Strona:Kazimierz Przerwa-Tetmajer - Melancholia.djvu/37

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


II.

O śmierci! Wydawałaś mi się tak piękną, tak ponętną, kiedy wabiłaś mię ku sobie — a teraz, gdy chcę się zbliżyć, stajesz się coraz straszliwszą. Siedzisz tam na mojem łóżku, kościana, straszna, całun przegniły, co z trupich twych ramion spadł, cuchnie, a puste doły twych oczu patrzą jak otchłań, jak przepaść. Już nie wzywasz mnie, ale czekasz na moje wezwanie. Przyjdziesz. Jedna chwila decyzyi, a przyjdziesz. Kościane twoje ręce owiną mi głowę, cuchnący twój całun padnie mi na oczy, z chrzęstem szkieletu przysuniesz się ku mnie. A tam — tam — zostanie życie... Tam zostanie słońce, zostanie rozkosz, zostaną kwiaty i morza błękitne i góry w śniegach i lasy, gdzie wiatr szumi w konarach i gdzie sarny po liściach biegnąc szeleszczą, zostaną jeziora ciche i rzeki, w których się o zmroku cień wiklin nadbrzeżnych odbija, zostanie miłość, zostanie piękność, zostaną idee o orlich skrzydłach, zostanie wszystko, wszystko, co się nazywa życiem, ten cud, który się życiem zwie, ten raj, ta boskość wrażeń...
O śmierci! o śmierci! jakżeś straszna, jakżeś ohydna! Gdzież to mnie wepchniesz, w ciasny, czarny dół, pod ziemię, pod grubą warstwę