Laureat (Przerwa-Tetmajer, 1899)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Kazimierz Przerwa-Tetmajer
Tytuł Laureat
Pochodzenie Melancholia
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wydania 1899
Druk W. L. Anczyca i Spółki.
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


LAUREAT.
(Szkic).

Powrócił z jubileuszowej uczty.
Pięćdziesiąt lat — pół wieku pisał; liryczne poezye, dramaty, nowelle, powieści, wielkie epos — oto plon jego półwiekowej twórczej pracy. Sobie na sławę, narodowi na chwałę pracował, naród go też czcić umiał. Dał mu, co mógł: dał mu honory, majątek, zaszczyty. Laurowe wieńce, zeschłe oddawna i świeże, jubileuszowe, wisiały na ścianach, księgi pamiątkowe leżały na stołach; wyprawiono mu wreszcie ucztę wspaniałą, naród cały zgromadził się w osobach swych przedstawicieli przy stole, aby mu powiedzieć: jesteś zasłużony, jesteś wielki... Więc zadowolony, a zmęczony owacyami, siedział siedmdziesięcioletni blizko starzec w wygodnym fotelu w swoim salonie i wpatrując się w ogień, po staroświecku na kominku kładziony, myślał: nie zmarnowałem życia...
Była już późna noc i cisza panowała ogromna. Wtem starzec drgnął, uszu jego doleciał jakby jęk jakiś... Przywidzenie, czy co?... Ale niebawem jęk się powtórzył, potem rozległy się przeraźliwe krzyki i wycia. Stało się coś w domu na dole.
Zadzwonił — nie przyszedł nikt. Widocznie służba, zbudzona hałasem, zbiegła na dół.
Starzec, niespokojny, począł chodzić po pokoju; jęki i wycia ustały, natomiast słychać było zgiełk podniesionych głosów męzkich i żeńskich. Co się działo, rozpoznać nie mógł. Zaczął się niecierpliwić i irytować; wreszcie wyszedł z mieszkania. Na schodach spotkał swego lokaja, który zdyszany i widocznie bardzo wzruszony, zatrzymał się, wołając:
— Jaśnie panie, jaśnie panie! Co się tam stało!...
— Cóż? Gadaj! Właśnie idę...
Lokaj podniósł ręce, jakby go chciał wstrzymać i zawołał:
— Niech jaśnie pan nie chodzi! Tam jest okropna rzecz! Tam jest trup!
— Trup?!
— A tak. Ten stolarz, co mieszkał w suterenach, miał córkę. Dziewczyna może miała piętnaście lat i była straszna pijaczka. Kradła ojcu pieniądze na wódkę, wszyscy o tem wiedzieli i on ją nieraz bił. Dziś ją też zaczął bić, a że katował bardzo, stolarzowa zaczęła ją bronić. Więc on, w tej wielkiej złości, jak porwie siekierę, obuchem żonę zdzielił w ciemię i zabił. Już go wzięli. Niech jaśnie pan nie chodzi, tam masa hołoty i policyi i trup stolarzowej. Niestara kobieta była, nie miała czterdziestu lat. Potrzebne też to właśnie dziś, po jubileuszu jaśnie pana...
Stary poeta powrócił do siebie.
— Czy rozebrać jaśnie pana?
— Nie, odejdź. Chcę sam zostać.
Lokaj wyszedł.


∗             ∗

Usiadłszy na fotelu, jak pierwej, zaczął znów patrzeć w ogień na kominku. Pół wieku pracy... majątek... honory... zaszczyty... Przypomniały mu się słowa jednego z mówców, który na cześć jego przemawiał: czcigodny jubilat i laureat pół wieku pracował z najwyższem poświęceniem i zaparciem się siebie dla społeczeństwa...
Przed dwiema godzinami może słowa te głaskały mile próżność i ambicyę starca, a teraz, przypomniawszy je sobie, prawie krzyknął: to nieprawda! to kłamstwo! Pracowałem tylko dla siebie, sobie na pożytek i na przyjemność tej garstce, która się zowie uprzywilejowanymi...
Zakochani studenci uczyli się na pamięć liryków, histeryczki płakały nad powieściami i mdlały po lożach na dramatach, starzy profesorowie i wykształconych kilku dyletantów rozkoszowało się epopeją, wiedział to — za to wyprawiono mu jubileusz, uczczono go, nazwano chwałą kraju, jego filarem, jego czołem, fryzem i fundamentem.
A on tam, do fundamentów, tam, na dół do suteren, tam on nie zszedł nigdy. Arystokrata z usposobienia, błyszczał po budoarach i salonach, nie dbając o nic, tylko o zdobywanie sławy i wygód życia. I to się nazywa półwiekową pracą dla dobra społecznego z poświęceniem się i zaparciem najwyższem... Zaiste słusznie!...
Tak jest, natura dała mu talent niezwykły, może geniusz; Bóg wie, co mógł zrobić, a zrobił — cóż? Wstrząsnął nerwy kilku, może kilkunastu tysiącom ludzi. A te miliony, te ogromne miliony?
One z jego pracy, raczej z darów, które mu dała natura, nie miały nic. Ze światłem swego mózgu, ze swoją myślą, i ze swojem słowem, nie zszedł tam nigdy na dół, do suteren.
Nazwano go „apostołem ducha“ — zaiste słusznie! Tam trzeba było iść, Chrystusa tłumom nieść, jeśli się było apostołem ducha.
Pod jego nogami, tam, na dole, działo się coś, ale on tego widzieć nie raczył: był na to za dostojny, zanadto honorowany, za wielki. Naprawdę, tak jest, tworzył dla tych, którzy go podejmowali szampanem i sadzali na pierwszem miejscu; pisał przedewszystkiem dla wielkich panów i bogatych dorobkiewiczów... Tak jest, tak jest, nieraz myśli, które mu przychodziły do głowy, odpędzał, karty, które mu się same napisały, w kosz wrzucał, aby się sferze w której żył, nie narazić... Był apostołem, tak, ale swej własnej korzyści...
Gdy tam, na dole, w suterenach, nędza toczyła tłumy, jak skir, a zbrodnia, jej nieodstępna siostra, najdziksze wyprawiała orgie: on skandował spokojnie swoje aleksandryny w wykwintnym gabinecie, palił dobre cygara w eleganckim salonie, lub czekał w swej loży na oklaski teatralnej publiki. Oto dzieje jego apostolstwa, jego prawa do tego tytułu!
Kiedyś zamłodu, lat temu kilkadziesiąt, jego przyjaciel, dawno zmarły malarz, naszkicował był Chrystusa, który, uginając się pod ciężarem krzyża w drodze na Golgotę, jeszcze znalazł w sobie dość siły, aby wolną rękę podać starcowi z tłumu, potrąconemu tak przez rzymskiego żołnierza, że upadł. O tym obrazie mówili wówczas wiele. Malarz usiłował Chrystusowi nadać wyraz niezmiernego zapomnienia o sobie, niezmiernego współczucia. Przedziwne skojarzenie wrażeń — obraz ten, o którym poeta może kilkadziesiąt lat nie myślał, stanął mu teraz nagle żywo w pamięci.
Zakrył rękami twarz i pochylił głowę ku piersiom. Zdawało mu się, że ten Chrystus z wyciągniętą ku obalonemu starcowi ręką patrzy nań z dawnego obrazu z wyrzutem... Wszakże on nie niósł na barkach nic — a jednak nikomu ręki nie podał; nie wisiała nad nim żadna klęska, a pamiętał tylko o sobie...
I życie jego całe, owe pół wieku pracy i tryumfów, wydało mu się takie czcze, takie jałowe, tak zmarnowane...
I potrzebaż było aż tak strasznego faktu, aby go z tego egoistycznego snu przebudzić?... I dlaczegóż budzi się zeń tak późno... za późno?...
Uczuł wstręt do swojej natury, do swej własnej duszy. Cała jego filozofia, oparta na prawie konieczności, wykluczającem winę i zasługę, runęła — czuł się winnym.
Miał ochotę powyrzucać przez okno wszystkie wieńce, księgi pamiątkowe i kosztowne prezenty, wypychał gwałtem z pamięci wspomnienie osób, które zgromadziły się około niego w dzień jego półwiekowego jubileuszu, aby go czcią otoczyć i hołdami.
— Dlaczegóż — powtarzał — dlaczegóż w ten dzisiejszy wieczór, przy moim własnym stole nie zasiadła rodzina owego stolarza, aby czytać książkę, którą ja dla nich napisałem, a która im niosła Chrystusa...
I czuł taki wstręt do swej natury i czuł się tak winnym i całe życie dotychczasowe wydało mu się tak nikczemnem... Ale już było na nowe zapóźno...






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Kazimierz Przerwa-Tetmajer.