz spokojnie w złą przyszłość; cóż poradzisz, choćbyś patrzał inaczej, jeżeli jest nieunikniona?
Ah! Tylko taki ból, taki żal porywa...
Jakże inaczej szumiał las, jakże inaczej szumiała woda, nim się to stało, co złą przyszłość uczyniło konieczną...
Jakże inaczej świeciło słońce, jakże inaczej podnosiły się ręce i nogi, jakże inaczej oddychałeś, czułeś i myślał...
Byłeś innym człowiekiem, nim się to stało, co złą przyszłość uczyniło konieczną.
Pamiętasz to...
Cobyś dał za to, żeby się móc obudzić, jak dawniej do myśli o życiu, nie do myśli o swojej złej przyszłości...
Zła przyszłość, którą widzisz, którą znasz, ma do siebie jedno: nie można myśleć o czem innem.
Cobyś dał za to, żeby się obudzić tak, jak dawniej!...
Czem są twoje dawniejsze cierpienia, bóle, zawody, wobec tej chwili, w której ujrzałeś przed sobą konieczność złej przyszłości!...
Żyjesz, jak skazany na śmierć, albo na tortury nieuniknione. Każdy kawałek chleba twego jest gorzki, każda godzina twoja jest przerażeniem, każde zastanowienie się jest śmiercią...
Strach jest przed tobą i czara pełna piołunu u twoich warg, i sierp ostry naprzeciw dłoni twoich i cierń pod twoją stopą.
Oh klęska, klęska, klęska, po trzykroć klęską jest świadomość, jest wiedza swojej złej przyszłości!...




DO ŚMIERCI.

I.

O śmierci! biała i cicha śmierci: jesteśmy sami ze sobą, we dwoje, jak para kochanków — czemuż ust nie zbliżysz mi ku ustom?
Widzę cię — siedzisz na mojem łóżku, z którego przed chwilą wstałem, biała, cicha, w białe muśliny owiana, z różowemi ustami i pełnemi uśmiechu błękitnemi oczyma — — o jakżeś śliczna! Czy tam przyjdziesz wziąć mnie w uściski?
Dlaczegóż nie zbliżasz się ku mnie, oblubienico moja, piękna moja? Twoje włosy wonne, ich woń czuję nozdrzami, twoje ciało miękkie, ciepłe, w łukach rozkosznych gięte — — dlaczegóż niezbliżasz się ku mnie?
W oczach twoich, w uśmiechu ust twych widzę miłość i pragnienie; ty kochasz mnie i pragniesz. Dlaczegóż nie przybliżysz się ku mnie?
I tylko cicho siedzimy we dwoje, wiedząc o sobie, patrząc na siebie i pragnąc się nawzajem — o jakżeś piękna, o śmierci!...
Ja nie mam sił do ciebie pójść — zaiste! czekam cię! zaprawdę mówię ci: czekam cię! Przyjdź! Potwór o trupiej głowie, suchych, kościanych rękach, wampir, który krew z żył ssie, który zabija myśl, zwęgla serce, gruchoce i miażdży duszę i ciało, na drzazgi rozbija wolę i moc, to straszne, wściekłe zwierzę, które się życiem nazywa, czołga się znowu ku mnie — — ah! dasz-że mnie znów gryźć, dasz-że mi znów ginąć, konać i umrzeć niemóc?... Ja nie chcę już tej męki! Już nie mam sił!... I po co?...
Cicha i blada uśmiechasz się do mnie. Róże na twojej głowie, róże w twych dłoniach, ciało twoje pełne, wspaniałe, piersi twoje lekko falują, a biodra zdają się drżeć do dotknięcia — — i jakaś zieleń się koło ciebie roztacza, jakieś niebo błękitne, gaje, kwiaty, słońce — — tak sobie malarze wiosnę, albo życie marzą, o śmierci!

Patrz na mnie, patrz, patrz i uśmiechaj się — abym się rozmiłował w tobie do ostatka, abym niepomny niczego, na nic nie bacząc, o nic nie dbając, runął w objęcia twoje, w twoje białe wonne ramiona, ku twoim ustom różanym i wonnym — — o śmierci!...

II.

O śmierci! Wydawałaś mi się tak piękną, tak ponętną, kiedy wabiłaś mię ku sobie — a teraz, gdy chcę się zbliżyć, stajesz się coraz straszliwszą. Siedzisz tam na mojem łóżku, kościana, straszna, całun przegniły, co z trupich twych ramion spadł, cuchnie, a puste doły twych oczu patrzą jak otchłań, jak przepaść. Już nie wzywasz mnie, ale czekasz na moje wezwanie. Przyjdziesz. Jedna chwila decyzyi, a przyjdziesz. Kościane twoje ręce owiną mi głowę, cuchnący twój całun padnie mi na oczy, z chrzęstem szkieletu przysuniesz się ku mnie. A tam — tam — zostanie życie... Tam zostanie słońce, zostanie rozkosz, zostaną kwiaty i morza błękitne i góry w śniegach i lasy, gdzie wiatr szumi w konarach i gdzie sarny po liściach biegnąc szeleszczą, zostaną jeziora ciche i rzeki, w których się o zmroku cień wiklin nadbrzeżnych odbija, zostanie miłość, zostanie piękność, zostaną idee o orlich skrzydłach, zostanie wszystko, wszystko, co się nazywa życiem, ten cud, który się życiem zwie, ten raj, ta boskość wrażeń...
O śmierci! o śmierci! jakżeś straszna, jakżeś ohydna! Gdzież to mnie wepchniesz, w ciasny, czarny dół, pod ziemię, pod grubą warstwę ziemi, z pod której się już nigdy, nigdy nie wydobędę, gdzie będę gnił, rozpadał się, cuchnął, gdzie stanę się zgnilizną i niczem... O śmierci! Dlaczegóż jesteś tak piękna, gdy wabisz, a tak okropna, gdy się ciebie wzywa?...




ZA SZYBĄ SZKLANNĄ.

Niektórzy z nas siedzą za szybą szklanną. Jest ona tak cieńka, że wydaje się, jakby jej nie było. A jednak ona jest, bo wyciągnijmy tylko rękę, a natrafimy na nią.
Widać z poza niej wszystko tak wyraźnie, jakby jej nie było. Ludzie przechodzą tak blizko, jakby nas od nich nie dzieliło nic. I gdy ręki, albo ust nie wyciągamy, możemy myśleć, nawet wierzyć, że nas nic od nich nie dzieli.
Dlaczegóż przyszłaś? Dlaczegóż przechodzisz przed memi oczyma w majestacie twej królewskiej piękności i w płomieniu mojego ukochania? Dlaczegóż przyszłaś? Wyciągnąłem rękę — — tyś nawet nie dostrzegła mego ruchu, bom już napotkał tę szybę szklanną, którą niektórych z nas los odgrodził od świata.
I ty pójdziesz dalej, a ja zostanę za szybą szklanną i będę cię widział, jak będziesz szła coraz dalej, coraz dalej i niknąć będziesz mi z oczu wśród setek czół i piersi pochylonych ku twej królewskiej piękności... To będę widział z po za mojej szyby szklannej, z po za której widać tak wyraźnie, jakby jej wcale nie było, a którą niektórzy z nas są od świata odcięci.





BAJKA



JEDNA Z BAJEK.

... Pochyl ku mnie główkę i posłuchaj...
Kiedy jeszcze bogowie obcowali z ludźmi, pewien poeta ateński ułożył na cześć Zeusa hymn, który tak rozradował serce gromowładnego, iż postanowił poetę nagrodzić podług miary swej radości. Zstąpił więc z Olimpu na ziemię, ogromny i promienisty, do słońca, które wyjdzie nad las, podobny, w miejscu, gdzie poeta na skale nadwodnej usiadłszy, z czołem na dłoni opartem, patrzał na błękitną nieskończoność morza i wsłuchiwał się w jednotonny, pełen upajającego zamyślenia szum fal półsennych. Ujrzawszy pana ziemi i nieba przed sobą, strwożył się poeta, lecz Zeus ozwał się doń łagodnie:
— Uczciłeś mię pieśnią godną mej chwały i potęgi świętej — otoć nagrodzę. Dam twemu słowu moc i czar, iż na dźwięk jego morze przylegnie i słuchać cię będzie, a płynące po niebie obłoki lot zatrzymają; dam twemu słowu moc i czar, iż najlepsi mężowie za pieśń twą zniosąć złoto i purpurę i będziesz im, jak żóraw, który stadu przewodzi, a najpiękniejsze kobiety ofiarują ci swe dusze różowe i ciała białe i wonne. Uczynięć możnym, bogatym i szczęśliwym.
Ale poeta, potrząsnąwszy głową, odrzekł:
— Ojcze bogów i ludzi, nagroda twa i skarby twoje nad zasługę śmiertelnych, godne twej nieśmiertelnej i wszechwładnej ręki — mnie ich jednak nie trzeba. Jam już bogaty, możny i szczęśliwy.
Zdumiał się olimpijczyk.
— Jakże to? — spytał. — Na barkach twoich, o poeto, widzę płaszcz zakurzony i kurz widzę z dróg ciężkich i trudzących na nogach twoich, a w ręku twych wędrowny kij. Smutek worał się bruzdami w twe czoło, w ustach twych mieszka gorycz i żal, a witałżeś kiedy złoty wóz Heliosa uśmiechem? Bez domu jesteś, jak ptak, któremu spłonęło gniazdo, samotny jesteś, jak górski głóg na skale — jakżeś to możny, bogaty i szczęśliwy? Cóż ty masz?
Ów zaś odparł:
— Jedno kobiece serce, które mnie słucha.
Uśmiechnął się ojciec bogów i ludzi, i kładąc promienistą dłoń na ramieniu poety, powiedział:
— A jeśli uczynię, że cię słuchać nie będzie?
— Wtedy daj mi śmierć — rzekł poeta.


∗             ∗

Atoli Pan sprzeka, co nieopodal w gąszczu leżał, koźle nogi na krzyż założywszy, i gałązką wonnego mirtu muchy od siebie odganiał, ozwał się grubym basem:
— Wtedy daj mu inną, ojcze Zeusie.






NOWELLE



RZEŹBIARZ MERTEN
(Kontur do nowelli).

„Człowiek z takim, jak twój, talentem — pisał ojciec Juliusza Mertena — Bóg wie, jak wysoko stać już powinien. Masz lat dwadzieścia sześć, a w twoim wieku ludzie już mają pewny chleb w ręku. Taki Daliński nie ma ani połowy tego talentu, co ty, a zarabia do pięciu tysięcy rocznie; Wierzycki wziął teraz tysiąc dwieście reńskich za biust Goldsternowej. Jestem przekonany, że gdybyś chciał, mógłbyś dziś stać tak, jak oni, jeżeli nie lepiej. Staraj się bywać w porządnych towarzystwach, wyrabiaj sobie stosunki, korzystaj z tego, żem cię przedstawił księciu Konstantemu, on cię może zaprotegować. Bez protekcyi nic nie zrobisz, duma jest bardzo dobra, ale nie prowadzi, w twojem położeniu, do niczego. Trzeba się nagiąć do ludzi, bo inaczej nie można. Ja już jestem stary, stoję nad grobem, ale myśl o biednej matce, która się na śmierć zadręcza. Wiesz, że już pracować nie mogę dla niej i musisz ty teraz myśleć o jej egzystencyi. Pieniądze, któreś przysłał, dawno się wyczerpały i nie wiem nawet, jak sobie biedaczka radzi teraz. Weź do serca moje słowa, porzuć życie, jakie obecnie prowadzić musisz, pracuj, żyj z ludźmi, bo jeżeli ty o domu pamiętać nie będziesz, przyjdzie mi skonać gdzieś na barłogu, a matce pójść rękę wyciągnąć. Nie dopuśćże do tego, jesteś przecie mężczyzną. Kocham cię z serca, ale żal mój do ciebie jest bardzo wielki. Ciągnąłem się dla ciebie do ostatniego, nie myślałem o zabezpieczeniu sobie spokojnej starości, ani matce bytu, aby tylko tobie ułatwić studya. Odwdzięczże się za to, rób, co możesz, bo ludzie wytykać cię będą palcami, jako złe dziecko, niewdzięczne i bez serca.

Twój ojciec
Ryszard“.


Drugi list, w tejże samej kopercie, od matki Juliusza, brzmiał:
„Ukochane dziecko moje, umiłowanie ty moje serdeczne! Ojciec bardzo rozżalony na ciebie i rozdrażniony, łaje mnie i gniewa się ciągle. Musiał ci bardzo przykre rzeczy napisać. Nie bierz mu tego za złe, od kilku dni reumatyzm odjął mu zupełnie władzę w nogach i dokucza mu więcej, niż zwykle, a przytem stan nasz materyalny najfatalniejszy. Wyobraź sobie, że musiałam sprzedać, bo więcej dawali, niż w zastawie, ten złoty krzyżyk, który mi kupiłeś za pierwsze zarobione pieniądze. Gdyby nie to, od dwóch dni nie jedlibyśmy obiadu. Pojmujesz, jak mi było, kiedy musiałam z tym krzyżykiem pójść do Kaufmannowej... Myślałam, że mi serce pęknie! Nie będę ci nawet pisać o tem. Teraz nie mam już w domu nic ani do zastawienia, ani do sprzedania. Ojciec nie zna dokładnie stanu rzeczy, ale drżę na myśl, że będę mu musiała powiedzieć całą prawdę. Co dalej będzie, nie mam pojęcia i myśleć nawet o tem nie chcę. Dziś dwunasty, a dwudziestego przypada jedna rata wekslowa, dwudziestego drugiego druga; czy pamiętasz o tem, moje biedne, drogie dziecko? Gospodarz przysłał już dwa razy za mieszkanie, odpowiadałam mu, że czekam na pieniądze od ciebie i zgodził się do piętnastego zaczekać. Maryanna także niezapłacona już trzeci miesiąc prawie. Jeżeli możesz, pomyśl o nas koniecznie.
Nie uwierzysz, jak mi strasznie ciężko, że muszę się u ciebie dopominać o pieniądze, których sam masz tak mało, ale wszelkie próby, abym zarobić coś mogła, nie udały się. Nieszczęście nas prześladuje na każdym kroku. Doprawdy grzech to, ale czasem przychodzi mi na myśl prosić Boga, aby tego nieszczęśliwego starca zabrał już do siebie, aby mu się nie dał już tak męczyć dłużej. Jeszcze mam na dwa dni na życie, potem nie wiem, co będzie?... Zupełna otchłań pod nogami. Wszyscy się dziwią, że ty, taki zdolny, zarabiasz tak mało. Ja sama tego zrozumieć nie mogę. Czemu to?
W modlitwie jeszcze moja ostatnia pociecha, ostatnia otucha i nadzieja, może Bóg dobry zlituje się wreszcie nad nami i ześle nam lepszą dolę, temu biednemu starcowi nad grobem i tobie, mój najdroższy synu, ty wszystko moje. Ja już dla siebie nic nie chcę i wzięłabym wszystko złe na siebie, aby tylko wam było lepiej. Przecież Bóg jest dobry — nie wątpię w to, nie chcę zwątpić, nie mogę...
Zrób co się da, bo inaczej z głodu i na bruku pomrzeć nam chyba przyjdzie obojgu z ojcem. Ja opuścić go nie mogę, a z nim nawet do służby mnie nie przyjmą...
Kończę już, bo mi łzy zalewają oczy, błogosławię cię, tęsknię do ciebie i tak mi cię żal, tak żal, tak okropnie żal, moje ty najdroższe, biedne dziecko!

Twoja matka“.


„Kochany Julku! — pisał tego samego dnia Daliński. — Nie odpowiedziałeś mi na ostatni mój list, ale jestem tak szczęśliwy, że chciałbym całemu światu o mojem szczęściu opowiedzieć, a że i ty jesteś cząstką świata — nawet artyści są ludźmi — więc choć tobie opowiem. Jesteśmy teraz z moją żonuchną, żonusienką, z moim żonusiem najdroższym we Florencyi. Nie masz pojęcia, jak tu cudownie! Samo słońce, słońce, słońce, a mnie się zdaje, że ono nie z nieba świeci, tylko z naszych serc, i że to nie jakieś światło w przestrzeni płonie i grzeje, tylko miłość nasza, szczęście nasze. Kwiatów tu w bród; zupełnie podobne do słów mojej żony i do jej pocałunków... Jest mi tak dobrze, tak dobrze, tak dobrze! Nie mogę zrozumieć, że może być komu źle. Wiesz, że sprzedałem mojego „Atlasa“ za dwa tysiące franków — kupił go jakiś stary markiz włoski, a teraz robię biust jakiejś rudej Amerykanki. Brzydka, jak piekło — tybyś nie robił tego za miliony — ale bogata, jak Mackay, czy Vanderbild, bo już mówić jak Krezus, wyszło z mody. Zażądałem pięć tysięcy franków i zaraz się głupie babsko zgodziło, choć byłbym za tysiąc pięćset zrobił. Obsypuje prezentami moją żonę, w której się kocha — kretyn tylko mógłby się w niej nie kochać — a te prezenty już ze trzy razy tyle warte, co ja za biust wezmę. Powiadam ci, sypie złotem, aż się źle robi. Powiada, że sprowadzi z Paryża swoje dwie siostrzenice — jeżeli takie same małpy bezogoniaste, to powinni we Florencyi ogród zoologiczny zaraz otworzyć — i także mam je portretować. Gotówem fortunę na tej babie zrobić. A wszystko to dzięki mojemu anielstwu, moim małym ślicznościom, w których się ten koczkodan zaatlantycki rozmiłował. Dobrze, że nie potrzebuję być zazdrosnym.
Powiadam ci, zrób tak, jak ja, ożeń się. Dopiero można być szczęśliwym naprawdę. A na świecie jest tak dużo, tak dużo, tak okropnie dużo szczęścia!...

Twój
Karol Doliński“.


— Tak dużo, tak dużo, tak okropnie dużo szczęścia — powtórzył Juliusz Merten i, nagle, stargawszy list w ręku, rzucił go na podłogę swojej pracowni i deptać począł z wściekłością.
— Bydlę, bydlę! Przeklęte bydlę! — szeptał przez zaciśnięte wargi; po chwili jednak uspokoił się i myślał: — Czego ja od niego chcę? Cóż on temu winien, że jemu jest dobrze a mnie źle? Ale i co ja jestem winien, że mnie jest źle i że im jest źle?...
— Można? — ozwał się gruby głos za drzwiami pracowni.
— To ty, Krążel? — spytał Merten.
— Ja.
— Wejdź.
Wszedł Krążel, kolega Mertena, o rok od niego starszy, chłop z pochodzenia, co odrazu poznać można było po rysach twarzy, rękach i budowie ciała. Z jednym tylko tym Krążlem Merten żył bliżej; zbliżało go doń to, że obaj byli bardzo biedni, najbiedniejsi w całej majsterszuli. Tylko o ile Merten usiłował pozorami okryć swoją nędzę, o tyle Krążel nic sobie z niej nie robił, owszem, afiszował się z nią na każdym kroku.
— Cóż, ty szlachcicu? — rzekł, siadając na odwróconej dnem do góry pace od węgli — Cóżeś taki zły?
— Nic. Miałem listy.
— Z domu?
— Iz domu i od Karola Dalińskiego.
— Tej bestyi wiedzie się podobno archanielsko?
— Tak.
— Taki but! Nie mówię o tobie, ale nawet ja mam więcej talentu, niż on. Czy nie?
— Czy ja wiem? On sprzedaje, a my nie.
— To inna rzecz. A zresztą to nieprawda. Ja sprzedałem dziś dwie figurki à la Tanagra z terracoty. Czemu ty takich nie robisz?
— Nie umiem.
— Prawda, żeś ty artysta i tylko artysta, a ja jestem i artysta i rzemieślnik. Ale ten Daliński, wierz mi, to tylko rzemieślnik. Tylko, że to sprytny mechanik!
— Wiem o tem.
— Słuchajże, cóż ci jednak jest?
— Żal mi, że nie jestem sam.
Krążel przetarł twarz swoją szeroką ręką.
— Rozumiem — rzekł — rozumiem. Wiesz, że ja sam nieraz jestem kontent, że moi starzy kopyta wyciągnęli pierwej, nim się ta mizerya zaczęła. Zawsze samemu lżej. Bieda tam, co?
Merten nic nie odpowiedział.
— I cóż ty myślisz? — mówił dalej Krążel.
— W łeb sobie palnąć — odrzekł Merten.
— Tak, to byłoby najradykalniej.
Milczeli chwilę, potem Krążel rzekł:
— Wiesz, kiedy tak patrzę na ciebie i na mnie, wiesz, do czego wydajemy mi się, ty i ja, podobnymi? Oto do dwóch patyków wierzbowych, od pnia odciętych, które w ziemię wsadzono, ale je coraz więcej zasypują ziemią. Mimo, że podług porządku, nie mają prawa żyć, jako odcięte, jednak żyć mogą i żyć chcą, wsadzono je w grunt i puszczają gałązki zielone, ale zasypują je ziemią, która je głuszy i przygłuszy wreszcie... Skazane na zagładę, zginąć muszą, choćby żyć mogły. Może się źle tłómaczę, ale mnie rozumiesz, prawda?
— Rozumiem cię. Dlaczego ty jednak masz zginąć? Co tobie staje na przeszkodzie? Jesteś sam i tylko o sobie myśleć musisz.
— Nie mam szczęścia. A zresztą, wiesz, ty jesteś za wielki pan na artystę, a ja jestem za ordynarny. Ty nie umiesz zarabiać, a ja co ulepię, to takie ciężkie, że nawymyślałbym od psów, ktoby chciał to kupić. Za grubą mam, chłopską rękę. Wiesz co? — dodał po chwili — zacznijmy rzeźbić figury do kościołów po wsiach.
— Sprzedasz dwie na rok.
— I to prawda, albo i tyle nie. Niema co, muszą nas dyabli wziąć. Niema szczęścia.
— Nieprawda! Nie niema szczęścia! Szczęścia jest dużo, dużo, okropnie dużo...
Milczeli długo, potem Krążel ozwał się:
— Merten, jadłeś ty dziś śniadanie?
— Nie.
— A na obiad masz?
— Mam wszystkiego dwie szóstki.
— A do zastawu co, do sprzedaży?
— Nic.
— Bo ja com za te tanagry wziął, to musiałem oddać Winklerowej za ostatni tydzień i goły jestem, jak święty turecki, a tak mi się żreć chce...
— Weź jedną szóstkę, leżą tam na stole. Jak chcesz, to weź dwie.
— A ty?
— Mnie się jeść nie chce. Mnie się już niczego na świecie nie chce, tylko odpocząć, raz odpocząć. Weźże, nie rób komedyj.
— Wezmę, bo mi aż coś w kiszkach skręca. Za te tanagry dali tak mało, ledwie, że Winklerowa się zgodziła poczekać na resztę. Będą dwa serdele, dwie bułki i papieros. Masz ty co palić?
— Nie.
— Wiesz ty, Merten, przecieby było bardzo źle, gdyby takiemu, jak ty, przyszło zginąć.
Merten uśmiechnął się.
— Trzeba się poddać, albo wyrwać.
— Wyrwać?... Łatwo się to mówi.
— Tchórz tylko nie może się zdobyć na taki krok, powtarzam ci, tchórz. Głupstwo jest mówić, że ktoś z tchórzostwa przed życiem w łeb sobie strzela. Życie czasem nie da się znieść, ale najgorsze nie przeraża tak, jak śmierć. Co mnie tu spotkać może, wiem, mogę nie czuć w sobie sił, mogę nie chcieć walczyć, ale tam — tam, gdzie nie wiem nic...
— Ej, co my tam o tem wygadamy — przerwał Krążel — nie tacy gadali, a nie wygadali nic. Słuchaj, Julek robisz ty biust tego Gorzyckiego?
— Jakże mam robić? To już prawdziwy pech! Gorzycki chce pozować tylko do głowy, a resztę mam zrobić z modelu i to nietylko w glinie, ale nawet w marmurze, nawet głowę w marmurze mam obciosać, a on potem tylko do podobieństwa i wykończenia chce pozować na gotowem popiersiu.
— Dziki cymbał!
— Pewnie, że dziki pomysł, ale to taki dla mnie pomysł. Mam mu w marmurze wykuć popiersie, a ja nietylko na marmur, ale na glinę i na modela nie mam.
— Nie słyszałem o takim obstalunku.
— I ja nie. To jak na złość.
— A żebyś mu powiedział.
— Niema go tu, jest we Francyi, czy gdzieśindziej jeszcze. Przyjedzie na tydzień może i chce przez ten czas dać się sportretować.
— A żebyś do niego napisał?...
— Czy ja wiem, gdzie on jest? Zresztą myślałem, że będę miał pieniądze, że będę miał za co skończyć moją „Wizyę“ na konkurs. Co miałem, musiałem posłać do domu. Dobrze, że tam choć o konkursie nie wiedzą.
— To już prawdziwy i osobliwy pech...
— Taki mój pech. Wiesz, mój los, to jest taki. Gdybym był na pustyni i umierał z pragnienia, tobym niechybnie trafił na całe morze, ale — gnojówki! Pićbym miał co, do zbytku, ale takiej wody, żeby jej pić nie można było. I ta ironia losu, to szyderstwo życia, to jest gorsze, niż samo złe. To doprowadza poprostu do obłędu, do szaleństwa, wściekłości i rozpaczy. Masz uczucie, jakby ci kto rękę w śrubach wykręcał i uśmiechał się do ciebie równocześnie; wolałbyś, żeby ci plunął w oczy i pałką rozbił czaszkę Czy nie?
Krążel wziął zapałkę ze stołu i począł ją gryźć, a potem popatrzył na Mertena i mruknął przez zęby:
— Więc co?
— Czy ja wiem, co? — odparł Merten, idąc ku oknu.
Na oknie leżała trupia głowa, którą Merten kupił dla studyów. Biała kość czaszki połyskiwała w poświacie zachodzącego słońca; Merten wziął głowę w rękę, podniósł i począł się jej przypatrywać.
— Cóż tam widzisz osobliwego? — mruknął z zapałką w zębach Krążel.
— Nic, myślę tylko, że to także czuło, że temu także może było źle i że to teraz takie ciche, spokojne i obojętne. Możnaby o podłogę grzmotnąć i nie powie nic.
— Nieboszczyk Hamlet lepiej już o tem gadał.
— Wiesz, Krążel, co mi przychodzi na myśl? Gdyby tak z rewolweru do tej czaszki palnąć? Ciekawym, czy pryśnie?
Krążel rozwarł szeroko oczy.
— Zwaryowałeś, czy co?
— Nie, ale mię coś prze do tego. Dajno rewolwer, leży tam na szafie.
— Znam twoje dzikie fantazye, ale ta — chyba cię giez ukąsił... Przecie to i grzech, jak Boga kocham.
— Ech ty, stary idyoto, dajno rewolwer!
— Jak to w człowieku siedzi krew — mruczał Krążel, idąc ku szafce — jak każe, to ani weź niesłuchać. Myślałby kto, że z ganku każe zajeżdżać przed dwór. — Masz.
— Dobrze, dziękuję.
Krążel jednak próbował perswadować:
— Słuchaj, zrobi się huk, przedziurawisz ścianę.
— Strzela cicho — odparł Merten — a położę głowę na draperyi, to kula utkwi. Ustąp się.
Krążel cofnął się. Merten zaś, zwinąwszy wałek z draperyi, położył na nim czaszkę, poczem odstąpił kilka kroków w tył, wymierzył i pociągnął za cyngiel.
— Chybiłeś — rzekł Krążel — daj już pokój.
— Nie!
— Znowuś chybił, słuchaj, daj już pokój.
— Czekaj!
Kość rozprysła się po pracowni, strzał padł zblizka, więc wszystkie szwy odrazu puściły.
— O jej! — mruknął Krążel.
Merten stał chwilę nieruchomy, a potem, włożywszy rewolwer do kieszeni na piersiach, drżącym głosem odezwał się:
— Wiesz, Krążel, dziwnego doznawałem uczucia, mierząc do tej czaszki. Oto poprostu strach mię zdjął. Zdawało mi się, że patrzy na mnie swojemi pustemi dołami oczu i że jej szczęki mają jakiś wyraz. A przytem miałem uczucie, jakbym robił coś złego, jakbym popełniał jakie świętokradztwo. Zawsze to, myślałem, ludzka kość, żywy, czy umarły, ale ludzki łeb i ja do takiego ludzkiego łba strzelam... To, co umarłe, ma w sobie jakąś świętość... Ręka mi drżała. Dwa razy z tak blizka a chybiłem! Może mię tu, myślałem, na miejscu szlak trafi i rzeczywiście serce mi mocno bić zaczęło. Wiesz, zląkłem się, jak dziecko, tego Boga, który niby ma na wszystko patrzeć. Ale trzeci raz, to już strzelałem, jak do tarczy.
— Hm — mruknął Krążel — zawsze to...
— Przypatrz-że się — mówił dalej Merten — jak ten łeb potrzaskany cicho leży. Tak samo cicho leżałby twój łeb, gdybym do ciebie strzelił, albo mój, gdybym sobie kulę w czoło wpakował. Najmniejszejby nie było różnicy. Życie jest strasznie kruche i ogromnie łatwo je przerwać...
— Tak, ale niepodobna go nawiązać.
— Wątpię też, żeby kto, raz przerwawszy, chciał je znów potem nawiązywać, gdyby mógł nawet...
— A jeśli tam jest jeszcze gorzej?...
Merten nie odpowiedział nic, usiadł ciężko na krześle obok stołu, pochylił głowę i oparł ją na rękach; potem wziął ze stołu list ojca i podał go Krążlowi, mówiąc:
— Masz, czytaj.
Krążel przeczytał.
— I cóż? — spytał Merten.
— A nic, źle.
— Oburzył mnie ten list! — wybuchnął Merten. — Jak ojciec może mi kazać naginać się do ludzi?! Ciekawym, czemu ja się mam do nich naginać, a nie oni do mnie? Jak może pisać mi, że duma nie prowadzi do niczego?! W każdym razie odprowadza od nikczemności! Co mi z tych ludzi przyjdzie? Czy dadzą mi zarobek? Z głodu między nimi można skonać. Oni nas nie chcą wynagradzać, oni nam nie chcą nawet dać zarobić, oni nas chcą tylko wyzyskiwać. I to, jeżeli który chce wyjątkowo, bo ogółem oni nas nie potrzebują, my jesteśmy im zupełnie zbyteczni. Czem jest sztuka dla ogółu? Głupstwem, tapetą na ścianie, bez którejby i tak ściana była. Czy nie?
— Może.
— Bywać, bywać w porządnych towarzystwach! Czy wiesz, że ci się tam nikt nie spyta, co ty masz w głowie, tylko, co ty masz na plecach? Nie porządny mózg, albo porządne serce — ale porządny surdut stanowi to tak zwane porządne towarzystwo. Czy myślisz, że Henrewicz byłby razem ze swoim genialnym talentem tak przyjmowany, jak jest, gdyby mniej zarabiał i nie ubierał się tak dobrze? Jakże ja tam pójdę? Na surdut zarobić nie dadzą, a bez surduta nie przyjmą... Że w danym razie zarwałbym krawca, to nic, bylem surdut miał. Podły świat!
— E, niema głupich, poszli w zimie las bielić — wtrącił Krążel, patrząc na swoje oberwane spodnie. — Choćbyś chciał, to nie zarwiesz.
— Myślisz, że Daliński i Wierzycki zarabialiby tyle, gdyby jeden nie miał był stu reńskich miesięcznie z domu, a drugi nie żył na utrzymaniu u Schwarcwandowej? Mieli się za co elegancko ubrać i nikt im nie śmiał proponować trzydziestu reńskich za medalion naturalnej wielkości, bo taki, myśleli, goły jest, to mu byle co nietylko dużo — ale łaska.
— Świnie! — wtrącił Krążel.
— A potem — mówił dalej Merten, rozdrażniony coraz więcej — ojciec nie wie, że ja mam w tem porządnem towarzystwie opinię libertyna, moralnego potwora, dzięki temu, co komponuję, dzięki temu, co mówię, dzięki temu, że nie wciągam na siebie baraniej skóry. Widział mnie ktoś raz z Lottą na ulicy, to już dosyć; każdy wie, że iks, ypsylon, zet, ma takich Lot dziesięć, bo ma więcej pieniędzy na nie, ale że się z niemi na ulicy nie ma odwagi pokazać, to już dobrze.
— Bydło! — mruknął Krążel, gryząc wzięty ze stołu węgiel.
— Zresztą, jedno jeszcze. Żebyś ty wiedział, ile upokorzeń musi znieść człowiek, o którego biedzie wie jego majętna rodzina. Jak ci to dadzą uczuć na każdym kroku!... Czy myślisz, że im to pochlebi, że masz talent i że ludzie o tem wiedzą? Broń Boże! Wstydzą się twoich wytartych łokci i rozklapanych butów i za parawanby cię wepchnęli, gdyby mogli. A przyjechał taki wiejski osioł, kuzyn mój, Józio Siwski, to, że miał lakierowane trzewiki i złoty łańcuch na brzuchu, na rękach go nosili i był dla niego bal. On i ja! Tfu!
— Tfu! — powtórzył Krążel, spluwając zgryziony węgiel.
— Ach! Ile upokorzeń się musiało znieść, pókim z nimi żył! — mówił dalej Merten — ja, któremu się aż głowa podrywała w górę między nimi... Ile razy mi dali jeść, to mi dali uczuć: najedz się darmo, bo nie masz za co kupić. Ile razy mnie zaprosili, to mi dali uczuć, że to uprzejma łaska. A te pytania o mój podupadły dom! Nic niema tak podłego, jak ta wypełzająca z ludzi wszystkiemi porami Schadenfreude. Gdybym ja naprzykład w tej chwili rękę złamał, to tybyś się cieszył, że ci ubył konkurent, choćbyś udawał, że się martwisz. Nie gadaj mi: nie, cieszyłbyś się!...
— No, tobym się cieszył.
— A cieszyłbyś się! Kroćset sto tysięcy dyabłów, jaki świat jest podły!
— Podły jest — powtórzył Krążel, biorąc nowy węgiel ze stołu.
— A ten książę Konstanty, ten protektor, ten mecenas sztuk! Jak mu przyszła fantazya, tośmy i trzy godziny nieraz musieli na niego czekać, a odejść — broń Boże. Nie mówi nigdy inaczej, tylko „mój kochanku“ i po ramieniu klepie. Jak kto z arystokracyi do niego przyszedł, to nas czasem prezentował, a czasem nawet nie, ale nam nigdy nikogo. Odwrócił się nieraz plecami do nas i rozmawiał cały wieczór, a ty rób, co chcesz. A jak oni nas traktowali! Raz, usłyszałem przypadkiem, mówi hrabia Warneński, ten, co się to w kanarkach kocha i ma ich całe tuziny w pałacu: Je ne comprends pas, Kociu, jak ty się tą hołotą artystyczną tak otaczać możesz? A książę na to: Cóż chcesz, to są moje kanarki... Aż zakipiało we mnie! Kiedyśmy mieli iść do stołu, podchodzę do niego i powiadam mu: Książę daruje, że odejdę, ale ja ani siemienia nie jadam, ani z arystokratyczną hołotą siedzieć razem nie myślę. Otwarł gębę. Tyle mnie tam naturalnie i widzieli. Ale już dzięki temu mecenasowi sztuk, nie kupili mi podczas zakupu mojego Napoleona, który przecież był coś wart!
— Ba! — rzekł Krążel.
Milczeli chwilę, potem Krążel spytał:
— Cóż ty teraz będziesz robił? Ściemnia się.
— Mam ochotę w łeb palnąć sobie — odrzekł Merten, wstając. — Patrzno, jak ten potrzaskany łeb cicho leży... Juliusz Merten, który sobie z nędzy ma ochotę w łeb palnąć!... Tfu!... Przecież mieliśmy wsie...
Wówczas Krążel przetarł twarz swoją szeroką chłopską ręką i głosem przytłumionym, jakby go w gardle ściskało, począł mówić:
— Wiesz, Merten, chciałbym być u ciebie ekonomem i takby być powinno. Pojechalibyśmy teraz w pole, tybyś się wiózł na koźle, ja za tobą na siedzeniu z furmanem... Sianoby nam pachniało — mówił dalej — dziewkiby się czerwieniły gdzie przy burakach, a od boru ciągnie szum pachnący, a nad nami jaskółki fiut! fiut! Twoją żonę w białym dworze w rękębym na werandzie całował. A czyjeż to takie zboże, takie konie, taki dwór? — pytaliby ludzie. — A pana dziedzica, Juliusza Jastrzębca Mertena dwór. A któż mu tego tak pilnuje? A jego ekonom, Jan Krążel z Palówki. No, nie mogłoby tak być, co?...
Merten nic nie odpowiedział.
— Psu na budę takie życie — rzekł Krążel. — Może chcesz, wezmę drugą szóstkę i przyniosę ci co?
— Nie, dziękuję. Jak chcesz, to weź dla siebie. Spać mi się chce.
Krążel zrozumiał, że Merten chce być sam, rzekł więc, podając mu rękę:
— Do widzenia. Przyjdziesz do Winklerowej?
— Może, bądź zdrów.
Krążel wyszedł.
Merten rzucił się na kanapę, założoną draperyami i chwilę leżał prawie zupełnie bez myśli. Potem zaczęło mu kołować w głowie.
— Tak, szczęście jest — myślał — szczęście jest...
I dlaczego on go mieć nie może? Czy ma mniej do niego praw, niż inni? Dlaczego ta wieczna, straszna ironia życia? Dlaczego to przekleństwo przeznaczenia ponad nim? Dlaczego na każdym kroku od tylu lat jedno i jedno zawsze tylko nieszczęście? Dlaczego mu się nie wiedzie, mimo że ma większy może, niż inni, talent? Dlaczego los go postawił w warunkach, które mu poprostu ręce wiążą. Wiecznie, od pierwszej chwili prawie, w której się zaczął kształcić, niedostatek, brak, przygnębienie domowe — nie pozwalały mu ani tak żyć, jak innym, ani rozwijać się normalnie. Nigdzie nie był, niczego nie użył, nic nie widział. Nie miał dotąd jednego dnia, o którym mógłby był powiedzieć: miałem dobry dzień — ani jednego grosza, który mógłby był swobodnie wydać.
A ta ciągła walka o każdy kęs chleba, o każdą kroplę wody! Ciągłe stykanie się i ścieranie z ludźmi, których upodliła nędza, lub którzy odrazu podli na świat przyszli. Wszędzie, na każdym kroku brutalność, zawiść, złość, fałsz, głupota i nikczemność ludzka; wszędzie, na każdym kroku musieć żyć w tym świecie, tak obcym mu, tak wstrętnym, z którymby go nie jedno życie, ale wieki całe nie zdołały pogodzić, połączyć... Okropny los, okropny dla natury takiej, jak jego, bujnej, skrzydlatej, pełnej fantazyi i namiętnych pragnień, chciwej wrażeń i upojeń, rozkołysanej przez sny i wizye, ceniącej nadewszystko swoją dumę, swoją niezależność... Okropny los, okropne życie!...
Dawniej zdawało mu się czasem, że to nieprawda, to sen tylko: zbudzi się, otrząśnie, albo dzieckiem w swojej rodzinnej, nigdy nieodżałowanej wsi słonecznej, albo człowiekiem w jakimś zupełnie innym świecie. Czasem zdawało mu się, że już struna do ostatnich granic wyprężona, że już się musi ten straszny sen skończyć, i zamykał oczy, aby je otworzyć za chwilę z uśmiechem, do innego promiennego życia...
Ale to nie był sen.
Więc długie lata wrzał w nim bunt, walczył, miotał się, szarpał, miał nadzieję zwycięstwa... Zawiodła.
Potem przyszła rezygnacya, obumarłość jakaś, apatya, nieme ale śmiertelnie bolesne: niech się co chce dzieje!
I jak dawniej, kiedy nowe nieszczęście na jego rodzinę lub na niego spadło, dziwił się, że jeszcze gorzej być może, niż dotąd było; tak teraz dziwił się tylko, że nie jest jeszcze tak źle, żeby już gorzej być nie mogło, żeby już po prostu poza tem złem była otchłań... Boć przecież dotąd jeszcze ani na pół sparaliżowany ojciec jego, ani matka znękana i zgnębiona nieludzko, nie byli ani chwili głodni, ani chwili bez dachu nad głową. Ale teraz taka chwila już chyba nadeszła.
Wszelkie środki były wyczerpane. On sam od tygodnia nic ciepłego w ustach nie miał, oni za parę dni nie będą mieli za co chleba nawet kupić. Już ostatnia musiała być potrzeba, kiedy matka sprzedała żydówce ten złoty krzyżyk; wiedział, że byłaby wolała pół życia dać, niż to utracić...
Wtedy, kiedy go kupił, zdawało się, że będzie im dobrze w życiu...
Wziął list ojca w rękę: każde słowo, każdy wyrzut falę krwi rzucał mu do piersi. Lękał się, że padnie rażony apopleksyą, bo te wyrzuty wszystkie były niesprawiedliwe naprawdę, choć się pozornie słusznymi wydać mogły. To nie był winien on, to było winne nieszczęście. A zresztą on nie miał już żadnej wiary, żadnej nadziei. Trzeba było skończyć i moment ostateczny już nadszedł. Miał do wyboru tylko dwie drogi: albo rodzice, albo on. Sam dla siebie zarobić potrafi, jeżeli nie będzie całych prawie swych dochodów obracał na utrzymanie domu.
— Oni, albo ja — myślał — jedną stronę trzeba wybrać. Życie moje nie przyda im się na nic, nie wybawi ich, nie ocali, ale ocalić ich może moja śmierć. Dopóki ja będę żył, świat obowiązek utrzymania ich, żywienia, składa na mnie; gdy mnie nie będzie, poczuje się przecież sam w obowiązku względem nich. To już nie będą rodzice, tylko ludzie. Śmierć moja wywoła wrażenie, przypomni sobie o nich rodzina, która teraz spokojnie może się zasłaniać mną, „dorosłym i tak utalentowanym synem“. Do walki dalszej nie mam już poprostu sił, za wielem przeszedł; trzebaby cudu, abym żywy mógł fatalnemu położeniu kres położyć; ale moja śmierć musi coś zmienić. A zresztą... mnie już nie będzie. Ja także czuję, mnie także jest źle, już nie mogę więcej...
Będzie to straszny cios: jeżeli ich zabije, tem lepiej dla nich; jeżeli nie — śmierć z głodu gorszą jest, niż utrata syna.
— Czy tylko będę miał odwagę?... Muszę ją mieć, muszę! Muszę umrzeć!
A gdyby... a gdyby jeszcze spróbować, jeszcze walczyć, jeszcze żyć... może się przecież co odmieni... Ach! Ileż to razy spodziewał się tej odmiany, był jej pewny... Nie, nie odmieni się nic, może być tylko jeszcze gorzej, jeżeli wogóle jeszcze gorzej być może... Jedyną drogą ocalenia rodziców od ostatecznej nędzy jest jego śmierć, jedyną drogą wyzwolenia jego samego od męczarni życia — jest samobójstwo. Trzeba umrzeć.
Myśli tej uczepił się gorączkowo, namiętnie: nie chciał rozważać, zastanawiać się, zmęczony jego umysł oparł się na tej idei, jak ptak raniony na podciętej nad wodą gałązce. Wie, że gałąź się złamie i runie z nim razem do wody, ale on już dalej lecieć nie może... i, byle nie lecieć, gotów jest wpaść w wodę i utonąć.
Zdenerwowany do najwyższego stopnia organizm Mertena nie dopuszczał nawet do rozumowania. Boleść, jaką sprawi rodzicom, straszna, okrutna, niewysłowiona boleść, od której woleliby z pewnością tysiąc głodowych śmierci, obowiązek względem nich do ostatniej przez naturę przeznaczonej chwili, wszystko to prawie nie istniało dla niego. Nie zdawał sobie z niczego sprawy, nie mógł, nie chciał jej sobie zdawać.
Myśl samobójstwa przychodziła mu zresztą nieraz do głowy i nie była obcą. Skłonny do melancholii, mało mający odpornej energii życiowej, a zmuszony do fenomenalnie ciężkiej walki z losem, myślał nieraz o gwałtownem i stano wczem położeniu kresu tej walce. Idea ta potężniała w nim coraz więcej, coraz mniej zdawała mu się straszną śmierć.
A jednak...
— Czy tylko będę miał odwagę? — powtórzył sobie.
Dlaczego nie ma jej mieć? Tam — cokolwiek będzie, nie będzie gorzej, być nie może! A życia — ha, tego to chyba nie będzie mu żal...
Jakieś głuche zamyślenie owładło jego umysłem. Oparłszy czoło na rękach, siedział nieruchomy i prawie bezmyślny. To słowo: Bóg, ogłuszyło go, jak cios młota w czaszkę.
Nie wiedział sam, czy wierzy, czy nie wierzy. Nie modlił się nigdy, jednak nie mógł zasnąć, nie przeżegnawszy się poprzednio, zupełnie jak dziecko, położone w łóżeczko.
Nagle wstał, wyprostował się i rzekł prawie głośno:
— Cokolwiek bądź, zrobię to!
Wyjął rewolwer z kieszeni.
— Ostatnia scena, godna całej tragikomedyi, całego melodramatu. Syn, poświęcający życie dla ocalenia od głodowej śmierci rodziców, strzela sobie w łeb z rewolweru, który dostał na urodziny od ojca. Pyszna scena! Pyszny melodramat. Biłbym brawo, gdybym sam nie był aktorem...
Przyłożył lufę do czoła i nagle cofnął rękę. Czuł, jak mu krew zbiegła do serca.
— Nie! Nie!...
Zdawało mu się, że coś wyje w nim z trwogi, kurczy się i zrywa, że coś krzepnie w nim i tężeje. Spojrzał na ręce i rzucił okiem w lustro.
— To za chwilę ma być trup! — wyszeptał. — Nie! Nie!...
A więc żyć?... Żyć i dopuścić do tego, że rodzice wyciągnąć rękę będą musieli, błagając ludzi o litość, o miłosierdzie? Znieść tę hańbę, ich hańbę, i swoją?!... I on także będzie musiał żebrać, bo i dla siebie nie ma na obiad i mieć nie będzie. Więc pójdą wszyscy troje pod kościół siąść, czy po ulicach się włóczyć?
Ogarnęła go rozpacz bezgraniczna i wściekłość. Giń, giń, giń, giń! — wołało w nim coś. — Giń ty, co na życie zarobić nie umiesz! Giń, niedołęgo, nędzarzu, wyrzutku! Podłego łba nie masz odwagi sobie roztrzaskać, ale będziesz miał odwagę patrzeć, jak twoich rodziców psami szczuć będą, będziesz miał odwagę patrzeć na ich łachmany, na ich śmierć z nędzy! Będziesz miał odwagę znieść ich skargi, wyrzuty i spojrzenia ludzkie! I co ty sam poczniesz?! Co ty jeść będziesz?!...
Dławiące, kurczowe łkanie porwało go za gardło.
— Jezu, Jezu, Jezu! — szeptał — Jezu, pomóż mi umrzeć, bo widzisz, że nie mogę inaczej, nie mogę...
I w tej chwili wierzył, wierzył jak dziecko, albo kobieta.
Ach! Gdybyż teraz wyciągnął ku niemu ręce Chrystus, ręce białe i jasne, i do siebie go wziął, do siebie przygarnął...
— Cudu! — jęknął.
Ale dokoła było cicho i martwo. Więc wówczas Merten ponownie przytknął lufę do czoła. Chwilę stał, nie mając sił na pociągnięcie cyngla, zamgliły mu się oczy, zawirowało coś w głowie i padł na kanapę, puszczając rewolwer z dłoni.
Nie było to zemdlenie, ale niemoc taka, że powiek podjąć nie mógł, ani wargami poruszyć. Zdawało mu się, że krew zastygła w nim.
— Gdyby umrzeć — myślał — gdyby umrzeć...
Powoli niemoc ta śmiertelna w półsen jakiś przechodzić zaczęła. Śniło mu się niby, a niby wiedział, że mu się śni tylko, że leży w jakimś ogrodzie, pełnym róż i zieleni, na ścieżce, wysypanej złocącym się w słońcu, suchym, żółtobiałym piaskiem. Zupełnie taka ścieżka, jaka była u nich na wsi, przed dworem. Nieco dalej rosły świerki i cień rzucały na trawę, szumiąc cicho i zadumanie. Leżał prawie na wznak, z głową tylko opartą na wyciągniętej ręce. Nie był martwy, a jednak nie czuł nic, ani światła, ani ciepła od słońca. Wiedział, że istnieje, ale zupełnie zamarły. W ogrodzie było dziwnie jasno i miło, jakiś zaczarowany świat. Chciałby był tak leżeć bez końca.
Wtem na ścieżce pojawili się jego rodzice. Ojciec szedł, opierając się na lasce, niezwykle rześko i swobodnie, matka podpierała go z prawej strony, jak zawsze. Nie zmienili się nic, tylko matka była siwa, jak ojciec. Oboje szli z uśmiechem na twarzy, z jakąś radością wielką. Za nimi ujrzał Juliusz panienkę, w białej sukni, z polnemi konwaliami przy gorsie, tak piękną i wdzięczną, o jakiej nawet nie marzył nigdy. Miała także uśmiech na twarzy i jakąś wielką radość w ciemno-szafirowych oczach. Rodzice stanęli nad nim i ojciec rzekł: — No, Julu, wstań, ona przyszła.
Dlaczego nie wstawał — nie wiedział, było mu to zresztą zupełnie obojętne; jakby nie do niego ojciec mówił.
Potem odezwała się matka, ogromnie kochającym głosem: — Wstań, syneczku, ona przyszła. Wymodliłam ją dla ciebie, wyprosiłam u Boga. Włosy mi osiwiały od modlitwy, od nocy na klęczkach spędzonych. Patrz: czy nie śliczna? Niesie ci szczęście, niesie ci wesele, niesie ci raj. Wstań, dziecko najdroższe, ona czeka. Bóg nam ją dał, wynagrodzi nam wszystko złe. Podaj jej rękę, wstań.
Ale jemu było zupełnie obojętne to, co mówiła matka. Słyszał, ale nie czuł nic. Naówczas zasmuciły się twarze rodziców i zasmuciła się twarz panienki, co z nimi przyszła do ogrodu. I uklękła i ona przy nim i podjęła mu głowę i patrzała nań dziwnie słodko swemi ciemno-szafirowemi oczyma, nie mówiąc nic — — ale on leżał nieruchomy.
Wtedy ona położyła mu głowę na piasku, rodzice uklękli przy niej i wszystko troje płakać poczęli cicho i śmiertelnie smutno. On czuł ich łzy, spadające mu na czoło, na przymknięte na pół powieki, na usta. Ale kiedy ojciec, jęknąwszy, upadł mu na piersi, a matka z rozdzierającym krzykiem w tył się usunęła, w ramiona klęczącego obok dziewczęcia, Juliusz wstrząsnął się cały i porwał z miejsca.
Ocknął się, siedząc na kanapie. Zimny pot spływał mu po czole, drżał cały, myśli zebrać nie mógł.
— Tak, ona przyjdzie, ona przyjdzie — szeptało mu coś w duszy — ale przyjdzie zapóźno... Wymodlisz ty ją, matko u Boga, wyprosisz, ale po to, aby za trumną moją szła, po nic więcej...
Półsenne marzenie zdenerwowało go do reszty. Miał ochotę płakać, skarżyć się, czuł potrzebę wypowiedzenia komuś całej krzywdy swego życia, całej jego boleści... Gdyby ona teraz przyszła, niosąc mu to szczęście, ten raj... Gdyby mógł usiąść u jej nóg, głowę na kolana jej oprzeć i mówić, mówić, ażby wypowiedział wszystko, wszystko wyskarżył... A potem poszliby gdzieś w inny świat, w jakieś lasy szumiące, nad jakieś morza i jeziora senne, na góry złote od słońca... Umiałby ją tak kochać, tak kochać, tęskni do niej tak serdecznie, on, któremu kochać nie wolno, on, dla którego miłość jest czemś zupełnie niedostępnem, który nie może znać innych kobiet, oprócz modelek i dziewek ulicznych...
Wstał z szezlonga i podszedł ku oknu; słońce zaszło już i mrok zapadał.
— Ostatni wieczór... — rzekł półgłosem.
Teraz myśl samobójstwa była już postanowioną: wszelkie refleksye odtrącił, trwogi się pozbył, żal względem rodziców przewalczył, żalu dla świata nie miał.
Swobodnym ruchem podjął upuszczony na ziemię rewolwer; mógłby sobie w tej chwili wpakować kulę w serce, ale może jeszcze, bez żalu pożegnać się z tem, co niegdyś kochał nad wszystko, z naturą i sztuką. Niegdyś, bo czas, kiedy chciał żyć, wydawał mu się taki dawny, taki dawny... Więc patrzył przez okno na księżyc, który wychodził powoli na niebo, patrzył na kilka bladych gwiazd, sennych w niezmiernem pustkowiu przestrzeni i na lśnienie księżyca na blaszanych dachach kościelnych. Szkoda, że ani drzew, ani gór, ani wody nie widać, ale już nie pójdzie za miasto, jest zanadto zmęczony, a zresztą... nie trzeba rozrywać nastroju. Czuł się w ekstazie jakiejś, w upojeniu gorączkowem myślą tak blizkiej śmierci; był jakby zahypnotyzowany.
I długo, długo patrzył w niebo szeroko otwartemi oczyma i wdychał jego ciszę, spokój i czar jego wieczornej piękności, a potem zapalił gaz w pracowni.
Były tu gipsy, roboty w glinie zaczęte, zarysowane kartony. Jedną z zagadek swego niepowodzenia miał tu Merten rozwiązaną. Wszystko to było doskonale robione, ogromnie wykwintną i nawskróś artystyczną ręką, ale miało charakter, albo dziwacznej jakiejś fantastyczności, albo przechodzącego wszelkie granice zmysłowego wyuzdania, a przytem były to pomysły raczej malarskie, niż rzeźbiarskie.
„Gwałt“ i „Lezbijska miłość“ stały tu od roku, na wystawę bowiem przyjąć tych rzeźb, mimo wspaniałej roboty, nie chciano, nie można było poprostu.
Obok przeznaczona na konkurs „Wizya“, przedstawiająca nagą kobietę, wychodzącą z wodnego sitowia z nożem w ręku, z twarzą przerażoną i z wyrazem obłędu w oczach, w jasnem świetle gazowem sprawiała ogromne wrażenie, choć jeszcze nieskończona. Zgóry jednak profesor mówił Mertenowi, że wątpi, aby, mimo całej wartości artystycznej, rzecz ta uzyskała jaką nagrodę, gdyż jest niezrozumiałą i potrzebuje komentarzy. Dlaczego nie idzie dalej, tak jak dawniej, w kierunku klasycznym, skoro już dwie nagrody swoją „Dyaną“ i „Psychą“ zdobył?
Zupełnie tak, jakby natchnienie szło w jakimś kierunku, jak żeby on wiedział, zkąd mu się ta wizya wzięła i dlaczego właśnie taka a nie inna...
Nad drzwiami wisiały ogromne kartony, na których Merten utrwalał swoje pomysły, nie mając za co kupić sobie odpowiedniej ilości gipsu; kryły to wszystko kolosalne rysunki, grupy figur nadnaturalnej wielkości, nie rysowane, ale rzeźbione poprostu węglem i kredką na papierze, z szalonym rozmachem. Człowiek, który tak rysował, musiał w myśli kuć dłutem w marmurze: linie były grube, cieniów mało, kontury za to obwiedzione mistrzowską ręką, plastyczne niesłychanie, przepyszne w odczuciu i odtworzeniu.
Jeden z kartonów przedstawiał grupę nimf i faunów, spłoszonych podczas uścisków miłosnych przez wodnego potwora, grupę tak kolosalną, tak potężną fantazyą i tak zmysłowo odczutą, że odurzała wprost, wywoływała jakiś zawrót głowy. Wyrzeźbione — byłoby to dzieło olbrzymie i nadzwyczajne.
Któryś z członków komitetu wystawowego, zwiedzając pracownię Merterna, oświadczył, że gdyby dzieło zostało wykute i gdyby nawet zdecydowano się, mimo tak drastycznego tematu, wystawić je, to tak kolosalna rzecz nie zmieści się w drzwi gmachu wystawy.
— Rozwalcie zatem ścianę, jeśli rzeźba tego warta — odrzekł Merten. — Czy chcecie, abym komponując stosował się do waszych drzwi?
Długo wpatrywał się młody artysta w swoje gipsy i kartony i z gorzkim uśmiechem rzekł głośno prawie, kładąc sobie rękę na czole:
— Teraz, jak Andrzej Chenier na szafocie, mogę sobie powiedzieć: et pourtant j’avais quelque chose là.. Ale to już skończone... I pomyśleć, że trawa będzie się tak samo zieleniła i tak samo kwitnąć będą kwiaty i tak samo ludzie będą żyli, będą umierali... I pomyśleć sobie, że moja śmierć będzie takiem niczem, że nie zadrgnie nawet jeden liść na drzewie, jedna mgła na powietrzu... Oni będą rozpaczali — tak... Matka rwać sobie włosy z głowy będzie a ojciec nie powie nic, tylko nieruchomo patrzeć będzie przed siebie... Mój drogi, stary, biedny, najdroższy ojciec, moja najlepsza, najdroższa matka... Ale to wszystko będzie trwało tak krótko... Potem lat kilka, kilkanaście, cóż to jest?... A zresztą kto wie, może niema nic? Może z śmiercią moją zniknie ten cały świat, który miałem za rzeczywisty? Może istniał on tylko dla mnie i przezemnie, we mnie? Może to wszystko było złudzeniem, a naprawdę nie istnieje z tego nic? Może niema ani nieba, ani ziemi, ani ludzi, ani słońca, ani życia i śmierci? Cokolwiek bądź, wiem, że jeżeli dłużej żyć będę, czy to, co jest, jest złudzeniem, czy rzeczywistością istotną, żyć mi jest za ciężko, za trudno, niemożliwie. Nie mam już sił. Tak, może jestem podły, ale już nie mogę dłużej... I nie chcę!... Życie mnie zgryzło, zgniotło... Ale otóż, jeżeli wszystko to nie jest czczym snem, zostaną po mnie te rzeźby i te kartony. Oto, czem mogłem być. Jednym z największych rzeźbiarzy współczesnych — et pourtant j’avais quelque chose là... Ale już nie będę więcej, nie mogę, nie mogę...
Aby nie dopuścić do osłabnięcia naprężonej sztucznie i z wysiłkiem prężonej ciągle energii, której zachwianie uczuł nagle, przeszedł szybko z pracowni przez korytarz do wielkiej sali antyków. Zapalił wszystkie płomienie gazowe. W sali stało się jaskrawo od światła.
Ileż tu godzin spędził, zapatrzony w boskie kształty Afrodyty melijskiej i medycejskiej, bezgłowej Nike Apteros i Psychy z odwróconą twarzą, lubieżnej Afrodyty Kallipigos i Fidyaszowej nimfy, wiążącej w locie sandał; w bohaterski tors partenońskiego Tezeusza i dyskobolów kolosalne muskuły; ileż godzin przemarzył tu, jakby w zaczarowanym śnie... Cała Grecya słoneczna, złocista i promienna, pogańska i zmysłowa, stawała mu tu w oczach, zaklęta czarodziejską siłą fantazyi. Słyszał szum mórz błękitnych i szmery gajów oliwnych i pieśni rapsodów; z areny szedł na rynki miejskie, ze świątyń do gineceów, i do groty szedł na wyspie Melos, aby się tam zapatrzeć w bogini świętość zmysłową. Tu było jego wytchnienie, jego jedyna wyspa na ponurym oceanie życia, tu, opierając głowę na zimnych, kamiennych posągach kobiet, z których już nawet prochu nie zostało, wskrzeszał je i rozmawiał z niemi marzącą wyobraźnią. Ileż godzin spędził tu samotny... I zdawało mu się, że te posągi dawnej, pogańskiej Grecyi mniej są dziś martwe i zimne. Zgasił kilka płomieni gazowych: przybyło im więcej jeszcze życia. Zgasił więc wszystek gaz i tylko księżyc snuł przez wielkie okna srebrzysto-modre, mgliste wstęgi światła.
Odezwał się gdzieś daleki zegar na wieży: uderzył dziewięć razy i przebrzmiał w echu. Zrobiło się jeszcze ciszej po tym głosie.
Oparty o tors Wenery, bez głowy i rąk, bez nóg od kolan, stał Merten, w prawej ręce trzymając rewolwer, lewą obejmując przepyszne biodra bogini. Kallipigos i dyskobol z dyskiem w lewicy, rysowali się wyraźnie w świetlistem omgleniu księżyca; inne posągi bieliły się w mroczu a ponad wszystkimi wznosiła się melijska Wenus, nieskazitelna. Na odwróconą twarz Kallipigos i na jej ciało padał najsilniej blask miesięczny i prawie żywą ją czynił.
Merten patrzał.
Jakieś pragnienie śmiertelnej rozkoszy ogarnęło go: nie wiedział prawie, gdzie jest i co się z nim dzieje, pragnął tylko czegoś zmysłowo-nadzmysłowego, niepojętego i zdawało mu się, że to się zbliża ku niemu... Między wskrzeszoną martwością tych posągów a sobą, mającym umrzeć za chwilę, czuł jakąś łączność, jakiś przebiegający, tajemniczy, dziwny prąd. Duszę w te posągi wlał i poprowadził je gdzieś w świat, pełen fal błękitnych i muzycznego rytmu...
Zegar miejski uderzył znów raz. Juliusz ocknął się. Przypomniał sobie wszystko i rzekł spokojnie:
— Już czas.
Jedna chwila a będzie tak martwym, tak nieczułym na ból i niedolę, jak te białe gipsy i marmury i jak te ciała, które im kształt swój dały... Życie? Ręką uczynił ruch, jakby coś chciał odepchnąć od siebie. Nie chciał żyć; wszystko, co go łączyło z życiem, zabrały z jego duszy te łzy gorzkie, których rzekę wypłakał... Już teraz mógł spokojnie umrzeć, pośród tych głuchych pomników jedynego świata, w który chciałby pójść, gdyby po śmierci miejsce duchowi wybrać było można. A zresztą cokolwiekbądź będzie, niech będzie...
W tej chwili na korytarzu rozległy się kroki, ktoś otworzył drzwi od sali i stanął w nich. Merten szybko przyłożył lufę rewolweru do serca.
— Merten, jesteś tu? — spytał przybyły — szukam cię wszędzie. Jesteś?
— To ty, Krążel? — Jestem.
— A cóż ty tu robisz po ciemku? — pytał dalej Krążel, zbliżając się ku Juliuszowi.
— Ot co! — odparł tenże i pocisnął cyngiel.
Rozległ się strzał, a potem ogromny huk, bo upadając, pociągnął Juliusz tors Wenery, który obejmował ramieniem; tors runął z postumentu na ziemię, druzgocząc się na części i miażdżąc martwą już głowę młodego rzeźbiarza.
Krążel stanął, jakby piorunem rażony; zrazu nie mógł pojąć, co się stało.
— Merten! — zawołał.
Nie odpowiedział mu nikt.
Więc wtenczas Krążel postąpił krok naprzód i opierając się drżącą ręką na pustym postumencie strzaskanej neapolitańskiej Wenery, rzekł zdławionym głosem:
— Coś ty uczynił matce, Merten, coś ty uczynił matce...[1]





KU NIEBU.

Szła Hanka po Skupniowym Upłazie, a wiatr taki dął, że się zdawało, iż ją zrzuci do doliny. Zimno było, że choć i serdak miała i na serdaku chustkę dobrą, po każdej kosteczce mróz się mrowił. Po niebie kłębiły się i kotłowały śniegowe chmury, przez które świeciło słońce, jakby przez ołowianą blachę, całkiem bez blasku i jakby martwe. Naokół była pustka wszędy okrutna i szum taki gnał przez góry od wiatru, że aż lęk piersi ściskał, bo się zdawało, że całe Tatry jęczą.
A Hanka szła przed siebie.
Żeby ją kto był spotkał, pewnieby jej się pytał: a po cóż ty tam idziesz dziewczyno, w te góry i w tę pustkę, w ten szum? Tam już nie mieszka nikt, tylko strach na ciebie warknie, śmierć ku tobie zęby wyszczerzy, a niemoc cię obali i po tobie. Kto też idzie w góry ku końcu jesieni? Albo się wróć, albo się już nigdy nie wrócisz. Nie zobaczysz ty już więcej zielonej trawy, ani jasnego owsa, tylko idź dalej. Wiatr cię zamrozi, kurniawa cię zasypie, orłowie i jastrzębie ciało twoje młode po wierchach rozniosą. Po cóż ty tam idziesz, dziewczyno?
Takby się był pewnie każdy jej spytał, ktoby ją był spotkał, ale już jej nikt spotkać nie mógł. Koziarze dawno flinty na ścianach zawiesili, bo już kozy strzału nie warte; nie włóczy się po górach nikt.
Ale Hanka, choć tak pusto naokół okrutnie, rada, że jej nikt pytać nie będzie, po co idzie?
Coby mu powiedziała? Ucieka w góry przed swojem nieszczęściem, przed swoją hańbą... Dokąd? Po co? Tego ona sama nie wie, ani o tem nie myśli. Idzie przed siebie, aby iść, aby dalej od ludzi.
Zła chwila się zbliżyła, i nawet kryć się już było dłużej trudno... Nie jednej się to trafiło, ale że już na gorszą nie mogło trafić. Ojciec i matka pomarli, nie zostawiając Hance nic, bo co było, przepili ze szczętem; rodzina, jak to rodzina majętna, o takim dziadzie jak Hanka słyszeć nawet nie chciała, a Wojtek Chroniec, co ją obiecywał brać, powiedział jej tylko: ostań z Pane Boge — i pojechał do Ameryki. I Hanka została na wsi, sama jedna opuszczona, w służbie u żyda, który ją poniewierał, teraz zaś wiedziała pewnie, że wypędzi. A wówczas? Gdzie się podzieje? Co pocznie? Z głodu przyszłoby może umrzeć, nim się w siłach nanowo poczuje, a dopieroż o służbę z małem dzieckiem trudno. I żeby to jeszcze ludzie dobrzy byli, ale kiedy się Zośce Kosiarskiej podobnie wydarzyło, że to bogaczka, nikt jej nie powiedział nic, a ją, Hankę, ledwie kto spostrzegł, co się święci, każdy palcem wytykał.
A przecież ona jest taki człowiek i takie boskie stworzenie, jak i drugi.
I zdjęła ją straszna rozpacz. Już jej było przedtem tak źle na świecie, że się czasem zdawało, iż nie przetrzyma, a dopiero teraz się zacznie! Z mostu się rzucić, albo co? I szła na most, ale ile razy spojrzała w męt cichy, zielony i prawie nieruchomy, aż ją coś w tył ciskało, i uciekała tak, jakby ją kto za warkocz na plecach łapał i gwałtem do wody zepchnąć chciał.
Próbowała wskoczyć w studnię, ale jeszcze ciężejby było w tę ciemną gardziel wpaść.
Tak trzeba było pokutować za tę miłość serdeczną, za to ukochanie bez pamięci, za tę słodkość niezmierną, co jak miód tęgi poiła. Nie było dla niej miejsca na świecie, ani pocieszenia.
Bała się Hanka złej chwili, bała się żyda, bała się ludzi, bała się księdza wikarego, który po imieniu i nazwisku wywoływał z ambony „ladacznice“, trędowatemi przezywał i wdawać się z niemi, jak z zapowietrzonemi bronił, bała się nieszczęścia swego i swojej niedoli — trzeba się było gdzieś podziać.
Raz w południe, w niedzielę, siadła Hanka na drzewach za karczmą i zaczęła płakać. Płakała tak, że mało jej oczy ze łzami nie wypłynęły, a potem zarzuciła chustkę na siebie i poszła. Szła przed siebie, ku górom, sama nie wiedząc dokąd idzie? Szła, aby iść.
Drogę ku Gąsienicowym Stawom znała, bo tam pasała krowy. Tam się więc zwróciła. Na Skupniowym Upłazie śnieg był wyżej kostek, ale Hanka szła. Zaczerniały przed nią szałasy. Miły, mocny Boże, jak jej tu bywało dobrze! Co się tu człowiek uweselił, co się naśmiał! Pasał tu Wojtek i tu się zalubili na Hanczyne nieszczęście. Pasała tu także i Wawrzkowa Brońcia i Marysia od wody. Nieraz poszły za Zielone z krowami, pokładły się twarzą do słońca i śpiewały, aż się echo po Kościelcu głosiło. A słońce tam chadzało po zieleni, takie jasne, aż radość była patrzeć. Gdzie się obrócić, to krowy czarne, albo cisawe, ztąd i ztąd dzwonią, a tam po turniach wysoko, po upłazach Wojtkowe owce bielą się, dzwonkami zberczą, a Wojtek sobie na piszczałce piska, albo śpiewa.

Ani mi nie ciężko, ani mi nie lekko,
Ino mi ku tobie dziewcyno daleko...

A ona mu na to odpowiada:

Ej kieby ja miała klucyki ode dnia,
Zamykalabykse nockę od połednia...

I tak do siebie śpiewali zdaleka, aż się echo po Kościelcu głosiło, a słońce było takie jasne, że się każdy kwiatek śmiał.
Albo kiedy stary Tomek w szałasie na gęślach zagrał, a Wojtek wyskoczył do tańca! Nie było nadeń tancerza. Tak się nosił po nad ziemią. jakby mu kto sokole skrzydła do kierpców przyprawił. Wszystkie dziewki chciały go oczami zjeść, ale on był jej, Hanusin freirz.
Albo kiedy deszcz lał, a oni wszyscy siedli koło watry, Wojtek ją objął wpół, przycisnął ku sobie, a jej dobrze serce z piersi nie wyskoczyło. A kiedy ją pocałował, to jej się w oczach mgliło, a wargi od warg odkleić się nie chciały.
Milszy też jej był, niż te gwiazdy, niż to słońce na niebie. Stary Tomek bajki plótł, a oni siedząc koło watry jedno przy drugiem, słuchali.
Miły, mocny Boże, wszystko to minęło, jak żeby kto przespał...
Minęło i nie wróci...
Zostały już po za nią szałasy: szła ku Zielonemu. Śnieg był coraz większy i wiatr dął coraz mocniej, aż dech w piersiach zapierało. Gdzieś tam po uboczu przeleciały kozy spłoszone, jedna, dwie, — pięć ich Hanka naliczyła.
Pognały ku Liliowemu, zaczerniły się na przełęczy na śniegu i znikły; mimowiednie skręciła się Hanka ku przełęczy Liliowej i szła dalej.
Siły poczęły ją opuszczać i jakieś czerwone światła, jak ogniki, poczęły jej latać przed oczyma, zrazu zdaleka, potem coraz gęstsze i czerwieńsze, rzekłbyś: krwawy deszcz. A zimno, jakby kto całe ciało lodem obkładał. Dziwny też szum w głowie poczęła Hanka słyszeć i coś ją jakby piekło w mózgu.
Przystanęła. Wszędy góry, białe upłazy, czarne omiecione ze śniegu turnie, takie wysokie, jak jej się nie wydawały nigdy, krzaki zaśnieżonej, obmarzłej kosodrzewiny, urwiska, w które wiatr śniegu kurzawy ciskał, na niebie, jakby za ołowianą zasłoną, słońce bez blasku, jakby martwe. Pustka, głuchość okrutna...
Ale Hanka szła dalej już nawet dobrze nie wiedząc, dla czego ze wsi uciekła i czy tam jest jaka wieś po za nią? Coś jej się majaczyło jakby dzwony zdaleka biły i ksiądz śpiewał, podobnie, jak na pogrzebie jej matki, a czasem wiatr zawył tak, jakby groby na cmentarzu jękły.
Hance zaczęły się plątać nogi, w oczach jej się poczęła czynić noc, a w głowie czynił jej się coraz większy szum i ogień. Potem zdawało jej się, że się wszystko wali na nią i przygniata ją, skały, kosodrzewina, chmury. Czuła ucisk, tłoczenie na piersiach i ramionach zupełnie jak podczas odpustu w ludzimierskim kościele na Matkę Boską Różańcową, kiedy myślała, że ją zgniotą w tłumie. I przypomniała jej się ta Matka Boska w niebieskim płaszczu i złotej koronie po nad ołtarzem. Modliła się też do Niej wtedy Hanka, czując nad sobą nieszczęście! Pomodliłaby się i teraz, ale jak tu tak daleko iść, a kolana się już chwieją, więc tylko poczęła szeptać: Zdrowaś Maryjo, Pan s Tobom, łaskiś pełna...
Wtem jakaś jasność zakołysała się po nad upłazem — Hanka drgnęła: Zje coz to hań?
A światłość się stawała coraz większa, jakby z błękitu i srebra dziergana i szła ku Hance. Przelękła się Hanka bardzo i szum się w jej głowie jeszcze mocniejszy uczynił, nogi się pod nią ugięły i chciała uciekać, ale wydało jej się, że z tej światłości wychodzi ku niej głos cichy i bardzo słodki: Nie bój się...
Hanka stanęła.
A głos odezwał się znów:
— Podź!
— Ka? — szepnęła Hanka.
Głos odpowiedział:
— Ku niebu.
Wówczas Hanka ośmielona, podniosła oczy i zobaczyła twarz jak miód i oczy jak kwiaty. Coś, jak niebieski płaszcz, majaczyło w światłości i złota korona zdawała się migotać w górze.
— Tyś to jest, Pani Anielska? — szepnęła Hanka.
I wydało jej się, że Matka Boska skinęła na nią i poczęła przed nią iść wolno ku Liliowemu. Jakieś nowe siły wstąpiły w Hankę, kolana przestały jej drżeć, uciszył się nieco szum w głowie, a zimna prawie już nie czuła. Wiatr też na chwilę przycichł. Tylko coraz mgliściej błyszczało słońce, zupełnie martwe.
Hanka szła zrazu sporo i z jakąś otuchą w sercu, ale wkrótce znowu jej się nogi plątać poczęły, czerwone płatki zaczęły się sypać przed oczyma, szum głowę ogarnął, niemoc zdjęła ją tak wielka, że już prawie stóp ze śniegu wydobyć nie mogła.
— Pani, siadłabyk se — szepnęła.
— No, to se siednij — odpowiedział głos ze światłości.
Więc Hanka usiadła pod dużym kamieniem i oparłszy się oń plecami, wyciągnęła zbolałe nogi przed siebie. Ale wówczas światłość poczęła jakby mdleć, roztapiać się, niknąć... I znowu naokoło nie było nic, tylko góry i urwiska i śnieg biały, smutny i głuchy...
Wszystko to zlewało się Hance w jakiś zwał gór i śniegu pod mętnem niebem.
— Pani, kazeście? — szepnęła.
Ale jej nie odpowiedziało nic; chciała wołać, nie mogła. Zdawało jej się, że jej ktoś na każdą rękę i na każdą nogę ciężkie kamienie pokładł. Dreszcze, jak mrówki, poczęły jej chodzić po ciele i niemoc ją taka zdjęła, że ledwo oddychać mogła. Oczy i uszy jakby jej kto zatykał ręką. Nie wiedziała i nie myślała nic, czuła tylko, że śniegu koło niej coraz więcej, że jej już zakrył nogi, do pasa sięga, piersi zasypuje. Robiło jej się coraz cieplej, więc była rada. W powietrzu uciszyło się i nawet słońce na chwilę błysnęło jaśniej, srebrząc śniegi.
Hanka, zupełnie bezwładna, patrzyła przed siebie, czuła, że dzieje się z nią coś dziwnego, jak gdyby w niej wszystko powoli tężało i czyniło się lodem. Ogarniała ją coraz większa niemoc i jakby ciężka jakaś senność.
— Usnem — myślała.
Wtem świat się cały zamroczył od kurniawy, wiatr huknął i spadł z gór, jak lawina, miecąc przed sobą całe płaty śniegu i strzępiąc je, że się rozlatywały, jak pióra z głuszca, porwanego przez orła. Hankę w twarz począł ciąć ostry, drobny lód, a wicher to ją odmiatał ze śniegu do pasa, to znów prawie po usta nim zasypywał. Ciepła krew poczęła się sączyć Hance z twarzy i szyi, ciętej lodem.
Na chwilę ból wrócił jej przytomność: tu moja śmierzć — pomyślała i przestraszona chciała dźwignąć się, wstać, ale była zupełnie bezsilna i znowu zamąciło jej się w głowie. Słyszała szum, widziała góry, ale coraz mniej i coraz słabiej.
I znów na chmurze śniegowej, w zamroczy, zamajaczyła światłość, o wiele bledsza, niż pierwej, ale daleko bliższa, tuż przy Hance. Nawet zdało jej się, że jakaś ręka dotyka jej ramienia. Podniosła oczy: ta sama twarz jak miód i oczy jak kwiaty, tylko o wiele bledsze. I znowu zdało jej się, że ten sam cichy i słodki głos odzywa się:
— Podź!
— Ka? — szepnęła Hanka.
— Ku niebu! Daj rękę — rzekła Matka Boska.
I Hanka podała jej rękę i poszła...





ZE WSPOMNIEŃ MALARZA.

Jednem z najsmutniejszych wspomnień, jakie mam, jest śmierć Horwena. Umierał tak, jak żył: samotny, opuszczony i bardzo nieszczęśliwy. Służyliśmy obaj jednej pani, sztuce; dalibóg, wszystkiemu innemu więcej służyć warto — dochodu z tego niema. Sława? Jeśli w parze z nią nie idzie zarobek, niema nic głupszego i śmieszniejszego od sławy.
Horwen malował pejzaże bardzo dobre i póki je malował, jakieś tam pieniądze z „kunsthendlerów“ wyciskał, odkąd jednak położyły go suchoty na łóżko, piękne dni Aranjuezu się skończyły: cierpiał nędzę. My, tak, myśmy byli, aleśmy sami ledwo wegetowali. Byliśmy wszyscy młodzi, uczniowie Akademii, daleko od domu, od swoich, którzy zresztą mają wiele lepszych rzeczy do roboty, niż dbać o początkujących malarzy.
Cała garderoba Horwena, jego wspaniały, szary hawelok, którym się tak cieszył, jego szpilka z perełką, porte-bonheur od jakiejś kuzynki — wszystko poszło. Wiem o tem najlepiej, bo sam te rzeczy handlarzom sprzedawałem, albo do zastawu odnosiłem.
Jednego popołudnia, w uroczy dzień marcowy, przyszedłem do Horwena. Ledwom drzwi otworzył, podniósł się żywo z pościeli i powiedział:
— Wiesz, kto tu był?
— Kto? — spytałem, spostrzegając odrazu, że ma bardzo silną gorączkę.
— Była śmierć. To było koło jedenastej rano. Leżałem z przymkniętemi oczami, nagle przeszedł mnie chłód. Otworzyłem oczy. Włosy stanęły mi na głowie. Wyobraź sobie, siedziała tu na łóżku. Jest zupełnie taką, jak ją malują: w długiej oponie kościotrup. Wszystko we mnie zamarło z przerażenia i zgrozy. Wyciągnęła rękę i oparła mi na piersiach, tu. Mróz, zupełnie lodowy mróz, przeniknął mnie na wskroś... Potem wszystko znikło...
— Hallucynacya — wtrąciłem, chcąc go uspokoić.
— Nie, to śmierć... Już i koniec...
Głowa opadła mu na poduszkę. Blady był, jak płótno. Nie ulegało wątpliwości, że to była śmierć — Horwen kończył.
Milczeliśmy czas jakiś, potem on zaczął mówić:
— Wiesz, tam, u nas, na północy, tam jest takie wielkie, wielkie jezioro. Rosną koło niego jodły i leszczyny i gąszcze. Niedaleko od tego jeziora stał nasz dom. Słuchaj, jakbym chciał, żebyście mnie tam przewieźli, przywiązali do deski i puścili na wodę. U nas tam, na północy, mewy latają nad wodami... Jakbym chciał, żeby nademną latały... Czy to jest niemożliwe, żebyście mnie tam przewieźli, na północ, nad nasze wielkie jezioro...
Mówił z niesłychaną żałością; tyle lat zbiegło, a każde słowo pamiętam.
I znowu milczeliśmy chwilę; Horwen podniósł nieco głowę, spojrzał po sobie i po pościeli i rzekł, prawie szepnął, z ogromnym smutkiem i przygnębieniem:
— Jakie to brudne...
Istotnie koszula jego, poszewka na poduszce, prześcieradło, wszystko było niezmienione widocznie od bardzo dawna.
— Dlaczego nie każesz posługaczce zmienić? — spytałem.
Popatrzył na mnie z uśmiechem i zdziwieniem:
— Ty się pytasz? Wszakżeś sam pomógł mi wyprzedać i wyzastawiać wszystko, co miałem. Niemam nic, tylko to, co widzisz...
Kurcz ścisnął mi gardło, on zaś schylił głowę ku piersiom i milczał. Milczał dość długo, poczem znów mówił:
— Nie, nie wszystko. Tam, w kuferku, mam jeszcze jedno czyste prześcieradło, czystą poszewkę i czystą koszulę. Schowałem to naumyślnie na śmierć. Nie mogę przecież leżeć, jak ostatni dziad. Nie jestem jeszcze taki nędzarz, jakby kto myślał: mam czystą pościel i czystą bieliznę. Są tacy, co i tego nie mają, prawda?...
Więc, mój drogi: słuchaj: kiedy umrę, pościelecie mi łóżko nanowo i obleczecie świeżo, a potem, jeżelibyście mogli, przewieźcie mnie tam do nas, na północ, nad to nasze wielkie jezioro; przywiążcie mnie do deski i puśćcie na wodę w czystej koszuli... Tam, u nas, na północy, latają mewy; puście mnie tam na wodę...





LAUREAT.
(Szkic).

Powrócił z jubileuszowej uczty.
Pięćdziesiąt lat — pół wieku pisał; liryczne poezye, dramaty, nowelle, powieści, wielkie epos — oto plon jego półwiekowej twórczej pracy. Sobie na sławę, narodowi na chwałę pracował, naród go też czcić umiał. Dał mu, co mógł: dał mu honory, majątek, zaszczyty. Laurowe wieńce, zeschłe oddawna i świeże, jubileuszowe, wisiały na ścianach, księgi pamiątkowe leżały na stołach; wyprawiono mu wreszcie ucztę wspaniałą, naród cały zgromadził się w osobach swych przedstawicieli przy stole, aby mu powiedzieć: jesteś zasłużony, jesteś wielki... Więc zadowolony, a zmęczony owacyami, siedział siedmdziesięcioletni blizko starzec w wygodnym fotelu w swoim salonie i wpatrując się w ogień, po staroświecku na kominku kładziony, myślał: nie zmarnowałem życia...
Była już późna noc i cisza panowała ogromna. Wtem starzec drgnął, uszu jego doleciał jakby jęk jakiś... Przywidzenie, czy co?... Ale niebawem jęk się powtórzył, potem rozległy się przeraźliwe krzyki i wycia. Stało się coś w domu na dole.
Zadzwonił — nie przyszedł nikt. Widocznie służba, zbudzona hałasem, zbiegła na dół.
Starzec, niespokojny, począł chodzić po pokoju; jęki i wycia ustały, natomiast słychać było zgiełk podniesionych głosów męzkich i żeńskich. Co się działo, rozpoznać nie mógł. Zaczął się niecierpliwić i irytować; wreszcie wyszedł z mieszkania. Na schodach spotkał swego lokaja, który zdyszany i widocznie bardzo wzruszony, zatrzymał się, wołając:
— Jaśnie panie, jaśnie panie! Co się tam stało!...
— Cóż? Gadaj! Właśnie idę...
Lokaj podniósł ręce, jakby go chciał wstrzymać i zawołał:
— Niech jaśnie pan nie chodzi! Tam jest okropna rzecz! Tam jest trup!
— Trup?!
— A tak. Ten stolarz, co mieszkał w suterenach, miał córkę. Dziewczyna może miała piętnaście lat i była straszna pijaczka. Kradła ojcu pieniądze na wódkę, wszyscy o tem wiedzieli i on ją nieraz bił. Dziś ją też zaczął bić, a że katował bardzo, stolarzowa zaczęła ją bronić. Więc on, w tej wielkiej złości, jak porwie siekierę, obuchem żonę zdzielił w ciemię i zabił. Już go wzięli. Niech jaśnie pan nie chodzi, tam masa hołoty i policyi i trup stolarzowej. Niestara kobieta była, nie miała czterdziestu lat. Potrzebne też to właśnie dziś, po jubileuszu jaśnie pana...
Stary poeta powrócił do siebie.
— Czy rozebrać jaśnie pana?
— Nie, odejdź. Chcę sam zostać.
Lokaj wyszedł.


∗             ∗

Usiadłszy na fotelu, jak pierwej, zaczął znów patrzeć w ogień na kominku. Pół wieku pracy... majątek... honory... zaszczyty... Przypomniały mu się słowa jednego z mówców, który na cześć jego przemawiał: czcigodny jubilat i laureat pół wieku pracował z najwyższem poświęceniem i zaparciem się siebie dla społeczeństwa...
Przed dwiema godzinami może słowa te głaskały mile próżność i ambicyę starca, a teraz, przypomniawszy je sobie, prawie krzyknął: to nieprawda! to kłamstwo! Pracowałem tylko dla siebie, sobie na pożytek i na przyjemność tej garstce, która się zowie uprzywilejowanymi...
Zakochani studenci uczyli się na pamięć liryków, histeryczki płakały nad powieściami i mdlały po lożach na dramatach, starzy profesorowie i wykształconych kilku dyletantów rozkoszowało się epopeją, wiedział to — za to wyprawiono mu jubileusz, uczczono go, nazwano chwałą kraju, jego filarem, jego czołem, fryzem i fundamentem.
A on tam, do fundamentów, tam, na dół do suteren, tam on nie zszedł nigdy. Arystokrata z usposobienia, błyszczał po budoarach i salonach, nie dbając o nic, tylko o zdobywanie sławy i wygód życia. I to się nazywa półwiekową pracą dla dobra społecznego z poświęceniem się i zaparciem najwyższem... Zaiste słusznie!...
Tak jest, natura dała mu talent niezwykły, może geniusz; Bóg wie, co mógł zrobić, a zrobił — cóż? Wstrząsnął nerwy kilku, może kilkunastu tysiącom ludzi. A te miliony, te ogromne miliony?
One z jego pracy, raczej z darów, które mu dała natura, nie miały nic. Ze światłem swego mózgu, ze swoją myślą, i ze swojem słowem, nie zszedł tam nigdy na dół, do suteren.
Nazwano go „apostołem ducha“ — zaiste słusznie! Tam trzeba było iść, Chrystusa tłumom nieść, jeśli się było apostołem ducha.
Pod jego nogami, tam, na dole, działo się coś, ale on tego widzieć nie raczył: był na to za dostojny, zanadto honorowany, za wielki. Naprawdę, tak jest, tworzył dla tych, którzy go podejmowali szampanem i sadzali na pierwszem miejscu; pisał przedewszystkiem dla wielkich panów i bogatych dorobkiewiczów... Tak jest, tak jest, nieraz myśli, które mu przychodziły do głowy, odpędzał, karty, które mu się same napisały, w kosz wrzucał, aby się sferze w której żył, nie narazić... Był apostołem, tak, ale swej własnej korzyści...
Gdy tam, na dole, w suterenach, nędza toczyła tłumy, jak skir, a zbrodnia, jej nieodstępna siostra, najdziksze wyprawiała orgie: on skandował spokojnie swoje aleksandryny w wykwintnym gabinecie, palił dobre cygara w eleganckim salonie, lub czekał w swej loży na oklaski teatralnej publiki. Oto dzieje jego apostolstwa, jego prawa do tego tytułu!
Kiedyś zamłodu, lat temu kilkadziesiąt, jego przyjaciel, dawno zmarły malarz, naszkicował był Chrystusa, który, uginając się pod ciężarem krzyża w drodze na Golgotę, jeszcze znalazł w sobie dość siły, aby wolną rękę podać starcowi z tłumu, potrąconemu tak przez rzymskiego żołnierza, że upadł. O tym obrazie mówili wówczas wiele. Malarz usiłował Chrystusowi nadać wyraz niezmiernego zapomnienia o sobie, niezmiernego współczucia. Przedziwne skojarzenie wrażeń — obraz ten, o którym poeta może kilkadziesiąt lat nie myślał, stanął mu teraz nagle żywo w pamięci.
Zakrył rękami twarz i pochylił głowę ku piersiom. Zdawało mu się, że ten Chrystus z wyciągniętą ku obalonemu starcowi ręką patrzy nań z dawnego obrazu z wyrzutem... Wszakże on nie niósł na barkach nic — a jednak nikomu ręki nie podał; nie wisiała nad nim żadna klęska, a pamiętał tylko o sobie...
I życie jego całe, owe pół wieku pracy i tryumfów, wydało mu się takie czcze, takie jałowe, tak zmarnowane...
I potrzebaż było aż tak strasznego faktu, aby go z tego egoistycznego snu przebudzić?... I dlaczegóż budzi się zeń tak późno... za późno?...
Uczuł wstręt do swojej natury, do swej własnej duszy. Cała jego filozofia, oparta na prawie konieczności, wykluczającem winę i zasługę, runęła — czuł się winnym.
Miał ochotę powyrzucać przez okno wszystkie wieńce, księgi pamiątkowe i kosztowne prezenty, wypychał gwałtem z pamięci wspomnienie osób, które zgromadziły się około niego w dzień jego półwiekowego jubileuszu, aby go czcią otoczyć i hołdami.
— Dlaczegóż — powtarzał — dlaczegóż w ten dzisiejszy wieczór, przy moim własnym stole nie zasiadła rodzina owego stolarza, aby czytać książkę, którą ja dla nich napisałem, a która im niosła Chrystusa...
I czuł taki wstręt do swej natury i czuł się tak winnym i całe życie dotychczasowe wydało mu się tak nikczemnem... Ale już było na nowe zapóźno...





DZWONEK TOPIELCÓW.
(Opowiadanie).

Była wieś nad rzeką, która się w jednem miejscu rozlewała w szeroką, mętną, prawie nieruchomą głąb wodną. Po prawym brzegu tej głębi był kamieniec pusty, rozległy, potem widać było wzgórza położyste nagie, potem lasy i góry; po lewym rosły zrzadka jałowce, drobne świerczki i modrzewie, a dalej czernił się las. Po tej stronie, na samym skraju usypiska nad wodą, stała pobielona kamienna kapliczka, przykryta stożkowatym spiczastym dachem z ośniedziałej blachy, na którego szczycie sterczał czarny, zardzewiały, żelazny krzyż.
Wejście do kapliczki było nizkie, wycięte w łuk; wewnątrz na kamiennej pogruchotanej podłodze stała wązka drewniana ławeczka. U góry, na poprzecznej belce, wisiał dzwonek, od którego sznur opadał tak, aby siedząc można było dzwonić.
Nikt nie pamiętał kiedy, w zimową noc, wesele przejeżdżając przez zamarzniętą ową głąb wodną, załamało się i poszło pod lód, ludzie i konie. Było to bardzo dawno. Na tę smutną pamiątkę wystawił ktoś kapliczkę i co wieczora dzwoniono w niej na modlitwy za duszę zmarłych bez ostatniego namaszczenia. Dzwonek nazywano dzwonkiem topielców.
Zawsze we wsi był dziad, który za pewnem fundacyjnem wynagrodzeniem chadzał dzwonić nad rzekę. Zdarzyło się, że kiedy jeden z takich dzwonników umierał, zgłosił się o tę służbę parobek zwany powszechnie Grzesiem Mizerakiem.
Ten Grześ Mizerak był synem bogatego rolnika, ale kiedy rodzice zmarli, starszy brat wyzuł go z ojcowizny, wygnał z domu, a na dobitkę zabrał mu upodobaną dziewczynę i sam się z nią ożenił. — Został tedy Grześ na szerokim świecie bez dachu nad głową, bez nikogo przy duszy, ze złością i okrutną zawiścią w sercu.
Tułał się, wałęsał, do roboty najmował, ale niepowodzenie go ścigało, aż tak wychudł i zbiedniał, że go Mizerakiem nazwano. Zemstę bratu poprzysiągł na wieczne czasy, na życie i śmierć.
Zostawszy dzwonnikiem, najął sobie Grześ izdebkę u grabarza na końcu wsi i stamtąd, robotę najemną odbywszy, szedł o zmroku po odzwonieniu w kościele na Anioł Pański, dzwonić za duszę topielców.
Jednego razu, kiedy wracał do domu, wybiegła naprzeciw niemu grabarzowa, wołając z daleka: Nieszczęście was spotkało, brat się wam utopił!
Grześ przystanął: Brat? — spytał, jakby nie mógł uwierzyć.
Grabarzowa zaś mówiła: A dy wam mówię, brat. Jechał z drzewem do lasu, pod samą kaplicą ziemia się oberwała i wóz wpadł we wodę. Widział to leśny, ale nim przylecieć zdołał, już się skończyło. Ludzie choć ciało wyłowić próbowali i to próżno.
Grześ słuchał, jak osłupiały. Nie rzekł nic i poszedł ku swojej izdebce.
— Zadzwonicie dziś i bratu, Mizeraku — ozwała się z westchnieniem grabarzowa, ale Grześ nic jej nie odpowiedział. Wszedł do izdebki, zamknął za sobą drzwi i siadł na barłogu, na którym sypiał.
Czas jakiś siedział tak, zupełnie zapamiętany i myśli mu się mąciły, nie wiedział, czy się cieszy, czy martwi? Aż nakoniec splunął i rzekł półgłosem: Dobrze mu tak!
Po chwili głośniej powtórzył: Dobrze mu tak! Krzywdzicielowi!
Wielki kościelny dzwon zaczął bić na Anioł Pański. Grześ, oparłszy brodę na rękach, słuchał. Nie klęknął, jak zazwyczaj, nie modlił się — tylko słuchał. Dzwon dzwonił, wydawało się Grzesiowi, posępniej niż zwykle. Ustał wreszcie. Teraz była pora iść do kaplicy.
Ale Grześ nie wstawał z barłogu, tylko z brodą na rękach siedział i patrzał w ziemię. Zeszło tak sporo czasu, nakoniec Grześ mruknął przez zęby: Niedoczekanie jego! Krzywdziciel zatracony! Dziśby i za jego duszę było...
Splunął, rzucił się na barłóg i odwróciwszy twarz ku ścianie, chciał spać. Nie mógł jednak. Znowu siadł jak pierwej i patrzał w ziemię.
Był słotny dzień jesienny. Wiatr szumiał ponuro i wył, drobny deszcz dźwięczał na szybach jednostajnie i smutno.
Ściemniało się coraz bardziej.
— Nie pójdę! — rzekł do siebie Grześ.
Próbował znowu usnąć i znowu nie mógł wyleżeć. Coś go dźwigało ze słomy. Nakoniec i siedzieć nie mógł. Niepokój go jakiś ogarniał coraz to więcej i więcej; podniósł się i stanął przy oknie. Na polu było prawie ciemno.
Ale i tu wytrwać nie mógł długo. Wydawało mu się, że nim coś owładnęło. Wyszedł przed izbę — wyraźnie coś go zaczęło pchać naprzód, przed siebie.
Wszedł na chodnik, którym się szło ku kapliczce, przez pastwiska.
Przystanął i rzekł: Nie pójdę! — i znowu szedł dalej.
Coś go pchało naprzód. Za pastwiskiem zamajaczyły w zmroku rosnące z rzadka jałowce, świerczki drobne i modrzewie. Już słychać było szum rzeki.
Niebo rozjaśniło się nieco i w górze pokazał się księżyc, okrągły, mglisty, ołowiany.
Grześ nie zdawał sobie sprawy, co się z nim dzieje. Czuł w sercu okrutną, chłopską zaciekłość ku nieboszczykom bratu i jednocześnie mus zbliżania się ku kapliczce.
Wtem drgnął i stanął... Zdawało mu się, że prócz szumu wody i wiatru słyszy głos jakiś, jakiś dźwięk. Zląkł się i chciał zawrócić, ale owa dziwna moc, która nim owładła, pchnęła go naprzód.
Tymczasem dźwięk stawał się coraz wyraźniejszy — był to dzwonek. — Grzesiowi włosy podniosły się na głowie; między świerczkami zabieliła mu się martwą białością, w księżycowym poblasku kapliczka nad głębią. Pot zimny wystąpił mu na czoło, a w piersi zatamował mu się oddech; w kapliczce był ktoś i dzwonił. Stanął i jeszcze raz chciał zawrócić, ale jakaś ciekawość przeraźliwa i straszna zmusiła go iść dalej. Był już przy drzwiach; schylił się i zajrzał — i rozkrzyżowawszy ręce w górę, cofnął się raptownie w tył. Na ławeczce siedział jego brat, nagi, opuchły, rozdęty wodą, z przylepionemi do karku mokremi włosami i obwisłemi wąsami, trzymając w obu obrzękłych dłoniach sznurek od dzwonka, za który ciągnął. Zwrócił ku Grzesiowi bladą, nabrzmiałą twarz topielca i spojrzał nań zblakłemi, wychodzącemi z orbit oczyma. Grześ jęknął i zatoczywszy się, runął w głąb wodną.





„PAN“.
(Fraszka).

Szedł, szedł i szedł... Nie zważając na buty, szedł od jakiej piątej rano; słońce świeciło już prawie na środku nieba. Był już tęgi kawał za miastem, pośród pól, może ze trzy mile od niego. Nie znał tej okolicy; szedł gościńcem przed siebie, naprzód, naprzód i naprzód...
A medytował tak, że nie zważał ani na buty, ani na to, że bez śniadania był dotąd, ani na okolicę. Redaktor wielkiego i poczytnego dziennika „Bylebyło“, posiadacz ośmiu tysięcy abonentów i trzech kolumn inseratów, obstalował u niego nowelę na tysiąc wierszy, na temat „słońce“, aż — wyjątkowo — po siedm kopiejek od wiersza! Siedm razy tysiąc daje siedm tysięcy kopiejek, co daje siedmdziesiąt rubli. Siedmdziesiąt rubli... Ah! Siedmdziesiąt rubli to jest siedmdziesiąt rubli...
Jest lipiec, jest lato, miasto opustoszało, wyjechali wszyscy. Nawet w redakcyi „Bylebyła“ trzech stałych współpracowników wzięło urlop. On nie był nigdzie stałym współpracownikiem: nie chciano go angażować, gdyż „szkoda było jego literackich zdolności na dziennikarską pracę“. Dzięki tej pochlebnej opinii reporterzy zarabiali po dwieście i trzysta rubli miesięcznie, on przeciętnie od czterdziestu trzech do stu dwóch. To zdarzyło się tylko raz, kiedy za nowelkę o Bożem Narodzeniu dostał trzydzieści dziewięć rubli.
Od tego czasu jednak aż do lipca nie wydrukował żadnej noweli, raz dlatego, że redaktor „Bylebyła“, z którym miał najwięcej stosunków, niechętnie widział drukowanie po konkurencyjnych pismach, sam zaś miał tyle „wiadomości bieżących“, że, mając stały powieściowy fejleton, nadzwyczaj rzadko mógł go przeznaczyć na nowele; nadto też sprawozdania z książek, za które się brało po dwie i pół kopiejki od wiersza, pochłaniały masę czasu.
Zresztą stanowisko jego, jako zaetatowego współpracownika w „Bylebyle“ było bardzo dobre: redaktor zawsze wstawał, kiedy się z nim witał i żegnał, nie mówił mu „mój panie Żytniewicz“, tylko „panie Hektorze“, albo „kochany panie Hektorze“, na nowy rok przyjmował go w salonie, nie w pokoju jadalnym, jak reporterów, a na imieniny żony z całej redakcyi oprócz kierownika działu politycznego i referenta spraw ekonomicznych, jego tylko jednego zapraszał na wieczór tańcujący. „E cóż, pan jest pan! Żebym ja taki był!“ mówili mu reporterzy „Bylebyła“ w swoich lśniących cylindrach, majtkach w kraty i różnobarwnych krawatach. Kpili sobie z niego w żywe oczy — każdy z nich mógł pójść gdziekolwiek do ogródka i zjeść kolacyę z aktorkami albo za gotówkę, albo na kredyt, albo za reklamę dla restauratora, dyrektora teatrzyku, lub autora wystawianej sztuki. Prawie wszyscy nad ranem wracali pijani do domu. Jego zaś kolacye kosztowały bardzo mało i trwały bardzo krótko: kupował dwa serdelki po trzy kopiejki sztuka, dwie bułki po półtorej kopiejki — i najczęściej zjadał to na mieście, w jakiej bocznej ulicy. W domu było tak przykro i smutno wieczorem: cztery ściany, piec, dwa krzesła, umywalnia, stół z brudną serwetą i zamazaną atramentem różową tekturą, komoda, koszyk i kuferek — wszystko. Prawda: było jeszcze w pokoju mnóstwo karaluchów.
Na stoliku zaś stała fotografia panny Ewy oparta o kałamarz, na oknie ładna butelka z likierem waniliowym dla „Milci“; kochał się bowiem w pannie Ewie, a romans miał z żoną woźnego z konkurującego z „Bylebyłem“ organu „Abyszło“.
„Milcia“ lubiła likier wanilowy, a jak się ma lat dwadzieścia cztery, to jeść przez dwa tygodnie zamiast obiadu mięszaninę za dwadzieścia kopiejek i dwa obwarzanki — jest nic, ani się wie o tem. Mając zaś siedmdziesiąt rubli w kieszeni możnaby na dwa tygodnie pojechać do Szczawnicy — trzecią klasą mało kosztuje — a tam jest panna Ewa... Milciby się powiedziało, że się jedzie do ciotki, a pannie Ewie za dwa tygodnie, że się musi wracać, bo się ma „ważne zajęcia“ w redakcyi...
Tymczasem jednak, jak na złość, nie przychodziło mu nic na myśl „o słońcu“, tem więcej nic godnego aż siedmiu kopiejek od wiersza... Od tygodnia o tem myślał i nic wymyśleć nie mógł — — nie szło, jak to czasem bywa. Był zmęczony, znużony, upał dopiekał, kurz, zaduch, wszystko nie uspasabiało do pisania. Za cztery dni miał oddać robotę — oprócz zaś pięciu, czy sześciu arkusików papieru, z nadpisem „Słońce — przez Hektora Żytniewicza“ — nie miał nic.
Wyszedł więc rano w pole „szukać inspiracyi“.
Po drodze spotkał księgarza, który niedawno od niego kupił tomik drobnych szkiców, płacąc po trzy ruble od arkusza, i właściciela drukarni, gdzie się te szkice miały drukować: jechali na rowerach, księgarz w piaskowym spencerku, drukarz w ciemnogranatowym trykocie. Obaj ukłonili mu się pierwsi... Ludzie bardzo cywilizowani... On nie miał wprawdzie ani roweru, ani ciemnogranatowego trykotu, ani piaskowego spencerka, ale — — „miał przyszłość“. Kto wie, czy nie tkwi w nim drugi Sienkiewicz, albo Prus, — sława narodu, oni zaś są tylko przemysłowcami...
Skrzywił dumnie głowę od lewej strony ku górze — „poczuł się“. Był artystą, kwiatem inteligencyi! Wprawdzie te kwiaty kwitną najczęściej w wytartych spodniach i podartych trzewikach, niemniej przeto literatura i sztuka są kwiatami inteligencyi. Eviva l’arte! I troska o nią publiczna...
Szedł i szukał inspiracyi do „słońca“ na tysiąc wierszy za siedmdziesiąt rubli.
Szedł zaś tak zamyślony, że nie widział, co się naokół niego dzieje. Myślał, myślał i myślał, a raczej starał się coś myśleć. Nagle potknął się i jakby ocknął.
Naokoło niego były zboża, jak złota toń. Gdzie sięgnął wyrokiem, łany, łany nieprzejrzane, jaśniejące ku niebu, bezmiar zbóż. A w tej toni, w tej fali pełnej blasku i światła, szkarłatne maki, błękitne bławaty, miedze zielone i chłopi w białych koszulach i żółtych, połyskujących, słomianych kapeluszach i kobiety w chustkach pstrych, żółtych i czerwonych na głowach, w białych koszulach i czerwonych spódnicach. Stalowe, srebrzyste sierpy dzwonią i migocą w ich rękach; ci żną, tamci wiążą snopki; tu ogromny wóz drabiniasty ciągną woły, tam konie odprzężone od wozu skubią trawę na miedzy; dzieci plączą się, krzyczą, inne kołyszą młodsze, zawieszone w płachtach na kulikach — pełno życia, pełno gwaru — żniwa pszeniczne. A nad tem wszystkiem skowronki i wróble i olbrzymie, promienne, jaskrawe słońce na niebieskiem, nieruchomem niebie.
Patrzał, widział — i zaczęło mu się chcieć jeść, a zarazem uczuł zmęczenie. Ocknął się, gdy się potknął, jak ze snu.
Stanął i patrzy.
Oh! jakiż ten świat piękny!... Jakiż to cud!... Jakiż to czar!... To morze zbóż, te kwiaty wniem czerwone i błękitne, ci ludzie kolorowi z sierpami w dłoniach, te wozy, woły, konie, dzieci, płachty — i to słońce olbrzymie na niebieskiem, nieruchomem niebie!... Jakiż to boski obraz! Co za poezya! Co za idylla anielska jakaś... Gdyby teraz Bóg na niebiesiech się ukazał i przeżegnał świat: czyż byłoby to dziwne? Czyż to nie jest boża czeladź na łanie? Czyż nie mógłby teraz zejść między tych ludzi i między te zboża Chrystus i usiadłszy na związanym powrósłem snopku, pośród uczniów swoich, głaszcząc dzieci po głowach, rzec im przypowieści o pszenicy i kąkolu?
I nie mogłażby się z pomiędzy tych zbóż i tych ludzi rozejść znowu wieść, iż ślepi widzą, chromi chodzą, umarli zmartwychwstają i ubogim Ewangelia opowiadana bywa?...
A ponad tem wszystkiem to słońce... słońce... „Słońce“, siedm kopiejek od wiersza, tysiąc wierszy, siedmdziesiąt rubli... redaktor „Bylebyła“... kwit do administracyi... Panna Ewa w Szczawnicy... likier waniliowy na pożegnanie... dwa tygodnie bez karaluchów... Kolacya za pół rubla... Chrystus biały, cichy, spokojny, nadludzko mądry i nadludzko dobry na związanym powrósłem snopie wśród toni zbóż i żeńców z sierpami, a w górze niebo i głos zeń mówiący: „Ten jest on syn mój miły, w którym mi się upodobało...“
W tej chwali ogarnęło go coś, to „coś“, które ogarnia twórcze umysły, kiedy się zdaje, że dusza „skrzydeł“ nie „anielskich“ wprawdzie, ale orlich „dostaje“. Zawrócił się, chciał biec do domu, byle prędzej, byle prędzej, byle natchnienie nie pierzchło, a trwożliwe jest ono, jak motyl, którego cień gałęzi chwianej wiatrem płoszy... Chciał biec — tyle mil — wtem zaturkotał wóz na drodze. Jechał chłop w siermiędze parą dobrych kasztanów, ku miastu. Gdyby wsiąść — jest tak zmęczony, tak głodny, tyle mil przed nim, a tak chciałby natychmiast, jak najprędzej zabrać się do pisania o słońcu, które kiedyś ujrzy powtórne odrodzenie świata, zupełne i doskonalsze, z pomiędzy zbóż i żeńców... Nim dojdzie do miasta, będzie wieczór... Będzie też tak zmęczony, że zaraz spać się będzie musiał położyć — „inspiracya“ może minąć...
„Gospodarzu!“ woła na chłopa.
„Co?“
„Zawieźlibyście mnie do miasta?“
„Bez co nie? Ale ile pon dajom? Bo musę skręcić tęgo“.
Żytniewicz stropił się — pomacał się nieznacznie po kieszeni: pulares był, tylko w nim...
„Ile chcecie?“
Chłop poskrobał się w głowę:
„Dyć wiem, że mię taki pon nie skrzywdzi. Przecie ta co zarobiem“.
Nie wypadało się pytać, a iść piechotą dlatego, że np. chłop żądałby rubla za skręcenie do miasta, iść za wozem?...
„Dobrze, to się tam na miejscu porachujemy“ — wsiadł.
Jedzie więc „taki pan“. W brzuchu ma bardzo pusto, ale w głowie bardzo pełno — bo oto przyjdzie chwila, że z pomiędzy zbóż i żeńców rozejdzie się wieść, iż Ewangelia opowiadaną bywa... I odrodzi się świat, zmartwychpowstanie... Zapanuje pokój ludziom dobrej woli, a stanie się to w blasku słońca... słońca... „Słońca“... Siedm kopiejek od wiersza... Szczawnica...
Wtem wóz zaturkotał na bruku. Żytniewicz wzdrygnął się, jakby węża zobaczył. Pulares był, ale w nim — tylko piętnaście kopiejek... Na co liczył wsiadając?... Zapewne na swoje dwadzieścia cztery lata i swoją przyszłość... Co robić? W redakcyi nie było już nikogo, „Bylebyło“ kończyło robotę o drugiej, ani więc prosić o zaliczkę, ani pożyczyć od kogo „rubla do jutra“... Co robić? Psiakrew, co za lekkomyślność!... Dać swoje piętnaście kopiejek?... Naprzód znaczy to nic już nie jeść do jutra, a są to zawsze cztery serdelki i dwie bułki, a potem jakże można chłopu dać za taką drogę piętnaście kopiejek?... Może ze dwie mile skręcił?...
— „Kaj mom zajechać?“ — pyta chłop.
Młodzieńca ogarnęła rozpacz — nagle —
„Tu!“ krzyknął, kiedy przejeżdżali przed przechodnią kamienicą.
„Prrr!... Hoj!...
„Macie ojcze tymczasem złoty. Pójdę tylko na górę i wezmę pieniądze, bo mam — same dziesiątki... Dziękuję wam bardzo...“
„O nic ta, nic ta, zacekom“.
Chłop patrzał na szyld jeden, potem na szyld drugi, potem na szyby sklepowe, potem na trotuar, potem na ulicę, nareszcie zaklął:
„Taki pon! Ślicny pon! Bodaj go choroba trzęsła! Złoty doł! Z takim panem!“ — popluł w garść i machnął biczem, zaś Hektor Żytniewicz wpadłszy w bramę, jak jego sławny imiennik w bramę skajską niegdyś przed Achillem, biegł z ulicy w ulicę ku domowi, drżąc, czy nie usłyszy za sobą turkotu i wołania „Hej! Panie! Panie! Kaj moja zapłata?! — a w głowie wirowało mu słońce. „Słońce“, siedmdziesiąt rubli, Szczawnica, panna Ewa, odrodzenie świata, zboże, żeńcy... A potem przyszło mu na myśl, że jednak ten chłop miał parę koni, a on nie zje czterech serdelków i dwóch bułek, po dwa na kolacyę i śniadanie — i łzy zakręciły się w oczach „takiemu panu“...





KSIĄDZ PIOTR.
(Rzecz nagrodzona pierwszą nagrodą na konkursie literackim »Czasu« 1895 r.).

— Jakiegoś to herbu, panie Dzięgielewski? — Cykorya?
— Ozorya, do usług księdza kanonika dobrodzieja.
— Aha!... No proszę, ktoby myślał... A napiłbyś się panie Dzięgielewski herbu Ozorya wódki?
— Jak wola księdza kanonika. Czemu nie?
— A jakążbyś wacan dziś preferował. Anyżówkę, czy kminkówkę?
— A no tak po prawdzie żeby powiedzieć, to kminkówka ze względu, jako jutro jest wtorek, wydaje mi się racyonalniejsza.
— O! Jakimżeto górnym stylem przemawiasz! Myślałby kto, żeś z nieboszczykiem Słowackim Króla Ducha komponował. Ale cóż to ma do tego, panie Dzięgielewski organisto?
— Niby co, za pozwoleniem księdza kanonika, ma co do czego mieć?
— Kminkówka do wtorku?
— A no, po prawdzie, żeby powiedzieć, to ona może i nic do niego nie ma.
— To dlaczegóż wasan powiedziałeś?
— E, kiedy to jegomość to tylko zawsze tak człowieka musztruje...
— Ho! ho! panie Dzięgielewski, organisto kłonicki! Pamiętasz, jakem was maszerować uczył, tu na dziedzińcu przed plebanią, kiedy to się na burzę zabierało? I karabinem machać? Choć, co prawda, tom sam maszerować nigdy nie umiał, bom służył w jeździe i miał pałasz, nie karabin. Pamiętasz, panie Dzięgielewski, jaki był ze mnie tęgi oficer w piątym pułku ułanów, za księcia Konstantego? Jakiego miałem konia kasztanka, ho! Pamiętasz waść, panie Dzięgielewski?
— Jakże mogę pamiętać, księże kanoniku dobrodzieju, kiedy wtenczas moja matka jeszcze panną bywszy, w Sabańciszkach na jarmarkach tańcowała?
— A prawda, panie Dzięgielewski, że tyś cokolwiek młodszy odemnie. Wieleż to wiosen sobie liczysz?
— W metryce mam, jakom się urodził w trzydziestym drugim, z ojca Kaspra Mateusza i Kleofasyi Zaściańskiej, Ozorya Dzięgielewskich, małżonków.
— I od razu miałeś takie żółte wąsy, panie Dzięgielewski organisto?
— Ou, gdzie zaś! Jakże mogłem wąsy mieć, dopiero z łona matki wyszedłszy?
— A był Rzymianin dentatus, co się z zębami urodził, dlaczegóżby nie miał być Dzięgielewski „wąsatus“? Czyś to co gorszego od jakowego poganina, albo co?
— Pewnie, żeśmy od pogan lepsi — jeszcze szlachta...
— A widzisz. A ja się urodziłem w siedmset dziewięćdziesiątym dziewiątym, a teraz mamy ośmset ośmdziesiąty szósty, to ileż mi jeszcze do setki brakuje, panie Dzięgielewski, herbu Cykorya?
— Ozorya, żeby po prawdzie powiedzieć, do usług księdza kanonika dobrodzieja.
— Niech mu będzie. No, wiele?
— Żeby ksiądz kanonik miał dziewięćdziesiąt, toby brakowało dziewięć.
— A żebym miał sto, toby nie brakowało nic, prawda?
— E, kiedy to jegomość musi zaraz człowieka stropić. Jak się zaś od dziesiątki odejmie...
— No, wiele, prędko?
— Ouu, przecież to tak zaraz...
— A nibyś taki, panie Dzięgielewski, w rachunkach nagły, jak żyd w tańcu. To już ci pomogę. Trzynastka mi brakuje do setki. Wieleż to czyni?
— Właśnie chciałem powiedzieć, na psa urok, ośmdziesiąt siedem.
— Trzynastka, panie Dzięgielewski, trzynastka feralna cyfra. Ale, jakem szlachcic, jakem Piotr Załański, nie opuszczę Panu Bogu od setki ani dnia, na honor, nie opuszczę. Czym to jeszcze nie krzepki? Zeszłej niedzieli, pamiętasz waść, jakem huknął z ambony ku panu Karasowskiemu Bolesławowi z Wólki, co był zasnął w ławce, tak się wzdrygnął, aż mu okulary z nosa spadły. Oho! jeszcze się nie dam. Napiłeś się, panie Dzięgielewski, wódki?
— Jakże, kiedy ksiądz kanonik tylko obiecać raczył?
— No to wyjmijże karafeczkę z kredensu. A że dziś jest poniedziałek, a jutro wtorek, dwie. Nie tę, tamtę, tak. Na tę intencyę łykniesz sobie naprzód anyżki, potem kminkówki.
— Za łaską księdza kanonika.
— Łyknąłeś?
— Niby tak.
— Teraz drugą.
— Niby już.
— Zakąśże teraz pierniczkiem. Dobry?
— Hm! hm! Delicye!
— No to idźże teraz, panie Dzięgielewski do domu, a kłaniaj się pięknie pani Dzięgielewskiej i pannie Anastazyi Paprykowskiej, jej siostrze ciotecznej, a ja sobie tymczasem pacierze poranne odmówię. Bóg z tobą, panie Dzięgielewski, herbu Cykorya.
— Całuję rączki księdza kanonika dobrodzieja. Ozorya!
I pan Dzięgielewski, obtarłszy rękawem płowe, siwiejące, długie wąsy, pocałował księdza kanonika niżej łokcia i wyszedł.
Wówczas staruszek przeżegnał się, złożył ręce na piersiach i począł chodzić po pokoju jednostajnym, wolnym krokiem, szepcąc półgłosem modlitwy, zaś stary gończy Zagraj, śpiący dotychczas pod kanapą, otwarł naprzód jedno oko, potem drugie, wstał, przeciągnął się, ziewnął, i jak to już od lat dawnych zwykł był czynić codziennie, puścił się krok w krok za swoim panem. Od czasu do czasu staruszek ręką muchy uprzykrzone odganiał, od czasu do czasu kłapał na nie zębami stary Zagraj i tak chodzili obaj aż do śniadania.
W trakcie modlitwy ksiądz Piotr spoglądał niekiedy na ścianę, gdzie wisiały pięknie wypolerowane dubeltówki i tkwiły wielkie, rosochate poroża jelenie, przyglądał się chwilę kwitnącym w doniczkach na oknie hyacyntom i azaleom, albo wybujałym pod oknem malwom i słonecznikom, niekiedy przewiódł mimochodem oczyma po zrównanych w rząd cybuchach i połyskujących piankowych fajkach, lub też nie przerywając szeptu pacierza, przed szafą z książkami się zatrzymał, tę, ową poprawił, i szedł powoli dalej, pies zaś za nim. Na świat też nieraz spojrzał, bo na dziedzińcu uwijali się parobcy w ponsowych kabatach, pan Walenty Mościk, ekonom, krzyczał i komenderował, młode psy rozganiały kurczęta, stary, obłaskawiony żóraw, Marcin, źróbki płoszył i indorom się sprzeciwiał. Gwar był i ruch. Dziewki w żółtych i pstrokatych chustkach na głowie, przechodziły, nucąc tęsknie i rozwiodle, pawie roztaczały świetne ogony i puszyły się, wlekąc skrzydła po ziemi, gołębie chmurą zlatywały z nad dachów i wznosiły się nad nie, zataczając wielkie koła. Na to wszystko padało poranne słońce, bardzo jasne i promieniste, kładło plamy złotawe na ziemi i słało poświetl mieniącą na lipach i brzozach.
Ksiądz Piotr, nie przestając się modlić, patrzył w okno siwy i cichy, z dłoniami zetkniętemi przy ustach, a gdy już ostatnie słowa pacierza wyszeptał, jeszcze znaku krzyża nie kładł, tylko stał przy oknie długo i patrzył. I potem znak krzyża na własnych naprzód ramionach uczyniwszy, kreślił go w powietrzu, błogosławiąc z swego pokoju kłonickim łanom, lasom i wodom rybnym i ludziom w polu robiącym, i trzodom, co się po łąkach pasły.
Tak było często.
Wypiwszy kawę, ksiądz Piotr zapalał piękną fajkę piankową na długim, wiśniowym cybuchu, z dużym, kosztownym bursztynem, dar nieboszczyka kolatora pana marszałka, i pociągnąwszy kilkanaście razy, pochylał się w tył w fotelu i zaczynał drzemać, przyczem zwykle coś mu się śnić musiało, pomrukiwał bowiem: ho! ho! i poruszał wskazującym palcem prawej ręki, co czynił zawsze, ile razy opowiadał z zajęciem, lub dawne czasy wspominał.
Miało mu się też co marzyć! Dzieciństwo naprawdę „sielskie anielskie“ w Załanach; służba pod księciem Konstantym, kilka lat emigracyi, długa wędrówka, wreszcie kilkadziesiąt lat służby Bożej, twardej i pełnionej po żołniersku, bez folgi, po rozkazie...
Księdzem nie został ten niegdyś świetny rotmistrz ułański z powołania; przyznawał się do tego otwarcie. — Ja — mówił nieraz — urodziłem się, kochanku, na księdza, jak moja dziewka Wikta, co korzec ziemniaków na plecy bierze, na baletnicę. Byłem młody, przystojny, ho! ho!, nie biedny, a do tego żywy, lekkomyślny, pusty, ot szlachcic polski i do tego kawalerzysta. Alem poznał, kochanku, w czemeśmy zawinili. Ja, kiedy mi mój luzak, Sobek, chłopak z Załan, szabli niedopolerował, albo butów na czas nie przyniósł, buch go w pysk! Mój ojciec, mój dziad, mój pradziad, wszyscy Załańscy za takie same i podobne rzeczy swoich Sobków buch w pysk! Dlatego mi mój chłopak przed pierwszą bitwą uciekł, dlatego w czterdziestym szóstym mego brata stryjecznego Stanisława jego własny lokaj za nogę z konia ściągnął, a potem go chłopi tak zsiekli, że go poznać nie można było. Ja poszedłem robić ekspiacyę za siebie i za innych Załańskich, poszedłem, kochanku, służyć tym, względem których czułem się winny... A czy ty myślisz kochanku, że mnie było łatwo rzucić wszystko, cały świat, który mi się śmiał, sutannę oblec, na wieś iść, dzieci chłopskie chrzcić i szczerbate baby spowiadać? Nieraz myślałem, że nie wytrzymam, kochanku. Jeszcze, jak węgierska wojna wybuchła, o małom sutanny na kołku nie zawiesił i za Karpaty nie ruszył. Ale powiedziałem sobie: zameldowałeś się Bogu do służby, służ! A służba Boża twarda rzecz i On nie żartuje. Kiedy dobry, to dobry, ale jak się rozsierdzi, wszyscy w kąt, nawet Michał Archanioł, choć to wielki wojownik i dyabłu skórę wyprał, stronami tylko szablą pobrzękuje, a przed Panem Bogiem tak ją cicho w garści niesie, jakby po cesarskich pokojach stąpał. A cóż dopiero marny człowiek, choćby nawet kanonik. Ho! ho! Ale potem jużbym za skarby świata mojej sutanny nie zwlókł i mojej parafii nie opuścił. Com z początku, kochanku, jako pokutę, jako ekspiacyę podjął, żebym ja pan z panów i oficer kawaleryjski między proste chłopstwo schodził, życie mu moje, moje dni i noce w ofierze niósł, tom się w tem potem rozmiłował... A potem rozmiłowałem się i w rzeczach boskich i zacząłem te dusze boskiemi robić. I myślałem sobie znowu: co ja tu jedną duszę kłonicką Bogu przysposobię, to On tam, sędzia sprawiedliwy i miłosierny, Załańskim choć po roku jednym pokuty czyścowej odpuści. A potem przez miłość Boga zacząłem i ludzkość szeroką miłować i tę miłość w kłonickie dusze szczepić... I powiedz mi, możeż być co piękniejszego na ziemi, jak dusze Bogu, swoim i ludzkości skarbić? A te kłonickie dusze, one są gliniaste i kamieniste, ale w nich i czarnoziem jest, one nie są złe, one są dobre. Tylko one są bardzo trudne i trzeba je, kochanku, bardzo kochać i bardzo im pobłażać i ludzkość im świadczyć. Żebym ja był mojego Sobka mniej bił w pysk, a więcej do niego mówił, nie byłby mi on przed pierwszą batalią powiedział: „a mnie wciornaści do tego“ — i uciekł, gdzie pieprz rośnie. I widzisz, mogę śmiało, kochanku, powiedzieć, że do czegom się zameldował, tom spełnił; byłem, śmiało mogę powiedzieć, dobrym księdzem, dobrym duszpasterzem. A żebyś mi to prorokował był tak lat temu sześćdziesiąt, kiedym ja dla panny Jadwigi Karśnickiej siwą klacz turecką ujeżdżał, a potem ją na tej samej klaczy wykradłem, Panie odpuść, dla mego przyjaciela, Hilarka Roszczewskiego, że mnie w sutannie do trumny będą kładli, kiedy ja myślałem w jeneralskich szlifach na dolinę Józafata iść... Ho! ho! Człowiek strzela, Pan Bóg kule nosi... Ho! ho!.. Niema tam gdzie pana Dzięgielewskiego?
Bez pana Dzięgielewskiego nie mógł się staruszek kilku godzin obejść. Ów zaś pan Dzięgielewski z drobnej, zagonowej, żmudzkiej czy litewskiej szlachty, przywędrował jeszcze z ojcem nieboszczykiem, Kacprem Dzięgielewskim, herbu Ozorya, z Litwy, i znalazł był przytułek w kłonickim dworze. Zrazu pomagał dworskiemu pisarzowi w rachunkach, ale że do cyfr głowę miał nieosobliwą, a na flecie pięknie grywał, poświęcił się kunsztowi organistowskiemu, i taką z miechów czułość wydobywać umiał, aż się pannie Krystynie Kolasikiewiczównie, pokojowej pani marszałkowej, mdło zrobiło podczas sumy i ostatecznie została panią organiściną, a razem ze stanu mieszczańskiego do godności szlacheckiej podniesioną.
Z panem Dzięgielewskim toczył ksiądz Piotr dysputy o wszystkiem, zacząwszy od owsa i polityki, kończąc na astronomii i motylicy. Droczył się z nim i trafiał go w jego szaraczkową godność szlachecką, przekręcając mu Ozoryę na cykoryę, co się co najmniej od lat trzydziestu zawsze z jednakowym skutkiem powtarzało.
Pan Dzięgielewski nosił na codzień czarny halsztuk na szyi, długi tabaczkowy surdut, kamizelkę w centki i pasiaste spodnie, na niedzielę zaś i święta, imieniny papieża i księdza kanonika halsztuk z ciemnego granatu, nowy surdut tabaczkowy, kamizelkę sieraczkową i nowe, pasiaste spodnie. Miał pan Dzięgielewski czapkę z daszkiem, chustki do nosa czerwone z bronzowemi kółkami, rogową tabakierę, trzcinę z posrebrzaną gałką i mosiężną pieczątkę z herbem.
Ksiądz Piotr lubił go bardzo.
Koło plebanii było jak w arce Noego. Oprócz zwykłych, domowych zwierząt, miał ksiądz Piotr mały zwierzyniec, w którym sarny, zające i osobliwsze zamorskie gęsi żyły w bezprzykładnej zgodzie. Dozór nad tą menażeryą, jak i nad ogrodem, miały sobie powierzony wszelakie baby i dziady, oraz kaleki i sieroty, jakie się w okolicy udało znaleźć. Ksiądz Piotr zbierał biedactwo, przygarniał, odchowywał i wychowywał. Potrzebując dla siebie niewiele, bo go głównie piękne buty i rewerendy, do czego miał zawsze słabość, kosztowały, a mając i z parafii i z kapitałów własnych znaczne dochody, całe legiony ubogich żywił i odziewał. „Mój sąsiad — mawiał — ksiądz Wajdzik, kiedy kościół w Nowosiółku odnawiali, bronił malarzom po rusztowaniach chodzić, bo mógł który w okno wpaść, a szyby drogo kosztują; grosz do grosza zbija, psu na omastę nie da, żeby po jego śmierci chłopi blachą kościół pokryli i nową wystawili dzwonnicę; a ja mówię, że ja lepiej robię. Bo Pan Bóg o blachy na kościele nie dba, tylko o to, jakie się dusze w tym kościele modlą, a czy Mu się dzwon wyżej czy też niżej lipy majda, to Mu także wszystko jedno, byle Mu serca ludzkie ku niebu dźwigał. U mnie by się też to i owo na kościele dało naprawić ale mnie pierwsza sieroca gęba, niż dziura w gontach kościelnych“.
Miał ksiądz Piotr duży ogród cienisty, w którym wiele drzew, dziś już wyrosłych, własną jeszcze ręką sadził, przeszło pół wieku bowiem już na parafii kłonickiej siedział. Na owocach znał się wybornie, hodował je na prezenta dla kolatora i sąsiadów, a kwiatów było u niego wbród. Kiedy się koło nieb krzątał, zawsze z niemi rozmawiał. Jedne chwalił, na drugie zrzędził, nad innemi się litował. Trzeba było słuchać. — „Ilu, takeś to wybujał, narcyzku, ażeś się złamał, widzisz. Poczekajże, to cię podeprę. Tak. Teraz ci się będzie lepiej rosło. Trzymajże się dobrze, tak. A ten słonecznik, łobuz, jak się to rozpanoszył! Myślałby kto, że Bóg wie co! Jaki tulipan zamorski, albo ananas! Ty zaś czego się tu spinasz, powoju jeden! Patrzcie! Będzie na płot lazł! Jakżeby żerdki nie miał! Owa! Jeszcze mi uczciwy groszek do czego złego namówisz. Spróbuj tylko! A te konwalijki, jakie śliczniutkie. Jak panienki! Tylko mi się tu nie pchajcie, astry. Ho, ho! Znam ja was. Nibym to nie był przy ułanach! Ho, ho!“
Czasem ksiądz Piotr, gdy się dobrze po obiedzie wyspał, pod wpływem dawnych wspomnień nabierał rycerskiego animuszu, a że zdziecinniały już był trochę przez lata podeszłe, ofiarą padał pan Dzięgielewski. Kiedy się zaniosło na zawieruchę przed wojną prusko-austryacką, ksiądz Piotr, zakasawszy poły od sutanny, ze starą ułańską szablą w ręku, musztrował na dziedzińcu plebanii ochotników, między którymi był i pan Dzięgielewski, wówczas jeszcze pomocnik pisarza i kawaler. Otóż staruszek bywał od czasu do czasu ciekawy, czy organista nie zapomniał musztry?
— Bierz acan ten długi cybuch, nie ten, tamten, dłuższy — mawiał — a mnie proszę podać ten krótszy. Tak. Baczność! Marsz! W prawo zwrot! W lewo zwrot! Zachodź! Stój!
Organista spocony, zziajany, stawał wyciągnięty jak struna przed kanonikiem, a ten przyglądał się jego postawie, szturchając go lekko cybuchem w brodę i obciągając sieraczkową kamizelkę ku pasiastym spodniom.
Ćwiczenia te wojenne, choć dosyć rzadkie, irytowały mocno gospodynię księdza kanonika, pannę Katarzynę Capikównę, jako „i z powagą, stanu kapłańskiego nielicujące i zdrowiu jegomości szkodzić mogące“.
Milczała jednak do czasu.
Ale raz nieszczęśliwie zdarzyło się, że księdzu Piotrowi, który słynął niegdyś, jako rębacz, i jedenaście pojedynków odbył, a tylko go raz pan Bogusław Chomialski lekko koło prawego ucha drasnął, za co sam miał twarz „rozjechaną“ od ucha po szyję, zachciało się spróbować, czy mu jeszcze „ręka chodzi“.
— Panie Dzięgielewski, weź-no dziś ten drugi, krótszy cybuch — rzekł, wstając z fotelu i zdejmując fajkę z cybucha, z którego ciągnął.
— Na co, że śmiem zapytać?
— Zobaczysz. Parujno kwartę.
— Jak ksiądz kanonik mówi?
— Broń aść brzucha z lewej strony.
Organista zdumiał się:
— Wszelki duch Pana Boga chwali, po prawdzie żeby powiedzieć! Wedle czego?!
— Nie pytaj się nic, tylko słuchaj. Na lewej nodze się oprzej. Lepiej, tak. Przygnij się. Brzuch w tył. Ou, jaki to sztywny masz brzuch. Jakem był w twoim wieku, to jeszcze miałem jak panna Klocia Tymińska, com to jej onegdaj gruszek suszonych do Strzyżowic posłał na siedmnaste urodziny. Podnieś głowę. Prawa wolna. Tupnij! Raz, dwa! Wypnij piersi. Ręka tak. Potem tak. Rozumiesz? Ja tak, ty tak! Raz, dwa! Gardez vous!
— Podług rozkazu, księże kanoniku!
— Teraz baczność! En garde!
Organista jęknął, a kwarta poszła tak dobrze, że ugodziła nietylko w brzuch pana Dzięgielewskiego, ale i w dwa wazoniki z fuksyami na oknie, które zleciały z wielkim hałasem.

»Biada podrzędnym istotom, gdy wchodzą
Pomiędzy ostrza potężnych szermierzy«[2]

zadeklamował ksiądz Piotr, stając nad skorupami, ale wtem panna Katarzyna Capikówna wpadła do pokoju, czerwona, jak pomidor, gwałtowna, jak bomba.
— Jegomość! — krzyknęła.
— A co? — spytał skonfundowany nieco ksiądz Piotr, nadrabiając miną.
— Wstyd i obraza boska! Żeby tak kto zobaczył! Ksiądz kanonik, jak fircyk, z cybuchem po pokoju! A pan organista mógłby też mieć rozum. Ojciec dzieciom! I niby jakiś szlachcic! Jak się to jeszcze raz zdarzy, nie dam kawy, jak Boga mego, nie dam kawy!
— Owa! Babska groźba, żabie deszcz! — ośmielił się mruknąć ksiądz Piotr.
— Babska nie babska! Jegomość mi też podlotek! — ofuknęła panna Katarzyna. — Może kamizeleczkę białą i żabocik! Patrzcie! — i zaperzona wypadła jak huragan z pokoju.
Ksiądz Piotr jednak był kontent.
— Baba jest zwyczajnie jędza — mruczał — a bądź co bądź ręka nie jest jeszcze zła. Jakby tak padło, ho ho!
Lubił ksiądz Piotr w letnie popołudnie za ogrodzenie plebańskie wyjść i na ławce pod starym cisem siadłszy, w świat patrzeć. Widział ztąd zboża złociste, pełne modrych bławatków i maków czerwonych, różowe i białe zagony koniczyn, łąki zielone, przesiane mnóstwem różnobarwnych kwiatków, mieniące się pod blask słoneczny. Widział bór ciemny, jakoby pod drżącą, przeźrocza gazą złoto-szmaragdowego światła i gdzieś daleko mgliste, błękitniejące góry; a nieopodal widział jezioro wielkie, cichą, lekko falującą z wiatrem rozchwiej wodną, nenufarami u brzegów i szeleszczącem sitowiem zarosłą, iskrzącą się miejscem jak blacha srebrna w słońcu, miejscem siwą lub siwo-fioletową. Po jeziorze pływały kaczki dzikie, czerniąc się na topieli sznurami, zawisały ponad niem czaple o skrzydłach szerokich i chmary czajek krzykliwych, a jezioro ciągnęło się szeroko, głęboko w kraj, ciche, senne, lekko z wiatrem faliste.
Wszystko to było zatopione w jakąś srzeżogę światła, nieskończenie spokojne, rozległe, prawie bezgraniczne, jakby zasłuchane w wiatr i szum łąk i wody, łagodnej smętności, rozkołysanych tęsknot, jakiejś polnej zadumy i dziwnych, ogromnych upojeń pełne...
Ksiądz Piotr patrzał i patrzał, i zrazu odróżniał zboże od łąk, a las od wody, ale powoli poczynał mu się ten cały duży i rozmaity świat zlewać, łączyć, zamieniać w jedną wspólną barwę, błękitną a prześwietlną. Zboża, kwiaty, trawy i ciche kręgi fal jeziora i czaple na szerokich białych skrzydłach i stada krzykliwych czajek i obłoki przejrzyste i niebo jasno-błękitne, wszystko to napełniało mu oczy i czyniło w nich wielką światłość pogodną i niermiernie słodką. Zdawało się księdzu Piotrowi, jakoby on już nie świat sam rzeczywisty, ale duszę świata widział, raczej opar jakiś czy mgłę, kolory ziemi niosącą, niż samą ziemię.
A potem to widzenie więcej duchem, niż oczyma, poczynało się gubić i rozwiewać w przestrzeni wyłaniających się z pamięci obrazów, niegdyś widzianych. Zatem poczynały się w duszy księdza Piotra rozbłękitniać olbrzymie przewieje morskie, z okrętami o białych żaglach i olbrzymie przewieje pustynne; poczynały w niej szumieć cedry Libanu i palmy oaz arabskich, poczynały w niej róść piramidy milczące i wulkany o czerwonych kiściach płomienia u szczytu; poczynały się jawić miasta wschodnie, stubarwne, i owo rzymskie, martwe, z ziemi dobywane, i ludzi tłumy i zwierzęta dziwne; tworzył się w niej jakiś łagodny, przyćmiony odległością czasu chaos wrażeń, ogarniało ją zapomnienie się, zamyślenie. I nieraz dopiero wysłany umyślnie przez gospodynię ulubieniec staruszka, siedmioletni sierota, Ignaś Znajda, budził go z zadumy, ciągnąc za sutannę.
— Jegomość!
— A... a co?
— Jegomość spali?
— E, tak mi się tylko nieco zdrzemało.
— Pani gospodyni kozeli pedzieć i prosi, coby jegomość śli.
— Dobrze, dobrze, zaraz idziemy.
— Jegomość!
— A co?
— A cy Pon Jezus to tak po niebie chodzi, jak jegomość po ziemi?
— A tak.
— A cy je bosy?
— A pewnie. Pocóżby tam buty nosił, kiedy ciepło.
— A cy je wielgi?
— Ho, ho! jak świat!
— A to jak pierun gruchnie, to mu między palce od nóg leci?
— A pewnie, pewnie.
— A cy je dobry?
— Ho, ho! Jak miód!
— A miód je dobry?
— A czyś to nie próbował?
— A Pombók?
— A Pan Bóg jest też dobry.
— Jesce lepsejsy?
— Nie, jednako, jednako.
— A wielgi je Pombók?
— Taki, jak i Pan Jezus.
— Jegomość!
— A co?
— Pani gospodyni kozeli pedzieć i prosi, coby jegomość śli.
— Dobrze, dobrze, chodźmy.
— No, to podźcie. Dojcie renke. Pomalućku, boście starzy.
I Ignaś brał za rękę księdza Piotra i szli razem ścieżką ku plebanii, rozmawiając po drodze dużo i seryo.
Zajęty służbą Bożą i ludzką, a zajęty bardzo ciężko, ksiądz wikary bowiem, studyujący dniami i nocami dzieła teologiczne, małą mu był wyręką, nie miał ksiądz Piotr wiele czasu myśleć o śmierci, tem bardziej, iż zawsze zapowiadał, że od setki ani dnia Panu Bogu nie opuści. Ale pewnego jesiennego wieczora, kiedy słońce zaszło, ostatnie fioletowe plamy kładąc na ciemnem niebie, ksiądz Piotr, który długo przedtem siedział w milczeniu na ganku od ogrodu, zdając się drzemać, zwrócił nagle głowę ku siedzącemu naprzeciw organiście i rzekł poważniejszym niż zazwyczaj głosem:
— Panie Dzięgielewski, mnie się zdaje, że trzeba iść.
— A dokąd, że śmiem zapytać?
— Dalej, niż stąd do kancelaryi parafialnej. Tam... I pokazał ręką ku bielejącemu się opodal murowi cmentarnemu.
Dzięgielewski żachnął się:
— A co też ksiądz kanonik dobrodziej wygaduje! Po prawdzie, żeby powiedzieć, to nawet nie przystoi, pfe! Jeszcze można w złą godzinę...
— No, zobaczysz, panie Dzięgielewski, organisto kłonicki, że mnie już trzeba iść. Już czas, już i tę trzynastkę Panu Bogu odstąpić muszę.
— O, o! Wolałby jegomość nawet nie wymawiać takich przykrości.
— E, już i czas. Spowiadałem się właśnie dziś rano, jakby umyślnie. I komunię przyjąłem. Gotów jestem. Po księdza wikarego też jeszcze posłać można będzie, ale przeprosić go pięknie, bo pewnie nad „Summą teologiczną“, albo „Naśladowaniem Chrystusa“ będzie siedział. Takich kanonikami robić, nie mnie, starego bajdę.
Od pól szły przez ogród chłodne i zwiędłe wonie jesienne i słychać było cichy, jednostajny szum wiatru.
— Panie Dzięgielewski — ozwał się staruszek.
— Słucham księdza kanonika dobrodzieja.
— Słuchaj waść, ale nie mnie, tylko świata. Słyszysz, jaki to szum? Wydaje mi się, że słyszę obrót całej tej wielkiej maszyny, której Bóg jest budowniczym i maszynistą wiecznym. Kręcą się na osiach planety i słońca, wszystko idzie po swoich drogach i szumi. Cały świat szumi. A On, budowniczy i maszynista wieczny, słucha i raduje się. Pomyśl tylko, panie organisto kłonicki, Mateuszu Tymoteuszu Dzięgielewski, herbu cykorya, jaki to ogromny i cudowny szum być musi! Ty myślisz, że jak wiatrak Kuby Michałowego z Zardzawicy, a to jak tysiąc, milion takich wiatraków. Ho! ho! Jak wszystkie fale Atlantyku i wszystkie wichry Sahary razem wzięte. Słuchaj tylko...
— Słucham, księże kanoniku.
— Słyszysz?
— Słyszę, jak wiatr w ogrodzie szuści.
— A tego szumu świata, tej maszyny ogromnej, nie słyszysz?
— Nie, z przeproszeniem księdza kanonika dobrodzieja.
Ksiądz Piotr pomilczał chwilę, a potem znowu zaczął mówić:
— Odsuń, mości organisto, tę szybę od północy. Niech jak najwięcej zapachu z pola wejdzie. Tam, jak tam... może być, jeśli Bóg miłościwy, i światło prześliczne i chóry anielskie i wonie rajskie mogą być i wszelki cud, ale przecież kłonickich pól nie będzie, nie będzie tego zapachu z mego parafialnego ogrodu... Wieczność jest długa, ale i pięćdziesięciu lat też pies nie przeskoczy... Te młode wiązy każesz podeprzeć, a żeby grusze dobrze na zimę słomą owinęli... Ho! ho! Takiego zapachu nie będzie... Mości panie Dzięgielewski, ja byłem w Ziemi Świętej i w Arabii i we włoskich pomarańczarniach, a takiego zapachu jak u mnie w Załanach dawniej, a potem tu w Kłonicach, nigdzie nie było. Panie Dzięgielewski!
— Do usług księdza kanonika.
— Czy to już miesiąc wschodzi?
— Niby.
— Jasny jest? Bo tui się źle w tamtą stronę oglądać.
— Jasny.
— To chwała Bogu. Nie chciałbym w niepogodę umierać.
— Uu, co też to ksiądz kanonik...
— Cicho, panie Dzięgielewski, organisto, cicho. Miesiąc poświeci duszy, jasnym gościńcem pójdzie. A i dobrze, jeśli z ganku. To prawie tak, jakby z pola. U nas w rodzie mało kto na łóżku gasł. W polu gaśli. Dobrze, że się skończyli, bo kto wie, coby z nimi było, tak, jak z innymi. Kotu na łódź szlachectwo bez szlachetności w duszy. Tak, panie Dzięgielewski.
— Słucham księdza kanonika.
— Ubierzesz mnie w nową sutannę, tę na jedwabnej podszewce, pasem jedwabnym przewiążesz, szpilką złotą z Korabiem przepiąć, buty nowe wyglansować, łańcuch kanoniczy na szyję, ordery moje wojskowe na pierś Sygnet zostawić na palcu, niech idzie ze mną... Obsypiesz mię kwiatami, dużo macierzanki, bo pachnie, narcyzy w głowach. I szablę moją, mości Dzięgielewski. złamać, bo jestem z rodu ostatni... Cóż to, ty buczysz, panie Dzięgielewski?
— U-u-u... bo ksiądz kanonik tylko mi serce kraje...
— Albo wiesz co, panie Dzięgielewski, szabli łamać szkoda, ale mi ją cicho, żeby ksiądz wikary nie widział, pod sutannę we fałdy włożysz. W rękach krzyż, nibym ja tylko ksiądz, ale tam, pod bokiem, szabla... Czujesz, jak z mego ogrodu pachnie, panie organisto?
— Czu-czuję... księże kan-n-nnoniku dobrodzieju...
— Testament jest tam, w biurku. Wszystko w porządku. Żebyś mi tu zawsze, panie Dzięgielewski, kwiaty w doniczkach podlewał i ogrodu strzegł. Nic nie sprzedawać, nic nie wypędzać. Na wszystko fundusz jest. Na dziady i na baby, na sieroty i kaleki, na zwierzyniec, na Marcina i Zagraja. Wszystko ma być, jak było, póki nie wymrze, albo nie wyrośnie i w świat nie pójdzie. U mnie było jedno serce dla całego świata. Sarnię bez kozy takiej litości warte, co i dziecko małe. Bóg wszystko stworzył, wszystko miłuje i o wszystkiem wie. Panie Dzięgielewski!
— Co ksiądz kanonik rozkaże?
— Bułanki panu Strzemieskiemu do Topolicy posłać. Broń Boże nie sprzedawać! On im łaskawy chleb da, bo niemi ostatni Załański jeździł. Mój dziad pannie Bronisławie Strzemieskiej, będąc nieco podchmielon, srebrny imbryczek z ręki wystrzelił, a potem jej do nóg padł i ona była moją babką. Ztąd my krewniacy. Bułanki do Topolicy, siwki księdzu wikaremu na pamiątkę, bo on rad tą maścią jeździ i tych jednych się nie bał. Strzałę weźmie porucznik Kotwicz, to kawaleryjski koń. Może da Bóg jeszcze obaj nie tej trąbki będą słuchali, co dzisiaj. Ho, ho!.. Fajkę z Maryą Antoinettą i kałamarz bronzowy z Napoleonem także księdzu wikaremu. Z majątku mego będzie fundusz na zakład wychowawczy, a tobie, panie Dzięgielewski, przekazałem testamentem dwa buhajki, dziesięć tysięcy i jeszcze tam to i owo, a tu masz ciepłą ręką tę tabakierkę szyldkretową z rubinem, żebyś o starym księdzu pamiętał.
— Uu, uu, uu, księże kanoniku dobrodzieju!..
— A nie klękaj przedemną waść, nie całuj mię po kolanach, fe, wstyd, wszyscyśmy równi. A że ja mam więcej, to ci daję. Tak powinno być i koniec. A nie bucz tak, panie Dzięgielewski, bo ludzi pobudzisz... Narobią się dzień cały, potrzebują spać. Ja się też choć pół życia napracowałem, trza iść spać... A tak przecież dziwnie... Niby się wie, że się ma umrzeć, a tak dziwnie... Tu jutro już może człeka nie będzie, a tu żeby choć jeden listek z lipy opadł, żeby choć jedno źdźbło trawy zawiędło... A przecież wszystko z jednego Boga wyszło, Bogiem trwa... Marność marności jest człowiek i nic tylko marność... Rok, dwa, będą pamiętali, potem zapomną... Niech tam, byle Bóg miłosierny nie zapomniał... O resztę nic!
Jak mi się też żywo przypomina, jakem tu pierwszego dnia przyjazdu po alei grabowej w ogrodzie chodził... Takie były te graby, jak i dzisiaj, rozłożyste i szumiące. Lat pięćdziesiąt, pół wieku z górą... Nie chce mi się wierzyć, żeby ta pszenica tak samo prosto rosła, a przecież będzie... Tyle lat... Com ja tu chrzcił, com tu pochował... O, jak to jasno.
Przez liście winne, które ganek gęsto obrosły, poczęła wmykać się światłość miesięczna, cicha i srebrzysta, zawisała na liściach i patrzyła w dół. Szum wiatru, poruszając liśćmi, jakoby przymykał i odchylał jej powieki. Ksiądz Piotr spoglądał jakiś czas w górę, potem głowa opadła mu ku piersi, a pan Dzięgielewski, któremu grube łzy spływały na wąsy, słyszał, jak staruszek szeptał:
— Niema co, niema co, trzeba iść. Teraz wieczór, jutro rano, ale trza... Jak to księżyc na mnie patrzy... Jakby mi jasność jaką zapowiadał niebieską. Ale kto wie... Nigdym się niczego nie bał, com się to śmierci napatrzył w oczy, a przecież mi jakoś straszno... Boże, bądź miłościw mnie grzesznemu, Boże, bądź miłościw mnie grzesznemu... Mea culpa, mea culpa, mea maxima culpa. A i krew jest na mojej duszy...
Opuścił jeszcze niżej głowę na piersi i milczał chwilę, ale nagle podniósł ją i silnym głosem przemówił:
— Mości Dzięgielewski, jak odśpiewają Requiescat in pace, każesz ze wszystkich moździerzy parafialnych huknąć... Pamiętam, w brzezince leci na mnie oficer dragoński, jak go chlasnę! Ale to było w dobrej sprawie, panie Dzięgielewski... Poprawno ten knotek w lampce przed Matką Boską Bolesną... Tak...
Poczem ksiądz Piotr przymknął powieki i począł drzemać, ale organiście się zdawało, że głowa opada staruszkowi coraz niżej i że oddycha coraz słabiej i słabiej. Trwało to czas jakiś, aż się pan Dzięgielewski zaniepokoił i miał już wstać, aby przywołać pannę Capikównę, gdy zegar uderzył dwa razy na wpół do dziesiątej i we drzwiach, wiodących z sieni do ganku, ukazał się mały Ignaś Znajda w koszulinie i płóciennych majteczkach. Podszedł on ku fotelowi księdza Piotra, i pociągnąwszy go lekko za sutannę, ozwał się:
— Jegomość! Podźcie! Pani gospodyni kozeli pedzieć i prosi, coby jegomość śli spać. Podźcie, dojcie renke! Pomalućku, boście starzy. Jegomość!
Ale kiedy ksiądz Piotr nie poruszył się, ani nie odpowiedział, wówczas Ignaś podniósł wielkie oczy na pana Dzięgielewskiego i spytał:
— Panie organisto! cy jegomość pomarli?






LISTY Z PODRÓŻY.



Z ZAKOPANEGO.

Żeby to człowiek psiakrew mógł mieć skrzydła! Takby mi się chciało ztąd nad włoskie morze polecieć! Bo tu jest bardzo pięknie, prześlicznie — naprzykład: podczas lekkich odwilży leżą na śniegu wielkie plamy złote, że wydaje się, iż za Giewontem gdzieś rośnie jakiś olbrzymi las o złotych liściach, z którego wiatr je poobrywał i na śnieg rozmiótł — ale wszystko to jest zimne, smutne i martwe. Kiedy patrzę na tę niebieską płaszczyznę śniegu, bijącą taką masą światła i blasku, aż oczy lśną, przypomina mi się ciągle morze, równie świetlne, równie błyszczące, a takie ciepłe, żywe, ruchome.
Pamiętam jeden świt na morzu. Mieszkałem w Neapolu, na Riviera di Chiaja, gdzie mi do okna świecił nocami Wezuwiusz, a skąd miałem widok na całą zatokę, na Sant’ Angelo, na Capri, jeden zapewne z najpiękniejszych widoków na świecie; otóż ztamtąd widziałem wschód słońca na morzu.
Wychodziło z za gór, które w porannych oparach wyglądały, jak niebieskie mgły, zmieszane z białemi; z za skraju ziemi ukazywały się blaski żółte, pomarańczowe i złoto-czerwone. Niebo od wschodniej strony dziwnie dalekie, subtelnego, przejrzystego, zielono-złotawego tonu, błękitniało powyżej, świecąc w głębi kopuły jedną srebrną gwiazdą, jak ćwiekiem z Chrystusowego krzyża. Trwało tak chwilę, a potem blaski podniosły się nieco i nie zmieniając barwy, poczęły tylko do niej ogień przybierać; płomieniały coraz bardziej, aż wreszcie blask ognia przepoił je i nawskróś przelśnił.
Tymczasem na morze, które było dotychczas zupełnie białe, jakby śniegiem mlecznym pokryte, spadł jakoby srebrzysty szron i poczęło świecić. Białe opary zeszły górom do stóp, a te jęły brać w siebie róż i purpurę, stając się u wierzchołków modre i promienne. Raz jeden tylko widziałem taką grę oświetleń porannych na górach.
Wtem padł na morze smug złotego światła i ziskrzył się, jakby przeleciały tędy rumaki Pozejdona i iskry z fal kopytami skrzesawszy, złoty gościniec zostawiły za sobą. W chwilę potem rozdarła się nagle śniegowa płaszczyzna i trysnął z błękitnej wody blask, jakby pod wodą mieszkały potworne delfiny, promienne strumienie z nozdrzy rzucające. Na morze poczęły teraz padać złote, czerwone, niebiesko-ponsowe strzały, oszczepy, wielkie tarcze i niezmierne łuki, które w mgnieniu oka zmieniały się w labirynt różnobarwnych, olbrzymich wstęg, w taką zamieć światła, że się zdawało, iż tysiące tęcz, urwanych pod ciężarem swych kolorów, padło na morze i splątało się, jak igrające węże.
Z za gór, jakby od płonącej floty, uczyniła się na niebie łuna i poczęły wybiegać na nie płomienne obłoki, nakształt oderwanych, palących się żagli, które wiatr niesie.
Wreszcie wyszło słońce, wielkie, promieniste, słońce, które widywało nagą Dyanę i kąpało w swem świetle cudne członki nimf z jej orszaku, słońce, pod którem Shelleyowi ukazywały się wizye z mgły, kryształu i błękitu, słońce...
Hrabina van Loos-Craffen, moja sąsiadka, która miała z takim samym widokiem okno i taki sam balkonik przed niem, jak ja, wyszła i pokazała słońcu swój ładny, nudny i znudzony profil. Zeszedłem z ganku.
Znalazłszy się na ulicy, skręciłem w stronę Pauzylippu. Neapol, oprócz wszystkich piękności i osobliwości, oprócz kapuańskiej Wenery, Pompei i zatoki Bajów, ma jeszcze jedną rzecz piękną i osobliwą — prosty słup telegraficzny, prosty w znaczeniu moralnem, bo naprawdę ten słup jest krzywy, zapewne jedyny poetyczny słup z białemi kloszykami na świecie.
Stoi na wierzchołku jakichś ogromnych ruin nad morzem, przy drodze ku Pauzylippowi; u stóp pną mu się bluszcze i jakieś smutne, jakby zmęczone słońcem, rosną kwiaty; wokoło jest martwość i pustka, gruz i pleśń. Na dole morze srebrno-piane, szumiące morze; po nad niem niebo błękitne, czyste, lazur cichy i jasny. Rzucony tam w przestrzeń, wysoko, ma w sobie ten słup tyle melancholii i poezyi, że można się weń zapatrzeć...
Niema nic rozkoszniejszego, jak włóczyć się w słoneczny dzień nad morzem. Możnaby włóczyć się miesiąc i nie byłoby to żadnem próżniactwem, tylko ogromnym wypoczynkiem myśli i ogromnem odżywianiem się imaginacyi. Morze dla ducha jest, jak ów stół niebieski, o którym mówi Katarzyna Emerich, że Chrystus i aniołowie pożywali zeń, ale nie jedząc: niebieska strawa sama w nich wnikała; tak w ducha, który sam jest bezczynny, wnika z morza pożywienie jakieś mistyczne, jakieś odświeżenie sił, regeneracya. Każdy poddany austryacki powinien być na koszt państwa wysyłany raz w rok przynajmniej na dwa tygodnie nad morze Śródziemne; mielibyśmy więcej pogody w duszy i harmonii w myślach.
Nie widziałem nigdy podobnego błękitu wody, jak kiedyśmy płynęli ku Capri. Morze było tak spokojne, że zdawało się, iż statek pruje niezmierną szybę szklanną; nie było ani jednego wypadku choroby morskiej, tylko dwie jakieś stare jejmoście poczęły nagle otwierać usta, jak karpie z sieci wyjęte. Na szczęście, statek podpłynął pod Sorrento i zatrzymał się; atak poziewania przeminął, a nim rozpoczął się nowy, staliśmy pod słynną grotą, „grotta d’azure“.
Pod sam kadłub statku podbiega kilkadziesiąt wązkich łódek; z pokładu rzucają schodki. Zaczynamy schodzić: po dwie osoby do każdej łódki. Była jedna bardzo ładna Amerykanka, ale z mamą... Płyniemy ku czarnemu otworowi groty; wejście jest tak nizkie, że musimy się kłaść obok siebie... Amerykanka obok mamy... Wpłynęliśmy; możemy usiąść na ławkach.
Jesteśmy wszyscy w niebie, raczej — na niebie: wkoło nas, pod nami, jest lazur, lazur tak czysty, przezroczy i mocny, że wszystko, cokolwiek się zanurza weń — wiosła, łódki, nasze własne palce, staje się niebieskie. Słońce fosforyzuje wodę: tysiące iskier zapala się na niej i gaśnie i znów zapala; nad nami jest czarne, głuche sklepienie skały; wylot groty, im się dalej wgłąb wpływa, wydaje się coraz mniejszy. Nie podobna, żeby tamtędy wydostać się można. Robi się mimowoli na tych błękitach promienistych straszno.
Wracamy na statek, przybijamy na Capri, miejsce, w którem się dusza roztapia, „skrzydeł anielskich dostaje“.

Zbiegłem do stóp skalistej wysepce —
Była cicha godzina poranna,
Woda jasna, szafirowo-szklanna,
Cicho dzwoni u brzegów i szepce.

Jeszcze, zda się, kołyszą się wianki
Róż kwitnących w tej wodzie przezroczej,
Które tutaj zrzuciły z warkoczy
Przed wiekami cezarów kochanki.

Jeszcze, zda się, pierzchnąć nie zdołało
Ich odbicie z kryształowej wody,
Gdy się, chciwe swej własnej urody,
Morzu piersią uśmiechały białą.

Jeszcze, zda się, w tej krainie czarów,
Nad tą wodą szafirową-szklanną,
W taką cichą godzinę poranną
Słychać oddech kochanek cezarów...[3]


Nigdy nie zapomnę tej przezroczystej fali w ruinach Tyberyuszowej łaźni. Ileż tu białych ciał kąpało się w taką cichą godzinę poranną, a zdumiony Pozejdon, patrząc z rydwanu na toni morskiej, złotym podparty trójzębem, dziwił się i nie wiedział, czy to ziemianki tak piękne, czy Afrodyta z orszakiem, czy kwiaty i obłoki różowe, wolą Zeusa zmienione w kobiety?... Zaś one bieliły się w lazurowej wodzie, biorąc na złote włosy złoty blask słoneczny i rzucając różane wianki na toń...
Ładny, nudny i znudzony profil hrabiny van Loos-Craffen wychylił się z za ściany zgruchotanej Tyberyuszowej łazienki; czas było wrócić na statek.
Nad morzem, w Neapolu, od strony miasta ku Bajom, biegnie park, zwany Villa Nazionale, jeżeli dobrze napisałem po włosku.
Lubiłem tam chodzić, zwłaszcza wieczorem. Wezuwiusz, który stamtąd doskonale widać, a który w dzień kurzy się słupem sinego dymu, w nocy wyrzuca z siebie ogromne kiście czerwonego płomienia[4]; latarnie rzucają długie smugi światła na wodę, ognie na statkach błyszczą zdaleka, a koło brzegów krążą światła dymiące. Krąży ich czasem kilkadziesiąt, cicho, bez szelestu, bez plusku fali. To rybacy na swych małych łódeczkach. Zwykle jest ich dwóch, czasem trzech w łodzi: jeden na przodzie dorzuca smolnego łuczywa do zawieszonego na kiju ogniska w żelaznym, wielkim kagańcu, drugi popycha lekko łódź wiosłem, a obaj patrzą pilnie w wodę. Gdy który rybę wypatrzy, łódka staje, jeden z rybaków bierze żelazny dwuząb na długim kiju i grzmi w niebogą, a potem wydobywa ją z wody, zdejmuje z żelazca i pakuje w coś na dnie łodzi — szaflik, paczkę, czy garnek, a może na samo dno rzuca, bo tam wielkich ceremonij z rybami nie robią. I płyną dalej. Znów stanęli. Fantastyczna postać w łachmanach podnosi się, ogień ciska na nią i na morze dziwne światła i dziwne cienie, dwuząb zanurza się w wodę i powraca z łupem. Te ogniste łódki, błądzące wzdłuż Santa Lucia i Via Carraciolo, są śliczne: ale przykro jest na nie patrzeć, jak na każde polowanie, zwłaszcza wodne.
Wszelakim stworom morskim można się do syta nadziwować w słynnem neapolitańskiem Akwaryum. Co tam są za fantazye na temat ryb, co za waryacye na temat małżów, co za ekstrawagancye na temat raków, różnych pająków, polipów i tym podobnej gawiedzi morskiej: przechodzi ludzkie pojęcie. Jak również przechodzi ludzkie pojęcie niesłychaność, nadzwyczajność, przeraźliwość poprostu kolorów, w jakie ta wodna gawiedź jest ustrojona.
I co te szelmy nie wyprawiają! Naprzykład są jakieś jamochłony, czy jak im tam: wygląda to jak pęcherz, a płynie w ten sposób, że wchłania w siebie wodę i wyrzuca, a przez ten ruch się poruszą. Są znowu takie, prześlicznie utatuowane, które udają sowy: siedzą w szczelinach między kamieniami, któremi im wyłożono baseny, zupełnie z kształtu do sów podobne. Można się zapatrzeć, zwłaszcza, jeżeli ktoś ma wrażliwy wzrok. Jest to zupełnie coś bajecznego.
Niema rozkoszniejszego miejsca do włóczęgi, jak Neapol; po jednej stronie Baje, Mare Morto, Pola Elizejskie, Capo Miseno, po drugiej Pompei, Wezuwiusz, Salerno, Sorrento... Czy możecie pojąć, co to jest za czar w tem słowie: włóczyć się?

Ah! włóczyć się bez ustanku
Od wieczora do poranku,
Od poranku do wieczora...

że pozwolę sobie przeistoczyć trochę słowa Żmichowskiej. Tak jest, włóczyć się! Włóczyć się całe życie! Czyż może być godniejsze zajęcie człowieka, wyższego — nad „przesąd“ obowiązków, albo człowieka, któremu nie chcą dać żadnych obowiązków dlatego, że się włóczy?
A jeżeli się już ciało nie zawsze włóczyć może, niechże się przynajmniej włóczy duch! Jak ów szalony statek francuskiego poety, co przebiegł wszystkie morza płomienne i świetlne, niech duch przebiega niezmierne morza wyobraźni! Choć, co prawda, jestto wygrać na domowej ruletce en plein 180 fasoli za pięć... Wygrało się, tylko że — fasolę.
Nie wiem, dlaczego pan Tadeusz z Pana Tadeusza, w soplicowsko-litewskim zapale napada na cyprysy i porównywa je do „lokaja Niemca we dworskiej żałobie“? Jest to tak piękne drzewo, że równie piękne są chyba limby nad Popradzkiem jeziorem. Kiedy z Monte Pincio spojrzałem przed siebie, zdawało mi się, że śnię, że Boecklin wymalował i te cyprysy smutne i takiej ogromnej melancholii pełne, i te łąki zamyślone, i te wzgórza w łukach falistych, i to niebo ponure, sino-szafirowe, ponsowemi obłokami przedarte, niebo, które trzyma w sobie burzę, jak lew gniew, a na którem wisiał w przestrzeni olbrzymi płat tęczy, wyrwa z łuku, przepadłego w odmęcie szarych obłoków, postrzępiona, jak kolorowy i krwią zbroczony sztandar, który wiatr z drzewca oderwał i na powietrzu rozbił. A w dali huczą grzmoty, jak działa... Błysło...
A tam, wieczne miasto, kopuła św. Piotra i awentyriskie ruiny i niebo ciche, przejrzyste i srebrno-błękitne.
Dusza mi tonęła w tym obrazie. Chciało mi się cały ten świat wziąć i wchłonąć w siebie, jak wówczas, kiedym z jednego z tatrzańskich wierchów widział całą przestrzeń widnokręgu pod srebrzysto-siwą, niezmierną mgłą, jakby się jakieś morze wydźwignęło ogromne i legło na skałach spokojne, nieruchome, senne; wysoko w mgławicy bezpromienny, matowy krąg słońca; w dali gdzieś równia nizinna, wyłaniająca się z pod mgły, pełna złotego zboża i ciemnych lasów, jak sen; wkoło, w wielkiej, oderwanej od wszystkiego, absolutnej pustyni, gdzieniegdzie sterczące szare szczyty, jak skalne wyspy nad morzem. Potem z podniebnej mgławicy wydarło się skosem słońce i rzuciło z jednego krańca pęk promieni: srebrzysto-siwa przestrzeń powlekła się poblaskiem, jak złotą pajęczyną, szczyty zaróżowiały lekko i zwiewnie i zaczęły się zdawać czemś powietrznem i kołysanem w pustce. W jednem miejscu przedniała mgła: ukazały się ciemne ściany, ścięte, prostopadłe, również powietrzne i jakby rozkołysane. Szły gdzieś w dół, w otchłań. Potem wiatr w innem miejscu mgłę skłębił, zbił i otwarł w niej czeluść przepastną, wśród której przez kilka mgnień oka zamajaczyła gdzieś straszliwie nizko-ciemna toń stawu i stojące nad nią smreki, jak widma... Potem uspokoiło się wszystko; była znów jedna srebrzysto-siwa mgła wkoło sterczących ponad nią szczytów i wysoko, w mgławicy, bezpromienny, matowy krąg słońca.
Bywa piękno idealne, w naturze, w sztuce, czasem w ludzkiej duszy... czasem w jednem małem kobiecem sercu, albo w wyobraźni człowieka, który to serce kocha...
Cyprysy na Monte Pincio i te, które widziałem ztamtąd, pozostaną mi wiecznie pamiętne; rozumiem, że można się zakochać w Rzymie, że może on się stać drugą ojczyzną. Pamiętne mi też będą cyprysy angielskiego cmentarza, gdzie wśród białych płyt marmurowych jest jedna, z małą bronzową harfą obok i wyrytym napisem: Cor cordium (serce serc). To grób poety poetów, Shelleya. Na płycie leżało trochę zwiędłych bratków i fiołków. Człowiek ma w sobie dziwne sentymentalizmy: bo naprzód przyszła mi ochota wziąć kilka uwiędłych kwiatków; a potem przyszło mi na myśl, że jednak te bratki i te fiołki są własnością pamięci tego, który je tu położył i pamięta o nich — i nie wziąłem.
Nigdzie, jak tam, cyprysy nie są bardziej dostrojone: ciche, smutne, pełne zamyślenia i dziwnie uroczyste, jak na owem arcydziele Boecklina, które się nazywa: „Wyspą umarłych“.
A propos malarstwa, spotkałem się w Rzymie z Aleksandrem G....., którego znać mam zaszczyt (G..... nie należy wprawdzie do Jockey-Klubu, nie jest nawet z żadnej hrabianki urodzony — jest tylko wielkim malarzem); chodził, jak w Krakowie, w wysokich butach i pelerynie, jadł finocchi, pił marsalę i wymyślał w przepysznej rzymskiej tawernie na filisteryę Warszawy, na mydłkowatość niektórych warszawskich literatów i mydełkowatość niektórych tamtejszych i nietamtejszych, ale ulubionych Warszawie tak zwanych malarzy. Przez uszanowanie dla jego szerokiej sławy i starszego dosyć, niż mój, wieku, nie śmiałem się sprzeciwiać. Mówił także, że we Włoszech ludzie inteligentni i cywilizowani cenią człowieka nie podług tego, jak się ubiera, ale podług tego, co jest wart. Przez toż samo uszanowanie nie śmiałem mu wtrącić: zupełnie, jak u nas, proszę pana. Nakoniec mówił, że tu, czy w Niemczech, czy we Francyi, artysta, czy poeta, nie jest narodową lalką, narodowym wystawowym meblem, z którego sobie naprawdę nikt nic nie robi, ani narodową béte noire, na której lada cymbał psy wiesza, dlatego tylko, że mu sam do pasa nie dorasta. Toż samo uszanowanie nie pozwoliło mi dodać: zupełnie tak i u nas, łaskawy panie.
Chodząc po galeryach watykańskich, gdzie się rzeczywiście oczy ćmią od marmurów, myślałem sobie: gdybyż to ludzie tak niepospolitych talentów, jak Lewandowski, jak Laszczka, mogli tu co rok na kilka miesięcy przyjeżdżać! Byłoby to dla nich zupełnie tem, czem dla współczesnego dramaturga jest czytanie Szekspira, albo dla kompozytora studya nad Beethovenem, a nawet daleko więcej. Szekspir, gdyby dziś żył, musiałby pisać inaczej, Beethoven zapewne także nie byłby zupełnie taki, jaki jest; ale gdyby twórca Knidyjskiej Afrodyty wstał z grobu, czyż rzeźbiłby ją inaczej? Czyż wszystkim rzeźbiarzom późniejszym, ilu ich było, nie wyjmując ani jednego, nie mógłby powiedzieć: uczcie się odemnie, bo ja się od was nie mam czego uczyć? Dziwni są ci rzeźbiarze greccy: oni są, jak natura, od której nic doskonalszego być nie może. Jeden Homer, którego Iliadę spodziewamy się mieć niezadługo, w nowym, podobno i przez Sienkiewicza bardzo chwalonym przekładzie Lucyana Rydla — jest podobny do nich: stoi. Prawda, że i inny był świat... Jeżeli mężczyzni podobni byli do Tezeusza, walczącego z bykiem, a kobiety do Wenus z Milo — mógł być Homer i mógł być Praksyteles.
Nie wiem czemu, kiedy dziś patrzę na ten niebieski, zimny, martwy śnieg zakopiański, marzą mi się Włochy. Zdaje mi się, że słyszę dzwony św. Piotra, w których każdym dźwięku zda się wylatywać olbrzymi anioł z płomiennym mieczem i spiżową tarczą nad miasto, aż cała chmura tych aniołów zawiśnie w echu; zdaje mi się, że gdy zamknę oczy i otworzę, zobaczę znów złociste pomarańczowe gaje, palmy o rdzawej, upalnej zieleni i neapolitańską zatokę słoneczną i błękitną. I tak mi się chce śniegów i zimna, jak psu gitary.





Z DESENZANO.

Jestem nad Lago di Garda, patrzę na góry, które coraz bardziej giną w złowrogich, sinych i różowo-sinych obłokach, i słucham, jak zdaleka burza huczy gdzieś po równinach lombardzkich. Przedemną jest woda cicha, ogromna, prawie zatoka morska. Wieczór...

Na Anioł Pański biją dzwony,
Niech będzie Marya pozdrowiona,
Niech będzie Chrystus pozdrowiony.
Na Anioł Pański biją dzwony,
W niebiosach kędyś głos ich kona...

Na Anioł Pański biją dzwony, a głos ich płynie gdzieś po wodzie, zda się, że w falach zagiętych kołysze się i płynie, coraz dalej, coraz dalej...

Na Anioł Pański biją dzwony,
W niebiosach kędyś głos ich kona...

Cudowną miałem drogę. Łąki tyrolskie mienią się od kwiatów; zieleń, czerwień, kolory żółte i niebieskie tworzą na nich prawdziwą jakąś muzykę barw, smętną i zadumaną, zwłaszcza gdy to wszystko gra przed oczyma chwilę i mija, wraz z przelotem pociągu. Ponad łąkami góry olbrzymie, dzikie, urwiste i przepastne, zawalone śniegiem, buchające rzekami wodospadów, pełne lasów przestronych i dolin rozległych. Miałem to samo wrażenie, co w przejeździe przez Szwajcaryę: że Tatry są miniaturą gór i że Alpy są od nich o wiele przez swoją imponującą kolosalność wspanialsze.
Burza gdzieś przeszła, robi się chłodniej i fala szeleści, pluska przy brzegu; nad wodą szybują jaskółki. Robi się coraz ciszej. Dzieci włoskie przestały krzyczeć i bawić się na pobrzeżnym kamieńcu, praczki zabrały swoje klęczniki i bieliznę i poszły do domów, robi się coraz ciszej, coraz ciszej — i coraz smutniej, coraz smutniej, ach! smutno bez dna, bez brzegu, bez granic...
Przewiewa chłodny wiatr, a jakiś różowawy metaliczny blask zesnuwa się na jezioro od zachodu, na jezioro, które ma kolor jednej, ogromnej łzy.

Na Anioł Pański biją dzwony,
Niech będzie Marya pozdrowiona,
Niech będzie Chrystus pozdrowiony...

Przypłynąłem tu dziś statkiem z Rivy. Nagie, skrzesane, czerwonawe skały, wązki wbieg jeziora między te piętra, ze wszystkich stron góry ogromne i niezmiernie puste; wszystko to czyni Rivę, mimo południowej strony świata, posępną. Góry są czasem za ciężkie, nawet dla nas, górali z pochodzenia. Czasem dusza potrzebuje szerokiej przestrzeni, szerokiego powietrza, aby się po niem tułać mogła i przed samą sobą uciekać; czasem potrzebuje takiej łagodnej zieleni, aby się mogła kryć sama przed sobą w gąszczach; czasem potrzebuje także takiej cichej wody, która ma kolor jednej ogromnej łzy...

Vogue la galère!... Vogue la galère!...
O tej porze mnóstwo Niemców się żeni i przewłócza swoje miodowe miesiące po Alpach i Włoszech. Spotykałem takie pary w wagonach w Tyrolu, spotkałem w Rivie, miałem na statku i tu w tej małej włoskiej mieścinie spotykam. Wszyscy są dziwnie ordynarni, bezceremonialni i niezajmujący; mniejsza już o to, że co dwudziesty trzeci Niemiec nie je ryby nożem. Nie żenują się tak, że gdzieś koło Franzensfeste byłem pewny, iż będę świadkiem sceny, o której lubią marzyć młode i stare panny. Byli bardzo blizko siebie i on wśród pocałunków coś jej szeptał. Mówiłże jej w języku Heinego: „Ty moja, ty moja, ty świecie mój jedyny, ty ukochanie moje najmilsze, ty umiłowanie, życie moje, duszo moja, kocham cię sercem, kocham cię mózgiem, kocham cię krwią moją serdeczną, ty wszystko moje!?..“ Dalibóg, nie komponuję; wśród pocałunków i kiedy byli tak blizko siebie, ten Niemiec spytał się swojej Niemki: Du, was hast du dem Kellner gegeben? A ona mu wśród pocałunków odparła: Dreissig Kreuzer, Schatzi...
On, o ile puszczał ją z rąk, to tylko po to, aby brać do nich Baedeckera i czytać jej, ile metrów ma długości który tunel, a jak się która góra nazywa. Ona słuchała i pytała się go, czy nie głodny. Widocznie nie mieli sobie nic więcej do powiedzenia, bo skoro się nie żenowali „zresztą“, czemuż mieliby się żenować w rozmowie? Jeżeli jemu to wystarcza, tem lepiej dla niego; jeżeli jej to wystarcza, tem lepiej dla niej... Wahlverwandschaft przedewszystkiem. Kura z kaczką, czy indyczką zrozumie się łatwo, ale rajski ptak z sokołem nigdy...
Znów gdzieś daleko bije dzwon... Burza poszła stroną, cicho jest i łagodnie. Niezmierna jakaś melancholia schodzi na świat. O takiej porze — jak to jest u Słowackiego? — jeśli coś mają zapomnieć, zapomną... Czy tak?
Czytelniku, któryś się jeszcze nie ożenił, a ożenisz z dziewczyną młodą, śliczną i dobrą, przyjedź tu, do Desenzano. Będziecie sobie chodzili po gajach nad wodą, która jest nieba kawałem odjętym, a ma w sobie taką senność jakąś, taki spokój niezmierny i cichość. Będziecie sobie tu chodzili, będziesz róże zrywał i dawał jej, a ona przypinać będzie róże do gorsu z takim anielskim uśmiechem... To jest dosyć przykre, jeśli się na całym wielkim świecie niema komu jednej róży dać... Wszak sam Bóg rzekł: źle jest człowiekowi samemu. Ja znam jeszcze jedno słowo, nie tak wielkie, ale smutne, jak śmierć...
Będziecie sobie chodzili nad jeziorem, przytuleni do siebie, rękoma opleceni nawzajem, ona z główką na twojem ramieniu, albo wsiądziecie w łódkę i puścicie się na ten kryształowy sen wód, na te przejrzyste, złotawe lazury jeziora. Będziesz ją miał przy sobie, tę twoją ukochaną, serdeczną, blizko, „bijącą sercem, brylantową w oczach...“ Powoli, powoli, ogarnie was jakieś omdlenie. Tobie wiosła wypadną z rąk, a ona pochyli się ku tobie jakby mimowolnie, upadnie ci na piersi i szepnie: „Kocham...“ A ty jej wtedy odpowiesz: „Oto serce moje jest w twojem ręku, jak ptak zmęczony... masz je całe, całe, i możesz wszystko z niem zrobić...“
Bywają różne dusze kobiece, ale są także takie, jak gwiazdy.
Może kiedy który z czytelników siedzieć będziesz ze swoją ukochaną na tej samej werandzie Hotel da due colombe, pod bluszczową altaną, w której ja piszę w tej chwili; będziecie sami, bo tam jest pusto. Przypomnę ci się ja, żem ci tu poradził przyjechać, a jeśli znasz moje wiersze, przypomni ci się może moje preludyum:

Mów do mnie jeszcze... Ludzie nas nie słyszą,
Słowa twe dziwnie poją i kołyszą,
Jak kwiatem, każdem słowem twem się pieszczę...
Mów do mnie jeszcze...

Mów do mnie jeszcze... Za taką rozmową
Tęskniłem lata... Każde twoje słowo
Słodkie w mem sercu wywoływa dreszcze...
Mów do mnie jeszcze...

Mów do mnie jeszcze...
Są chwile takie, jak chwile śmierci — kiedy się wszystko przypomina tak żywo, tak wyraźnie, kiedy słyszysz szelest oddechu i szelest sukien, słyszane kiedyś dawno, dawno, może lata całe temu, kiedy ci się zdaje, że przy dłoni czujesz dłoń, co się jej może lata cale temu dotykała... Odpędzaj takie chwile przyjacielu i carpe diem, korzystaj z dnia, jak radzi rzymski poeta. Vogue la galère!...
W jezioro wbiega cypel kamienny, na którego końcu zapalili przed minutą światło na murowanej latarni portowej, — portowej, bo to jezioro ma coś koło 500 kilometrów powierzchni, coś 60 kilometrów na długość. Płynie się też przez nie przeszło cztery godziny z Rivy do Desenzano. Pamiętam jeden efekt światła z drogi. Woda była koło statku tak lazurowa, że przypominała mi prawie słynną Grotta d’azure w skale kapryjskiej wysepki; dalej przechodziła powoli w ton niebiesko-stalowy, aż koło brzegów zdawało się, że bronzowo-pozłocisty pył giętą tęczą zawisł na wodzie wzdłuż gór, które w nią wbiegły. Na górach niebiesko-szare mgły i wielkie, białe, w nieruchomych kłębach obłoki, nad niemi wierchy w łukach i przełęczach i gęste płaty śniegu w słońcu. Po za nami srzeżoga, jezioro i skały podcięte i skruszone, ginące gdzieś w oddali, po brzegach tu i owdzie domki białe i cytrynowe ogrody, w piętrach, wśród białych, murowanych słupów.
Po jeziorze w zmroku płynie łódka, bez szmeru, jak sen. Naprawdę! Tu jest bardzo „poetycznie“. To słowo tak dziwnie jakoś brzmi, a jednak wydaje mi się w tej chwili najlepszem określeniem tego, co widzę. I ja, który to piszę tu, na tej werandzie hotelu da due colombe nad Lago di Garda, w bluszczowej altanie, jak sarkofag, z ogromną wodą pod nosem, z latarnią portową z boku, z dzwonami, które tu ciągle dzwonią i z grzmotami, które się gdzieś w wielkiej dali od czasu do czasu odzywają poza mną; będę się tam, waszym czytelnikom, wydawał poetycznym, prawda?

»Mit schwarzen Segeln segelt mein Schiff
Wohl über das wilde Meer?« [5]
O czarnych żaglach okręt mój
W dal dzikiem morzem mknie...

Przez chwilę miałem wrażenie, jakby się jakiś potwór wydobywał z ciemnego już całkiem jeziora. Statek, którego ani widać, ani słychać nie było, a który tu widocznie przychodzi z Rivy tak późno, począł dawać sygnały, ale głos nie odrazu wyszedł z kotła i w tej ciszy wieczornej rozległ się nagle jakiś potworny jęk, powietrze przedarło jakieś dławienie się czegoś strasznego i olbrzymiego. Mógłby to być jakiś kolosalny hipopotam, o krwawo-czerwonych oczach i krwawo-czerwonej rozwartej paszczy, coś okropnego, co idzie gruchotać, pożerać i topić. Teraz słychać, jak koła warczą i widać światło — statek przybija do brzegu. W powietrzu robi się parno: błyskawica cicha, szybka i złowróżbna przemknęła nad Lago di Garda.
A tam u nas o tej porze, w polskiej wsi?.. Psy szczekają koło chałup, koniuchy gdzieś na ligawkach grać poczęli na pastwiskach, gdzieś dziewuchy zawodzą, wracając z pola. Zboże pachnie i szumi, siana pachną po łąkach i sady pachną jabłonne i wiśniowe.
Puszczyk się gdzieś w borze odezwie, albo puhacz nad głową załopoce, żaby skrzeczą po stawach i świerszcze ćwierkają jednostajnie i smutno.
Idą dzieci, cienko śpiewając:

»Kajsi ten mi polecioł,
Co mi butki obiecoł
A dy stoi za lasem,
Tsyma butki za pasem...«

Harmonika gdzieś gra, albo skrzypce, albo pan pisarz prowentowy tęsknie gdzieś do panny służącej ze dworu zawiedzie:

Ani ja sieję, ani ja orze,
Zosienko moja,
Tylko z twej przyczyny kości w ziemi złożę
Moja jedyna!...
Tak, z twej przyczyny zmarnie mi wiosna,
Zosienko moja,
Boś jest okrutna i bezlitosna,
Moja jedyna!...

Tak pan pisarz prowentowy tęsknie zawodzi do panny służącej ze dworu, gdzieś tam po księżycu chodząc pomiędzy chłopskie parkany, tam, u nas...

Może on jest śmieszny, ale pomyślcie, że ja jestem tyle od niego mil, w jakiemś zakazanem włoskiem Desenzano i że naprawdę „mit schwarzen Segeln segelt mein Schiff wohl über das wilde Meer...“





Z pod „Żelaznych Wrót“ i „Żelaznej bramy“.

Rzadko komu się zapewne zdarzyło być w piątek jednego tygodnia nad Szczyrbskiem jeziorem w Tatrach, a w poniedziałek na drugi tydzień w Orszowie nad Dunajem — ale z człowiekiem dzieje się czasem tak, jak ze szczupakiem, któremu oścień w grzbiet wbity z drzewca się ułamie: rzuca on się wówczas z żelazem w sobie to na środek stawu, to na brzeg podpływa, aż go gdzieś wreszcie licho weźmie.
Nad adryatyckiemi błękitami, na lagunach weneckich, zatęskniło mi się za kosodrzewiną i zapachem limbowym, więc choć nie wprost, przeciem do nich dobił.
Całe Podkarpacie, czyli raczej Podtatrze od węgierskiej strony nierównie romantyczniej się przedstawia, niż nasze nowotarskie okolice: góry są większe, dziksze i skalistsze, pełne wspaniałych wąwozów i urwisk, a potężne rodziny Illyezhazych (wygaśli w 1835 r.), Thurzów (wygaśli w XVI w.), Palffych i Erdödych, rozrzuciły tam zarnki, często ogromne i wspaniałe, czasem małe orle gniazda, przyczepione do krzesanicy skalnej. Okolica Wagu czyni się ztąd podobną cokolwiek do nadreńskiego porzecza, z innych względów zresztą całkiem od niego różna.
Zamki te wszystkie są w ruinie, niektóre tak porozpadane i omszałe, że je trudno prawie od skał, na których stoją, odróżnić. Drogi do nich zarosły i pustka w nich osiadła. Mają w sobie wszystkie ogromną melancholię rzeczy umarłej.
Do stacyi Czorba pod Szczyrbskiem jeziorem, przyjechałem nazajutrz po otwarciu tam kolei zębatej, która wiedzie od stacyi nad samo jezioro. Jedzie się nią pod górę zapewne koło trzech kwadransy, z góry bowiem podróż trwa przeszło pół godziny. Dla turystów kolej ta jest wielką wygodą, przytem droga jest bardzo ładna. Jedzie się wykarczowanym lasem, wijącą się w zakręty linią, a nadszczyrbskie góry to się kolejno ukazują nad drzewami, to nikną. Od Krywania i poza nim jeszcze orawskich kopic, aż po szeroką turnię Kończystej z sterczącym poza nią skrajem Gerlacha i stokiem Sławkowskiego szczytu: rozwijają się tu Tatry przed oczami. Krótka, Ostra, Solisko, Szczyrbski wierch, Baszty i Szatan, Czubryn, Mięguszowieckie turnie, Rysy, Wysoka, Ganek i Żelazne Wrota: piętrzą się tu szeroką ścianą nad doliną Furkotną, Młyniczną i Mięguszowiecką.
Przyjechałem do Szczyrby wieczorem, a noc była księżycowa, zaraz po pełni. Wielki księżyc wyszedł gdzieś z za Kończystej i sączył się szklannem, matowem światłem na jezioro. Gończe psy, które widziałem uwijające się nad brzegiem, poczęły z daleka szczekać: w Młynicy gdzieś odezwało się echo. Poczęło też grzmieć, głęboko w górach. Czyniło to wrażenie, jakby cała zgraja ogarów zagrała w turniach i jakby jakiś tatrzański Ruebezahl, czy jak się tam to alpejskie strzeleckie widmo nazywa, przy psów graniu i grzmiących wystrzałach, mgliste rozpoczął łowy. Głos niósł się ciemną przestrzenią, het, het, aż gdzieś nad wierchy.
Tymczasem pod mojem oknem pluskały się wydry, łapiąc ryby w jeziorze i chrobotały gryzionemi kośćmi, a kuny smyrgały między krzaki.
W słowackich górach, na Liptowej i indziej, niemało grozy dodają nocy puszczyki, nawołujące się po lasach; w Tatrach nigdy ich nie słyszałem. Czasem odezwie się inna jakaś sowa, ale i to rzadko. Puhacz tylko niekiedy przeleci cicho, jak upiór i przepadnie w ciemni.
Nazajutrz, choć deszcz lał, jak z cebra, poszedłem ku Popradzkiemu jezioru. Zapachniał mi kosodrzew halny, zapachniały mi limby, zaszumiał mi potok i wiatr... Coś rwie w górę, jakby skrzydła u ramion rosły... Pierwszy raz byłem tu sam, sam jeden. Tyleśmy tu razy przychodzili z naszych gór, z Zakopanego, huczną, wesołą bandą — teraz byłem sam i przybyłem tu z obcej, dalekiej strony. Dawniej wydawało mi się tu tak odlegle, tak nieswojo, a teraz jest mi tu tak, jak i indziej. I dawniej ciągnęło nas coś z tych urwisk górskich tu, albo tam: a teraz tak mi jest wszystko jedno... Człowiek staje się, jak ów podróżnik Baudelaire’a — płynie i płynie. Przypomina mi się jakiś wierszyk, który tak o tem mówi:

Dopóki miałem gdzieś dom oznaczony,
A kędyś w obcą zaleciałem dal:
Daleko było mi do mojej strony,
Było mi tęskno i było mi żal —
Lecz dziś, gdy nigdzie niema mego domu,
Równie mi pusto wśród świata ogromu.

Pókim się łudził, że jestem kochany,
Że czyjąś pamięć wszędzie z sobą mam:
Choćbym był zabiegł gdzie na oceany,
Lub w step niezmierny: nie czułbym się sam,
Lecz dziś, po chwili zgasłej bezpowrotnie,
Wszędzie mi równie smutno i samotnie...

A kiedym sobie w kosodrzewinowym lesie, na głazie śródstrumiennym siedząc, począł przypominać nasze dawne zejścia do tej doliny z wierchów przy hucznych śpiewkach góralskich i hucznem, młodem weselu w duszach: zrobiło mi się tak smutno i samotnie, że wieczorem wsiadłem na kolej i z pod Żelaznych Wrót nad Popradzkiem jeziorem ruszyłem ku Żelaznej Bramie na Dunaju. Bo z człowiekiem dzieje się czasem tak, jak ze szczupakiem, któremu wbity w grzbiet oścień odłamie się z drzewca: rzuca on się na głąb i znowu pod brzeg podpływa, aż go gdzieś wreszcie licho weźmie.
Przyznam się, że, czy to, że zapomniałem, czy też może mię wcale o tem nie objaśniono w geografii, ale zupełnie inaczej ją sobie wyobrażałem, jak wygląda w istocie. „Żelazna Brama“ — a więc myślałem, będą to turnie z wody sterczące, przez które się Dunaj przerzyna i że te turnie rozsadzono; tymczasem rzeczywiście rozsadzono, ale skały w wodzie zaryte i tamujące bieg statków podczas opadu głębi.
Pod Żelazną Bramą, która już jest na terytoryum serbskiem, a raczej na rozgraniczu teryteryów austro-węgierskiego, rumuńskiego i serbskiego, podpływa się w długiej łodzi, z dwoma wioślarzami i sternikiem. Ci wioślarze i sternik są to Turcy. Turcy autentyczni z nadunajskiej wyspy Ada-Kale, co znaczy po turecku wyspa-twierdza. Wyspa ta zamieszkała przez ludność rdzennie i czysto turecką, zdaje mi się około 600 głów liczącą, wolną jest od podatków, cła i służby wojskowej, nie należy do nikogo i rządzi się sama. Zdaje mi się, że poprostu podczas kongresu wiedeńskiego w 1815 r. musiano o niej zapomnieć i nie przydzielono jej nikomu; może się mylę, ale nie mam w tej chwili pod ręką ani żadnej historyi, ani austryackiego Baedeckera.
Wyspa ta ciekawą jest ze względu na ruiny twierdzy, które ją literalnie prawie całą zajmują. O podobnych rozmiarach fortecy i o podobnej grubości murów nie miałem pojęcia. Ile dziesiątków tysięcy wojska można w niej było pomieścić, nie wiem, sądzę jednak, że w podziemnych i naziemnych kazamatach drugie tyle mogło się zmieścić jeńców w jasyr wziętych. Twierdza, oblana dokoła wodą, przy swej kolosalności i budowie, musiała być w swoim czasie niezdobytą; natomiast pan jej panował nad znaczną częścią Dunaju i jego wzgórzystemi brzegami, gdzie dziś stoją vis à vis siebie szyldwach serbski i austryacki, sympatyzując z sobą mniej więcej, jak kokos z małpą.
Ada-Kale jest przedewszystkiem bazarem tureckim. Sądzę, że wszystko to, czegoby się nie kupiło w Konstantynopolu lub Damaszku, dla zbytniej autentycznej lichoty, tu się kupuje dlatego, że autentyczne. Są więc tureckie makaty, tureckie papierosy, tureckie sorbety, turecka kawa — są i Turczynki. Chodzą jak nad Bosforem, w szerokich hajdawerach i przepaskach na twarzy. Czy jest tu jaki harem, nie wiem; meczet jest, bo w nim byłem. Nędzna drewniana buda, z wypisami z alkoranu na ścianach i wieżą, zkąd muezzin krzyczy trzy razy na dzień, zwołując wiernych na modlitwę.
O ile Turcy tutejsi, pozostałość z epoki tureckiego panowania w Węgrzech, zachowali swój typ, trudno mi osądzić, widziałem bowiem z blizka jednego tylko Turka, który był krupierem w Monte-Carlo — (Boże mu odpuść, bo ja nie mogę!). Są to wogóle ludzie tędzy i przystojni. Mówią po niemiecku i serbsku, no, i ma się rozumieć po turecku.
Takich trzech brudnych, odrapanych i smolno-śniadych oberwańców, wiozło mnie po Dunaju ku Żelaznej Bramie. Dzień był tak upalny, że się zdawało, iż Dunaj wre. Nagle zawrzało w nim coś rzeczywiście: woda zakotłowała się, jakby jakiś potwór z dna się dźwigał. Myślę sobie: cóż to u dyabła za straszliwa ryba takie gwałty podwodne wyprawia?! Jeżeli jej przyjdzie ochota huknąć ogonem w łódkę, Turcy pójdą do raju na łono hurysek, a do mnie da się zastosować z byronowskiego Giaura:

Lecz ty niewierny, ciebie anioł śmierci,
Monkir, swą kosą rozedrze na ćwierci...

Sternik jednak, a zarazem kapitan okrętu i cicerone objaśnia mię, że to pierwsza „Żelazna Brama“ — a więc to to — i tylko tyle!
Te żelazne bramy, czyli skały podwodne, trzeba umiejętnie wymijać, gdyż rozbić się o nie, lub wywrócić na nich bardzo łatwo, a jest ich, po prawym zwłaszcza brzegu Dunaju, kupa.
Samą właściwą żelazną bramę rozsadzono już dynamitem, a obecnie[6] olbrzymie maszyny, podobne zdaleka do statków wojennych, wydobywają połupane kamienie z łożyska. Roboty, prowadzone przez inżynierów węgierskich, trwają lat pięć. Wymurowano kanał na dwa kilometry długi, którym statki w każdej porze, bez względu na stan wody, płynąć będą mogły ku morzu i z powrotem. Dzieło to, które kosztowało masę milionów, ma dla miejscowego handlu olbrzymią doniosłość.
Powrót ku Orszowie mniej jest przyjemny, niż podróż ku Bramie z biegiem fali, albowiem dwaj wioślarze muszą wyleźć z łódki i drepcąc po brzegu, ciągnąć ją na linie, jak u nas na Wiśle konie galary ciągną; sternik tylko zostaje na miejscu i długim drągiem kieruje łódką. Dreptanie to trwa parę godzin, ludzie się męczą, a podróżny czuje się skrępowany tą liną tem więcej, że na wodzie właśnie czuje się zazwyczaj więcej swobody, niż na lądzie. Przeprawa z serbskiego brzegu do Orszowy, z rozpiętym żaglem i obu wioślarzami w łodzi, jest prawdziwem odetchnięciem.
Obustronne wybrzeże Dunaju stanowią wzgórza porosłe zielonemi lasami i gajami. Krajobraz pogodny i słoneczny. Rośnie tu srebrzysta wierzba włoska i mnóstwo egzotycznych roślin i kwiatów.
Czarno — i płomienno-okie rumuńskie piękności spotyka się tu już często w ich fantastycznych, barwnych strojach. Barwność zresztą stroju rośnie przez całe Węgry w miarę posuwania się ku południowi. Uderzyły mnie szczególnie u kobiet kolorowe fartuchy, puszczone przez brzuch niżej kolan i przez tył niżej łydek, z boków szeroko rozcięte, lub też kolorowe pasma włóczek tak samo przez brzuch i tył puszczone ku ziemi na białych koszulach. Słowiańskich typów widzi się co krok mnóstwo; spotykałem także naszych galicyjskich górali i zagórzan, wracających bandami z robót na Węgrzech. Odznaczają się przedewszystkiem tem, że wyglądają bardzo biednie. Nie widziałem nigdzie biedniej wyglądających ludzi, chyba w okolicach Neapolu.
Jeżeli się trochę świata raz i drugi raz zbiegło, to potem tworzy się w pamięci jakaś mozajka z miast i gór, stepów i pól, jezior i rzek, sadów i winnic, zamków i miast: miło jest sięgnąć myślą wstecz — — cóż, kiedy czasem dzieje się z człowiekiem, jak z owym szczupakiem, któremu w grzbiecie tkwi odłamane z żerdki żelezce. Wówczas, dopóki licho nie weźmie, wszędzie jest równie „smutno i samotnie“.






FANTAZYE DRAMATYCZNE



SFINKS.
Fantazya dramatyczna.
(Grana po raz pierwszy 7 stycznia 1893 w Krakowie).

Scena przedstawia werandę na pierwszem piętrze, z jednej strony zupełnie otwartą, z balustradą z czarnego marmuru, dość nizką. Przy balustradzie dwie kolumny, również z czarnego marmuru z bronzowemi wazonami, w których tkwią ogromne, kwitnące storczyki. Mnóstwo kwiatów i krzewów, zwłaszcza kaktusów, oleandrów i tui. Pianino, kozetki, krzesła, stoliki. Na jednym ze stolików duża lampa z przezroczystym zielonym kloszem. Przy tym stoliku na kozetce siedzi matka w czarnej sukni, z czarną koronką na głowie, wielkie brylanty w uszach, na szyi mały srebrny krzyżyk. Na kolanach robota. Obok na krześle Anna, z głową wspartą na ręce opierającej się o stolik. Włosy ciemno-blond, rzucone na plecy, długie i bujne, twarz blada, suknia lekka, prosta, biała, we włosach blade lilie i jedna ciemna róża; u gorsu mały bukiecik górskich kwiatów, fioletowych dzwonków i modrych goryczek. Widok z werandy w chwili podniesienia zasłony na ciemne niebo z zamglonym księżycem w pełni, oświetlającym skraj jeziora, las i po za nim wielkie, urwiste skały granitowe.
ANNA (jakby do siebie).
Dziwnie, ciemno i cicho... Suche liście szeleszczą... Jaki księżyc mglisty... (Daleki grzmot z przeciągłem echem).
MATKA.

Burza nadciąga. Powietrze parne i ciężkie, duszące.

ANNA.

Patrz mamo, jaki dziwny, zielono-ołowiany połysk ma dziś księżyc. Wygląda, jak z zaśniedziałego mosiądzu.

MATKA.

Nieraz bywa podobny przed burzą.

ANNA.

Nie wiem, co to jest, ale lękam się czegoś... Zdaje mi się, jakby coś strasznego krążyło nad domem naszym...

MATKA.

Zdenerwowana jesteś. Grywasz za wiele.

ANNA (po chwili).

Dziś grałam długo o zmroku. Kwiaty bardzo pachniały i było bardzo cicho... Klawisze same brzmiały mi pod palcami... Jakieś dziwne melodye zawisły mi nad głową... (Daleki grzmot)

MATKA.
Burza się zbliża.
ANNA.

Zdawało mi się, że mgła dźwięków waha się nademną wisząca, kołysana moim oddechem. Było bardzo spokojnie... (Pauza). Potem stanęłam przy oknie. Księżyc świecił się w jeziorze pod oknami, jak srebrny. Szklanny dach cieplarni także jak srebrny błyszczał w blaskach księżyca... Jak nagle zaszumiały drzewa!...

MATKA.

Wicher się zrywa. Boję się, że młode akacye połamie. Kazałam odjąć podpory.

ANNA.

Nocny ptak jakiś frunął koło oleandrów. Tak samo o zmroku latały ptaki nocne w ciemnościach nad wodą, szybko i cicho, a biorąc mnie nieruchomą widocznie za rzecz martwą, przylatywały czasem tak blizko, że omal nie uderzały skrzydłami o kwiaty we włosach moich... Ogarnęło mnie jakieś zamyślenie senne...

MATKA (głaszcząc Annę po twarzy).

Marzycielko ty moja.

ANNA.

Nagle zdało mi się, że jakaś dziwna muzyka wyłania się z głuchych fal jeziora. W tej muzyce było coś nęcącego, jak życie, mocnego, jak śmierć. Czułam, że omdlewam, że padam gdzieś w głąb... Widny mi był jasny jakiś, pełen słońca świat... słodka jakaś, cicha, senna toń... A z wód jeziora, z głębi, brzmiała ciągle muzyka dziwna, upajająca... Zdawało mi się, że krąg za kręgiem owiewa mię ton mgłą rozwahaną... Wtem ból straszliwie ostry na wskroś mnie przeszył, na wskroś przez serce...

MATKA.

Szczególne marzenie.

ANNA.

Ocknęłam się. Włosów moich dotykał Leon palcami. Na twarz jego i na gipsową głowę Dantego, co, wiesz mamo, koło okna stoi, padało światło księżyca. Blada twarz Leona i ta posępna głowa, trupią miały białość. Zdjął mię lęk, lęk tak wielki, żem się ruszyć nie śmiała, ani odetchnąć. Pierwszy raz wydał mi się Leon tak strasznym. A stał długo przy mnie i wciągał powietrze w usta na pół rozwarte. I stojąc tak, wodził palcami po włosach moich i kwiatach w nie wpiętych i wyjął mi lilię jedną, bardzo pachnącą.

MATKA (smutno).
Biedny chłopiec...
ANNA.

Każ mamo wynieść z mego pokoju to popiersie Dantego. Straszna jakaś posępność jest w tej głowie, przed którą dusze umarłych ciągnęły szeregiem.

MATKA.
To pamiątka po twoim ojcu. Czy nie będzie ci żal?
ANNA.

Żal... (Zamyśla się, poczem nerwowo) Co to? Czy słyszałaś mamo ten dziwny dreszcz drzew? (Daleki grzmot). Czy to przed uderzeniem piorunu taki dreszcz wstrząsa drzewami?

MATKA.

Przywiduje ci się, moje dziecko. Nie było nic słychać, prócz grzmotu.

ANNA.

Nie, nie. Najwyraźniej zaszeleściły wszystkie liście w ogrodzie.

MATKA (do siebie).

Biedne dziecko.

ANNA.
Słyszę, co szepczesz, mamo. W tej chwili zdaje mi się, że mogłabym usłyszeć szelest roślin podwodnych w jeziorze... (Pauza).
MATKA.

Daleko chodziliście z Leonem?

ANNA.

Ku wierzbom za mostkiem.

MATKA.

Szedł chętnie?

ANNA.

Chętnie. Zebrałam mu duży bukiet pachnących kwiatów leśnych, co go widocznie bardzo ucieszyło (Pauza). Nie odchodź mamo.

MATKA.

Widzisz, że nie odchodzę. Nie ruszyłam się z miejsca.

ANNA.

Zdawało mi się, że chcesz odejść.

MATKA.

Ale co ci jest, Anno?

ANNA.
Ja nie wiem, ja nie wiem... Od czasu do czasu dzieje się wkoło mnie coś dziwnego... (Pauza). W tej chwili wydaje mi się, jakby w powietrzu coś drgało niezmiernie prędko; słyszę, jakby jakieś stłumione, migotliwe dzwonienie... (Uderza piorun w znacznej odległości).
MATKA.

Proboszcz chyba wstąpi na noc, powracając od Andrzeja. Burza nie ominie nas z pewnością. (Pauza). Która to może być godzina?

ANNA.

Musi być koło dziesiątej.

MATKA.

Czy Leon śpi?

ANNA.

Zostawiłam go śpiącego w fotelu. Zaledwie zdołałam odprowadzić go z werandy od tych storczyków. Wąchał je długo i kilkakrotnie zdejmował ten wazon. (Wskazuje wazon po prawej ręce widzów). Bałam się, że upuści. Wazon jest tak ciężki, że ledwo postawić go mogłam napowrót. (Wzdryga się nagle).

MATKA.

Ty drżysz? Co ci jest, Anno?

ANNA.

Ja nie wiem, co to jest. Trwoga jakaś spada na mnie chwilami tak niespodzianie...

MATKA.
Dzieciństwo.
ANNA.

Jednak ty wiesz, mamo, że miewam nieraz przeczucia rzeczy dziwnych...

(Z drzwi dalszych, po lewej ręce widzów, wychodzi Piotr, ubrany ciemno, niosąc na srebrnej tacy bilet wizytowy).
PIOTR (podając bilet matce).

Pan jakiś przyjechał konno.

MATKA (czytając bilet).

Artur Weren.

ANNA (żywo).
Weren?
MATKA.

Czy mówił co ten pan?

PIOTR.

Mówił, że zbłądził w puszczy i pytał się, czy nie mógłby przenocować w pałacu?

MATKA.

Proś tego pana. (Piotr wychodzi).

ANNA.
Może jaki krewny Ryszarda Werena?
MATKA (z uśmiechem).

Szkoda, że nie on sam, prawda?

(Piotr wprowadza Artura. Artur ciemno ubrany, kurtka zapięta pod szyję i długie spodnie, buty bez ostróg).
ARTUR.

Raczą panie wybaczyć, że o tak późnej porze kłócę im spokojność. Zbłądziłem w puszczy.

MATKA.

Zechciej pan przyjąć naszą gościnę.

ARTUR.

Szczerze wdzięczny pani jestem, upadłem bowiem z koniem trochę nieszczęśliwie.

MATKA.

Nic złego jednak?

ARTUR.

Bynajmniej, pani. Chodzićbym tylko nie mógł swobodnie.

MATKA.
Proszę, usiądź pan. (Artur siada obok stolika, przy którym siedzą kobiety). Niedługo podadzą nam herbatę.
PIOTR (wchodząc).

Proszę pani, ksiądz proboszcz wrócił od pana Andrzeja.

MATKA (wstając).

Wybaczy pan. Nasz proboszcz powraca od chorego, o którego jestem bardzo niespokojna. (Wychodzi z Anną).

ARTUR (sam).

Ta dziewczyna biała jest jak sen, jest jak cud...

(W tej chwili z drzwi po prawej ręce widzów wysuwa się Leon, w dosyć długiej, wolnej, ciemnej bluzie, w ciemnych spodniach i czarnych, miękkich pantoflach. Leon jest blady, rysy ostre, regularne, ciemny zarost młodzieńczy. Idzie powoli, z wyciągniętemi przed siebie trochę rękami, ku kolumnie z wazonem po prawej ręce widzów. Natrafia na wazon, zdejmuje go powoli i wącha storczyk z widoczną rozkoszą. Artur zdumiony podnosi się z krzesła. Wchodzi Anna).
ANNA (podchodząc szybko ku Leonowi).

Mój brat... Bóg odjął mu wszystko: wzrok, słuch i głos.

ARTUR.
Cóż za okropne nieszczęście!
ANNA (po chwili).

Okropne nieszczęście. (Pauza. Anna odbiera łagodnie wazon z rąk Leona, mówiąc do Artura) Proszę, niech pan pomoże mi postawić ten wazon na dawnem miejscu. Jest bardzo ciężki.
(Artur zbliża się, bierze wazon z rąk Anny, przyczem staje tuż obok niej. Leon, który widocznie węchem poznaje obecność kogoś trzeciego, zdradza niepokój, o ile przedtem, przy zbliżeniu się doń Anny, zdradzał zadowolenie. Szukając rękoma dookoła siebie, natrafia na zbliżone z sobą ramiona Artura i Anny, co go widocznie zastanawia. Tymczasem Artur stawia wazon na kolumnie i oddala się nieco. Anna wyjmuje jedną z lilij wpiętych we włosy i wsadza ją w dłoń Leona, który przyciąga ją ku sobie i obejmuje jedną ręką, drugą czyniąc ruchy, jakby chciał kogoś odepchnąć. Cała ta scena od chwili ukazania się Leona, nie powinna trwać długo. Wchodzi matka i ksiądz, siwy, nieco zgarbiony, sympatycznej powierzchowności).

MATKA.

Leon tu? Ale jaki niespokojny.

ANNA.
Widocznie zaniepokoiła go obecność pana Werena.
MATKA.

Wyprowadź go i niech go rozbiorą, jeśli zechce.

(Tymczasem ksiądz zapoznaje się z Arturem i rozmawia z nim widocznie o Leonie, którego Anna prowadzi ku drzwiom, zkąd wyszedł. Matka zbliża się ku nim. Leon odczuwając to, przyciąga znów Annę ku sobie, czyniąc zarazem wolną ręką ruchy, jakby chciał kogoś odepchnąć. Poznawszy dotknięciem matkę, objawia zadowolenie i pozwala wyprowadzić się Annie).
MATKA (do Artura).

Mój syn jest kaleką, jak pan widzi. Węch jest jego jedynym zmysłem. Panowie zapoznali się? (Artur i ksiądz dają znak potakujący). Leon bywa od jakiegoś czasu szczególnie rozdrażniony. Wydaje mi się czasem, jakby był zazdrosnym o Annę. Przed paru dniami odepchnął tak silnie ogrodnika, który chciał ją pocałować w rękę, że chłopak o mało nie upadł na ziemię.

KSIĄDZ (na stronie).

Czyżby to instynkty w nim się budziły spóźnione? Byłaby to rzecz straszna...

MATKA.
Co mówisz, księże proboszczu?
KSIĄDZ.

Nic. Sądzę jednak, że trzeba uważać na Leona.

MATKA (niespokojnie).

Albo?...

KSIĄDZ.

Przy takim organizmie nic wiedzieć na pewno nie można. (Anna wraca).

ANNA.

Usiadł spokojnie w fotelu. Bawi się lilią i zapewne zaśnie wkrótce.

MATKA.

Czy jest kto przy nim?

ANNA.

W tej chwili nie, ale zupełnie jest już cichy. (Do księdza). Więc staremu Andrzejowi lepiej? Nie umrze?

KSIĄDZ.

Chyba Bóg zechce, dziecko, chyba Bóg zechce.

ANNA.

Bóg jest dobry. Ja się tak modliłam za Andrzejem.

KSIĄDZ (z uśmiechem).
Muzyką, jak zawsze?
ANNA (jakby uniewinniając się).

Ja nie umiem inaczej. Ale czyż Bóg nie słyszy każdej modlitwy?

(Artur opiera się o krzesło).
MATKA.

Czemu panowie nie siadają? Widzę, że panu upadek z koniem dał się nieco we znaki, panie Weren.

ARTUR.

Istotnie, trochę go czuję.

KSIĄDZ.

Znałem Ryszarda Werena. Pan mi go bardzo przypomina rysami i postawą.

ARTUR (z mimowolną dumą).

To był mój ojciec.

ANNA (cicho).

Ach!...

MATKA.

Tem milej mi widzieć u siebie syna tak wielkiego człowieka.

KSIĄDZ.

Geniusz to był potężny. (Wskazuje na Annę). A to jedna z najzapaleńszych wielbicielek pańskiego ojca. (Artur skłania głowę przed Anną). Gra chyba wszystkie jego dzieła na pamięć. (Słychać daleki grzmot).

ARTUR.

Co za wspaniałe echo.

ANNA.

A teraz jak dziwnie cicho...

ARTUR.

Takie dalekie grzmoty przepyszne są na oceanie.

MATKA.

Pan podróżował wiele?

ARTUR.

Na statku wojennym, jako oficer.

KSIĄDZ.

Czy nie na fregacie „Albatros“? Przypominam sobie, że czytałem pańskie nazwisko między tymi, którzy najdalej dotarli podczas ostatniej wyprawy ku biegunowi południowemu. (Artur daje potakujący znak głową. Anna patrzy nań z widocznem zajęciem). Szalony to był hazard.

ARTUR (z pewną fantazyą).
Śmierć patrzyła nam czasem prosto w oczy.
KSIĄDZ.

Ale za to cudne rzeczy musieliście widzieć.

ARTUR.

Nie do opisania, księże proboszczu. Kiedy słońce padło na lody, zdawało się, że ocean purpury i płomieni świat zalewa. Blask był olśniewający.

ANAN (marząco).

Chciałabym kiedy widzieć puste polarne przestrzenie w miesięcznem świetle...

KSIĄDZ.

Co do mnie, dawniej, marzyłem nieraz o Wschodzie. Chciałem być w Ziemi Świętej, na grobie Chrystusa.

ARTUR.

Byłem i tam.

ANNA (j. w.).
Nie mogę sobie inaczej wyobrazić Chrystusa, tylko w długiej, powłóczystej szacie, stojącego o zmroku, kiedy dopiero pierwsze gwiazdy wschodzą, blade i nikłe, nad jakąś wodą wielką i cichą, z głową na pierś schyloną, z wyrazem nieskończonego smutku na twarzy... Powieki ma spuszczone i gorzki, bolesny uśmiech na ustach... Patrzy w wodę, w głąb wodną... A cicho jest w okół i sennie... (Pauza).
KSIĄDZ.

Noce wschodnie, to musi być cud prawdziwy.

ARTUR.

Niebo jest poprostu złote całe od gwiazd. Po liściach palm i kaktusów spływa strumieniami drżące lśnienie księżyca. Na ciemnych wodach leżą plamy świetlne i smugi połysku. Lubiłem w taką porę sunąć się łodzią wzdłuż morskich wybrzeży.

ANNA.

Szkoda, że wiatr, moglibyśmy popływać po jeziorze, co tu aż pod pałac podbiega, pełne kwiatów u brzegu.

MATKA.

W górach coraz czarniej, musi tam być ulewa.

KSIĄDZ.

Zdaje mi się, że nawet rzeka silniej szumieć zaczęła.

ARTUR (nadsłuchując).

Istotnie.

KSIĄDZ.

Będziemy mieli wielką powódź. Słyszę wyraźny szum wód przychodzących.

MATKA.

Co za szczęście jednak, że pan nie wpadł w trzęsawiska w puszczy, błądząc w ciemnościach.

ARTUR.

Szczęśliwy traf wprowadził mnie na drogę do pałacu. Jechałem spokojnie, ale niedaleko już ztąd, koń mój wspinać się począł i upadł wraz ze mną.

ANNA (nagle, nerwowo).

Ach!

MATKA.

Co ci się stało, dziecko?

ANNA (cicho do matki).

Wydało mi się znów, jakby drzewa zadrżały w ogrodzie.

MATKA.

Dziwne masz dziś przywidzenia. Zresztą wicher jest silny.

ANNA (j. w.).

O nie, to nie wiatr... Ja wiem, że to przywidzenie, ale tak przejmujące...

KSIĄDZ (patrząc uważnie na Annę).

Nie trzeba się poddawać tym chorobliwym uczuciom.

ANNA (jakby uniewinniając się).
One same ku mnie idą niespodzianie i nie wiem zkąd?
ARTUR (wstając i podchodząc ku Annie).

Czy pani tylko z nut grywa? Wszak prawda że nie?

ANNA.

Czasem, kiedy jest bardzo cicho i kiedy kwiaty bardzo pachną, gram, co mi na myśl przyjdzie...

ARTUR.

A właśnie teraz jest cicho i kwiaty pachną.

ANNA.

Muszę być sama, sama jedna...

KSIĄDZ.

Czy rozwinęły się już te lilie, które ci przywiozłem z mego ogrodu, dziecko?

ANNA.

Już. Dziwnie są blade i pachną nadzwyczaj mocno. Śliczne są, ale takie blade i smutne.

MATKA.

Lilia wogóle nie jest wesołym kwiatem.

ANNA.
Pachną tak mocno, że Leon przyszedł dziś do mego pokoju od siebie, kiedym wpięła ich kilka we włosy.
ARTUR (patrząc na głowę Anny).

Czy to te?

ANNA.

Tak. Patrzyłam na nie w ogród o zmroku. Pochyliły głowy ku ziemi, jak senne...

KSIĄDZ.

Przypomina mi się ustęp z opery pańskiego ojca „Chrystus“. To cudna arya (mówi):

A kiedy lilie chylą senne głowy
I rosa spada z nich na rdzawy wrzos:
Zda się, że stopy Matki Chrystusowej
Wsparły się na nich i otrząsły z ros...

(Błyskawica i gwałtowny grzmot).
MATKA.

Burza nadciąga. Oby tylko nieszczęścia jakiego nie było!

KSIĄDZ.

Chyba Bóg zechce.

MATKA.

Amen. (Dłuższe milczenie).

ANNA (półgłosem, patrząc w niebo).

Jak tam ciemno...

(Jaskrawa błyskawica i grzmot bardzo blizki. Wszyscy się zrywają)
MATKA.

Chryste! To gdzieś tu!...

KSIĄDZ.

Gdzieś koło stodół!

ARTUR.

Wydało mi się, jakby w drzewo piorun uderzył.

ANNA.

Jak wicher gwiżdże po szklannym dachu cieplarni.

MATKA.

Szalona burza nadeszła.

KSIĄDZ (do Artura).

Chwała Bogu, żeś pan zdążył się schronić.

ANNA.

Jak czarno w przestworach...

(Wbiega Piotr zmieszany).
MATKA.

Co się stało?!

PIOTR.

Piorun uderzył w stary spichlerz! Pali się!

(Wszyscy zrywają się).
MATKA.

Anno, daj mi okrywkę, prędko!

(Anna wybiega drzwiami po lewej ręce widzów, bliżej skraju sceny).
KSIĄDZ.

W stary spichlerz, to ani szkoda wielka, ani niema niebezpieczeństwa.

MATKA.

Tak. Trzeba jednak opanować ogień; przy takim wichrze mógłby się łatwo roznieść.

(Anna wraca z okrywką).
ARTUR.

W której to stronie?

MATKA (wskazując).

Tam.

ARTUR.

Wiatr wieje ze strony przeciwnej, iskry nie będą leciały na pałac. (Piotr wychodzi).

MATKA.

Ty, Anno, zostaniesz z Leonem. Chodźmy.

ANNA (przerażona).
Mam sama zostać?! (Artur robi parę kroków z widocznym bólem w nodze).
MATKA.

Panie Weren, panu trudno stąpać. Proszę, zostań pan i zaopiekuj się mojemi dziećmi.

(Matka i ksiądz wychodzą. Dłuższa pauza).
ARTUR.

Istotnie, czuję, że nie przydałbym się tam na nic.

ANNA.

A ja lękałabym się tu sama okropnie. Służba pobiegła do ognia. Pałac jest pusty, głuchy... Zajrzę do Leona. (Wychodzi).

ARTUR (sam).

Ta dziewczyna jest jak sen, jest jak cud... Wszystko to zda mi się marzeniem...

ANNA (powracając).

Leon śpi w fotelu, kwiat, który mu dałam, trzymając w ręku. (Idzie ku balustradzie i siada na poręczy pod kolumną z wazonem, bliższą drzwi, któremi wchodził Leon, do drzwi tych obrócona tyłem. Artur zbliża się ku niej i opiera o balustradę).

ARTUR.

Od urodzenia zatem brat pani jest kaleką?

ANNA.
Tak.
ARTUR.

Dziwną tajemnicą musi być jego dusza.

ANNA.

Dziwną tajemnicą i wielką.

ARTUR.

Czy wrażliwy jest na co?

ANNA.

Wszystko, co ma woń i co miłe w dotknięciu, sprawia mu widoczną przyjemność. Ale szczególniej węch ma mocny. Nieraz w dzień słoneczny prowadzę go w pole, kiedy skoszone siana pachną; widzę, że mi jest wdzięczny.

ARTUR.

Pani najwięcej się nim zajmuje?

ANNA.

Tak, ja. Siadujemy często dniami całemi na łąkach. Dzieci wiejskie, które wiedzą, że Leon lubi kwiaty, znoszą mu całe ich pęki, a on bawi się nimi i głaszcze dzieci po twarzach i główkach. Poznaje je dotknięciem dłoni i cieszy się do znajomych. Ale najczęściej staje tu na werandzie, wciąga w piersi wiatr chłodny, od gór wiejący i długo tak stoi, nieruchomy i blady. A czasem wyciąga przed siebie ramiona, jakby chciał lecieć gdzieś w przestrzeń... Twarz mu się wówczas dziwnie zmienia, jakaś wielka żałość ją powleka. Kiedyś orzeł tu krążył nad wodą, a on tak stał z wyciągniętemi rękoma, jakby temu orłowi, co mógł lecieć w przestwory i patrzeć, skarżył się, niemy i ślepy...

ARTUR.

Łagodny jest zazwyczaj?

ANNA.

Teraz od jakiegoś czasu bywa rozdrażniony, ale zwykle spokojny jest zupełnie. Kilka razy zaledwie widziałam go w gniewie, wtedy jednak mógłby być niebezpieczny, bo wpada w furyę. Ale taki gniew wysila go bardzo i trwa krótko.

ARTUR.

Moja obecność widocznie go podrażniła.

ANNA.

On się musi do ludzi przyzwyczaić, a przytem nie lubi, kiedy ktoś obcy blizko mnie się znajduje.

ARTUR.
Więc on myśli i Bóg wie, jakie światy ma w duszy.
ANNA.

Bóg wie, jakie światy. (Ukazuje się łuna na niebie, zrazu niewielka). Ach! Patrz pan! Płomienie!

ARTUR.

Ogień musiał dach ogarnąć. Łuna na tem czarnem niebie przypomina mi pożar statku kupieckiego, który ratowaliśmy w porcie.

ANNA.

Tam nie byłeś pan zapewne tak bezczynnym, jak teraz mimowolnie.

ARTUR.

O, pracowaliśmy tam wszyscy, co sił starczyło.

ANNA.

Ocaliłeś pan komu życie?

ARTUR (z uśmiechem).

Tylko psu, po którego nikt iść nie chciał.

ANNA.

W płomienie?

ARTUR (z pewną fantazyą).

Istotnie, czerwono tam było od ognia.

(Anna mimowoli wyciąga ku Arturowi rękę z wymownem spojrzeniem. Artur chce zrazu rękę
Anny do ust podnieść, potem waha się i puszcza ją. Milczenie).
ANNA (pokrywając zmieszanie i pragnąc skierować uwagę Artura na co innego).

Góry majaczą w blasku. Wydają się tak ogromne. Słyszysz pan? Krokwie i belki trzeszczą.

ARTUR (nadsłuchując).

Ma pani lepszy słuch odemnie.

ANNA.

Z drzew zrywają się spłoszone ptaki nocne, szeleszczą skrzydłami.

ARTUR.

Gołębie krążą nad domem.

ANNA (niespokojnie).

Słyszysz pan? Jakby jakiś tętent i chrzęst łamanych gałęzi w puszczy... Jelenie ogień zbudził i przeraził...

(Rozlega się odległy, pełny dźwięk wielkiego dzwonu).
ARTUR.
Jaki ponury ten dzwon.
ANNA.

Okropnie ponury. (Pauza). Czy pan jesteś spokojny?

ARTUR.

Zupełnie. Dlaczegóż miałbym się niepokoić? Wszakże pożar nie grozi pałacowi, ani zabudowaniom dworskim.

ANNA.

Tak, pożar nie grozi niczemu... Ten dzwon jest okropnie ponury... (Pauza).

ARTUR (chcąc odwrócić uwagę Anny).

Brzmi, jak w ostatniej, przedśmiertnej symfonii mego ojca.

ANNA.

Pańskiego ojca?... To dziwne jednak, że los pana tu przywiódł...

ARTUR (wzruszony, z uśmiechem).

Po szczęście, czy nieszczęście?

ANNA (smutno).
Szczęścia jest tak mało na ziemi, tak dziwnie mało... Jaki pan teraz podobny do ojca. W pokoju moim, nad fortepianem, wisi jego portret. Lubię nań patrzeć. Ojciec pański jest moim ideałem, (z uśmiechem) moją pierwszą miłością...
ARTUR (wzruszony).

Może mniej obcym będę pani przez to?

ANNA (mimowoli serdecznie).

O tak! (urywa i zmieszana mówi dalej). Naszych gór pan nie zna? Są bardzo dzikie i posępne.

ARTUR.

Od paru dni dopiero i pierwszy raz jestem w tych stronach. (Chwila milczenia).

ANNA.

Łuna taka jasna i czerwona. A tam w głębi jak ciemno...

ARTUR.

Wiatr ustaje cokolwiek i księżyc zaczyna przeświecać między chmurami. (Pauza).

ANNA (powoli, marząco).

Nie wiem dlaczego przypomina mi się teraz jedno ciche, lipcowe, niedzielne rano na wsi... Siedziałam w oknie, przed oknami były klomby róż kwitnących i narcyzów białych i trawa bardzo zielona... Małe ptaszki skakały po gazonie i fruwało dużo motyli... Niebo było bardzo jasne, czyste, błękitne, pełne słońca... Pamiętam, że dzień cały potem był niezwykle pogodny i miły... (Ciszej). To było dawno i nie wiem, czemu teraz mi się marzy...

ARTUR.

Myśl ludzka krąży niespodzianemi zwroty, jak jaskółka nad wodą. (Pauza).

ANNA (nerwowo).

Słyszysz pan? Ogary wyją na folwarku. Musiały spostrzec ogień. Ale jak posępnie wyją...

ARTUR.

Jakby śmierć zwietrzyły.

ANNA (gorączkowo).

Śmierć!... To straszne słowo... Źle, że je pan wymówiłeś.

ARTUR (zdziwiony).

Wymawia się je przecież tak często.

ANNA (j. w.).

Są godziny, kiedy się słowa tego nie powinno wymawiać.

ARTUR (z uśmiechem).
Wszakże godzina duchów nie nadeszła jeszcze?
ANNA (patrzy przez chwilę na Artura).

Pan drwi, a czy pan wiesz, co tu jest koło nas? Nie wiem dlaczego, ale w tej chwili nie trzeba było wymawiać tego słowa.

ARTUR (seryo).

Ależ panno Anno, pani tak zbladła.

ANNA (jakby do siebie).

W tym dreszczu drzew, co przeleciał teraz ogrodem i w tym jęku dzwonu, słychać było to straszne słowo. (Daleki grzmot).

ARTUR (usiłując odwieść uwagę Anny).

Zapewne niedługo powróci matka pani z księdzem proboszczem?

ANNA.

Z księdzem? Prawda, ksiądz jeździł odwiedzić umierającego, ale tam śmierci nie zastał i tu powrócił. (Po chwili). Czy jesteś pan spokojny?

ARTUR.

Tak.

ANNA.

Zupełnie spokojny?

ARTUR.
Zupełnie spokojny.
ANNA.

I nigdzie nic niema?

ARTUR.

Niema.

ANNA.

Nie śmiej się pan ze mnie, jestem dziś tak dziwnie rozstrojona... Męczą mnie od paru godzin jakby niejasne przeczucia czegoś złego... Jak cicho teraz...

ARTUR.

Zdaje mi się, że możnaby usłyszeć własne myśli...

ANNA.

Cyt! węże pobudziły się w trzęsawiskach, dźwigają głowy i syczą — słyszysz pan?

ARTUR.

Nie.

ANNA.

Dziwne jakieś odgłosy... Nie mówmy o tem. Chłodno mi.

(Artur ogląda się i spostrzega na poręczy chustkę czarną, włóczkową, przetykaną srebrnemi nićmi, którą podaje Annie).
ARTUR.

Oto jakaś chustka. (Zarzuca chustkę na ramiona Annie). Czy dobrze? (Ostatnie słowa mówi nieco wzruszony).

ANNA.

Dobrze, dziękuję. (Po chwili). Dlaczego głos pana drżał?

ARTUR (zmieszany).

Kiedy?

ANNA.

Przed chwilą, gdyś mi pan chustkę zarzucić pomagał.

ARTUR.

Zdawało się pani — mój głos wcale nie drżał — mówiłem, jak zwykle...

ANNA.

Głos pana drżał... (Patrząc bacznie na Artura). Pan się lękasz czegoś, tak, jak ja, tylko taisz przedemną trwogę...

ARTUR (z uśmiechem).
Piękny byłby ze mnie oficer fregaty! I czegóż miałbym się lękać?
ANNA (gorączkowo).

Ja nie wiem, ale tu jest coś takiego, co pan musisz czuć, jak ja czuję.

ARTUR.

Nerwy moje hartowały się podczas orkanów i nawałnic morskich.

ANNA.

Zazdroszczę ich panu... Ach! Żeby ta noc już przeszła! (Po chwili, z wzrastającym niepokojem). Strach spojrzeć w ten czarny przestwór. Pan się nie lękasz, a czy pan wiesz, czy pan możesz wiedzieć, co tu jest w tej godzinie koło nas?... Ludzie mówią, że tu jest pusto, a tam (wskazując na niebo) jest Bóg... A mnie się zdaje, że cały ten czarny przestwór pełen jest czegoś niepojętego, pełen jakiejś grozy i przerażeń... (Urywa nagle).

ARTUR.

Co pani jest? Czemu pani tak nagle zamilkła?

ANNA (przyciszonym głosem).

Cyt! Słyszysz pan? Lękam się spojrzeć... Coś jakby szło przez ogród, nie dotykając drzew, ani kwiatów. Drzewa uchylają konary, a kwiaty gną się ku ziemi. Nawet strumień ciszej szemrze i wiatr ucieka!... Ha!

ARTUR.

Panno Anno!

ANNA (gorączkowo).

Słyszysz pan? Słyszysz pan? Coś jakby czołgało się z cichym szelestem po szklannym, wilgotnym dachu cieplarni... coraz bliżej, coraz bliżej... Nie! To nad siły!... (Zasłania oczy).

ARTUR.

Doprawdy, pani...

ANNA.

Nie patrz pan, nie patrz pan!

(W tej chwili we drzwiach staje Leon, niewidziany przez Artura i Annę. Chwilę stoi, poczem posuwa się po cichu ku rozmawiającym, zatrzymując się kilkakrotnie. Widocznem jest, że odczuwa coś, co go niepokoi).
ANNA.
Tam w ciemnościach świecą wielkie, okrągłe, krwawo iskrzące oczy... Boże!... (Słania się, Artur podtrzymuje ją ramieniem).
ANNA (po chwili, słabym głosem).

Puść mię pan...

(Artur puszcza Annę, która opiera się o kolumnę. Chustka zsuwa jej się z ramion).
ARTUR.

Pani...

ANNA (siląc się na spokój).

Przestraszyłam pana — przepraszam... Jestem tak dziecinna...

ARTUR.

Przeląkłem się istotnie. Była pani tak blada.

ANNA.

To nic... Dziwnie mi pan w tej chwili przypomniał portret swego ojca. Czy prędko pan odjeżdża?

ARTUR (pokrywając wzruszenie).

Tak, muszę.

ANNA.

I dokąd?

ARTUR.

Pójdę błądzić dalej po szerokim, głuchym oceanie.

ANNA.
Tam musi być smutno. O czem pan myślisz na tych wielkich wodach?
ARTUR.

Dotąd myślałem o tem, com przebył w życiu i co mnie jeszcze spotkać kiedy może... Czasem było mi smutno — jak wszystkim żeglarzom.

ANNA.

Możesz pan przecie wrócić, kiedy zechcesz.

ARTUR.

Już nie powrócę nigdy, (po chwili) chyba (po chwili) ale to nie będzie. (Po chwili, siląc się na uśmiech). Tam bywa zresztą tak wesoło. Ocean szumi, marynarze śpiewają, a kiedy nocą wody leżą senne i cisza zstąpi na statek, wówczas myśl leci w nieskończone pustki, jak mewy, albo orły morskie...

ANNA.

I o niczem więcej pan nie myślisz, tylko o tem, coś przebył, lub co cię jeszcze kiedy spotkać może?

ARTUR (po chwili).

Teraz przybędzie mi jeszcze jedno uczucie.

ANNA (wahając się).
Jakie?....
ARTUR (po pewnej walce z sobą).

Tęsknota. (Milczenie).

ANNA (wyjmując jedną lilię z włosów i podając ją Arturowi).

Niech kwiat ten przypomina panu dom nasz, kiedy już będziesz daleko... Ale to kwiat tak wątły...

(Artur zatrzymuje w dłoni dłoń Anny, patrząc jej w oczy, jakby z zapytaniem, czy może ją pocałować? Anna mimowoli spuszcza oczy, Artur całuje ją nieśmiało w rękę).
ARTUR.

Zachowam go do śmierci.

ANNA (ze słabym uśmiechem).

Mojej, czy swojej? Istoty takie, jak ja, nie żyją długo. Kiedy się pan dowiesz o mojej śmierci, gdzieś na oceanie, rzuć, proszę, kwiat ten do wody i patrz, jak będzie tonął... (Po chwili). Jestem dziecinna, prawda?... (Po chwili). Jak cicho...

ARTUR.

Wiatr opadł i łuna przygasa.

ANNA (wsłuchując się).

Cyt! Słuchaj pan. Zdaje mi się, jakby wielka fala dźwięków rozlewała się powoli wkoło, kręg za kręgiem, dalej i dalej... Płynie, płynie, aż gdzieś po siny, odległy skraj morza... I upaja mnie tak i zbezwładnia... Nęcąca jest, jak życie, mocna, jak śmierć, ta dziwna muzyka... Czy słyszysz pan?

ARTUR (silnie wzruszony).

Słyszę słowa pani, a one są mi muzyką, co nęci jak życie, a mocna jest, jak śmierć...

ANNA.

Coś dziwnego dzieje się ze mną... Mgła oczy mi zasłania i z sił opadam... Jestem teraz, jak dziecko zbłąkane w puszczy w noc burzliwą...

ARTUR.

Jestem przy tobie, pani.

ANNA (słaniając się, jakby blizka omdlenia).

Jak te lilie jestem, co pod memi oknami rosną, wątłe wśród wichrów...

ARTUR.

Jestem przy tobie, pani.

ANNA.
Jak te jaskółki jestem, które osłabły, lecąc nad oceanem, a ląd daleko...
ARTUR (zbliżając się).

Jestem przy tobie, pani.

ANNA.

Cyt! Nie mów pan nic... Fala płynie i dźwięczy i gra coraz mocniej i otacza mię całą, kręg za kręgiem... Dziwna muzyka... Czar jej myśl mą zamąca... (Słania się więcej, Artur lekko ją obejmuje). Przypomina mi się znowu to niebo pogodne i to rano słoneczne... Zdaje mi się, jakby błękitne jakieś mgły rozwiały się wkoło, słodko dźwięczące... Czy widzisz pan?

ARTUR.

Widzę tylko ciebie, pani, a te mgły błękitne, to są myśli moje.

ANNA.

Wszystko zamienia się w błękit i w pieśń... Dziwny sen...

ARTUR (namiętnym szeptem).

Nie sen! Nie sen! To miłość moja tak mówi do ciebie, pani, to miłość moja otacza cię falą dźwięków i mgłami z błękitu...

ANNA (chyląc się bezwolnie ku Arturowi).

Widny mi jest jakiś jasny, pełen słońca świat... cicha jakaś, słodka, senna toń... (Opada na ręce Artura, który cofa się nieco tu tył ku Leonowi. Leon tymczasem podsunął się już był ku samej kolumnie, tak, że dzieli go zaledwie krok od Artura i Anny. Nagle Anna wyrywa się z objęć Artura, wołając z przestrachem) Ach! Drzewa zadrżały! Drzewa drżą! (W tej chwili Leon natrafia wyciągniętemi rękoma na głowy Artura i Anny, którzy przerażeni odwracają się szybko. Leon chwyta Artura prawą ręką za ramię, lewą porywa wazon ze storczykiem z kolumny i uderza nim Artura w głowę. Artur pada z jękiem na ziemię. Leon ciężko dysząc, wysilony opiera się plecami o kolumnę. Anna, dotąd osłupiała, postępuje ku Arturowi, wzdryga się gwałtownie i przysłaniając oczy, krzyczy przeraźliwie) Trup! A! A! A!...






WIZYA OKRĘTU.
Fantazya dramatyczna.

(Wybrzeże oceanu na Zachodzie. Smutna, przywiędła roślinność jesienna. Nagie, urwiste skały i puste ławice piaskowe, na które powyciągano łodzie rybackie. Dzień mglisty, słońce zniża się ku oceanowi. Kilka mew krąży nad wodą. Andrzej, siedmnastoletni chłopiec rybacki, leży na wznak na piasku z zamkniętemi oczyma. Marya z księdzem siedzą nieopodal na odłamie skały, mchem porosłym. Marya, ubrana ciemno i prosto, z białą, szeroką kryzą płócienną na ramionach; szatynka o szafirowych oczach, ściągłej, matowej twarzy i wiśniowych ustach. Ksiądz stary i siwy).
KSIĄDZ.

Chciałbym, aby Gerard jak najprędzej już wrócił. Tak dawno go nie widziałem.

MARYA.
Już dwa tygodnie, wuju, jak ostatnie okręty wróciły. Lękam się, czy go jakie nieszczęście nie spotkało. Ogromne i nagłe mrozy tam były. Tak opowiadali ci, co powrócili.
KSIĄDZ.

Dziwnie mi tu jest. Jestem tu dopiero od kilku godzin; tyle lat nie byłem, żyłem w tak obcym świecie, a wydaje mi się, jakbym nigdy tych stron nie opuszczał, jakby wszystko, co jest po za mną, było snem.

MARYA.

Zostaniesz już z nami, wuju, prawda?

KSIĄDZ.

Zostanę, dziecko. Jestem już za stary, aby pełnić służbę w misyi. Niech młodsi idą na posterunek. Już tu zostanę, aby kości na naszym cmentarzu złożyć, gdzie leżą wszyscy nasi.

MARYA.

Oprócz tych, którzy leżą w oceanie.

KSIĄDZ.

Tak, oprócz tych, którzy leżą w oceanie. Wieczny im odpoczynek... To już z pięć lat minęło, jak wasza matka umarła?

MARYA.

Tak, wuju, a siedm od śmierci ojca.

KSIĄDZ.

Biedne sieroty... No, ale co się tam smucić, co się stało, nie odstanie. Teraz będzie nam tu dobrze. Byle tylko Gerard chciał wrócić. Namówię Gerarda, aby porzucił to straszne rzemiosło łowcy wielorybów. Po co ciągle życie narażać, kiedy można żyć inaczej. Ja narażałem życie pośród dzikich w Afryce, ale to było w świętej sprawie, dla zbawienia ich duszy. Ale tu, czy Gerard nie może czem innem się zająć? Patrzno, jakie ładne te lipy i klony. Sto razy wolę nasze proste drzewa od wszystkich palm afrykańskich. Zaraz sobie tu muszę założyć ogródek i będę sadził karczochy i jabłonki. Wszak w waszym sadzie jest także miejsce na ogródek? U moich rodziców, a waszych dziadków, bywał zawsze doskonały jabłecznik. Tak, Gerarda ożenię, ciebie, Maryo, wydam dobrze za mąż...

ANDRZEJ (zrywając się nagle).

Ach! ach!

MARYA (wstając z głazu).

Co się stało? co ci się stało?

KSIĄDZ.

Czego krzyczysz? Co ci się stało?

ANDRZEJ.
Tam, na oceanie... okręt...
KSIĄDZ.

Okręt? Gdzie? Ale choćby i tak, to cóż? Pokaż gdzie? Może to Gerard wraca? Czegoś się tak przestraszył? Czy ci się co przyśniło? Gdzie? Pokaż! Może to Gerard... Ja nic nie widzę...

MARYA.

Tak, może to oni wracają. Gdzieś widział okręt? W której stronie?

ANDRZEJ.

Teraz nie widzę nic, ale przed chwilą widziałem go tam, od północy. To dziwne, gdzie się podział...

KSIĄDZ.

Gdzie się mógł podzieć, jeżeliś go widział?

MARYA.

Ocean jest pusty zupełnie.

KSIĄDZ.

A czegoś się tak przestraszył? Czegoś tak krzyknął i zerwał się, jakbyś smoka zobaczył?

ANDRZEJ.
Ach, wuju, jeszcze nie mogę przyjść do siebie. Nie wiem, czy to był sen, czy przywidzenie? Zdaje mi się przecież, że nie spałem.
MARYA.

Oczy miałeś zamknięte.

ANDRZEJ.

Tak, ale zdaje mi się, że jednak nie spałem. Myślałem o Gerardzie, o Sylwestrze z pod lasu i starym Hieronimie, o obu Rubych i o tych wszystkich, którzy popłynęli z naszym bratem na polowanie. Możem się zdrzemnął, nie wiem, ale jakże, kiedy widziałem doskonale ocean, tak, jak teraz widzę, a na oceanie zobaczyłem nagle, tam od północy, okręt cały śniegiem pokryty i obmarzły lodem. Pokład, maszty, liny i żagle, wszystko jeden śnieg i lód, przeraźliwie białe.

KSIĄDZ.

I tegoś się tak przestraszył? Zerwałeś się, jak oparzony!

MARYA.

I byłeś taki blady; jeszcze jesteś.

ANDRZEJ.

Bo zobaczyłem coś takiego, czego nie mogę pojąć. Wkoło tego okrętu był ocean, jak jedna biała pustka, zamarznięty, potem zaczynała się woda i szła aż tu do nas, do wybrzeży, tak, jak jest. Nagle z pokładu wyszło dwóch ludzi i poczęło iść tu, ku wybrzeżom, po lodzie i śniegu. Patrzałem na nich, jak stawali się coraz więksi, ale nie mogłem poznać, ktoby to był? Wtem, kiedy lód się skończył i zaczynała się woda, jeden z nich zatrzymał się na skraju lodu, jakby się dalej iść lękał, drugi począł iść po wodzie, jakby po twardej ziemi. Wtedy zdjął mnie nagły strach, zerwałem się i w tej chwili poznałem ich: ten, który szedł po oceanie, to był Gerard; ten, który się zatrzymał na zrębie lodu, to był... (spogląda na Maryę niepewnym wzrokiem i kończy ciszej) — Karol... (Pauza).

KSIĄDZ.

Śniło ci się, ale co za dziwny sen...

ANDRZEJ.

Musiało mi się chyba śnić, wuju Anzelmie, ale nigdy nic we śnie tak wyraźnie nie widziałem. W chwili, kiedym się zrywał, widziałem, choć to było daleko, twarz Gerarda i Karola tak dobrze, jak wasze widzę; bladzi byli śmiertelnie, jak trupy.

MARYA.

Dziwny sen... Wuju Anzelmie, a jeśli to nie był sen...

KSIĄDZ.
A cóżby innego być mogło?
MARYA.

Ja nie wiem, ja nie wiem, ale boję się; boję się teraz o nich więcej, niż dotąd... Nie chcę myśleć... U nas, nad oceanem, dzieją się nieraz dziwne rzeczy... Prawie nikt z naszych nie ginie tam daleko, żeby tu nie dał znać o sobie. Dawno nie byłeś w domu, wuju Anzelmie, zapomniałeś o tem. A wszakże musisz pamiętać, że kiedy dziadek nasz tonął, rozbiwszy się gdzieś na skale podczas burzy nocnej, babka ujrzała nagle w oknie dwie ręce z wyprężonymi palcami, jak u człowieka, który się topi. Nieraz mi to matka nieboszczka opowiadała.

ANDRZEJ.

Tak, i kiedy Jakób Cormon miał zginąć na oceanie, trzy noce z rzędu jego matka słyszała jego głos, jakby jęczał gdzieś pod ziemią; zaraz dała na mszę za jego duszę bo już wiedziała, że nie wróci. I nie wrócił, a nikt nie wie do dziś, co się z nim stało, choć to już ze trzy lata temu. Jeszcze do szkoły chodziłem.

KSIĄDZ (zaniepokojony).

Prawda, że ja tam w mojej misyi afrykańskiej tyle lat przesiedziałem, nie widząc kraju. Więc wy myślicie, że to co złego?... Ale nie, nie, głupstwo, to ludziom ciemnym się zdaje Bóg wie co... Ile ty, Maryo, mogłaś mieć lat, kiedy ja ztąd wyjeżdżałem? Ile masz teraz?

MARYA.

Dwadzieścia, wuju.

KSIĄDZ.

To miałaś wtedy rok, bo to było lat temu dziewiętnaście. Gerard miał już pięć lat. Bardzo kochałem to dziecko, takie było ładne i miłe i zupełnie do naszej matki podobne. Andrzej urodził się już po moim wyjeździe na misyę. Żwawy chłopak, choć ma przywidzenia. Trochę ojca przypomina. Jak mi się to dawno wydaje, kiedy ja tu byłem po raz ostatni. Nie byłem jeszcze taki stary, jak teraz jestem. Nie miałem jeszcze siwych włosów, ani jednego. Miałem czterdzieści dwa lata, jakem wyjeżdżał do Afryki. A kto to jest ów Karol, o którym mówiliście?

ANDRZEJ.

To przyjaciel naszego Gerarda, syn starego Wawrzyńca z nad skały.

KSIĄDZ.

Syn Wawrzyńca z nad skały?... Ach tak, ach tak, przypominam sobie. Miał szramę przez twarz od angielskiej szabli. Żyjeż on jeszcze? Stary musi być bardzo. Był znacznie starszy odemnie.

ANDRZEJ.

Umarł przed siedmiu laty.

MARYA.

Czy też Gerard wróci jeszcze? Już dwa tygodnie czekamy napróżno... I to, coś widział, ach, to niedobrze wróży, niedobrze...

(Zakrywa twarz).
KSIĄDZ.

Nie martw się, moje dziecko, wszystko jeszcze może być najlepiej. Jutro odprawię mszę na intencyę szczęśliwego powrotu Gerarda.

MARYA (przyciszonym głosem).

I Karola, wuju...

KSIĄDZ.

Odprawię mszę na intencyę wszystkich, którzy są jeszcze na oceanie, ale szczególniej na intencyę Gerarda.

MARYA (j. w.).
I Karola, wuju, proszę...
KSIĄDZ.

Dobrze. Czy to może był twój narzeczony? Nic jeszcze nie wiem, co się tu dzieje u was. Musicie mi wszystko opowiedzieć. (Pauza).

ANDRZEJ.

Wiatr ciągnie.

KSIĄDZ.

Chłodno się robi; pójdźmy do domu.

MARYA.

O nie, nie, zostańmy tu nad oceanem, czekajmy...

KSIĄDZ.

Czekać możemy tak dobrze w domu, jak i tu.

MARYA.

Tak, ale tu jesteśmy bliżsi nich...

(Wchodzi obcy człowiek, marynarz, z pakunkiem na plecach, widocznie w drodze).
OBCY.

Dobry wieczór, państwu.

KSIĄDZ.

Bądźcie pozdrowieni. Zkąd idziecie?

OBCY.
Zdaleka. Wracam do domu.
KSIĄDZ.

Po stroju widzę, żeście marynarzem, łowcą.

OBCY.

Tak, ojcze. Wracam z połowu, z północy.

MARYA.

Ach tak? Czy nie spotkaliście tam na północy okrętu?

OBCY.

Jakiego, panienko?

MARYA.

Miał nazwę „Krzyż południowy“. Był także na połowie wielorybów. Nie spotkaliście go?

OBCY.

Nie pamiętam, może i spotkałem, ale tyle okrętów się przewija. Wszystkie wracały już, nadeszły bowiem straszliwe mrozy i burze.

MARYA (gorączkowo).

Ale jeden nie wracał. Widzieliście? Prawda?

OBCY (zdziwiony).

Zkąd panienka wie o tem, że ja widziałem? Istotnie jeden nie wracał. Widzieliśmy go zdaleka, utkwił w lodach. Już go tam nie wydobędzie nikt, aż do przyszłego roku. Ale tymczasem lody go zgniotą i zmiażdżą. Albo to pierwszy... My sami byliśmy w dobrych opałach.

MARYA (bolesnym szeptem).

To był „Krzyż południowy“...

OBCY.

Mam dużo drogi do domu, muszę iść. Niech was Bóg strzeże. (Uchyla czapki i odchodzi).

KSIĄDZ.

Boże prowadź.

MARYA.

Wuju, wuju, to był „Krzyż południowy“, okręt Gerarda...

KSIĄDZ.

Tego nikt nie może wiedzieć, moje dziecko. Jakikolwiek to okręt był, trzeba się pomodlić za dusze zaginionych nieszczęśliwych. Ale czy to był okręt twego brata, tego nie może wiedzieć nikt. Ten człowiek nie wiedział przecież, co to był za okręt? Ja jestem pewny, że Gerard wróci. Burze ich może zapędziły trochę od lądu.

MARYA.

Ach, wuju Anzelmie, wuju Anzelmie, oni już nie powrócą, ani Gerard, ani mój biedny Karol... (Do Andrzeja) Więc ty widziałeś, że on zatrzymał się tam, na zrębie lodów, jakby się lękał iść po wodzie tu, ku wybrzeżom?

ANDRZEJ.

Karol? Tak, tak mi się wydawało.

MARYA.

Wuju Anzelmie, czy umierający przebaczają?

KSIĄDZ.

Najczęściej i największe krzywdy. Ale dlaczego pytasz się o to?

MARYA.

Bo ja Karola skrzywdziłam bardzo, bardzo... (Szeptem) On mnie kochał, wuju Anzelmie...

KSIĄDZ.

A... I był twoim narzeczonym?

MARYA (j. w.).

Tak... (Pauza).

KSIĄDZ.

I cóż się stało? Może wolisz, aby Andrzej odszedł?

MARYA.

On wie wszystko. Daliśmy sobie słowo z Karolem, przysięgłam mu wierność. Pojechał na wyprawę, to było przeszłego roku... Pojechali obaj z Gerardem... Przez ten czas...

(Zakrywa oczy).
KSIĄDZ (łagodnie).

Mów śmiało, dziecko, mów wszystko, jeżeli ci to ulgę sprawi. Jak na spowiedzi.

MARYA (po chwili).

To był szał, opętanie... Ja kochałam Karola tak, jak go teraz kocham, żywym czy umarłym. Kochałam go, a jednak... Piekło mnie opętało... Długi czas nie było go w domu... Uległam... Tamten wiedział, że go nie kocham, że go nie kochałam nigdy, że byłam, jak nieprzytomna, że go nienawidzę; potem... zaciągnął się do marynarki wojennej obcego kraju; co się z nim stało, nie wiem... (Po chwili) Potem... Gerard i Karol wrócili z połowu — wyznałam Karolowi wszystko... (Pauza).

KSIĄDZ.

Biedne dziecko.

MARYA.

Gdyby mnie był zabił!... Ale on nie powiedział nic, tylko zbladł jak trup i oczy wlepił w ziemię. Co myślał? nie mogłam odgadnąć, ani wiem, jak długo byliśmy tak nieruchomi naprzeciw siebie, minuty, czy godziny całe, czy wieki całe... Nie powiedział mi ani słowa i odszedł. Kiedy Gerard przyszedł do domu na wieczerzę, widziałam, że wie o wszystkiem; smutny był śmiertelnie i unikał mego wzroku, ale nie zapytał mnie o nic, nie czynił mi jednego wyrzutu... Karol musiał to wymóc na nim. Nazajutrz rano Karol gdzieś zniknął i nie było go przez długie miesiące. Gdzie był? — nie wiem. Boję się myśleć, że poszedł się mścić... Przez ten czas Gerard mówił ze mną mało i zawsze o rzeczach obojętnych. Smutny był ciągle bardzo, a ja myślałam, że oszaleję... Kiedy nastała pora nowej wyprawy, Gerard przygotował się do niej, jak zwykle. Rano, kiedy okręt miał już wyruszyć, nagle zjawił się w naszym domu Karol; pierwsze słowa jego były: nadszedł czas, bracie, jedźmy... Spojrzeli na siebie — Gerard przybladł nieco i milczał. Potem Karol ozwał się do mnie: Widzę, żeś mnie nie kochała Maryo — i wyszedł. To były jedyne jego słowa do mnie i ostatnie. Chciałam coś mówić, nogi ugięły się pode mną, zaćmiło mi się w oczach, zemdlałam. Kiedym przyszła do przytomności, Karola już nie było w chacie. Gerard trzymał mi głowę na kolanach. On mnie bardzo kochał, mój biedny brat. Podniósł mnie ku sobie, przycisnął mi usta do czoła i szepnął: moja droga, moja biedna Maryo... Więcej nie mógł mówić; głos zadławił mu się w gardle i dwie wielkie łzy spadły mi na twarz z jego oczu... (Przerywa i tłumi płacz, który ją chwyta).

KSIĄDZ.

Biedne dziecko...

MARYA (po chwili).

Potem odsunął mnie, aby wyjść... Wszystko było już gotowe do drogi na łodzi, która podwoziła do okrętu. Sama mu przygotowałam, jak zawsze... Od drzwi uśmiechnął się smutno, posłał mi pocałunek ręką od ust i rzekł: bądź zdrowa... Opadłam na ławkę bez sił... Kiedym wybiegła z domu, już łódź ich obu wiozła na okręt. Gerard pozdrowił mnie jeszcze czapką; Karol siedział przy sterze z głową spuszczoną na pierś i patrzał w wodę... Odpłynęli... (Pauza).

KSIĄDZ.
Jeśli zginęli, Boże broń, mówmy modlitwę za ich dusze. (Mówi półgłosem, Andrzej za nim powtarza). Wieczne odpoczywanie racz im dać Panie, a światłość wiekuista niech im świeci na wieki wieków. Amen. (Pauza. Ściemnia się).
ANDRZEJ.

Chmury zakryły niebo. Wiatr się podnosi.

MARYA.

I pomyśleć, że oni tam leżą martwi, wśród lodów na oceanie... Oni nie mogli przeboleć... Wiem, że prosili Boga o śmierć... Nie mogli żyć z moją hańbą... i ze swoją boleścią w duszy... Tak mnie kochali... Gerard przebaczył mi, jakby czuł, że jeśli teraz nie przebaczy, już nie przebaczy nigdy... Ale Karol, ale Karol... Wuju, jeżeli on umarł z gniewam w sercu na mnie, on przyjdzie się teraz mścić... Wszak ja mu przysięgłam wierność, przysięgłam ją na prochy naszych rodziców, na krew Ukrzyżowanego i na zbawienie moje...

KSIĄDZ.

Straszna przysięga...

MARYA.

On takiej nie wymagał, ja sama taką mu dałam... Piekło ma teraz prawo do mnie... i on... Wuju, ja się boję...

KSIĄDZ.
Uspokój się dziecko...
MARYA (coraz bardziej gorączkowo).

Dlaczegóż dusza Gerarda tu szła, a Karola została tam, u zrębu lodów? Bo Gerard przebaczył mi, a Karol nie... Gerard szedł tu pożegnać nas, zobaczyć po raz ostatni, tam, z oceanu... Ale Karol... Wuju, wuju Anzelmie, ja się boję...

KSIĄDZ.

Ależ dziecko... I brat twój i Karol mogą żyć jeszcze, najpewniej żyją. Powrócą i Karol przebaczy ci i wszystko będzie dobrze. Ja go do przebaczenia nakłonię. Zobaczysz, że ci przebaczy. Nie lękaj się...

MARYA.

Ach!

KSIĄDZ.

Co to? Co się stało?

MARYA (wyciągając rękę ku oceanowi, jakby nieprzytomna).

Tam, widzicie?... (W dali ukazuje się wizya okrętu, o białych, śniegiem i lodem pokrytych masztach i żaglach, której ani ksiądz, ani Andrzej nie widzą). Okręt! Okręt! „Krzyż południowy“!...

ANDRZEJ (przerażony).
Maryo!
KSIĄDZ.

Gdzie? co? Co ty mówisz? Maryo, uspokój się...

MARYA.

O Chryste, oni mnie tak kochali... Dlaczego nie chcesz mi przebaczyć, jak mój brat... Dlaczego nie chcesz tu przyjść, pod nasz kościół, jak on... Karolu!... Karolu!... Jam twoja!... O!...

(Pada w tył nieprzytomna).
ANDRZEJ (klękając przy niej).

Maryo!...

KSIĄDZ.

Zanieśmy ją do domu.

(Wizya okrętu znika).








Spis rzeczy.

 
Str.
MELANCHOLIA.
 4
 5
 8
 18
 20
BAJKA.
NOWELLE.
 81
 95
 108
LISTY Z PODRÓŻY
FANTAZYE DRAMATYCZNE.
 187






Przypisy

  1. Nowella ta, która ma pewną analogię w paru szczegółach z »Aniołem śmierci«, drukowaną była w 1894 r. »Anioł śmierci« zaś w 1896/7.
  2. Hamlet.
  3. Ten wiersz wszedł później do III seryi »Poezyj«.
  4. W roku 1895 Wezuwiusz był bardzo niespokojny.
  5. Heine.
  6. Pisałem w lecie 1896 r.; od tego czasu roboty dawno już ukończono.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Kazimierz Przerwa-Tetmajer.