Melancholia (Przerwa-Tetmajer, cykl)/Do śmierci

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Kazimierz Przerwa-Tetmajer
Tytuł Do śmierci
Pochodzenie Melancholia
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wydania 1899
Druk W. L. Anczyca i Spółki.
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


DO ŚMIERCI.

I.

O śmierci! biała i cicha śmierci: jesteśmy sami ze sobą, we dwoje, jak para kochanków — czemuż ust nie zbliżysz mi ku ustom?
Widzę cię — siedzisz na mojem łóżku, z którego przed chwilą wstałem, biała, cicha, w białe muśliny owiana, z różowemi ustami i pełnemi uśmiechu błękitnemi oczyma — — o jakżeś śliczna! Czy tam przyjdziesz wziąć mnie w uściski?
Dlaczegóż nie zbliżasz się ku mnie, oblubienico moja, piękna moja? Twoje włosy wonne, ich woń czuję nozdrzami, twoje ciało miękkie, ciepłe, w łukach rozkosznych gięte — — dlaczegóż niezbliżasz się ku mnie?
W oczach twoich, w uśmiechu ust twych widzę miłość i pragnienie; ty kochasz mnie i pragniesz. Dlaczegóż nie przybliżysz się ku mnie?
I tylko cicho siedzimy we dwoje, wiedząc o sobie, patrząc na siebie i pragnąc się nawzajem — o jakżeś piękna, o śmierci!...
Ja nie mam sił do ciebie pójść — zaiste! czekam cię! zaprawdę mówię ci: czekam cię! Przyjdź! Potwór o trupiej głowie, suchych, kościanych rękach, wampir, który krew z żył ssie, który zabija myśl, zwęgla serce, gruchoce i miażdży duszę i ciało, na drzazgi rozbija wolę i moc, to straszne, wściekłe zwierzę, które się życiem nazywa, czołga się znowu ku mnie — — ah! dasz-że mnie znów gryźć, dasz-że mi znów ginąć, konać i umrzeć niemóc?... Ja nie chcę już tej męki! Już nie mam sił!... I po co?...
Cicha i blada uśmiechasz się do mnie. Róże na twojej głowie, róże w twych dłoniach, ciało twoje pełne, wspaniałe, piersi twoje lekko falują, a biodra zdają się drżeć do dotknięcia — — i jakaś zieleń się koło ciebie roztacza, jakieś niebo błękitne, gaje, kwiaty, słońce — — tak sobie malarze wiosnę, albo życie marzą, o śmierci!

Patrz na mnie, patrz, patrz i uśmiechaj się — abym się rozmiłował w tobie do ostatka, abym niepomny niczego, na nic nie bacząc, o nic nie dbając, runął w objęcia twoje, w twoje białe wonne ramiona, ku twoim ustom różanym i wonnym — — o śmierci!...

II.

O śmierci! Wydawałaś mi się tak piękną, tak ponętną, kiedy wabiłaś mię ku sobie — a teraz, gdy chcę się zbliżyć, stajesz się coraz straszliwszą. Siedzisz tam na mojem łóżku, kościana, straszna, całun przegniły, co z trupich twych ramion spadł, cuchnie, a puste doły twych oczu patrzą jak otchłań, jak przepaść. Już nie wzywasz mnie, ale czekasz na moje wezwanie. Przyjdziesz. Jedna chwila decyzyi, a przyjdziesz. Kościane twoje ręce owiną mi głowę, cuchnący twój całun padnie mi na oczy, z chrzęstem szkieletu przysuniesz się ku mnie. A tam — tam — zostanie życie... Tam zostanie słońce, zostanie rozkosz, zostaną kwiaty i morza błękitne i góry w śniegach i lasy, gdzie wiatr szumi w konarach i gdzie sarny po liściach biegnąc szeleszczą, zostaną jeziora ciche i rzeki, w których się o zmroku cień wiklin nadbrzeżnych odbija, zostanie miłość, zostanie piękność, zostaną idee o orlich skrzydłach, zostanie wszystko, wszystko, co się nazywa życiem, ten cud, który się życiem zwie, ten raj, ta boskość wrażeń...
O śmierci! o śmierci! jakżeś straszna, jakżeś ohydna! Gdzież to mnie wepchniesz, w ciasny, czarny dół, pod ziemię, pod grubą warstwę ziemi, z pod której się już nigdy, nigdy nie wydobędę, gdzie będę gnił, rozpadał się, cuchnął, gdzie stanę się zgnilizną i niczem... O śmierci! Dlaczegóż jesteś tak piękna, gdy wabisz, a tak okropna, gdy się ciebie wzywa?...





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Kazimierz Przerwa-Tetmajer.